Puszka Pandory

MINIMATIKON

"The Cabinet of Dr.Caligari Soundtrack"

własna produkcja zespołu (CD 2011) 

Czy kto chwali, czy kto gani, panowie z ORANGE THE JUICE niebywałym podejściem do grania pochwalić się mogą, a to co prezentuje ich filmowy side-project, MINIMATIKON, to muzyka co najmniej tak godna uwagi, jak ta tłoczona na krążkach tej pierwszej nazwy. Tworzenie dźwiękowego tła do niemych filmów nie jest być może jakimś bezprecedensowym pomysłem na współczesnej scenie awangardowej, ale intrygować będzie jeszcze długo, zwłaszcza gdy ktoś robi to tak jak rzeczona grupa. Na warsztat wzięto film z 1920 r., który dla widzów pokolenia gum do żucia 3D, będzie po prostu nie do przetrawienia. Nie ważne, że jakieś 90% tego, na czym bazuje współczesne kino to produkcje takie jak "Podróż na Księżyc", "Gabinet Dr. Caligari", "Metropolis" czy "Obywatel Kane". Fani "Transformers" wiedzą tam swoje odnośnie tego co jest 'na czasie' i ja się naprawdę cieszę, że 'jednorożce współczesnej epoki' (jak to Rogucki niegdyś tę warstwę społeczną określił) wciąż nie są, póki co, żywą skamieliną. W Polsce film ukazał się z niemal stuletnią obsuwą, ale na nadrabianie takich zaległości nigdy nie jest za późno. Bez zbędnych udziwnień i zgrywania multi-herosów, każdy z muzyków przyjął na klatę tę działkę soundtracku, jaka z grubsza odpowiada temu, co robił on w ORANGE THE JUICE. Marcin Steczkowski zasiadł więc za pianinem i zadął w trąbkę, Marcin Jadach szarpnął grube struny (bas, kontrabas), Dawid Lewandowski zawiesił na szyi gitarę, Jan Kiedrzyński otłukł bębny, a Konrad Zawadzki zajął się wokalami (choć refreniarskich hitów tu oczywiście nie znajdziemy). Taki skład poszerzono o Piotra Cebulę (skrzypce) i Macieja Kosztyłę (saksofon; zaskakuje w tej kwestii nieobecność Mariusza Godziny) i w Minimatikon Studio udźwiękowiono po swojemu dzieło Roberta Wiene. Powiem szczerze, że słuchałem tej ścieżki dźwiękowej zarówno z filmem, jak i bez niego i fani powermetalowych rapsodii pewnie pękną zaraz ze śmiechu, ale mi badało się ten album wyśmienicie i tak i tak. Już miałem żalić się w którejś recenzji, że brakuje na współczesnej scenie płyty, jaka w sposób umiejętny przełożyłaby klimat albumów KING CRIMSON z końcówki lat 60. i pierwszej połowy kolejnej dekady, na język współczesnych standardów. Zawsze wtedy, gdy ci muzycy zaczynali sobie improwizować (lub po prostu grać) z jazzującą sekcją, a maestro Robert Fripp nie przekręcał w prawo potencjometru z 'gainem' czy innym przesterem, dało się słyszeć muzykę nie koniecznie drapieżną, za to pełną swoistego czaru, jakiego nie uświadczyłeś bracie ani na krążkach YES, ani RUSH, ani PINK FLOYD, ani na żadnych innych. W utworach takich jak "Providence", "Starless", "Lizard" czy "Indoor Games" wyłaziły zarówno te mroczne i smutne, jak i te wesołe i skoczne emocje, lecz kawałek muzyki był to szlachetny. Nastrój dokładnie takich nagrań udzielił mi się podczas słuchania dwóch pierwszych numerów ("Them Birds", "Them Skies") z "The Cabinet of Dr. Caligari Soundtrack", a szósty na płycie, "Them Shades", czy ósmy "Them Traps" to po prostu istna celebracja takiego misterium. Dalej pojawiają się partie jakby stricte ilustracyjne. Podczas "Them Merchants" kadr filmu przenosi się na scenę z kiermaszem, więc roi się tu od gwaru zatłoczonego miejsca, daje się też odczuć nieco cyrkowy klimat. Na tym etapie prawie każdy zaczyna odnajdywać już coś dla siebie. Ambient w takich utworach jak choćby "Them Delusions" (cóż innego może w sposób tak bezpośredni oddać nastrój niepokoju?) wymienia się z graniem typowo gitarowym w najróżniejszym wydaniu. "Them Nights" to akustyczne flażolety, "Them Gods" to tak właściwie całkiem solidny thrash. Dla soczystych solówek też nie zabrakło miejsca ("Them Journeys"). Ciężko tak naprawdę w pełni scharakteryzować ten album i chyba najbardziej esencjonalne będzie w tym miejscu stwierdzenie, że wypełnił go jazz rock mocno przyprawiony ambientową psychodelą i elementami tradycyjnej muzyki ilustracyjnej. Materiał brzmi przyzwoicie w kontekście współczesnych czasów, lecz z drugiej strony, idealnie pasuje do obrazu, który uzupełnił. Ten soundtrack to płyta przemyślana od mixu aż po okładkę (tu znów popisało się 'Tofu'), a trzeba przyznać, że wydano go w doprawdy eleganckiej i estetycznie stonowanej, lecz na swój sposób przebogatej oprawie.

ocena: 9/ 10

www.minimatikon.com/


www.myspace.com/minimatikon


autor: Kępol



<<<---powrót   -INDEX-