|

6 | A | B | C | D | E | F | G | H | I | J | K | L | M | N | O | P | R | S | T | U | V | W | X | Y | Z | INDEX


BUBEN VS. ABSTRACTIVE NOISE - "Dychotomia"
(CDR 2008 / No Angels Productions)
Od niepamiętnych czasów wiele undergroundowych firm specjalizujących się w dźwiękach z kręgów ekstremalno-elektronicznych wypuszcza w świat różnego rodzaju splity. Jedne z nich mają pomóc w wypromowaniu się mało znanych projektów i wówczas wstawia się ich utwory obok kogoś bardziej znanego. Inne powstają na zasadzie zestawienia obok siebie zbliżonych stylów dwóch wykonawców, a jeszcze inne to wspólne przedsięwzięcia dwóch parających się nieco innymi dźwiękami artystów. Mieliśmy taki przykład choćby przy okazji albumu PARANOIA INDUCTA feat. KENJI SIRATORI. Dlatego liczyłem, że Vladislav Buben również połączył siły i pomysły z młodym greckim muzykiem Panagiotisem Pagonisem, a efekty tego będą słyszalne na albumie "Dychotomia". Po chwili jednak zwróciłem uwagę na skrót "vs." widniejący na okładce - tu w rozumieniu przeciwieństwa lub zestawienia. Trochę szkoda, bo z połączenia pomysłów nieobliczalnego BUBEN i wyciszonego ABSTRACTIVE NOISE mogło powstać coś naprawdę twórczego. W zamian za to mamy ustawione obok siebie premierowe nagrania obu tych panów. Pochodzący z Białorusi muzyk tym razem nie atakuje kakofoniczno-eksperymentalnym dźwiękami, za to łączy ze sobą techno-bity z melodyką muzyki klasycznej oraz industrialnymi wstrząsami. Na przykład w "City Psalm" pojawia się wpleciony w elektroniczny galimatias fragment jednego z utworów norweskiego kompozytora Edvarda Griega. BUBEN przygotowało na ten split tylko cztery utwory, tak więc uczucia przesytu nie ma, wszystko jest podane w odpowiednich dawkach, a rytmika ekstremalnego techno czy drum 'n bass nie powinny spowodować problemów gastrycznych u słuchacza. Z kolei ABSTRACTIVE NOISE, które pojawia się ze swoją twórczością w czterech odsłonach już na początku przykuwa uwagę. "Illusion I" to przyprawiony grecko-orientalnymi smaczkami numer, w którym z czasem, choć bardzo powoli gromadzi się coraz więcej motywów, w tym zagrany przez klasyczne organy. Druga część tego utworu kontynuuje ten zamysł, natomiast trzecia i najdłuższa to powoli falująca całość z momentami spokoju. Na koniec jeszcze "Oblivion" z delikatnie wplecioną w kosmiczne dźwięki rytmiką. Bardzo udany split, który powinien zadowolić odbiorców bardzo różnych odmian mrocznej elektroniki. Jak zawsze przy okazji wydawnictw ze znaczkiem No Angels Productions tekturowa oprawa z profesjonalnym dyskiem CDR i odnoszącym się do danego tytułu zdjęciem umieszczonym wewnątrz opakowania.
