Puszka Pandory

THE PINE BOX BOYS

“The Feast of Three Arms”

LTR / Hollins & Hollins Mortuary Entertainment & City Hall Records (CD 2016) 

To jest taka pozycja, o której nie będzie się mówiło głośno poza pewnymi kręgami i to przede wszystkimi amerykańskimi, ale nie sposób jej przegapić z tego względu, że od paru latach artyści pokroju KING DUDE zaczynają być słuchani przez tych, co kiedyś wyłącznie uznawali metal i jego pochodne. O tym, że wielu znanych muzyków, w tym Phillip H. Anselmo (ongiś PANTERA, teraz całe mnóstwo projektów i zespołów) czy nasz Nergal nie wzdrygają się przed słuchaniem Johnny’ego Casha i im podobnych (wcielił to nawet w życie w projekcie ME AND THAT MAN z Johnem Porterem), jest już głośno i nikt się przed tym nie kryje. Dlatego radziłbym mimo wszystko zapoznanie się z THE PINE BOX BOYS, którzy tę całą amerykańską tradycję prezentują w dość klasycznej formie zbliżonej czasem do country czy rockabilly, a czasem do ‘klezmerki’, ale z racji tematyki i mrocznego klimatu określa się ich twórczość jako “horrorbilly” lub “bloodgrass”. „The Feast of Three Arms” to trwający około godziny, piąty album formacji prowadzonej przez wokalistę, tekściarza i gitarzystę Lestera T. Raww’a i ciąg dalszy opowieści będących ‘morderczymi balladami’ z południa Stanów. Dla znających bardzo dobrze język angielski z mocno amerykańskim akcentem, całość będzie jak swoiste słuchowisko przeplatane piosenkami, bowiem Mr. Raww często opowiada o danym utworze i przedstawia rozwinięcie historii. Przykładowo w „That Boy Is Trouble Pt. II”. Niektóre fragmenty są tylko i wyłącznie mówione, bądź recytowane - jak kto woli (np. „Crow Feathers”, „Our Christian Duty”). Muzycznie wszystko opiera się na akustycznych (w dwóch czy trzech numerach także elektrycznych) brzmieniach gitary, banjo, basu i perkusji i charyzmatycznym wokalu lidera zespołu, czasem pojawiają się rzewnie lub dziarsko brzmiące skrzypki, od czasu do czasu odzywają się dyskretnie klawisze, a THE PINE BOX BOYS mogą grywać w takim zestawieniu praktycznie wszędzie i ma to swój ‘jankeski’ urok. Tym bardziej, że energii tym muzykom czasem nie brakuje. Wystarczy posłuchać wręcz rock ‘n rollowego „I Killed the Band”, równie żywiołowego „Mighty, Mighty Preacher” czy momentami zwariowanego „Meet My Wife”. W pewnym stopniu przypominają naszą krajową HAŃBĘ. Niewątpliwie - przynajmniej dla mnie - spotkanie z tą płytą było odskocznią od ciężkich brzmień.  
 

ocena: 8/ 10

www.pineboxboys.com


www.facebook.com/PineBoxBoys


autor: Diovis



<<<---powrót   -INDEX-