|

6 | A | B | C | D | E | F | G | H | I | J | K | L | M | N | O | P | R | S | T | U | V | W | X | Y | Z | INDEX


AB INTRA - "Aura Imaginalis"

(CD 2009 / Zoharum)

W Polsce jak do tej pory mało komu udawało się grać autentyczny dark ambient. Ba, nawet ambientowe próby w tej najprostszej postaci ostatecznie kończyły się najczęściej nagraniem jakiegoś bezpłciowego i bezładnego plumkania. AB INTRA ma szansę to zmienić, ale jeszcze długa droga przed tym projektem. Na razie podąża drogą sprawdzonych zagranicznych wzorców, spośród których najwyraźniejszą inspiracją są RAISON D'ETRE, SEPHIROTH i wczesne DESIDERII MARGINIS. No i cała masa mniej znanych, co nie znaczy, że gorszych inicjatyw spod znaku przestrzennego i jak ja to nazywam, "bezludnego" dark ambientu. W takich dźwiękach przed oczami wyobraźni stają krajobrazy opustoszałych fabryk, miast i budowli, a pokryte rdzą i zębem czasu maszyny i urządzenia rozpadają się, by ulec rozkładowi jak wszystko co żywe i co nietrwałe. Wśród szkieletów wytworów umarłej rasy ludzkiej hula wiatr, niosą się dziwne echa, a czasem, na krótką chwilę wszystko milknie. Tak też jest na "Aura Imaginalis", gdy nastają chwile spokoju, po czym atmosfera gęstnieje, żywioły szaleją i zaczyna się wytwarzać naturalny hałas. Najlepszym przykładem takiej huśtawki nastrojów jest najdłuższy na płycie, ponad 12-minutowy "Astral Wings", w którym przeplatają się ze sobą cisza i hałas. Niestety, ta sama kompozycja, wydawało by się, że będąca taką pigułą mrocznego ambientu, obnaża też pewne braki kompozycyjne i aranżacyjne AB INTRA. Zamiast stopniowego narastania i opadania dźwięków, zagęszczania i rozrzedzania atmosfery, kilka pomysłów zlepiono ze sobą i nie ma tu konsekwencji powstałych w zamyśle muzyka pomysłów. Pozostałe utwory są krótsze i już niosą bardziej stabilną, nie ulegającą tak częstym zmianom strukturę. Na pocieszenie dodam, że nawet RAISON D'ETRE, gdy porównać wczesne próby Petera Anderssona z jego ostatnimi, wydaje się, że dokonało ogromnej progresji, co może być dla kogoś, co nie obcuje zbyt często z taką muzą czymś prawie nierealnym. Cieszy też fakt, że idąc tropem uznanych firm AB INTRA postarała się o stosunkowo głębokie i przemyślane brzmienie, dzięki czemu debiut można uznać za obiecujący. A czy dalszy rozwój nastąpi - to zależy tylko od samego twórcy.

ocena: 7/10
www.myspace.com/abintra11
www.zoharum.com
autor: Diovis


AGNIVOLOK / CHAOS AS SHELTER - "Henbane"
(CD 2009 / The Eastern Front)

Pirat to jednak menda okrutna. Wczesne nagrania dwóch izraelskich projektów zostały nielegalnie wydane zaraz po ich rejestracji w 1999 roku, ale pewnie nikt wtedy nie przejął się tym zbytnio, może poza samymi twórcami. Szczęśliwie wydawnictwo zatytułowane "Belena" przeszło bez echa i dlatego można powiedzieć, że cały wic w tym, że dopiero 10 lat później AGNIVOLOK i CHAOS AS SHELTER mogą świętować wydanie ich starych utworów we właściwej formie. A nie są tu umieszczone takie sobie plumkania niedoświadczonych muzyków. Stworzony przez Verę Agnivolok i Vadima Gusisa AGNIVOLOK to 5 pieśni mocno zakorzenionych w prostym rosyjskim folku, z gitarą akustyczną, fletem i zaśpiewami wokalistki w rolach głównych, a akordeonem w roli pomniejszej, ale nie mniej urokliwej ("Black Forest"). Można tym dźwiękom zarzucić skłonności do uproszczeń, czasem nawet "harcerską" manierę, ale nie można odmówić temu ludyczności, szczerości i specyficznego klimatu. Vera nie ogranicza się do śpiewania, czasem również deklamuje teksty napisane w języku Gogola, Czechowa i Dostojewskiego. Nieźle to współgra z naprzemiennie rozłożonymi na "Henbane" kompozycjami CHAOS AS SHELTER, który to projekt powstało z inicjatywy samego Vadima Gusisa eksplorującego dark ambientowe, industrialne i quasi-sakralne nastroje. Smutek, niepokój, poszukiwanie duchowości - wszystko to przychodziło z łatwością i powstawało naturalnie tym jeszcze wówczas młodym muzykom. To słychać i to czuć. Minimalistyczne utwory zmagają się z wolą dosięgnięcia głębi i chociaż nie zawsze wszystko wychodziło czysto i zgodnie z prawidłami muzycznej sztuki, to materiał nie jest li tylko zapisem młodzieńczych prób. O tym świadczyć może fakt, że tak na dobrą sprawę nie doszukałem się tutaj jakichś zapożyczeń z twórczości innych, mimo że końcówka lat 90-tych była prawdziwym zagłębiem pomysłów właśnie dzięki wybijającym się wówczas formacjom skupionym między innymi wokół Cold Meat Industry czy działającym w jeszcze głębszym podziemiu firmom pokroju Cold Spring czy Stahlwerk. AGNIVOLOK i CHAOS AS SHELTER ulubili sobie po prostu ekspresję w elektroniczno-folkowej szacie i tego się trzymali w swoich wczesnych zmaganiach mając jeszcze dość skromne umiejętności, ale paradoksalnie dzięki temu odkryli w sobie kreatywność i potrafili w nią przekuć spontaniczność i ówczesne dążenie do jakiegoś tylko im znanego celu.

ocena: 7/10
www.myspace.com/agnivolok
www.theeasternfront.org
autor: Diovis


ACCOMPLICE AFFAIR - "Samotny Horyzont"
(CDR 2009 / My Hand's Music)
Z materiału na materiał projekt Przemka Rychlika brzmi coraz lepiej, pełniej i wciąż podąża swoją własną, pozytywnie egoistyczną drogą. Zupełnie niezależnie od wszystkich innych twórców i wszystkiego co dzieje się na dark ambientowej scenie. Za to należy się szacunek i zwrócenie uwagi na dźwięki z tej płyty, jak i poprzednich. "Samotny Horyzont" rozwija pomysły z płyt "Act of Creation" i "Jezioro Wspomnień", a jednocześnie nadal tkwi w minimaliźmie (nie mylić z prymitywizmem) i nastrojowości. Jak to w tym stylu bywa, nie ma co liczyć na wyraziste melodie czy gwałtowne zmiany w ramach danego utwory. Dźwięki płyną tu sobie powoli, leniwie, wręcz marzycielsko. Nie ma to jednak nic wspólnego z przejawami romantyzmu i ukojenia, bo poza dość spokojną i nie eksplodującą feerią barw materią dźwiękową trudno tu odnaleźć skłonności do relaksacji. Poszczególne utwory to takie impresje dość dowolnie interpretujące pewne przyrodnicze zjawiska lub stany umysłu, zapisujące na pozór ulotne myśli i emocje. Zawarte tu osiem kompozycji to takie ilustracje o malarskim wręcz zabarwieniu. Pełne prawie jazzowych dysonansów, głębi, ulotności i niestabilności. Wszystko to wymieszane w tyglu opartym wyłącznie o brzmienia klawiszy oraz gitary elektrycznej i akustycznej. Właśnie dzięki tym gitarom ambient w wykonaniu ACCOMPLICE AFFAIR jest od samego początku istnienia tego projektu tak nietypowy i trudny do zaszufladkowania, bo bliżej tu pomysłom Przemka do ułamków twórczości KING CRIMSON, COCTEAU TWINS czy projektów z kręgu tak zwanego shoegaze'owego grania w rodzaju opisywanego już w "Puszce Pandory" THISQUIETARMY na przykład. Tym razem nie ma żadnych wokali i deklamacji, jak to było na "Jeziorze Wspomnień", ale jest za to gość specjalny w bonusowym kawałku "Obraz kobiety we mgle", a jest nim Krzysztof Biliński. Może stało się to na skutek sugestii, że ktoś inny dodatkowo maczał palce przy tym utworze, ale zdaje się on być bardziej rozwichrzony i nasycony innym spojrzeniem na styl ACCOMPLICE AFFAIR. Naprawdę warto spróbować zmierzyć się z całością.

ocena: 8/10
www.accompliceaffair.za.pl
autor: Diovis


ATUM - "Hitwa"
(CD 2008 / Beast Of Prey)
Lubię czteropaki. A jeszcze bardziej sześciopaki :) Ale już tak poważnie ujmując, to w skład takiego specjalnego 4-packa wydanego jeszcze przed wakacjami przez Beast Of Prey wchodzą cztery tytuły projektów z wysokiej półki, a jako że alfabetycznie pierwszy z nich to ATUM, to zaczynam recenzję od nowego materiału tego ciekawego zjawiska na scenie dark ambient. Obserwuję ten projekt od materiału "Agoraphobia" z 2006 roku i zgodnie z moimi oczekiwaniami grając nawet tak pozornie hermetyczny rodzaj dźwięków można ewoluować, co udowodnił choćby arcyciekawy split z ROTO VISAGE z ubiegłego roku. "Hitwa" to kolejny materiał, dzięki któremu można śmiało powiedzieć, że ATUM staje się powoli jednym z wiodących tworów na krajowej scenie dark ambient i można postawić tę płytkę obok najlepszych dokonań tego gatunku muzycznego. Utwory z tego krążka różnią się od tych nagranych w przeszłości przez ten projekt, a jednocześnie rozwijają linię programową, którą w jednym zdaniu można określić jako próbę pobudzenia wyobraźni pobudzenia wyobraźni. W tym konkretnym przypadku ATUM skupiło się na "próbie wytworzenia obrazów w naszych umysłach". Wystarczy zamknąć oczy i wsłuchać się w niezwykle wymowne, choć budzące bardzo indywidualne skojarzenia dźwięki, które płyną powoli, acz podskórnie dzieje się tam wiele. A to pojawia się mnisie zawodzenie, a to skupiający na sobie uwagę szept, a to narastający hałas ("Hitwa III"), a to wprowadzające w swoisty trans dzwonienie ("Hitwa II"), a to ożywiająca pozorny spokój gitara akustyczna i deklamacje ("Hitwa IV"). Każda z pięciu długich części stanowi oddzielną całość, a równocześnie łączy się z sobą w swoistej emisji obrazów wyrażanych tonami syntezatorów i sampli. Do pomocy przy płycie muzyk ATUM zaprosił eksploratorów różnych odmian dark ambientu: INFAMIS, DEAD FACTORY oraz EQUUS. Można rzec, że każdy z nich dorzucił coś od siebie, nie łamiąc przy tym koncepcji ATUM. Kolaboracja moim zdaniem udana, a obok tego albumu nie powinni pozostać obojętni miłośnicy RAISON D'ETRE, DESIDERII MARGINIS, SEPHIROTH czy nawet MOAN. Mocne 8 punktów.
ocena: 8/10
www.beastofprey.com
www.atum.w.pl
www.myspace.com/atum696
autor: Diovis