ocena: 7/10 (Buben), 8/10 (Abstractive Noise)
www.myspace.com/abstractivenoise
www.no.angels.glt.pl
autor: Diovis


BISCLAVERET VS. BRUNO - "Les Mannequins"
(CD 2007 / Zoharum)
Bardzo ożywił się ostatnimi czasy trójmiejski projekt BISCLAVERET. Oprócz twórczości pod tym właśnie szyldem Dragos i Thorn zdołali zrealizować dość ambitne przedsięwzięcie pod kryptonimem BISCLAVERET vs. BRUNO, które jest niczym innym, jak próbą interpretacji magicznej i pokrętnej twórczości urodzonego w 1892 roku w Drohobyczu koło Lwowa pisarza Bruno Schulza. "Les Mannequins" to ujmując już konkretnie – ujęta w jednym, trwającym nieco ponad 38 minut utworze muzyczno-literacka wersja "Traktatu o Manekinach" napisanego w latach 30-ych ubiegłego stulecia, a który w 1933 roku stał się częścią zbioru opowiadań pod wspólnym tytułem "Sklepy cynamonowe". Wedle Wikipedii treść "Traktatu..." wygląda mniej więcej w ten oto sposób: "Ojciec wg opisów dziecięcego narratora przedstawia szwaczkom Poldzie i Paulinie oraz służącej Adeli swoje doktryny, które mówią o chęci powtórnej kreacji. Bóg nie posiadł bowiem monopolu na tworzenie, materia jest na to ciągle gotowa, czeka jedynie na odpowiednich ludzi. Jednocześnie nie chce on konkurować z trwałymi dziełami Boga - żywoty tworów nowych demiurgów mają być krótkie, ich ciało niepełne. Ojciec jest w tej formie "Parodią Boga" - z jednej strony widzimy bowiem uporządkowanego mocarza tworzącego dzień po dniu od podstaw piękny i sensowny świat, z drugiej zaś rozszalałego w swych wizjach, schorowanego mężczyznę, który pragnie powoływać do życia twory tandetne, brzydkie, bezsensowne." Fragmenty tego surrealistycznego i ekscentrycznego dzieła Schulza zostały na płycie zilustrowane dark ambientowym, typowym dla BISCLAVERET językiem niepokojącej, nieco monotonnej i zeschizowanej muzyki, która w dużym stopniu oddaje specyficzną filozofię stworzoną przez tego prozaika. Oczywiście, każdy, kto wcześniej przeczytał te teksty mógł je inaczej interpretować i takie przedstawienie w otoczce szumiących, plumkających i rzężących dźwięków może być dla nich profanacją, jednakże muzycy to też reprezentanci wolnej, wyzwolonej sztuki i akurat takie połączenie w tym przypadku się sprawdziło. Choć niezupełnie tak do końca, bo duet BISCLAVERET mógł podejść do tematu jeszcze bardziej odważnie. Mimo to, za sam zamysł i dość minimalistyczne potraktowanie tekstu, atmosfery i przesłania dzieła należą się brawa. Zresztą docenił te starania nawet prezydent Gdańska, który objął honorowy patronat nad tym przedsięwzięciem. W końcu nie codziennie zdarzają się takie wydawnictwa i mam nadzieję, że BISCLAVERET w przyszłości jeszcze czymś zadziwi i zrobi to jeszcze lepiej, pełniej i bardziej twórczo. Na razie jestem ostrożny w ocenie, chociaż raz jeszcze podkreślam, że za nowatorstwo i samą ideę należy się tym dwóm muzykom pełen respekt.
ocena: 7/10
www.zoharum.com
www.bisclaveret.com
www.myspace.com/bisclaveret
autor: Diovis


BLEIBURG - "Open Wound (Live In Kassel, Germany 23.06.2007)"
(DVDR 2008 / The Eastern Front)
Znany już z wydanego przez The Eastern Front studyjnego materiału "Way of Crosses" niemiecki duet BLEIBURG zarejestrował jeden ze swoich koncertów na video i po około roku materiał ten dociera do wszystkich fanów ponownie za pośrednictwem izraelskiej firmy propagującej muzykę eksperymentalną w różnych postaciach. Koncert, jak to w przypadku podziemnych aktów, kameralny, a odbył się w "piwnicznym" klubie "Panopticum" w niemieckim Kassel 23 czerwca 2007 roku. Na scenie dwóch muzyków obsługujących syntezatory oraz posiłkujących się nieodłącznym ostatnio komputerem, różnobarwne światła i muzyka, która oddaje odhumanizowanego ducha muzyki BLEIBURG. Jak to w wielu przypadkach industrialnych aktów bywa, muzycy zachowują się statycznie, skupiając się na swoich instrumentach (Kawai i Korg X2) oraz obsłudze ukrytego za nimi samplera i tylko z rzadka zwracają uwagę na publiczność, która ani przez moment nie jest pokazana na tym DVD, a szkoda. S. Rukavina i E.W. Schroeder starają się jak mogą, by zainteresować swoją twórczością zebrane audytorium, tak więc już jako drugi wykonali cover "Free" DEPECHE MODE, a w połowie występu, oprócz interesujących elektronicznych dźwięków epatowali, niestety, coraz większą ilością techno-bitów i miernego electro. Zamazuje to, moim zdaniem, przekaz BLEIBURG, który na studyjnych krążkach brzmi bardziej eksperymentalnie, a przez to ciut ciekawiej. Wiem także, że po takich występach nie należy się spodziewać rewelacyjnego soundu, ale nie popisał się również akustyk (o ile takowy był), bo odtwarzane przez muzyków, militarystyczne w większości sample (a jest ich całkiem sporo), często zagłuszały dźwięki generowane przez syntezatory. Mniej więcej w połowie utworów pojawiają się nieśmiałe wokalizy E.W. Schroedera, który z początku nie całkiem pewnie czuje się w tej roli, ale stara się jak może, choć daleko mu do frontmanów ulubionych zespołów muzyków BLEIBURG jak np. FRONT LINE ASSEMBLY (koszulkę tego zespołu na koncert założył S. Rukavina) czy ALIEN SEX FIEND. Warto dodać, że na płytce video dorzucono o jeden numer więcej (chodzi prawdopodobnie o "Wohin Wir Gehoren") niż na wersji audio, która również w limitowanej wersji 300 kopii jest dostępna dzięki The Eastern Front.
