Puszka Pandory

RAPOON

“Blue Days”

Zoharum (CD 2015) 

RAPOON nie przestaje zadziwiać. Dyskografia Robina Storeya powiększa się na tyle, by nawet fani ze względów czasowych nie mieli okazji powrócić do jego starszych nagrań, ale trzeba przyznać, że jednocześnie nie daje o sobie zapomnieć. W innym miejscu opisuję czwartą część archiwalnej serii „Seeds In the Tide”, a równocześnie z tym dwupłytowym wydawnictwem ukazało się nakładem Zoharum coś premierowego z logo RAPOON, a mianowicie CD „Blue Days”. Czy chodzi o błękit, czy smutek dni, to już pozostaje kwestią względną, bo wiadomo nie od dziś, że jednym z ulubionych kolorów Storeya (tak to wynika z artworku wielu jego wydawnictw) jest niebieski, a tu można by od razu przejść do domorosłej psychoanalizy, bowiem ta barwa cechuje osoby otwarte, niezależne i silne, wszak błękit kojarzy się z niebem, wodą itd. itp. Istotne jest to, że ten materiał jest jakby zbiorem luźnych pomysłów i szkiców kompozycyjnych, często jak na RAPOON krótkich w swojej formie, ale nie pozbawionych cech charakterystycznych dla jego twórczości. Ten oszczędnie zapodawany ambient w elektroniczno - orientalno - szamańsko - quasi-jazzowej formie sprawdza się jednak jak zwykle wyśmienicie, choć oczywiście, porównując „Blue Days” do tych najbardziej znamienitych i ponadczasowych produkcji, już nie jest aż tak wyjątkowo. Można jednak spojrzeć na tę płytę nieco inaczej - krótkie formy pozwalają na więcej i nie pozbawiając typowej dla innych rzeczy powstających w warsztacie Storeya dają mu większą swobodę i możliwość spojrzenia słuchacza i fana na to, czego nie otrzymuje w długaśnych kompozycjach owego twórcy. I tak na przykład w „In Black” mamy coś w rodzaju ekspresyjnego, zbliżonego do utworów jazzowego saksofonisty Jana Garbarka improwizowania, w „Long Time Ago Now” jest miejsce na minimalistyczne, acz przy tym rytmiczne granie z deklamowanym tekstem, „The Angels Called” jest czymś w rodzaju Rapoon’owej odpowiedzi na repetytywność post-rocka, tytułowy „Blue Days” nawiązuje do szamańskiej rytmiczności DEAD CAN DANCE, zaś „Endless” jest orkiestralnym i ozdobionym różnymi detalami cackiem, jakie rzadko się przytrafia nawet tak wyjątkowemu artyście, jak Robin Storey. To nie jest na pewno najlepsze wydawnictwo w dyskografii RAPOON, ale na pewno tak samo warte poznania jak większość pozostałych.   
 

ocena: 8/ 10

www.rapoon.net


www.myspace.com/rapoonband


zoharum.com


autor: Diovis



<<<---powrót   -INDEX-