AITON - "Akhetaten"
(CDR 2008 / Insomnya Records)
Co to?! Jakiś cholerny Robert Miles w wersji mniej dyskotekowej?! Początek płyty nie nastrajał mnie zbyt optymistycznie, bowiem "Absit Omen" to takie plumkanie na pianinku z elektronicznymi ornamentami. Drugi numer, "Cry of Amon-Ra", jest już zdecydowanie ciekawszy. Jest orientalna melodyka, jest pulsująca rytmika, interesujący, grzechoczący efekt w tle, pojawia się wyrazista linia basu. "Twilight of the Idols" to niestety powrót do estetyki pod tytułem "pianinko plus elektronika". I tak w kółko do samego końca. Raz jest bardzo przewidywalnie i nudno, a za chwilę przez kilka minut więcej się dzieje. Bardziej eksperymentalne podejście do tworzywa jest zdecydowanie tym, czym powinno się zająć tych dwoje muzyków w przyszłości, aniżeli odgrywanie prostych, wręcz banalnych melodyjek. Za to pomysł z użyciem "żywych" instrumentów, jak bas i perkusja jest trafieniem w dziesiątkę. Na naszym krajowym podwórku brakuje czegoś takiego, bowiem praktycznie każdy twórca woli wspierać się syntetycznymi dźwiękami spreparowanymi na pececie. Sugeruję, aby przy pracy nad kolejnymi utworami obrać kierunek zdecydowanie bardziej w stronę dark wave i zimnej fali a la JOY DIVISION czy X-MAL DEUTSCHLAND, może nawet dorzucić jakieś wokale, bo na tym polu jest naprawdę sporo do stworzenia. Tyle o muzyce. Debiutancki materiał AITON jest w zamyśle swoistym hołdem złożonym odważnemu egipskiemu faraonowi Amenhotepowi Czwartemu, znanemu jako Echnaton. Osobnik ów był jednym z pierwszych władców na świecie, którzy wprowadził w życie monoteistyczną religię, w tym przypadku w boga Atona. Postać Echnatona była wielce zagadkowa i dopiero niedawno naukowcy odkryli, że jego dziwnie wyglądające posągi z bardzo pociągłą twarzą i długimi palcami u rąk ukazują, że faraon chorował na rzadkie schorzenie zwane syndromem Marfana. Ale o tym wszystkim można dowiedzieć się na kanale Discovery, więc już na sam koniec wspomnę o tytule, bowiem zawiera się w nim dość istotny błąd. Wedle zapisu hieroglifami jednym z imion Amenhotepa IV było Akhenaten, stąd nie rozumiem zapisu stworzonego przez duet AITON. Jeżeli jednak macie ochotę poznać świat Echnatona wykreowany dźwiękami Agaresa Nemesa i Jacqueline, to na stronie wydawcy dowiecie się jak ściągnąć na swojego kompa ten album w postaci plików mp3.
ocena: 6/10
www.insomnya.net
autor: Diovis


ABYSS - "Mental Self-Destruction"
(CDR 2007 / Beast Of Prey)
Potraficie wyobrazić sobie najbardziej przerażający klimat, którego nie ma w większości horrorów? Ciemne, opustoszałe miejsce gdzieś z dala od cywilizacji, gdzie czai się Zło, gdzie zamieszkują wasze największe koszmary, fobie i demony? Tak, to ludzka dusza. Wnętrze każdego z nas. Miejsce, w którym wszystko to wciśnięte w najgłębszy kącik wciąż żyje i wzbiera, wzbiera, wzbiera, by w którymś momencie wypełznąć na zewnątrz. Potraficie nad tym zapanować? Tak się wam tylko wydaje... Wszystkie lęki i ukryte w podświadomości najgorsze emocje zaczynają władać waszym rozsądkiem. To staje się powoli, ale w końcu odkrywacie, że "ja to już nie ja"... że to jakaś obca osoba, ktoś, coś nieokreślonego, co zaczyna dominować, przekształcać was w zło w najczystszej postaci. Grzęźniecie w tym, po omacku próbujecie jeszcze uciekać... pełzniecie... a potem tylko zwijacie się w bólu... strach otępia przecież zmysły... paraliżuje... Chwytacie po nóż... musicie to zakończyć... zakończyć ten koszmar...
Mentalna samo-destrukcja w najgłębszej otchłani. Produkcja ABYSS nie daje ani cienia nadziei. Prowadzi was przez świat, w którym nie ma dualności dobro-zło. W którym nie ma światła, nie ma radości. W którym nikt nie pomoże w przetrwaniu. Człowiek sam wykuł sobie taki los. Piekielny Mrok staje się dzięki tym dźwiękom jedynym żywiołem i jedyną pożywką dla duszy. Inwokacje przywołują wszystko co najgorsze, zapadamy się w świat cieni, wyobraźnia płata figle, za każdym rogiem czai się coś strasznego i okropniejszego niż to, z czym mieliśmy do czynienia w realu. W którym zmysły nie rozpoznają co jest iluzją, a co rzeczywistością. To podły trik nieokreślonego stwórcy. Zemsta zakompleksiałego kreatora.
Koniecznie posłuchajcie tego materiału ze słuchawkami na uszach. W samym środku nocy. Doświadczycie nie tylko najlepszego i najmroczniejszego z najmroczniejszych dark ambientów w prostej linii wywodzącego się z dokonań MZ.412 i ENDURY. Doświadczycie tego, co czai się gdzieś głęboko w was. Dopiero tak naprawdę dowiecie się co wam w duszy gra...
PS. "Mental Self-destruction" ABYSS to drugi akt z sześcioaktowej serii "Diabolus Opum", wydany w limicie 111 sztuk. Nie wydaje mi się, aby był jeszcze dostępny, ale warto poszukać...

ocena: 9/10
www.beastofprey.com
www.abyssanizer.prv.pl
autor: Diovis


ACRYBIA - "Death, Birth And Marriage"
(CDR 2007 / Beast Of Prey)
A oto i pierwsza z odsłon składającej się z sześciu części diabolicznej i przerażającej opowieści malowanej wyobraźnią twórców podziemnych aktów z kręgu dark ambient/industrial. "Diabolus Opum" otwiera historia śmierci, narodzin i małżeństwa nakreślona w niezmiernie wyrazisty, choć pokrętny sposób przez projekt ACRYBIA. Po wysłuchaniu tej płyty mało kto uwierzy, że jeszcze do niedawna ci muzycy pod tym samym szyldem tworzyli... death metal. Na "Death, Birth And Marriage" pozostała już z tego tylko tytułowa śmierć, reszta zaś to obsesyjny i rytualny dark ambient z industrialnymi akcentami. Całość zaczyna się od minimalistycznego "Long Way From Mother's Womb To Reach Nothing", w którym dopiero po kilku minutach pojawia się głośniejsza, noise'owa wręcz partycja. W "Bridal Mating" różne dziwne skrzypienia uzupełnia monotonna, ale zadziwiająco efektywna i tworząca ciekawy klimat partia pianina. Tu dopiero zaczyna się ten rytuał naprawdę. Słychać, że muzycy mocno "wkręcili" się w takie dźwięki, bo zadbali o odpowiednie brzmienie i stworzenie nastroju opętania i grozy. Cały wic w tym, że aby przetrwać każdy z kolejnych, trwających po kilkanaście minut numerów trzeba mieć nie lada cierpliwość, lub fascynować się mozolnym konstruowaniem takiego klimatu przez muzyków. Trzeci na krążku "If You Looking You Will Find (Heaven For Sale)" to już uporczywie hałaśliwa kompozycja zdecydowanie inspirowana przez MZ.412. Kontynuacja buczenia i charczenia układającego się w rytmiczny ciąg ma miejsce w "Invalid Core" oraz "They Creep In the Walls (Jesus Don't Live Here)" i dopiero na końcu umieszczony został dość zaskakujący kawałek "Gdy Już Nic Nie Zostało" z polskim tekstem i opartą o odtworzone od tyłu dźwięki niby-melodią. ACRYBIA przesadziła moim zdaniem z tym obsesyjnym wręcz zadurzeniem się w jednolitym tworzywie, w którym rzeźbią i przez to na razie nie wychodzą odważnie ponad to, co oferują wszystkie inne formacje spod znaku black industrial z MZ.412 na czele.
ocena: 5/10
www.beastofprey.com
www.acrybia.xk.pl
autor: Diovis