ocena: 6/10
www.bleiburg.de
www.myspace.com/bleiburg
www.theeasternfront.org
autor: Diovis


BUBEN - "Vim"
(CDR 2008 / T'an! Kaven!! Ash!!! & The Eastern Front)
Vladislav Buben to bardzo aktywny i ceniony człowiek na białoruskiej scenie muzycznej. Prowadzi audycje radiowe, jest twórcą programu o elektronice w białoruskim MTV, działa w kilku różnych projektach parających się muzyką od gotyku do dark ambientu, organizuje koncerty, promuje szeroko pojętą muzykę eksperymentalną... naprawdę trudno wymienić wszystkie jego przedsięwzięcia. Jednym z ważniejszych projektów owego artysty jest BUBEN, w którym kumuluje swoją fascynację obróbką dźwięków krzyżujących dark ambientową głębię oraz kakofonię noise. Wbrew pozorom, dźwięki są czytelne i nie męczą odbiorcy. Są bardzo ekspresyjne, rozległe, mają jakąś nieokreśloną linię przewodnią oraz specyficzne, bardzo indywidualne brzmienie. "Vim" brzmi wręcz "kosmicznie", jak gdyby zostało nagrane w innym wymiarze. Poszczególne motywy nakładają się na siebie, powielają się w niezliczonej ilości odsłon, słuchacz może się poczuć jak zasysany w jakiś wir, po czym spada w nieokreśloną otchłań. Niektóre dźwięki świadomie mylą trop, dezorientują i sprawiają, że nie wiemy gdzie się znajdujemy. Ta płyta to taka podróż bez biletu, bez mapy, bez GPS-a, bez śladów naprowadzających na właściwą drogę. Jest barwnie, nieco psychodelicznie i przestrzennie. Naprawdę warto złapać się w tę pułapkę, a więcej można odnaleźć zapewne na innych, rozlicznych wydawnictwach pod tym szyldem wypuszczonych przez wiele różnych lejbeli w tradycyjnym tego słowa znaczeniu, jak i tych typowo internetowych. Na mnie "Vim" zrobiło wrażenie. A jakie jest Wasze zdanie?
