Puszka Pandory

RAPOON

„Disappeared Redux”

Zoharum (CD 2012) 

Zoharum porwało się w przypadku tego wydawnictwa na coś, co w sumie jest godne podziwu. Z jednej strony mamy tu legendarnego już w pewnych kręgach artystę Robina Storey’a, który działa już od ponad 30 lat na scenie elektronicznego eksperymentu (najbardziej znany jest z powołania wraz grupą przyjaciół specyficznej, post-industrialnej komuny pod nazwą Zoviet France), a z drugiej strony stworzone przez niego dźwięki, które w nieco odmienionej i poszerzonej postaci pojawiają się po dwóch latach jako „Disappeared Redux”. Tak, nieco ponad 24 miesiące temu pojawiło się w netowym labelu Magnatune coś pod nazwą „Disappeared” i musiało być na tyle inspirujące oraz istotne dla Storey’a, że kiedy wyszła inicjatywa ze strony naszego krajowego Zoharum, postanowił te 13 utworów zmiksować ponownie, a część ponownie nagrać. Zapytajcie jakiegokolwiek twórcę dark ambientu o to czy ma to sens powracanie do swoich kreacji z przeszłości, a on Wam odpowie wymijająco lub zastanowi się przez chwilę (a to rzadka rzecz) i powie, że było warto wrócić do tego stuffu. Ogólnie rzecz biorąc, bo piszę szczerze jak zawsze, nawet dwóch procent jego twórczości nie znam, odpowiem, że było warto. Utwory z „Disappeared Redux” to kawałek zajmującego umysł rzeźbienia w strukturach z pogranicza dark ambientu, awangardy i współczesnej muzyki poważnej. Nie napiszę w tym momencie, że jestem bezgranicznym fanem muzyki, choć otarłem się o jej wszelkie przejawy w ciągu swojego życia, ale mam wrażenie, że RAPOON jest zdecydowanie poszukującym nowych form projektem człowieka, któremu nie obce są rzeczy stworzone przez artystów pokroju Pendereckiego, Góreckiego i jednego z prekursorów muzycznej awangardy Karleinza Stockhausena, a jednocześnie spogląda on w stronę mocno doprawionej takim podejściem el-muzyki. Z tego misz-maszu muszą wywodzić się rzeczy wybitne lub co najmniej intrygujące. Nie usłyszycie tu wirtuozerii kompozycyjnej, patosu, olbrzymiego orkiestralnego hałasu czy wzbudzającej podziw trajektorii lotu w stylu niedawnego rekordzisty Felisa Baumgartnera, ale za to zatopicie się w genialnie potraktowanej prostocie łączenia pianistycznych motywów i dronowych plam oraz dziwacznych, acz wykorzystywanych w bardzo skromny sposób sampli. Nieprzewidywalne rzeczy dzieją się tu co rusz, choć same utwory przedstawiają się już na tak zwane ‘dzień dobry’ i w ramach danego fragmentu przez kilka minut minimalizm oraz skromność przemawiają do słuchacza. A mówią te dźwięki w sposób wybitnie improwizowany, błądzący gdzieś po obrzeżach tak zwanej muzyki, wykorzystujący ją w sposób, w jaki Laurie Anderson (tak przy okazji, na tym materiale pojawia się żeński głos deklamujący poetyckie teksty) potrafiła przewrócić muzyczny świat do góry nogami swoją kreatywnością i przekornym sposobem w jaki to robiła. Tutaj mamy w sumie to samo, tyle że podane w sposób elektronicznie aż przesadny, bijący tak mocno po nerwach, że ból roznosi się po całym ciele. I jak to trafnie napisał o tej płycie sam twórca: „To krążek o tych, którzy zaginęli w dziwnych okolicznościach i o tych, co po prostu zaginęli. Przemijanie czasu i zmiany. Duchy z przeszłości i duchy z przyszłości.”. Na jakże dziwnym kawałku planety żyjemy… I dzięki temu warto tu mimo wszystko przeżyć te kilkadziesiąt lat.

ocena: 8/ 10

www.rapoon.net


www.myspace.com/rapoonband


www.zoharum.com


autor: Diovis



<<<---powrót   -INDEX-