ACCOMPLICE AFFAIR - "Jezioro Wspomnień"
(CDR 2007 / własna produkcja)
To już moje trzecie spotkanie z ACCOMPLICE AFFAIR w stosunkowo krótkim czasie. Po wydanym aż w Izraelu "Act of Creation" nastąpiło promo "The Lake of Memories", które zapowiadało pełny materiał już o polskim tytule "Jezioro Wspomnień". Wła?ciwie to mógłbym napisać, że całe meritum zawarłem w recenzji trzyutworowej płytki, bo oddaje ona (recenzja, oczywi?cie) to, co zawiera pełny album, ale gwoli ?cisło?ci należy się twórcy kilka kolejnych zdań. "Jezioro Wspomnień" to senna i tajemnicza opowie?ć, zgodnie z tytułem jednej z kompozycji - "Niekończąca się opowie?ć". Opowie?ć malowana d?więkami płynących powoli klawiszowych plam i gitarowych ornamentów. To wła?nie ten sze?ciostrunowy instrument buduje do?ć oryginalną scenerię zdarzeń dziejących się z dala od zgiełku miasta i szczurzego pędu ku karierze oraz pieniądzom. Odpowiedzialny za cało?ć Przemek Rychlik maluje muzyczne impresje zachodu Słońca, padającego deszczu, zmian pór roku, mistycznych krajobrazów, spokoju i ciszy. Jedni odbiorą to jako nudne pobrzdąkiwanie i ?rodek do usypiania, inni będą pod wrażeniem specyficznego, pełnego niepokoju klimatu, który spotyka się rzadko nawet na krążkach darkambientowych projektów. Bo ACCOMPLICE AFFAIR, choć nawiązuje do tej stylistyki, to sięga również po ?rodki bliższe improwizowanej awangardzie i dokonaniom artystów pokroju SIGUR ROS, stąd wiele tutaj prawie jazzowych dysonansów i podskórnych implozji gitarowo-syntezatorowych. Do tego wszystkiego dodać należy jeszcze szeptane wokalizy, które pojawiają się zgoła rzadko, ale też odgrywają tutaj istotną rolę. I tak jak zakończyłem recenzję promo, tak i teraz z pełną ?wiadomo?cią użyję sformułowania, że "Jezioro Wspomnień" zawiera to urzekające "co?", co pozwala wydobyć z siebie ukryte gdzie? głęboko marzenia, pragnienia i obrazy.
ocena: 8/10
ritchie2@wp.pl
autor: Diovis


ACCOMPLICE AFFAIR - "The Lakes of Memories"
(Promo-CD 2007)
To już drugi materiał nowego projektu stworzonego przez związanego dawniej ze sceną metalową Przemka Rychlika. Pierwszy, "Act of Create", dostarczył sporą dawkę mrocznego ambientu opartego na plamach syntezatorów oraz d?więkach gitary elektrycznej i tak też jest na najnowszym promo. "The Lakes of Memories" to trzy utwory i nieco ponad 17 minut sennych, niepokojących i bardzo przestrzennych d?więków. ACCOMPLICE AFFAIR podąża swoją drogą, nie oglądając się na to, co kreuje większo?ć podobnych projektów. Tu na równych prawach współbrzmią ze sobą elektroniczne szmery i gitarowe gejzery. Tych drugich jest nawet jeszcze więcej niż na debiucie - zaskakują jazzującymi dysonansami i "frippowskim" (KING CRIMSON) manieryzmem, przez co niejako oddalają się od typowej stylistyki spod znaku dark ambient. Potęgują to jeszcze nałożone na instrumenty szepty, które brzmią tajemniczo, wręcz mistycznie. Może się to trochę kojarzyć z hipnotycznymi dokonaniami Davida Sylviana (ex-JAPAN), Briana Eno czy pewnie zapomnianym przez wielu (bąd? po prostu zupełnie nieznanym) projektem Proscriptora z ABSU, czyli EQUIMANTHORN. Pozorny minimalizm ukrywa pod powierzchnią wiele różnych nastrojów, które w głównej mierze penetrują mroczne zakątki ludzkiej duszy, jej osamotnienie, smutek, pustkę i izolację. Pobudzają wyobra?nię, a jednocze?nie sugerują ukryte znaczenia i przesłanie. Pewnie dla ambientowych purystów za wiele tu gitar, a dla poszukiwaczy nowatorskich rzeczy - zbyt mało eksperymentów. Jedno jest pewne - niewiele podobnych rzeczy (a już na pewno w naszym kraju) wypływa na powierzchnię, ginąc gdzie? w?ród opartych na sprawdzonych szablonach produkcjach, a szkoda, bo w d?więkach ACCOMPLICE AFFAIR jest to urzekające "co?", co daje się ponie?ć ukrytym gdzie? głęboko w duszy pragnieniom i fantazjom.
ocena: 7,5/10
ritchie2@wp.pl
autor: Diovis


ATUM / ROTO VISAGE - "Syndrom Cotarda"
(CDR 2007 / Beast Of Prey)
To naprawdę ciekawe, że dzięki muzyce ekstremalnej można dowiedzieć się o istnieniu rzeczy dotąd nieznanych i raczej niepopularnych. Syndrom Cotarda to rodzaj dziwnego schorzenia polegającego na przekonaniu o ?mierci za życia, a objawiającego się między innymi poczuciem niematerialno?ci ciała, brakujących organów czy rozkładających się tkanek. Zaburzenie to opisał w 1880 roku francuski lekarz Jules Cotard. Tematyką zagadkowej choroby zajęły się dwa projekty reprezentujące nurt dark ambient ATUM oraz ROTO VISAGE. Każda z nich stworzyła na potrzeby tego wydawnictwa po 3 utwory i muszę przyznać, że podziwiam w tym muzycznym projekcie dwie sprawy. Pierwszą jest to, że tak nasze krajowe ATUM, jak i niezidentyfikowany geograficznie ROTO VISAGE, podeszły do niezwykłej tematyki w odpowiedni sposób, kreując bardzo mroczne, wręcz opętańczo chłodne i przerażające d?więki, które snują się jak zabłąkane dusze ludzi zmarłych za życia. Słuchając tych sze?ciu kompozycji wypełnionych strachem, bólem i obłąkaniem w ?rodku nocy ze słuchawkami na uszach nie sposób nie odczuwać wręcz namacalnie i empatycznie tego, co może czuć osoba cierpiąca na Syndrom Cotarda. Niesamowity klimat tego wydawnictwa naprawdę na długo pozostaje w pamięci. Druga sprawa to doskonałe współbrzmienie i wzajemne dopełnianie się utworów stworzonych w końcu przez muzyków, którzy znają się pewnie jedynie przez internet. Obaj twórcy poruszają się na tym wydawnictwie w prawie identycznej estetyce dark ambientu, wykorzystując podobne ?rodki do kreowania atmosfery bliskiej najmroczniejszym horrorom. Tym bardziej, że temat dziwacznego urojenia jest horrorem samym w sobie, bo wystarczy tylko wyobrazić sobie własne przebudzenie i stwierdzenie, że nie da się wyczuć bicia serca. Czujecie ten strach? Ze ?miercią naprawdę nie ma żartów... Je?li wasza wyobra?nia nie potrafi tego odczucia wyzwolić i przyswoić, wystarczy sięgnąć po ten split. Silne i niepojęte emocje gwarantowane.
PS. Nie muszę dodawać, że pozycja jest limitowana tylko do 200 sztuk i należy się pospieszyć z zakupem?
ocena: 9/10
www.beastofprey.com
www.atum.w.pl
www.rotovisage.com
www.myspace.com/atum696
www.myspace.com/rotovisage
autor: Diovis


ATARAXIA - "Kremasta Nera"
(CD 2007 / Ark Records)
Brnąc przez naprawdę opasłą dyskografię ATARAXII można się zagubić. Szczę?cie ma ten, kto jest z tym wyjątkowym projektem od początku i ma niejako pełniejsze spojrzenie na jej dotychczasową twórczo?ć. Ja swoją przygodę z Włochami rozpocząłem zbyt pó?no, bo od wspólnego ich wydawnictwa z AUTUMNA ET SA ROSE, a było to jakie? dwa lata temu. Tymczasem zespół nieustannie powiększa swoją biblioteczkę d?więków o kolejne pozycje. "Kremasta Nera" to album kompleksowy, ale także opierający się na jednym koncepcie z czasów znanych nam bliżej jako mitologiczne. Dlatego też album posiada podłoże rytualne, wręcz mantryczne - to słychać na każdym kroku. Plemienne bębny dają nam znać, że wła?nie odbywa się jaki? tajemniczy obrządek, w którym my słuchając tej płyty siłą rzeczy uczestniczymy. Mistycyzm tego krążka zaskakuje wielobarwnym spojrzeniem na sprawy zapomniane, ale warte wspomnienia. ATARAXIA opowiada swoją historię przy użyciu niezliczonej ilo?ci elementów przybliżając nas do ?ródła, jak najbardziej się da. Mamy tu więc przede wszystkim charakterystyczne, różnorodne damskie wokale, natomiast na warstwę muzyczną składają się d?więki zapożyczone z różnych kultur. Najwięcej pochodzi ich chyba ze Wschodu, słychać to głównie po wokalach w "Klethra" lub już na wstępie kolejnego numeru "Gria Vathra" (także i "Therma"), z którego orientalizmem wręcz kipi. Dramatyzmem emanuje "Wings (I Had Once)", niepokojem "Ebur" i "The Song of Axieros", a z kolei bajkowym odszczepieńcem zdaje się być "Fengari" (najwyższy szczyt wyspy Samotraka - 1600 m.n.p.m) czy też tytułowa "Kremasta Nera", której nazwa pochodzi od 30-metrowego wodospadu znajdującego się na tej greckiejj wyspie... Kolejny raz ATARAXIA wzbiła się ponad przeciętno?ć nagrywając album nierzeczywisty, jakby wyjęty wprost z kart ksiąg opowiadających zapomniane historie. Płyta naprawdę warta grzechu!
ocena: 8,5/10
www.ataraxia.net
www.arkrecords.net
autor: kaReL