ocena: 8/10
www.tka-subdivision.org
www.buben-info.narod.ru
autor: Diovis


BEYOND SENSORY EXPERIENCE - "No Lights In Our Eyes"
(CD 2008 / Cold Meat Industry)
Czy taki projekt jak BEYOND SENSORY EXPERIENCE może zrewolucjonizować dotychczasowe spojrzenie na muzykę spod znaku dark ambient? Nie sądzę. Ale na pewno, porównując jego ewolucję z wieloma innymi projektami z przeszłości, można mieć taką nadzieję. O ile oczywiście nikt nie zwróci uwagi na to, że pod tym szyldem tak naprawdę kryje się doświadczony osobnik, którym jest nie kto inny, jak Drakh z MZ.412. Od bardzo wyrachowanych płyt "Pursuit of Pleasure" i "The Dull Routine of Existence" niby nie minęło wiele czasu, ale znając prędkość emocji i kreatywności u twórców tego typu muzyki, nie powinno dziwić, jak "No Lights In Our Eyes" jest inna niż poprzednie. Z pozoru niewiele się zmieniło: jest przestrzennie, chwilami jest dziwacznie lub wręcz matematycznie (zgodnie z zaplanowanym "naukowym życiorysem" B.S.E.), ale patrząc z drugiej strony, to na pewno bardziej zasobny w dźwięki krążek. Obok bardzo zagłębionych w minimalizm kompozycji mamy tu przeskoki w stany nieco bardziej "żywotne", a i sampli zaskakujących głosów tutaj nie brakuje. Choćby takie "Long the Night", w którym zdziwienie może ogarnąć każdego mieszkańca kraju nad Wisłą, bowiem słyszymy w nim rozmowę dziecka z ojcem o śmierci w języku polskim, ale jakżeby nie inaczej, gdy cała tematyka płyty jest oparta na raczej niewesołych sprawach. Światło zastępuje tutaj dość posępny nastrój, który przewija się od znaczącego "Funerals" aż po kończący "The End Has No Beginning". Muzyka nie opiera się li wyłącznie na tychże samplach, jak i elektronice (czasem wręcz ulotnej), ponieważ użyte zostały również gitary (głównie akustyczne), które nadają reszcie wydźwięk refleksyjny, a czasem - wbrew pozorom - wyskakują z ram stereotypów obecności tego instrumentu w tego typu muzie. Zresztą to już chyba jakiś trend, że coraz więcej darkambientowych projektów wspomaga się gitarami. Może to i dobra droga w przypadku BEYOND SENSORY EXPERIENCE... Oceńcie zresztą sami.
ocena: 7/10
www.coldmeat.se
www.bse.se
www.myspace.com/beyondsensoryexperience
autor: Diovis


BISCLAVERET - "Amalgame"
(CD 2008 / Zoharum)
Na początku zastanawiałem się, jaki jest sens pomysłu na płytę z remiksami, podczas gdy dyskografia BISCLAVERET jest jak na razie nadzwyczaj skromna. Z czasem jednak stwierdziłem, że sama idea, jak i podejście remiksujących wykonawców są udane, co widać, a przede wszystkim słychać właśnie na "Amalgame". To ogólny plus tego wydawnictwa i zanim przejdę do bardziej szczegółowego opisu krążka, dodam jeszcze, że wybór tylko czterech utworów do dziewięciu remiksów to ilość dość mała, chociaż, jak sami spostrzeżecie czytając moje wywody, można dosyć swobodnie radzić sobie nawet i z tym małym problemem. Weźmy na przykład taki numer, jak "Insane In God". Na "Amalgame" mamy bardziej industrialną (w sensie ostatnich produkcji projektów w rodzaju RAISON D'ETRE) wersję stworzoną przez MOAN, remiks ENDRAUM utrzymany bardziej w stylu rytmicznego electro (bądź też EBM, jak kto woli) i rewelacyjne opracowanie autorstwa GOD'S BOW. To ostatnie to taki taneczny i mocno orientalizujący DEAD CAN DANCE. Agnieszka Kornet wykonała do tego popisowe zaśpiewy i naprawdę nie spodziewałem się, że z mrocznej kompozycji BISCLAVERET można wyciągnąć tak kolorowe akcenty... Nieźle prezentują się też dwie, w sumie zbliżone wersje jednego z najnowszych utworów trójmiejskiej formacji "Ritual of All-Embracing Madness" w wykonaniu dwóch czołowych krajowych projektów HOARFROST i HOROLOGIUM (ta druga bardziej pulsująca i hałaśliwa od pierwszej). Tu w przeciwieństwie do GOD'S BOW wyciągnięte zostały te bardziej "czarne" elementy muzyki BISCLAVERET. W miarę ciekawy jest też opętańczy remiks bazujący na tym samym numerze, za który odpowiada SLEEPING PICTURES oraz "All Things Lost" wspólnie przetworzone przez Dragosa i Thorna oraz muzyków (muzyka?) LOVERDOZED. Nieco gorzej jest w przypadku "Duch Mój..." synta[XE]rror, bo moim zdaniem elementy trance i drum 'n bass średnio wpasowują się w opartą na pianinie i prostych syntezatorach formułę dźwięków BISCLAVERET, natomiast najsłabszy jest według mnie "Duch Mój..." w opracowaniu GHOSTS OF BRESLAU. Rozumiem, że ten projekt na co dzień zachłystuje się militarnym industrialem, ale wrzucanie do własnego remiksu jakichś niemieckich sampli ma się tu jak pięść do oka. Cóż, myślę, że "Amalgame" może zainteresować nie tylko tych, którzy lubią sięgać po produkcje trójmiejskiego duetu, ale z ciekawością sięgną po niego wielbiciele klimatów opisywanych przez nas w "Puszce Pandory".
