Puszka Pandory

LES CHANTS DU HASARD

„Les Chants du Hasard”

I, Voidhanger Records (CD 2017) 

Już było paru śmiałków, co próbowało pożenić muzykę metalową z klasyczną. Różnie to wychodziło i właściwie w całej tej historii paradoks tkwi w tym, że można by wymienić całkiem mnóstwo świetnych płyt metalowych z klasycznymi konotacjami, natomiast jeśli chodzi o przesunięcie ciężaru z metalu na symfoniczność i orkiestralność, to już nie… Może to nawet nie paradoks, bo łatwiej jest dotrzeć z gitarowymi brzmieniami wzmocnionymi orkiestracjami czy imitującymi je klawiszami niż z czymś, co bardziej dobiera się do źródeł z XIX wieku, a współczesne brzmienia się z tym mierzą i tylko momentami mamy do czynienia z wpływami w - tym konkretnym przypadku - black metalowymi. Jednoosobowy projekt z Francji zaskakuje przede wszystkim przeniesieniem ciężaru na co prawda oparty na klawiszowych brzmieniach przekaz - i tu można by wskazać wpływy Modesta Mussorgskiego, Richarda Wagnera czy Siergieja Prokofiewa - a ten tak zwany metalowy akcent wynika generalnie tylko z niektórych wokali, które mają w sobie coś z głównie norweskiego black metalu. Sam Hasard twierdzi, że wzorował się na wokalizach EMPEROR, ULVER czy VED BUENS ENDE, ale ja słyszę tutaj generalnie dziedzictwo jedynej w swoim rodzaju formacji, która zabłysła jeszcze w latach 90-ych poprzedniego stulecia, a która zowie się ELEND. Tam co prawda pojawiały się dodatkowo żeńskie głosy i był to ewenement, którego nikt do tej pory nie przebił, ani nawet się do niego nie przybliżył, lecz podobieństwo jest całkiem spore. „Les Chants du Hasard” opiera się na spreparowanych za pomocą różnych syntetycznych instrumentów dźwiękach, majestacie i potędze muzyki klasycznej i różnorodnych wokaliz, które są chóralne, quasi-operowe i całkiem często demoniczne, co przypomina tamten nieodżałowany, międzynarodowy band. Swoiste piękno przeplata się tutaj z diabolicznym klimatem, wręcz teatralny rozmach z dramaturgią często złożonych kompozycji, a industrialny prawie że niepokój z awangardowością współczesnych kompozytorów pokroju naszego Krzysztofa Pendereckiego. Już samo to świadczy o wielkiej odwadze Hasarda, a że jest to wykonane w sposób przemyślany i wyrafinowany (choć w „Chant IV - L’Enfant”” i „Chant V - Le Dieu” trochę brnącym donikąd), to z mojej strony szacun dla tego francuskiego multiinstrumentalisty i pomysłodawcy całości. Wręcz ciekaw jestem, jak by to zabrzmiało z pełną orkiestrą i dużym chórem, ale jeszcze wszystko przed tym młodym twórcą i może lepiej, że zaznacza swoją obecność na razie w takiej formie. Dodatkowo chciałbym zwrócić uwagę na charakterystyczną, malarską okładkę Jeffa Grimala z THE GREAT OLD ONES, który w niezwykle prosty sposób ujmuje atmosferę tego albumu.    
 

ocena: 7/ 10

www.facebook.com/leschantsduhasard


leschantsduhasard.bandcamp.com


www.i-voidhanger.com


autor: Diovis



<<<---powrót   -INDEX-