ABSENTIA - "Waiting"
(CDR 2007 / Via-Nocturna)
Mottem tego wydawnictwa jest cytat z dramatu "Czekając na Godota" Samuela Becketta: "Nie jeste?my już sami czekając na noc, czekając na Godota, czekając na... czekając. Cały wieczór walczyli?my, bez wsparcia. Teraz jest już koniec. Teraz jest już jutro...". Cytat o tyle znaczący, że jest pewnego rodzaju drogowskazem na drodze zrozumienia "Waiting" - wydawnictwa, na którym słów bynajmniej się nie doszukamy. A to dlatego, że tak jak to bywa najczę?ciej w d?więkach spod znaku dark ambient, ich pojmowanie uruchamia wyobra?nię słuchacza. I odwrotnie - wyobra?nia ożywia obrazy nakre?lane d?więkiem. ABSENTIA konstruuje utwory, które są osadzone na specyficznej, podskórnej rytmice, a na niej umiejscowione są różne dodatki. Można to też odebrać inaczej - jako cało?ć, która narzuca niejako nie zwracanie uwagi na szczątkowy rytm i poszukiwanie głównego wątku wła?nie w tych dodatkach. Wydawca okre?la "Waiting" jako muzykę z pogranicza dark ambient i industrial. Można się z tym zgodzić, bo podobieństwo ABSENTII choćby do RAISON D'ETRE jest do?ć spore. Oba projekty dokładają do d?więkowych plam sampli i syntezatorów odgłosy dziwnych przedmiotów i maszyn. Nasuwa to u mnie zwykle krajobrazy pustych przestrzeni, w?ród których znajdują się ruiny nieczynnych fabryk czy innych nieokre?lonych budowli. A wracając już konkretnie do "Waiting", to po do?ć monotonnym początku (utwór tytułowy) następuje chyba najciekawszy fragment tego krążka - "Yesterday's Experience". W pięciu minutach i 33 sekundach zamknięta jest esencja ?wiata pozbawionego ludzkich uczuć, odhumanizowanego, opustoszałego i zapomnianego na wieki. Z całym szacunkiem, dalsza czę?ć "Waiting" jest pozbawiona takiego napięcia i rzeczywi?cie jest to "czekanie na Godota"... wszystko płynie, płynie... i nic z tego nie wynika... Może kolejny materiał ABSENTII okaże się czym? ciekawszym i doczekamy się czego? bardziej warto?ciowego.
ocena: 5/10
www.via-nocturna.pl
autor: Diovis


ASHRAM - "Shining Silver Skies"
(CD 2006 / Equilibrium Music & Foreshadow Productions)
Albo Włosi są narodem marzycieli, sentymentalistów i romantyków, albo po prostu ostatnio takie płyty trafiają mi się do recenzji nadzwyczaj często. Szczytem smęcenia i melancholii jest chyba album italskiej formacji ASHRAM - "Shining Silver Skies". Brzmi on jak koncerty w grudziądzkim muzeum, które może mają swój specyficzny klimat, ale nie wnoszą nic poza warto?ciami czysto estetycznymi. Zdarzyło mi się kilka razy być na takich "imprezach" i z czasem, zamiast chłonięcia kolejnych patetycznych nut, wypatrywałem, czy aby nie pogrywa w takim kameralnym zespole jaka? wyjątkowo urodziwa niewiasta ;) W przypadku ASHRAM nawet i takiej alternatywy nie mam, bo słucham muzyki z płyty, a i w składzie sami panowie: Sergio ?piewa, Luigi puka w klawisze pianina, a Alfredo pomyka na skrzypcach. O pardon, są jeszcze go?cie: Leonardo obsługuje wiolonczelę, a w jednym kawałku ("Tango Para Mi Padre y Marialuna") na pianinie udziela się Martina. Nic jednak z tego ciekawego nie wynika, bo przez cały czas trwania tej płyty miałem wrażenie, że oglądam jaki? drętwy archiwalny film ze statycznym obrazem, a akompaniujący temu zespół zapomniał, że jest 2006 rok i dopasował się do czarno-białej kliszy, na której osiadł już dawno kurz. Może w ?wiecie kameralistyki ASHRAM zrobiłby karierę i zapraszano by ich na takie koncerty, jak ten w muzeum w moim rodzinnym mie?cie, ale po takiej dawce melancholii dostaję jedynie migreny, a na to jest tylko jedno lekarstwo - przywalić co? ostrego, mocnego i ekstremalnego. Bardzo przepraszam, ale "Shining Silver Skies" to nudziarstwo i daleko im na przykład do mniej subtelnych romantyków ze SPIRITUAL FRONT. Baaaardzo daleko.
ocena: 2/10
www.equilibriummusic.com
www.foreshadow.pl
autor: Diovis


ARDITI - "Destiny of Iron"
(7"EP 2006 / Equilibrium Music)
Tre?Recenzja owa będzie krótka, gdyż i sama muzyka zawarta na tej siedmiocalowej epce trwa niewiele ponad 9 minut, tak więc rozpisywania się nie będzie. Po jakże udanych dwóch pierwszych albumach ARDITI - "Marching On To Victory" oraz "Spirits of Sacrifice" jaki? czas temu otrzymali?my nową epkę tego szwedzkiego duetu "Destiny Of Iron", będącą przedsmakiem nowego pełnego albumu "Standards of Triumph", który nie tak dawno ujrzał ?wiatło dzienne. Wygląda też na to, iż panowie Söderlund i Möller na dobre związali się już z portugalskim labelem Equilibrium, który to odpowiedzialny jest teraz za wszystkie wydawnictwa ARDITI. A co do istoty sprawy, czyli samej muzyki Szwedów, to absolutnie nie ma zaskoczenia i dwa utwory, które zawiera ta epka są kontynuacją drogi obranej na poprzednich wydawnictwach. Mamy zatem grzmiące werble i kotły, nieco patetycznego i podniosłego klimatu oraz momentami wstawki sampli z jaki? przemówień wojennych. Do tego trochę elementów neo-classic i mamy ARDITI jak malowane. Cało?ć do złudzenia przypomina dokonania TOROIDH, wczesnego DER BLUTHARSCH czy nawet LES JOYAUX DE LA PRINCESSE. Muzycznie oczywi?cie jest to pierwsza klasa i dla wszystkich militarystów jest to pozycja rzecz jasna obowiązkowa. Widać, że ARDITI z materiału na materiał wykonuje krok na przód i w obecnej chwili jest w absolutnej czołówce wojskowej defilady. Wypada jeszcze dodać, iż wszyscy zainteresowani powinni się pospieszyć, gdyż nakład "Destiny of Iron" to zaledwie 500 kopii, a więc radzę poszperać i zaopatrzyć się w ów 7".
ocena: 8/10
www.equilibriummusic.com
autor: Tomasz Lewicki


ACCOMPLICE AFFAIR - "Act of Create"
(Promo-CD 2006)
ACCOMPLICE AFFAIR to projekt nieznany pewnie nawet dla większo?ci tych, co lubią wiedzieć co w darkambientowej trawie piszczy. Nic dziwnego, bo to do?ć nowa i ?wieża jeszcze inicjatywa Przemka Rychlika, który ongi? udzielał się w ANTRUM, współtworzył też Eternal Blackness Records, a potem prowadził Sabbath Records. Po latach milczenia postanowił pojawić się ponownie, tym razem tworząc muzykę w klimatach elektronicznych. "Act of Create" to może nie dzieło porywające, nie odkrywające nowych terytoriów muzycznego ?wiata i nie silące się na oryginalno?ć na przekór wszystkiemu. To po prostu osobista wizja, seria obrazów - czasem bardziej mrocznych i niepokojących ("Between the Fog", "Frosty"), a czasem wnoszących odrobinę nadziei ("Invisibility"). Obok elektronicznego instrumentarium twórca ACCOMPLICE AFFAIR używa gitary elektrycznej (głównie bez przesteru). Po raz pierwszy jej partie pojawiają się w drugiej połowie drugiego na płycie utworu "Inside Memories" i takie wła?nie mocno improwizowane partie (momentami kojarzące mi się z takim stareńkim, bo liczącym sobie 37 lat utworem "Moonchild" KING CRIMSON) przewijają się już praktycznie do końca. Cało?ci dopełniają stosunkowo nieliczne i mocno przetworzone wokalizy. ACCOMPLICE AFFAIR pokazuje, że dark ambient to nie tylko jednostajne, płynące powoli d?więki, bo na "Act of Create" zdarzają się też chwilowe wstrząsy i plamy hałasu (najlepszy przykład to "Those Are the Willows When Cried"), choć przeważają implozje i zagłębianie się w nastroje oraz powstające w głębi tak zwanej "duszy" emocje. Może nie jest to wydawnictwo na miarę najlepszych rzeczy wypuszczanych przez Cold Meat Industry, ale na krajowym poletku to jeden z ja?niejszych punktów kończącego się 2006 roku. Mimo to sugerowałbym muzykowi pracę nad osiągnięciem efektu przestrzenno?ci, bo takowego na "Act of Create" brakuje.
ocena: 7/10
ritchie2@wp.pl
autor: Diovis


AUTUNNA ET SA ROSE - "L'art Et La Mort"
(CD 2006 / ARK Records)
Ufff, ależ brnąłem przez ten album... Generalnie najnowsza propozycja AUTUNNA ET SA ROSE to nie moja specjalno?ć, więc i przyjemno?ć z przesłuchiwania była znikoma. Wiadomo, że forma neoklasyczna rządzi się odrębnymi prawami, ale jak na mój gust za dużo tu gadania, a za mało muzyki. Już pierwszy na płycie, "Qui au sein...", wywarł na mnie złe wrażenie, dalej co prawda było lepiej, ale też nie było nad czym piać z zachwytu. Gdybym był Francuzem lub co najmniej znał podstawy ich języka, z pewno?cią ten album dostarczyłby mi więcej przyjemno?ci, ponieważ w tym przypadku teksty są niezwykle ważne. Tak naprawdę dużo ciekawych rzeczy oferuje dopiero trzeci na krążku "Kyfi" będący piękną, ale i dramatyczną suitą instrumentalną na fortepian i klawiszowe wybryki. Najbardziej atrakcyjną czę?cią albumu jest jego końcówka, która wg mnie począwszy od niespodziewanie wypełnionego elektroniką wszelaką "Neue Wirklichkeit", po "Ewig-Dunkel" gdzie dudniący i drapieżny bit sąsiaduje ze skrzypcami. Przeskok stylistyczny jaki się w tym momencie dokonuje jest najbardziej wyra?ny, d?więki nabierają mocy, robi się gło?niej, a dzieje jakby więcej. Wolę to niż drażniące ucho wariacje wokalne pewnej damy w utworze pt.: "Ostia" - nie cierpię tego numeru, zapu?ciłem tę płytę kiedy? do snu i wła?nie ten numer wyprowadził mnie wtedy z równowagi. Głos ma ta kobita niezły, do bólu klasyczny, ale za to co wyprawia z nim w tym numerze postawił bym ją chętnie przed plutonem egzekucyjnym. Towarzyszący jej kolo ma zdecydowanie przyjemniejszy głos, chociaż rzadko zdarza mu się ?piewać, to jednak w melorecytacjach wypada nie?le, a już sam nie wiem czy sposób akcentowania wyrazów (jak Japończycy) w "Et je me souviens aussi de..." jest bardziej zabawny czy też intrygujący... "L'art Et La Mort" to rzecz dla naprawdę wymagającego słuchacza, obytego w tych klimatach. Reszta może sobie darować, lepiej kasę utopić w czym? "normalniejszym"....
ocena: -/10
www.arkrecords.net
info@arkrecords.net
www.ederdisia.com
autunna@libero.it
autor: KaReL


