Puszka Pandory

MAMMOTH ULTHANA

“s/t”

Zoharum & Huta Artzine (CD 2013) 

I znowu mamy w akcji niezłomnego Rafała Kołackiego, znanego między innymi z HATI. Tym razem pod szyldem MAMMOTH ULTHANA, gdzie rzeczony kreator dźwięków pojawia się wraz ze swoim kolegą Jackiem Doroszenko. Obaj postanowili połączyć ze sobą elementy muzyki akustycznej, elektronicznej, etnicznej i plemiennej, by ukazać swoje wyobrażenie, jak żyła prastara społeczność szamanów Mammoth Ulthana. To raczej zjawisko multimedialne, gdyż naprawdę trudno sobie wyobrazić te dźwięki bez wizualizacji i żywego grania tych dźwięków w obecności zebranego w jakimś małym klubie audytorium. Inna rzecz, że to, co umieszczono na srebrnej blaszce faktycznie brzmi, jak gdyby było nagrane gdzieś „na żywo”. Przestrzenny sound improwizowanych kompozycji dodaje temu materiałowi dodatkowego smaczku i sprawia wrażenie szalonego, rozedrganego w swojej formie performance’u, gdzie dwóch muzyków obsługuje różne akustyczne instrumenty perkusyjne i wspomaga się komputerami. Nagromadzenie różnych brzmień owocuje prawdziwą gęstwiną użytych tutaj gongów, dzwonków, fletów, rogów oraz roztaczającej się gdzieś obok i ponad tym elektroniki. Poszczególne utwory są pozbawione tradycyjnie pojmowanych linii melodycznych, a w zamian za to skupiają się na wprowadzaniu słuchacza w silny trans i działają jak swoisty narkotyk, który wdychany przez uczestników ma tę umiejętność, że każdy może odbierać te ciągi dźwięków w indywidualny sposób. Rytualistyczno-ambientowy przekaz potrafi jednak zaskakiwać odmiennością poszczególnych fragmentów oraz ich nieprzewidywalnością. Weźmy choćby tytuły utworów oraz to, co się pod nimi kryje. „Prelude” trwa prawie 10 minut, „Ballade” nie ma praktycznie nic wspólnego z tą formą muzyczną, natomiast „Interludium” okazuje się najdłuższym numerem na płycie. Albo prawdziwa perła na tym albumie, czyli „Mine”, która klimatem i przestrzennością wykazuje wszelkie cechy minimalistycznego i czarownego post-rocka, którego nie powstydziłby się nawet SIGUR ROS. Wspomniane już „Interludium” to też prawdziwa hybryda minimalizmu elektroakustycznego grania, za to intrygująca wysuwającymi się na pierwszy plan hałasami pochodzącymi z uderzania różnych blach, łoskotu przesuwanych sprzętów i ogólnie naturalistycznymi dźwiękami, natomiast w tle pobrzękują gongi i dzwonki, a elektronika spełnia wiodącą rolę gdzieś w tle. „Hybrid” to z kolei awangarda w najczystszej formie, nie obawiająca się sięgać po najbardziej zeschizowane rozwiązania. Eksperyment autorstwa MAMMOTH ULTHANA uważam za udany, jednak jest on skierowany głównie do naprawdę wytrawnych i będących ‘w temacie’ koneserów elektroakustycznych dźwięków.

ocena: 7/ 10

www.mammoth-ulthana.eu


www.zoharum.com


autor: Diovis



<<<---powrót   -INDEX-