Puszka Pandory

MARK DEUTROM

"Brief Sensuality And Western Violence"

własna produkcja artysty (CD 2013) 

Tego gościa powinni kojarzyć przede wszystkim fani MELVINS. Mark Deutrom grał z tym zespołem w latach 1993-1998, ale to tylko część jego historii, bowiem na scenie muzycznej jest aktywny od połowy lat 80-ych. Po ukończeniu studiów na California Institute Of Arts, gdzie wykładał między innymi legendarny John Cage, przeniósł się do San Francisco i tam powołał do życia grupę CLOWN ALLEY i poprzez współtworzoną przez niego oraz Victora Haydena firmę Alchemy Records miał do czynienia między innymi z takimi wykonawcami, jak MELVINS, RICH KIDS ON LSD, NEUROSIS, POISON IDEA czy VIRULENCE. Nieco później zaczął jeździć jako inżynier dźwięku z takimi zespołami, jak GWAR czy właśnie MELVINS, a ci zaprosili go do składu, co zaowocowało wspomnianą, kilkuletnią współpracą z legendą ostrego grania, z którą supportował między innymi NIRVANĘ. W 1998 roku wypuścił pierwszą solową płytę "The Silent Treatment" i po przenosinach do rodzinnego Teksasu zaangażował się w różne eksperymentalne projekty, a w 2006 roku dotarł z koncertami z SUNN O))) do Europy i w dużej mierze dzięki temu, w 2011 roku udało mu się wydać drugi solowy album "The Value Decay". Po dwóch kolejnych latach praca nad nowym wydawnictwem dobiegła do końca i docieramy do teraźniejszości, bowiem nakładem samego Marka ukazała się właśnie trzecia autorska produkcja "Brief Sensualisty And Western Violence", która wydaje się jak dotąd szczytowym osiągnięciem Mr. Deutroma. Tak przynajmniej twierdzi sam twórca, bo cóż innego miałby powiedzieć?... Przewałkujmy więc zawartość tego krążka, który zaczyna się niełatwym w odbiorze utworem "Dick Cheney", określanym przez Marka wyniośle jako mini-oratorium. Pomijając już to nadużycie przy określeniu tej kompozycji jest ona takim swoistym kolażem różnych impresji, a te miały na celu wskazać pewne symboliczno-apokaliptyczne idee stojące za tym projektem. Minimalistyczny, klawiszowo-perkusyjny początek poprzedza tak samo wypełnioną monotonnymi brzmieniami gitary kontynuację z beznamiętnym wokalem i lekko sabbathowsko-doom'owym motywem oraz drobnymi naleciałościami industrial metalu a la wczesny GODFLESH. W opisie dołączonym w materiałach opisujących płytę jest mowa o biblijnych siedmiu pieczęciach, irakijskim hymnie państwowym, militarystycznych bębnach, syrenach alarmowych i arytmii serca, a jest to opisane dość skrupulatnie i z pewną taką pieczołowitością, ale na dobrą sprawę forma przerosła treść. Zresztą da się to wyczuć i później, bowiem typowo amerykański, elitarny populizm i pseudointelektualizm dominuje na tym wydawnictwie i jeśli uznawać zmarłego niedawno Lou Reeda czy bardzo aktywną pomimo swoich lat Laurie Anderson za piewców awangardy, to takowymi byli lub w przypadku Laurie nadal są, bo prawie zawsze płynęli pod prąd mainstreamu i szukali czegoś nowego. "Winter Haystacks At Twilight", owszem, brzmi bardzo sympatycznie i melodycznie i jest taką gitarową impresją, ale nie bardzo czaję o co chodziło artyście i o awangardowości nawet nie ma co pisać. Za "Sky Full of Witches" stoi ciekawa dygresja, że wkrótce ma nad nami latać 30 tysięcy zatwierdzonych obiektów latających z ziemi, a to skojarzyło się Deutromowi z ciemnymi czasami Średniowiecza, gdy uważano, że w danym momencie (vide - Noc Walpurgii) czarownice wybierają się na szabas i pełno ich na niebiosach. Stwierdzenie jak najbardziej interesujące, ale kawałek jest mało przemawiający do słuchacza. Podobnie jak nijaki w sumie instrumental "Temple Smasher" i senny "Other Gods" poruszający temat wnerwionego Jezusa, który powraca na ziemię i stwierdza, że na tym świecie jest więcej bogów niż towarów w supermarkecie. "A Shaky Rabbit" to taki pseudo-funkujący bełkot o czary-mary i przeróbka motywów z "Alicji w Krainie Czarów" oraz "Czarnoksiężnika Oz", a muzycznie jest bardzo biednie i słabo, choć w drugiej części Mark Deutrom stara się jak może (choć może to nie on jest tego sprawcą), żeby być jak Tomasz Stańko ze swoimi popisami na trąbce. Zorientowani zakumają o co chodzi… Dalsza część blablabla następuje w gitarowo wyplumkanym i perkusjonistycznie improwizowanym "Venerate the Relic", który ma być podobno prowokacją wobec potrzebującej zmian rockowej muzyki, ale nic nie wskazuje na to, że w awangardzie tego ruchu ma być "Sensuality And Western Violence". Zamykające album "Turn Toward the Sun" brzmi trochę w stylu najlepszych i tych spokojnie poprowadzonych rzeczy nagranych przez BLACKFIELD Stevena Wilsona, ale nie poprawia ogólnego wizerunku zmarnowanego poprzednimi fragmentami. Może wyjęte z kontekstu zachwyci, choć i tego nie gwarantuję. Ja w każdym razie spodziewałem się czegoś bardziej wartościowego i pomimo dobrych pomysłów konceptualnych nic nie usprawiedliwia tak mało ciekawego wydawnictwa tak dojrzałego przecież muzyka.

ocena: 3/ 10

markdeutrom.bandcamp.com


soundcloud.com/mark-deutrom


markdeutrom.com


autor: Diovis



<<<---powrót   -INDEX-