ATARAXIA - "Arcana Eco"
(CD 2006 / Ark Records)
My?lę, że ten krążek spokojnie może trafić do mrocznej "Puszki Pandory", ponieważ neo-folk to w słowniczku przeciętnego metala termin wciąż mało znany. Każdy kto obcował już wcze?niej z ATARAXIĄ, wie jakiego nastroju może oczekiwać po tym arcyciekawym projekcie. Moja przygoda z Włochami rozpoczęła się całkiem niedawno, od wydanego rok temu dwupłytowego albumu, w którego skład wchodził m.in. koncert zarejestrowany w ?redniowiecznej katedrze (przyznacie, że pomysł niecodzienny)! O ile poprzednie wcielenie ATARAXII przytłaczało rozmachem, to już "Arcana Eco" oznacza powrót do bardziej klasycznego formatu. Na tym albumie znalazło się 7 nie żadnych podniosłych hymnów, a raczej piosenek, zwyczajnych utworów opatrzonych softowym brzmieniem (klawisze, różnego rodzaju perkusja, gitara klasyczna), łatwo zapadającymi w pamięć refrenami (tu wiedzie prym bajkowy "Mirsilo"). Wokalistka najczę?ciej posługuje się altem, ale też i nie wzbrania się przed dalekimi od klasycznych wokalizami, nierzadko nawiązując do wschodniej egzotyki ("Fire In the Wood"), niesamowite są też odgłosy w "The Island of Doctor Moreau". Barwa jej głosu wydaje się mieć wiele odcieni, a jej wła?cicielka stara się je w pełni wykorzystać przechodząc płynnie z tonów niskich po sopranowe wyżyny. Jest to niewątpliwie najja?niejszy akcent "Arcana Eco" - płyty, która jest skuteczniejsza w zwalczaniu bólu niż niejeden medykament. To d?więki wprost idealne do rozmy?lań, ale również i do rozbudzania wyobra?ni. Warto mieć w zanadrzu taką płytę, nigdy nie wiadomo czemu przyjdzie nam stawić czoła, a przy akompaniamencie takiego magicznego krążka jak "Arcana Eco" wszystko wydaje się prostsze... Jak widać nieważne czy jest to wydawnictwo wypełnione przepychem, jak wspomniany na początku "Odos Eis Ouranon" czy wręcz minimalistyczna na tym tle "Arcana Eco" - ATARAXIA stawia na klimat, który w jej wykonaniu wymyka się kiczowatym standardom, a sama muzyka to sztuka, przez duże "S".
ocena: -/10
www.ataraxia.net
pando@misterweb.it
autor: kaReL


A CHALLENGE OF HONOUR - "Seven Samurai"
(CD 2005 / Divine Comedy Records)
Strasznie mi przykro, że jeden z moich ulubieńców w tworzeniu pompatycznych, militarnych d?więków nagrywa co tu dużo mówić słaby, bezpłciowy i nudny materiał. Już poprzedni album "Monuments" nie był prawdę mówiąc dobrym krążkiem, ale to co znalazło się na opisywanym wła?nie materiale jest niestety cieniutkie. Gwoli formalno?ci "Seven Samurai" jest koncepcyjnym albumem po?więconym twórczo?ci Akiry Kurosawy i jego genialnego filmu "Siedmiu Samurajów" z Toshiro Mifune. Film genialny, więc pełen nadziei podchodziłem też do tego swoistego soundtracku w wykonaniu holenderskiego A CHALLENGE OF HONOUR. I niestety jakże wielkie było moje rozczarowanie, gdy "odpaliłem" sobie ten krążek w odtwarzaczu. ACOH, który przecież znany jest z niesamowitej energii i mocy, którą nasiąknięte są jego albumy tu zaprezentował nam kompletnie nużący i mizerny album, w którym na próżno szukać ciekawszych elementów. Zero energii, a co najgorsze pomysłowo?ci na stworzenie materiału chociażby podobnego do "Only Stones Remain". Klapa maksymalna. Każdy utwór ciągnie się niczym flaki z olejem i nie przynosi nam żadnych ciekawszych doznań. Gdzie ten "power" pytam się??!! Co prawda aby nie być do końca zło?liwym i czepialskim, jest jeden ciekawy utwór na "Seven Samurai" - a mianowicie "They Came Over the Hill" z nieco bardziej pompatycznymi, wybijającymi rytm kotłami oraz niezłą melodią w tle, ale niestety jeden kawałek to przyznacie sami o wiele za mało jak na tego typu zespół. Reszta kompozycji, w których dominują nudne i mało interesujące melodie z lekką domieszką werbli i bębnów oraz momentami elementów orientalnych, które moim skromnym zdaniem powinny być o wiele bardziej eksploatowane na tym krążku. Niestety cało?ć sprawia jedynie, że z wielką przykro?cią ma się ochotę nacisnąć "stop" na odtwarzaczu i szybko wyjąć krążek. Nie wiem co się stało, że A CHALLENGE OF HONOUR nagrał tak mizerniutki album, mam tylko nadzieję, że jest to tylko wypadek przy pracy i kolejne płyty w dorobku tego jakże zasłużonego projektu będą po stokroć lepsze od "Siódmego Samuraja". Cholernie mi przykro, że musze recenzować ten album. Póki co posłuchajcie sobie lepiej wspomnianego już "Only Stones Remain" czy też "Wilhelm Gustloff", je?li chcecie co? A CHALLENGE OF HONOUR rzecz jasna.
ocena: 4/10
www.divineco.records.free.fr
autor: Tomasz Lewicki


ATUM - "Agorafobia"
(CDR 2006 / Beast Of Prey)
Którego? dnia rozmawiałem z Tomaszem Lewickiem (jego teksty możecie czytać wła?nie w Puszce Pandory) i padła kwestia "jak pisać recenzje płyt z muzyką dark ambient?". Fakt, nudziarstwem dla czytelnika byłoby opisanie, że przez 40 minut co? w tle pogrywa, że czasem jest odrobinę gło?niej, ale głównie jest cicho i spokojnie. Albo po prostu napisać w takim opisie jedno zdanie "projekt x gra dark ambient". Sprawa jest o tyle poważna, że to naprawdę trudna sztuka opisać takie d?więki, bo osoby zorientowane nie będą miały problemu ze zrozumieniem co dana płyta mniej więcej zawiera, natomiast inni postukają się w głowę i stwierdzą pytająco "ale o co tutaj chodzi? jaki dark ambient? co to w ogóle jest?" Tym razem wybrnę z tego tak i napiszę, że w przypadku ATUM sprawa jest taka, iż to debiutant wchłonięty przez prężnie działającą Beast Of Prey. I dobrze się w sumie stało, że ten jednoosobowy projekt i jego, mniemam, rzeczywisty debiut znalazł wsparcie ze strony tej firmy. "Agorafobia" to nie monotonne plumkanie na klawiszu skłaniające do męczącej senno?ci, choć na pierwszy rzut ucha takie wrażenie można rzeczywi?cie mieć. D?więki płyną leniwie jak nurt rzeki, ale w tej na pozór spokojnej wodzie kryją się mielizny, tonie i całe roje drobnoustrojów wprowadzających co jaki? czas zamęt. Tak też jest zbudowana "Agorafobia", na której dominuje relaksujący sposób przecinany co rusz falami niepokoju lub burzącego tę harmonię zamętu. Gdzie? zabrzmią tony dzwonu, gdzie? indziej d?więki są skonstruowane tak, że stanowią taką specyficzną matematyczną parabolę, a na przykład w ostatnim utworze pobrzmiewają atonalne, ale przy tym tworzące rodzaj rytmu uderzenia w pianino. W tym ostatnim przypadku ciągle mam wrażenie, jakby autor muzyki zapętlił swoi?cie "Marsz Żałobny" Fryderyka Chopina. Zresztą odniesienia do romantyzmu można odnale?ć w jak zawsze ciekawym opakowaniu wydawnictw Beast Of Prey, bo wewnątrz trójkątnej (!) okładki zabezpieczonej czarną gumką znajduje się wiersz Adama Mickiewicza "Nad wodą wielką i czystą...". Tak już pół żartem - pół serio, ciekawe co na muzykę ATUM powiedział by nasz Wieszcz... Płyta limitowana do 255 sztuk.
ocena: 7/10
www.beastofprey.com
www.atum.w.pl
autor: Diovis


