Puszka Pandory

PLEQ

Sound of Rebirth

Impulsive Art (CD 2010) 

"Sound of Rebirth" to rzecz ukazująca jakby drugą stronę tej samej monety, jaką jest twórczość płodzona pod widniejącym u góry szyldem. Zgodnie z deklaracją autora, mamy tu muzykę nieporównywalnie bardziej przystępną niż ta, którą Bartek opatrzył tytułem "Ballet Mechanic". Nie oszukujmy się: nie licząc pewnych wyjątków potwierdzających regułę, "Ballet Mechanic" zarezerwowany jest niemal wyłącznie dla najtwardszych fanów mrocznej elektroniki, a wszelkie glitch'owe zabiegi, jakkolwiek całkiem ciekawe, potęgują jeszcze bardziej uczucie owej nieprzystępności, skłaniając niewtajemniczonych do zostawienia swych melomańskich przyzwyczajeń, za przysłowiowymi drzwiami. Słuchając "Sound of Rebirth" zdecydowanie więcej osób poczuje się 'jak u siebie' i nie chodzi tu wyłącznie o to, że ten materiał jest mniej minimalistyczny niż totalnie niemal wyciszony, wspomniany punkt odniesienia spod tych samych palców. Liczy się również (a może i przede wszystkim) fakt, że dzieje się tu o wiele więcej. Wątpię, by jakikolwiek fan, dajmy na to neoklasyki, czy muzyki filmowej spod batuty Clinta Mansella zniesmaczył się słysząc smyczkowy "Swell Bliss", czy pianinowy "A Very Gentle Death". Świetnym pomysłem okazało się wzbogacenie tego grania o partie wokalne, które witają nas już u progu "Dźwięku Odrodzenia" w utworze "Black Dog" i w drugiej wersji "Raindrop" z udziałem Natalii Grosiak. A poziom wspomnianego utworu usprawiedliwia nawet z nawiązką podwójne jego wykorzystanie. Jest on bowiem po prostu dojrzały i świetnie słychać w nim przykład na to jak pogodzić clicks'n'cuts'owe odjazdy z ujmującą melodią generowaną przez żywy instrument (w tym przypadku trąbkę lub czymś z grupy dętych). W tym miejscu padnie kilka słów w temacie nastroju płyty. Otóż, nie licząc obowiązkowego mroku, jest on nacechowany sporym liryzmem ujętym w dość ponurą atmosferę. Jakoś bardziej uwrażliwione są, w moim odczuciu, te dźwięki, co wspomniany "Raindrop" obnaża wręcz idealnie. Nie znaczy to oczywiście że powyższe CD to świetna rzecz do tupania nogą. Jest tu sporo szorstkości, o czym w przypadku muzyki generowanej w dużej mierze przy pomocy zakłóceń, wspominać nawet nie muszę. W obu wersjach "The Ribbon", czy perkusyjnym, potraktowanym, o ile mnie słuch nie myli, dźwiękami gitarowymi "I Saw Some Pretty Flowers", (przykładowo) damy się ponieść falom nie układającym się bynajmniej w regularne, przyswajalne dla radiowego ucha dźwięki, stąd z odbiorem tego krążka nie będzie znowuż tak łatwo. Chwilami myślałem, że PLEQ prezentuje się lepiej w wydaniu ekstremalnie oszczędnym, nie zbliżającym aż tak swych dźwięków do form bliższych, nazwijmy to umownie - muzyce bezpiecznej, lecz im dłużej słucham "Sound of Rebirth", tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że jest to płyta po prostu bardziej złożona i co, być może będzie mieć znaczenie dla kilku osób - dużo lepiej brzmiąca. Więcej przestrzeni, głębi, emocji. Podobno gospodarz tej nazwy wydał aż kilkanaście tytułów w swej dwuletniej muzycznej karierze. Wynik to iście skłaniający do refleksji nad poziomem jakościowym owych pozycji, choć "Sound of Rebirth" skutecznie zneutralizuje u Was wszelkie przejawy podobnego sceptycyzmu.

ocena: 9/ 10

www.myspace.com/pleq


pl-pl.facebook.com/pages/Pleq/124186064279410


autor: Kępol



<<<---powrót   -INDEX-