Puszka Pandory

OBSIDIAN BUTTERFLY

"Obsidian Butterfly"

MDD (CD 2012) 

Ponarzekałem sobie troszkę ostatnio, więc tym razem nie rozpiszę się na temat posklejanego przez wytwórnię info, z którego dowiedziałem się naprawdę niewiele i przejdę do konkretów dotyczących tego co mam. Powyższy projekt to zatem twór Lefthandera - rosyjskiego muzyka cieszącego się gdzieniegdzie opinią niezwykle płodnego, utalentowanego i dość istotnego dla swej krajowej sceny. Ciężko mi będzie w pełni to ocenić i umiejscowić "Same" na tle wcześniejszych - wydanych pod innymi szyldami - dokonań twórcy, bo ich zwyczajnie nie znam. Pozostaje mi więc odnieść się do 11 utworów, które złożyły się na materiał tego CD. No i co my tu mamy? Na pewno nie album doskonały, co sygnalizują już pierwsze chwile z nim spędzone, a ściślej - wokal w drugim na liście "Dancing On the Edge". W życiu jest tak, że niekiedy lepiej pogodzić się z własną piętą achillesową i pójść dalej. Gdyby Lefthander dobrał sobie na tę płytę wokalistę o co najmniej przyzwoitych umiejętnościach, nie straciłby wiele z wykonawczej suwerenności, a sporą część zaprezentowanej tu muzyki mógłby uleczyć. Niejednokrotnie spotykałem się już z sytuacją, w której skromne niedociągnięcia ktoś nadrabiał powalającymi utworami, bądź trafnymi pomysłami, więc nie zrażamy się byle czym i słuchamy. A po kilku ładnych przesłuchaniach wynurzył mi się z kłębowiska myśli konkretny wniosek, że z "Same" jak najbardziej warto się zapoznać, lecz tylko z solidną garścią cierpliwości w tak zwanym zanadrzu. Otwierający utwór tytułowy rozpoczynają akustyczne brzmienia muśnięte delikatnymi 'wycieniowanymi' leadami i spokojniutką sekcją rytmiczną, czyli wszystko to, co stanowi ewidentny znak rozpoznawczy kolaboracji Mikaela Akerfeldta i Stevena Wilsona, jaka zrodziła OPETH'owski "Damnation". Wspomniani panowie kontynuują dziś tamten kierunek pod wspólnym szyldem STORM CORROSION i gdybym miał polecić komuś muzykę OBSIDIAN BUTTERFLY, powiedziałbym mu, że to nic innego jak balladowa strona ich muzycznej symbiozy z dodatkiem neofolkowych wpływów ("Aztec Night Fever"). Można dzięki nim porównać jeszcze tę płytę do całkiem podobnego albumu z dyskografii norweskiego BORKNAGAR, czyli akustycznego "Origin" lub nagrań naszego rodzimego LUNATIC SOUL. Wszelkie 'niepudłowe gitary' akcentują - w sposób bardzo mocno stonowany - co bardziej tajemnicze i melancholijne fragmenty płyty i na tym poprzestają. Nie brakuje ambientowej elektroniki ("Mysteries By the Twin"), zarówno masywnie ("Bloodlines"), jak i pianinowo (ujmujący "Same Old Song") brzmiących klawiszy, smyczków ("Animating the Shadows"), chórków, gitarowych efektów ("Mother's Dream") i nie wiadomo czego jeszcze. Wrzucając kolejne utwory na ten tytuł, gość nie spieszył się wcale z tymi najbardziej czarującymi, więc z początku wieje chłodem, co wcale nie oznacza, że jest bezpłciowo. Ciekawie wypada zestawienie połamanego rytmu mocnej perkusji z takim uczuciowym graniem. Delektowałem się tym choćby podczas tych udanych momentów "Loki - Wizja Dźwięku" Piotra Roguckiego czy na ostatnim ULVER'ze, a na tej płycie zetknąłem się z powyższym słuchając choćby "Tree From My Childhood" czy "The Dawn of Sorrow". Warto poznać i wyłowić to, co najlepsze.

ocena: 6,5 / 10

www.mdd-shop.de/


autor:  Kępol



<<<---powrót   -INDEX-