ARDITI / TOROIDH - "United in Blood"
(CD 2004 / Neuropa Records)
Zarówno ARDITI jak i TOROIDH z pewno?cią nie trzeba przedstawiać nikomu, kto ma chociaż niewielkie pojęcie o militarnej scenie. Oba projekty już niejednokrotnie miały okazję udowodnić swój nieprzeciętny kunszt i talent, tak więc z wielką niecierpliwo?cią wyczekiwałem tego albumu. "United in Blood" jest wła?nie kolaboracją owych "pancernych" projektów wydaną przez belgijski prężnie działający label Neuropa Records. Na dobrą sprawę mógłbym tylko napisać w tym miejscu - płyta miażdzy, ale mimo wszystko postaram się jeszcze parę słów o niej skrobnąć. Za pierwszą cze?ć splitu odpowiedzialne jest ARDITI (niewtajemniczonym podpowiem, iż jest to projekt m.in. H. Mollera - znanego z PUISSANCE), prezentujące pięć jakże znakomitych i jakże energicznych utworów. Początek wprawdzie to elektroniczna perkusja wzbogacona o instrumenty klawiszowe oraz wojenne sample z przemówieniami, co trzeba przyznać robi spore wrażenie. Dalej jest jakby nieco spokojniej, ale zarazem bardziej... niepokojąco. Główną rolę w muzyce ARDITI odgrywają spokojne, patetyczne i nostalgiczne melodie, uzupełnione o grzmiące wokół kotły. Cało?ć sprawia wrażenie, jakby preludium do zbliżającej się walki... Niepokojące melodie, oraz przemówienia przywódców wojennych w tle sprawiają wrażenie jakby tuż niebawem miał nastąpić kolejny atak na wojska nieprzyjaciela. Wierzcie mi, że słucha się tego z zapartym tchem i ani przez chwilę nie ma się poczucia nudy. Wszystkie kompozycje utrzymane są na bardzo wysokim poziomie, dzięki czemu siedząc w wygodnym fotelu możemy poczuć się jakby?my sami uczestniczyli na polu walki. Po prostu brak mi słów aby opisać ten krążek słowami, ekstraklasa absolutna. Je?li miałbym porównać muzykę ARDITI to bez zastanowienia mogę wymienić w tym miejscu KARJALAN SISSIT - ta atmosfera i patos, TURBUND STURMWERK, SOPHIA, czy też nawet odrobina DER BLUTHARSCH, tak więc wiadomo w czym rzecz. Jako drugi na krążku prezentuje się nam TOROIDH - projekt Nordvargra (MZ.412 i całej masy innych projektów). I podobnie jak w przypadku poprzednika, to także mamy utrzymane na bardzo wysokim poziomie militarne granie pełne uderzających bębnów, pompatycznych melodii i różnych innych, wojennych odgłosów. W muzyce TOROIDH z kolei mamy jakby nieco więcej wagnerowskiej, podniosłej atmosfery, która sprawia, że cało?ć nabiera przede wszystkim potężnej mocy i energii. Gdzieniegdzie pancerne d?więki uatrakcyjnia gitara akustyczna na tle wojennych, patriotycznych pie?ni, dzięki czemu cało?ć muzyki TOROIDH nabiera większego rozmachu. Nie będę się już więcej rozpisywał o tym wydawnictwie, powiem na zakończenie tylko, że ta płyta to bezwzględny obowiązek i mus dla każdego wielbiciela militarnych klimatów! Mus, mus i jeszcze raz mus! I nie obchodzi mnie, że się powtarzam!
ocena: 9/10
www.neuropa.be
autor: Tomasz Lewicki


ATROX - "Betonmonolith"
(CD 2005 / Steinklang Distribution)
Być może dla wielu z Was nazwa ATROX nic nie mówi, ale ten niemiecki projekt już od wielu lat "terroryzuje" narządy słuchu swoimi ostrymi i jakże hała?liwymi d?więkami. Projekt, który praktycznie od początku związany jest z austriackim labelem Steinklang Industries uraczył nas wła?nie swoim nowym materiałem "Betonmonoloith". Tak, jak już wspomniałem na początku muzykę, jaką proponuje słuchaczom ATROX najpro?ciej można okre?lić jako połączenie ostrego i niestrawnego dla wielu harsh noise z elementami power electronics, oraz z zimnymi strukturami industrialnymi. Krążek wypełniony jest bardzo burczącą i hała?liwą "muzyką", jednakże trzeba zaznaczyć, iż cało?ć jest przy okazji stosunkowo rytmiczna, więc nie boli aż tak bardzo. Wbrew pozorom materiał ten jest w miarę poukładany, ale z drugiej strony z pewno?cią nie jest to żadna rewelacja. Zamiast wokalu dostajemy w jednym kawałku jakie? dziwne sample z kobiecymi przemówieniami, które jednak jak dla mnie kompletnie nie pasują do cało?ci i tylko męczą. Dalej mamy już jednak niczym nie skrępowany i maksymalnie "pierdzący" noise / power electronics, który z każdą kolejną sekundą maltretuje narządy słuchu. Cało?ć dopełniają wszelkiego rodzaju przestery i trzaski, co tylko dopełnia klimatu. Nie powiem, abym był wielkim fanem tego typu muzy i szczerze muszę stwierdzić, że to, co prezentuje ATROX nie robi na mnie jakiego? oszałamiającego wrażenia. Ponadto płyta jest bardzo wtórna i w zasadzie nie ma na niej nic odkrywczego, więc równie dobrze można ją postawić w całym rzędzie przeciętnych, hała?liwych krążków. Maniakom ostrej i hała?liwej muzy mogę polecić "Betonmonolith", a reszta spokojnie może sobie odpu?cić.
ocena: 5/10
www.steinklang-records.at
autor: Tomasz Lewicki


ABSOLUTE INSTRUCTION - "Ciemna Strona"
(Demo-CD 2000)
Przede mną materiał demo nieznanej mi dotąd grupy pochodzącej z Tczewa: ABSOLUTE INSTRUCTION. W skład owego projektu wchodzą dwaj panowie Makz i Chudy, którzy zapragnęli tworzyć muzykę z szeroko pojętej muzyki elektronicznej. "Ciemna Strona" jest debiutanckim materiałem tego projektu, który jednak nie jest żadną nowo?cią, lecz liczy już sobie grubo pięć lat, ale że chłopakom zależy na recenzji, więc proszę bardzo. W zasadzie jestem zdania, iż młodych projektów nie należy od razu równo opieprzać, a dać im szansę i wspierać w dalszych poczynaniach, ale to, co panowie zaserwowali mi na "Ciemnej Stronie" po prostu mnie przerasta. Ja rozumiem, że początki są trudne, ale mimo wszystko to, co znajduje się na tym krążku woła o pomstę do nieba (albo piekła jak kto woli). Niepokój ogarnął mnie już w momencie gdy spojrzałem na tytuły kawałków: "Braterstwo Krwi", "Dzieci Bafometa", "Demony Nocy" itd. Nie wiem, czy panowie są nawróconymi blackmetalowcami, jakich ostatnio pełno, ale to, co stworzyli jest po prostu żałosne. Wła?ciwie je?li chodzi o warstwę muzyczną, to mamy tu tylko mierniutkie d?więki na keyboardzie, trochę elektronicznego beat'u i niewiele więcej. Po pierwszych sekundach tej płyty my?lałem, że chłopaki tylko sobie jaja robią, ale niestety nic z tych rzeczy. Wita nas jaki? dziwny automat perkusyjny, który jak dla mnie pasuje jak pię?ć do nosa, a dalej jest niewiele lepiej. Ten materiał był by może dobry na początki lat 90-tych, gdyż w tamtym okresie pełno było różnych klawiszowo-elektronicznych kopii Mortiis'a. Krótko mówiąc brak mi słów, cało?ć jest bardzo prosta i kompletnie pozbawiona oryginalno?ci. Chłopaki chcieli stworzyć mroczną muzę ale zupełnie im nie wyszło. Szczytem błazenady jak dla mnie okazał się jakże "mroczny" kawałek "Pożegnanie" - żenująca melodyjka na keyboardzie, przez co miałem wielką ochotę wcisnąć "stop" w odtwarzaczu i nic więcej. Nie wiem sam, co mam więcej napisać o tym krążku, być może kojarzycie projekt LORD GORGO, który narobił niezłego ?miechu parę ładnych lat temu - nie pozostaje mi nic innego jak postawić ABSOLUTE INSTRUCTION w jednym rzędzie. Płyta ta jest równie mroczna jak kaszka z mleczkiem rocznego dziecka. Bardzo mi przykro, ale to jedna z najgorszych płyt, jakie dane mi było słyszeć w tym roku...
ocena: 2/10
absolute_instruction@tcz.pl
autor: Tomasz Lewicki


ABSOLUTE INSTRUCTION - "Granica Nieznanego"
(Demo-CD 2002)
Powyższy materiał jest drugim wydawnictwem duetu ABSOLUTE INSTRUCTION. Jako, że "Granice Nieznanego" powstały dwa lata po debiutanckim krążku my?lałem, że chłopaki się nieco rozwinęli stylistycznie i stworzyli materiał bardziej przemy?lany i dopracowany. Nic jednak bardziej mylnego. To co?, co znajduję się na "Granice..." (sorry, ale muzyką się tego nie o?mielę nazwać) może jest dobre na 5 minut, ale zdecydowanie nie nadaje się do dłuższego słuchania. Panowie poszli w kierunku rytmicznych melodyjek "upiększonych" electro beat'em, ale bóg mi ?wiadkiem, że nic dobrego to nie przyniosło. Chłopaki za grosz się nie rozwinęli i w dalszym ciągu mamy do czynienia z żenującymi, prymitywnymi d?więkami. Mimo wszystko próbowałem dać tej płycie szansę i na siłę starałem się wyszukać nieco ciekawszych fragmentów, ale wierzcie mi, że takich tu absolutnie nie ma. Przesłuchałem już w swoim życiu sporo różnych demówek, ale panowie z ABSOLUTE INSTRUCTION przeszli samych siebie. Bardzo mi przykro, że muszę pisać taką recenzję, ale radziłbym, aby chłopaki dali sobie spokój, bo ich pseudo muza ciągnie się niczym glut po anginie ropnej. Płyta po prostu męczy i nuży, a to nie jest dobry objaw. Jeszcze raz bardzo mi przykro, ale nie mogę powiedzieć nic dobrego o "Granicach Nieznanego" nawet jakbym chciał (notabene, aż boję się pomy?leć o takiej granicy). Oficjalnie wydany album dostałby ode mnie jako ocenę jedynkę, ale że to tylko demo, więc panowie mają ode mnie w prezencie na ?więta 2. Dobrze, że materiał ten nie powstał w ciągu ostatnich 12-tu miesięcy, bo byłby pewnym kandydatem do tytułu gniota roku.
ocena: 2/10
absolute_instruction@tcz.pl
autor: Tomasz Lewicki