ocena: 8/10
www.bisclaveret.com
www.myspace.com/bisclaveret
www.zoharum.com
autor: Diovis


BRANDKOMMANDO - "Keine Arbeit macht frei!"
(CDR 2007 / Beast Of Prey)
Nie wiem, czy obcowanie z dokonaniami BRANDKOMMANDO można nazwać jakąkolwiek przyjemnością. Zwłaszcza, że to twór bardzo płodny i co kilka miesięcy otrzymuję do recenzji kolejny materiał tego projektu. Trzeba jednak przyznać jedno: z płyty na płytę polski reprezentant ekstremalnej sceny tworzy coraz bardziej profesjonalne dźwięki. Można by rzec, że "Keine Arbeit macht frei!" to już podręcznikowy przykład jak ma brzmieć power electronics czy harsh noise. Charakterystyczne przestery, jednostajne zgrzytanie, zdeformowany głos i zabawy z frekwencjami mieszają się tu ze sobą i kreują przestrzeń, w której radość i szczęście zostały dawno pogrzebane. Zresztą w tej hałaśliwej i burczącej antymuzyce nie istnieją żadne pozytywne aspekty. Dlatego jaką formę dźwiękową obrało BRANDKOMMANDO, tak i opisywane tematy należą do ekstremalnych, często przemilczanych przez komercyjne media. Na poprzednich materiałach mieliśmy krytykę polityki, przedstawienie różnych form przemocy, a tutaj poruszony jest temat obozów zagłady, eksterminacji i kanibalizmu. Apokaliptyczne dźwięki doskonale oddają atmosferę wszechobecnej śmierci, eksperymentów na ludziach i nieludzkich praktyk. Tu non-stop czai się zagrożenie, a rytualny wstęp zbliżony do dokonań MZ.412 w "Krematorium" tylko wzmacnia ten klimat. BRANDKOMMANDO pozwala sobie też na odrobinę czarnego humoru przez deklamację wierszyka o SS-manie w numerze zatytułowanym nomen omen "SS-man". Wzbudzi to wiele kontrowersji, ale jestem przekonany, że twórcy tego projektu o to chodziło. Formuła zgrzytliwego noise?u i antymuzycznej power electronics wymaga zastosowania takich środków, a że tajemnicza postać będąca mózgiem BRANDKOMMANDO wie, jak się nimi posługiwać, to "Keine Arbeit macht frei!" jest wprost wymarzoną produkcją dla maniaków dźwiękowego ekstremizmu przez duże "E". W wersji limitowanej dodatkiem jest wcześniej niepublikowany koncepcyjny materiał "Treblinka".