AS ALL DIE - "Guns, Grenades and Genocide"
(CDR 2005 / Blade Records)
Ukazała się wła?nie kolejna płyta pochodzącego ze Stanów projektu AS ALL DIE. Sporo osób zapewne kojarzy tą nazwę, gdyż projekt ten jest do?ć płodnym przedstawicielem anty muzycznej sceny i już niejednokrotnie mogli?my się zapoznać z d?więkami duetu zza oceanu. Wydaniem nowego krążka AS ALL DIE zajęła się mała, włoska firma wydawnicza Blade Records, która ma na swoim koncie ponad 60 pozycji. Trzeba od razu szczerze stwierdzić, że "Guns, Grenades and Genocide" nie jest żadnym porywającym ani rewelacyjnym krążkiem, muzyka bowiem zawarta na tym albumie jest jak dla mnie trochę za nudna i bezpłciowa. Cały szkielet albumu opiera się na d?więkach przesterowanej gitary elektrycznej, uzupełnionych o wszelkiej ma?ci odgłosy przepuszczone przez syntezator z dodatkiem momentami ostrych, industrialnych plam d?więkowych. Mnie ta płyta jako? nie wciągnęła i w żaden sposób nie oddaje klimatu panującego chociażby na "Time of War and Conflict", który był o wiele lepszym albumem w dyskografii AS ALL DIE. Nowa płyta Amerykanów jest po prostu nudna i przepraszam za okre?lenie - do obrzydzenia wtórna. Prawie kompletnie jest tu brak ciekawych, porywających motywów, cało?ć bowiem ciągnie się jak glut po anginie ropnej i nie pomagają tu nawet zamieszczone w jednym kawałku militarne sample z odgłosami prosto z pola walki. "Guns, Grenades and Genocide" niestety mnie zawiódł, bo jeden dobry kawałek na zakończenie albumu, to mimo wszystko trochę za mało na ogólną pozytywną opinię. Żeby nie być do końca zło?liwym, nowy krążek AS ALL DIE gniotem roku nie jest, ale i tak oczekiwałem po muzyce tego projektu nieco więcej... Z obowiązku dodam jeszcze, że cało?ć została wydana w limitowanej edycji 120 sztuk.
ocena: 4/10
www.tiscali.it/bladerecords
autor: Tomasz Lewicki


ATRIUM CARCERI - "Kapnobatai"
(CD 2005 / Cold Meat Industry)
Jesienny wysyp wydawnictw ze znaczkiem kultowej szwedzkiej firmy Cold Meat Industry przyniósł do?ć nieoczekiwanie szybko nowy krążek ATRIUM CARCERI. Choć z drugiej strony są projekty, które nadspodziewanie często (i czę?ciej niż bohaterzy tej recenzji) "produkują" kolejne utwory i nie należy się temu w sumie dziwić. Albo są płodne, albo ich autorzy nudzą się, a z czasem okazuje się, na ile to przekłada się na interesujące (lub nie) efekty. W każdym razie po ubiegłorocznym CD "Seishinbyouin", Simon Heath proponuje kolejny swój album, ponownie opatrzony do?ć enigmatycznym tytułem "Kapnotabai" i ponownie wplata w spokojne d?więki fascynację Dalekim Wschodem, a zwłaszcza Japonią. Służą temu fragmenty wypowiedzi i rozmów w nippońskim języku, ale i sam nastrój przy uważnym wsłuchaniu mocno nawiązuje do specyficznej kultury tego narodu. Wystarczy pomy?leć o upodobaniach sko?nookich do przeróżnych rytuałów seksualnych (przez cywilizację przeżartą przez chrze?cijaństwo czy generalnie katolicyzm często odbieranych jako dewiacje) i dokładnie wczuć się w przekaz poprzedniej i najnowszej płyty ATRIUM CARCERI. Dziwne jęki w tle, d?więki zamykanych piwnicznych drzwi, przerażenie w głosie Japonki, szmery, echo pustego pomieszczenia, rytualne za?piewy... To wszystko, plus darkambientowy (z rzadka wchodzący w noise'owy) fundament daje pewne wyobrażenie w jakich klimatach gustuje Simon Heath. "Kapnotabai" niewiele się różni od "Seishinbyouin", ale z pewno?cią ATRIUM CARCERI poszukuje swojej tożsamo?ci i bazując na elementach kojarzących się z twórczo?cią RAISON D'ETRE, DESIDERII MARGINIS i poniekąd KUROTOKAGE (głównie ze względu na podobieństwo w fascynacji Dalekim Wschodem) próbuje stworzyć nową jako?ć w mrocznym ambiencie. Są na nowym krążku fragmenty fascynujące, są pewne dłużyzny (zwłaszcza w ?rodkowej czę?ci), ale sam klimat konsekwentnie próbuje wyrze?bić w umy?le słuchacza obraz odległego i tajemniczego Orientu. Plus również za okładkę, na której widnieje czaszka (a może maska) dziwacznego stwora przypominającego trochę Predatora ;).
ocena: 6,5/10
www.coldmeat.se
autor: Diovis


APOPTOSE - "Nordland"
(CD / Tesco Organisation)
Nie ukrywam, że pozycje wydawane przez niemieckie Tesco darzę bardzo dużym szacunkiem, wszak to już prawie legendarna i kultowa wytwórnia, która wypu?ciła w ?wiat bardzo wiele znakomitych płyt, a które niestety bardzo trudno zdobyć w naszym kraju. Tym bardziej się cieszę, że mam możliwo?ć posiadać ów krążek, który wprawdzie ukazał się już kilka lat temu, ale uważam, że warto o nim wspomnieć. Mowa o niemieckim, rytualnym projekcie APOPTOSE. Na pierwszy rzut oka mamy niesamowity, wytłaczany digipack, który robi bardzo duże wrażenie. Muzycznie APOPTOSE prezentuje nam bardzo dobry, spokojny, czasem nieco orkiestralny dark ambient, który mi osobi?cie nawet się podoba. Muzyka jest mroczna i przepełniona swego rodzaju mistycyzmem i magią. D?więki "Nordland" delikatnie płyną i pozwalają na ucieczkę od szarej rzeczywisto?ci i zatopienie się w osobliwe, nastrojowe, pełne nostalgii klimaty, które z każdą minutą delikatnie muskają narządy słuchu. Momentami muzyka APOPTOSE przypomina mi nieco klimaty znane chociażby z ARCANA, te charakterystyczne, smutne d?więki dopełnione przez kobiece, chóralne wokale. Co by dużo nie mówić, muzyka Niemców jest na swój sposób piękna i bez problemów potrafi ukołysać człowieka i sprawić, by?my chociaż na te 50 minut uciekli od wszelkich trosk i problemów dnia codziennego. Oczywi?cie, może nie jest to zupełnie nowa i przełomowa płyta w tym gatunku, zdaje sobie sprawę, że wszystko to już było i trudno szukać na tym krążku nowych, zaskakujących elementów, ale mimo wszystko cało?ć robi jak na mnie naprawdę spore wrażenie i sprawia, że słucha mi się tej płyty całkiem sympatycznie. Je?li szukacie zapomnienia w muzyce i przede wszystkim oderwania się od codzienno?ci, to szczerze polecam ten krążek. Piękna 50-cio minutowa podróż przez magiczne przestrzenie gwarantowana. Naprawdę warto sięgnąć po ten album.
ocena: 7,5/10
www.tesco-germany.com
autor: Tomasz Lewicki


AULI - "Sendzirdeju"
(CD 2005 / Lauska)
AULI to młoda, łotewska grupa folkowa, która na warsztat wzięła staropogańskie klimaty bałtyckie oparte w brzmieniu na dudy i bęben (z domieszką wokaliz i drumli). Pamiętacie z "Kajka i Kokosza" recital na dudy i bęben z "Wielkiego Turnieju"? Tu sprawa nie jest aż tak oczywista ;-) jednakże od samego początku d?więki generowane przez Auli dalekie są od jednostajno?ci i przepełnione dawnymi Bogami. Jest to nieco inna gatunkowo niż KULGRINDA muzyka - AULI bliższe jest klimatom STAREGO OL'SY czy HEDNINGARNY. Są to raczej dawne tańce - czy przed/po bitewne, czy stricte imprezowe albo instrumentalne albo okraszone szeptami i pokrzykiwaniami. Choć oczywi?cie nie tylko. AULI gra muzykę łagodniejszą od KULGRINDY - przede wszystkim melodyjniejszą i nieco lżejszą gatunkowo - co nie znaczy oczywi?cie, że gorszą. AULI było go?ciem festiwalu folkowego w Czeremsze w 2005 roku i stąd w ogóle dowiedziałem się o istnieniu tej grupy. Grupa wspaniale łączy z sobą nutę pogańską i muzykę dawną, a poza tym to ?wietna koncertowa załoga - a płyta nie oddaje w pełni tego co są w stanie wykrzesać z siebie na żywo - jest to notabene charakterystyczne dla nurtu folkowego. Nie znaczy to oczywi?cie, że płyta jest gorsza, bo "Sendzirdeju" jest ?wietną produkcją pagan-folkową i te dwana?cie kawałków jest swoistym wehikułem czasu, a jednocze?nie ma w sobie młodzieńczą energię i przyszło?ć. Płyta kończy się klasycznie rycersko. Niewątpliwie to jedna z ciekawszych pozycji nuty pogańskiej jaka ukazała się w 2005-tym!
ocena: 9/10
www.auli.lv
autor: V.Ziutek


AGONISED BY LOVE - "All of White Horizons"
(CD 2005 / Alchera Visions)
Pierwsze demo AGONISED BY LOVE powstało w 2002 roku, rok pó?niej zespół przystąpił do pracy nad swoim pierwszym albumem "All of White Horizons". Płyta ukazała się w 2005 roku nakładem belgijskiej wytwórni Alfa Matrix oraz polskiej Alchera Visions. Pierwszą rzeczą, która przykuła moją uwagę, to okładka płyty. Bardzo fajnie zaprojektowana, ?wietnie kompletująca się z muzyką. Muzyka AGONISED BY LOVE łączy w sobie wpływy dark wave, new romantic oraz muzyki klasycznej. Kompozycje AGONISED... porównywane są do takich projektów jak DEINE LAKAIEN, CLAN OF XYMOX czy DIARY OF DREAMS. "All of White Horizons" zawiera 11 utworów oraz 3 remixy. Utwór otwierający płytę, "After Dark", jest jakby kwintesencją stylu AGONISED BY LOVE. Słuchając tego utworu zostajemy wprowadzeni w tajemniczy ?wiat d?więków tworzonych przez muzyków tego zespołu. Każdy szukający nowych doznań muzycznych dziedziny d?więków delikatnych, ma gwarantowane 100% satysfakcji. Na "All of White Horizons" mamy do czynienia z bogactwem d?więków różnorodno?cią instrumentów. Motywem przewodnim w utworach są często klasyczne melodie, przerabiane na wiele partii; gdzieniegdzie pojawiają się ciekawe etniczne dodatki melodyczne. Niektóre kawałki są naznaczone lekkim elektro. Płyta przepełniona romantyzmem, pasją do muzyki; ?wietna w odbiorze.
ocena: 8/10
www.alchera.org
agonisedbylove.art.pl
autor: Trinity


ALL MY FAITH LOST... - "As You're Vanishing In Silence"
(CD 2005 / Cold Meat Industry)
"Muzyka bezpieczna"... Taki oto termin ukułem słuchając debiutanckiego albumu włoskiego tria ALL MY FAITH LOST... Bo muzyka z "As You're Vanishing In Silence" nikogo nie przerazi, nie urazi niczyich uszu, a je?li już, to wstrzą?nie dogłębnie lub odwrotnie - ukoi zmęczone stresem dnia codziennego nerwy. D?więki to spokojne, wyciszone, oparte na akustycznych brzmieniach fletu, gitary klasycznej, fortepianu i delikatnym akompaniamencie syntezatorów. No i głosy - żeński, eteryczny sopran Violi i męski, melodeklamacyjny autorstwa Federico. Nie brakuje w nich szeptów, cichych tonów, odległych i wyciszonych dialogów. W tych smutniejszych, melancholijnych fragmentach ALL MY FAITH LOST... przypomina trochę amerykański BLACK TAPE FOR A BLUE GIRL, nawiązuje do spokojniejszego oblicza AIN SOPH czy nawet DEATH IN JUNE. Nie można też powiedzieć, by włoski zespół podczepiał się pod którą? szufladek ostatnio mocno rysujących się na scenie muzyki electro lub neo-folku. Wręcz przeciwnie - zdaje się być daleko od przepojonych pseudo-symfoniką, quasi-ludowo?cią czy szczątkową rytmiką brzmień kreowanych przez wiele projektów z wyżej wymienionych gatunków. Jest na "As You're Vanishing..." sporo zadumy i zamy?lenia nad przemijaniem i krucho?cią życia. Muzyka jesiennych wieczorów, kiedy anioły składają swoje skrzydła, by usnąć. Muzyka smutnych my?li, gdy jedna dusza tak odległa od drugiej, a jednocze?nie tak bliska. Muzyka akustyczna, senna (czasem aż nadto)... muzyka bezpieczna... Sleep now...
ocena: 6,5
www.coldmeat.se
autor: Diovis


ATOMTRAKT - "Verwustung"
demo 2004
Na niemieckiej scenie militarnej pojawił się nowy projekt o nazwie ATOMTRAKT, który być może za parę lat będzie równie znany i ceniony jak inne "pancerne" projekty z tego kraju, ot chociażby TURBUND STURMWERK. "Verwustung" jest debiutanckim materiałem tego jednoosobowego projektu, który od razu muszę zaznaczyć jest całkiem ciekawy. Na demo składają się cztery kompozycje, co daje nieco ponad 26 minut industrialno - militarnego grania. Żeby zbyt mocno się nie rozpisywać, zaznaczę tylko, że muzykę ATOMTRAKT najłatwiej porównać do dokonań takich projektów jak SOPHIA, KARJALAN SISSIT, czy nawet A CHALLENGE OF HONOUR. Oczywi?cie to wielkie uproszczenie, gdyż póki co jeszcze daleko ATOMTRAKT do wyżej wymienionych zespołów, ale z czasem wszystko jest możliwe. Obok dudniących kotłów i werbli na "Verwustung" mamy również nieco spokojniejszych, bardziej atmosferycznych i monumentalnych fragmentów, co czyni z tej płyty całkiem ?wieży i ciekawy materiał. Szczerze przyznam, że to jedna z lepszych demówek, jakie dotarły do mnie w 2004 roku z wojenno - militarnych klimatów. Pierwszy krok został zatem zrobiony i z niecierpliwo?cią będę oczekiwał na następne dokonania ATOMTRAKT. Na razie wszyscy zainteresowani niech się rozejrzą za "Verwustung", bo warto. Dodam jeszcze, że demo to jest limitowane do 500 sztuk.
ocena: 6/10
www.atomtrakt.com
atomtrakt@atomtrakt.com
autor: Tomasz Lewicki


ATRIUM CARCERI - "Seishinbyouin"
(CD 2004 / Cold Meat Industry)
Nieco ponad rok czasu musieli?my czekać na nowy album ATRIUM CARCERI zatytułowany bardzo orientalnie "Seishinbyouin". Krążek ten jest drugim po "Cellblock" materiałem ATRIUM CARCERI, projektu za którym stoi pochodzący ze Szwecji Simon Heath. Podobnie jak debiutancki krążek równiez ten utrzymany jest w podobnej zimno ambientowo - industrialnej stylistyce. Od razu muszę przyznać, że niestety zawiodłem się na tym albumie, nie ma tu nic nowego, ot po prostu powielenie istniejących już pomysłów i d?więków. Płyta liczy sobie 14 kompozycji i jest niestety nudna, gdyż wszystko, co zawarte na "Seishinbyouin" można znale?ć na płytach innych artystów z nurtu ambient - industrial. Oczywi?cie, można spotkać tu momentami ciekawe, mroczne melodie wypełnione przez wszelkiej ma?ci szumy i buczenia, ale ogólnie mówiąc wszystko to na dłuższą metę nie jest w stanie sprawić, iż nowej płyty ATRIUM CARCERI słuchało by się z dużym zaciekawieniem. D?więki na "Seishinbyouin" można porównać nieco z RAISON D'ETRE, DESIDERII MARGINIS, czy też INADE, jednak są słabsze od dokonań wyżej wymienionych projektów. Do tego umieszczenie na krążku momentami orientalnych, chińskich motywów z pewno?cią nie powala. Reasumując, tym razem Cold Meat Industry nie zaprezentowała nam wybitnie interesującej płyty, lecz niestety po prostu zwykłą, przeciętną i w wielu fragmentach nudna pozycję. Wielka szkoda.
ocena: 5/10
www.coldmeat.se
autor: Tomasz Lewicki


ANTRACOT / FLUTWACHT - split
CDR 2004 / Apocalyptic Radio
Apocalyptic Radio specjalizuje się w wypuszczaniu w ?wiat krążków z szeroko pojętej stylistyki power electronics / industrial / noise, co miało już miejsce w opisywanym gdzie? wyżej MORTAL FRAKTAL. Podobnie jest i w tym przypadku. Na cało?ć krążka składa się 9 kompozycji w wykonaniu dwóch niemieckich projektów: ANTRACOT oraz FLUTWACHT. Tak, jak w przypadku poprzednich wydawnictw Apocalyptic Radio, również tu w oko rzuca się nietuzinkowa oprawa płyty, ale do tego wszyscy zainteresowani zdążyli się już przyzwyczaić. Kończąc już te suche i zimne fakty zaznaczę, iż ów split limitowany jest do 50 kopii. Je?li za? chodzi o warstwę "muzyczną", to krążek otwiera ANTRACOT prezentujący d?więki z gatunku power electronics / noise. Wbrew pozorom nawet da się tego słuchać bez większego bólu narządów słuchu. Oczywi?cie zdaje sobie sprawę, że wszystkim miło?nikom d?więków miłych i spokojnych twórczo?ć tego projektu nie przypadnie do gustu, ale na pewno ucieszy maniaków chorych i pokręconych antymuzycznych klimatów. Utwory projektu ANTRACOT mimo wszystko posiadają pewien urok i są całkiem wciągające. Trzeba zaznaczyć, że nie mamy tu do czynienia z totalną schizą i maksymalnie hała?liwymi d?więkami, szczerze mówiąc mi te 5 kawałków nawet się podoba. Jako drugi na splicie zaprezentował się inny projekt z gatunku sonicznego terroryzmu - FLUTWACHT. Tu z kolei mamy już ostrą jazdę na maksa. Wystarczy spojrzeć na tytuły utworów - "Hypnotic Murder", "To Hell", czy też "Murderer_4" i już wiadomo o co chodzi. Bardzo zimny, ostry death industrial przechodzący w power electronics i noise z elementami krzyków i wrzasków, czyli muzyka miła, ładna i przyjemna... dla wszelkiego rodzaju d?więkowych masochistów. Cóż można jeszcze dodać? Może tyle, że ten krążek z całą pewno?cią przypadnie do gustu miło?nikom d?więków, które wydaje np. Slaughter Prod. Podsumowując, kolejny krążek dla wszelkiego rodzaju wielbicieli chorych i pokręconych d?więków. Mimo wszystko ciekawa i interesująca płytka, która mi osobi?cie się nawet spodobała.
ocena:7/10
www.apocalyptic-radio.de
autor: Tomasz Lewicki


ARDITI - "Marching On To Victory"
Svartvintras Productions
ARDITI jest kolejnym szwedzkim przedstawicielem militarnego industrialu. "Marching On To Victory" jest debiutanckim materiałem tego zespołu. Projekt ten tworzą panowie M. Bjorkman i H. Moller (ten ostatni znany jest wszystkim z PUISSANCE ), a za wydanie tej płytki odpowiedzialna jest szwedzka Svartvintras Prod. To tyle wstępu. A cóż przynosi nam zawarto?ć muzyczna? Ano mamy tu kawał solidnego militarnego industrialu z non stop grzmiącymi kotłami, marszowymi oraz pompatycznymi melodiami, które są dopełniane przez sample z przemówieniami i pie?niami wojennymi. Słucha się tego po prostu wy?mienicie! Je?li miałbym szukać porównań, to pozwolę sobie wymienić takie projekty, jak SOPHIA, DER BLUTHARSCH, IN SLAUGHTER NATIVIES, czy też wczesny PUISSANCE. Ten krążek absolutnie miażdży swoją atmosferą! Nie ma tu mowy o nudzie, cało?ć jest bardzo spójna i dopracowana w swoim przekazie, co czyni z "Marching On To Victory" naprawdę wyjątkowy krążek. Je?li lubicie wyżej wymienione zespoły, to ta płyta jest dla was obowiązkiem. Szczerze i gorąco polecam rozejrzeć się za tym materiałem!
www.svartvintras.com
autor:Tomasz Lewicki