ocena: 8/10
www.beastofprey.com
autor: Diovis


BLAKAGIR - "Carpathian Art of Sin"
(CD 2007 / Pulverised Records)
Nie wiem co podkusiło stroniącą do tej pory od ambientów i wszelakiej elektroniki Pulverised Records do wydania albumu BLAKAGIR. Czy był to efekt podpisania kontraktu z HELLVETO, za którym stoi L.O.N.? Wiadomo przecież, że BLAKAGIR to taki bardziej uboczny projekt tego muzyka-orkiestry i nie ma co ukrywać - raczej mniej ciekawy artystycznie wybryk, można by powiedzieć, że taki kaprys na boku. Pamiętam jeszcze debiutancki materiał tego projektu wydany w 1998 roku na kasecie. Nazywał się "Nadnarwiańska Potęga" i przyniósł porcję plumkania, które ongiś cieszyło się zainteresowaniem wielu, o dziwo głównie fanów metalu. Urokliwe to było, ale nie oszałamiało wstrząsającym klimatem czy poziomem artystycznym. Nienajgorszy był też debiut na płycie sprzed dwóch lat pt. "Nostalgia". Jak bardzo zmienił się BLAKAGIR przez te wszystkie lata? Ano niewiele, chociaż znając wykreowany już dość dawno styl komponowania L.O.N.'a z rozlicznych materiałów pod szyldem HELLVETO trzeba spodziewać się, że nie odbiega zbytnio od tego, co znajduje się na płytach jego macierzystej formacji. Upraszczając wręcz, można określić dźwięki z "Carpathian Art of Sin" jako pozbawione przesterowanych gitar i wokali HELLVETO. O tyle uboższe, co przy tym stawiające na monumentalny, epicki wręcz klimat. Niestety, obnażające też to, co na płytach HELLVETO wciąga dzięki bogactwu i gęstości instrumentalnych ścieżek. Nowy album BLAKAGIR można by od biedy potraktować jako podzieloną na dwa akty ścieżkę dźwiękową do jakiegoś nieistniejącego filmu operującego wielością różnorodnych krajobrazów, bogatą kolorystyką i mroczną atmosferą. Pod tym względem "Carpathian..." sprawdza się i z pewnością ma szansę zdobyć zainteresowanie u słuchaczy lubujących się w uruchamianiu swojej wyobraźni przy zrobionej z rozmachem quasi-symfonicznej, neoklasycznej muzyce preparowanej wyłącznie przy pomocy elektroniki, pianina i gitary akustycznej. W innym przypadku będzie to jedna z tych płyt gwarantujących głównie nudę, ziewanie i w efekcie wielki niesmak.
ocena: 5/10
www.pulverised.net
autor: Diovis


BRANDKOMMANDO - "Pax Vobiscum"
(CDR 2007 / Beast Of Prey & Brandkommando)
Nie wiem właściwie jaki jest sens pisania recenzji pozycji, która niedługo po wydaniu została już wyprzedana. Tym bardziej, że kolejne wydawnictwa ze znaczkiem BRANDKOMMANDO (a zebrało się ich już bodaj pięć w ciągu około dwóch lat - piszę tu przynajmniej o tych dostępnych w dystrybucji Beast Of Prey) pewnie znajdują tę samą grupę odbiorców, których nie należy zachęcać do zakupu, a odradzanie też by prawdopodobnie nie miało w tej sytuacji większego znaczenia. Limitowane do 50, 100 lub 100 iluś kopii rzeczy BRANDKOMMANDO sprzedają się więc na pniu, więc i miłośników takiego harsh noise'u czy power electronics jest trochę, ale z racji, że recenzje tu zamieszczane czytają też osoby nie znające do końca tematu, to do nich poniekąd kieruję te słowa, a więcej znajdziecie w umieszczonych gdzieś poniżej opisach pozostałych wydawnictw tego projektu. Sam osobiście nieczęsto sięgam po rzeczy z tego gatunku. Doceniam kilku wykonawców z nurtu noise, bardzo lubię BRIGHTER DEATH NOW, a jeśli już wpadnie w moje łapska coś do recenzji, to przesłuchuję dwa, trzy razy i odkładam na półkę. Niektórzy pewnie nie dotrwaliby do trzeciej minuty, a przecież takie "Pax Vobiscum" to niemalże 70 minut hałaśliwych, kakofonicznych dźwięków bez rytmu, tematu wiodącego czy choćby szczątków melodii, podzielona na osiem części. Można by rzec, że ta płyta, jak i wszystkie poprzednie nagrane przez BRANDKOMMANDO to czysty soniczny terroryzm, atak niekontrolowanego niczym hałasu, wojna, strach i zniszczenie. I tak jak na podwójnym cedeerze "Time of Violence" było kilka fragmentów ciut spokojniejszych, tak na "Pax Vobiscum" mamy do czynienia już tylko ze ścianą przesterowanych, niepokornych i zdecydowanie "niepoprawnych politycznie" dźwięków, które w ten specyficzny sposób mają ukazać do bólu złą rzeczywistość, w jakiej dane jest nam żyć. Nie wiadomo już, czy twórca BRANDKOMMANDO wspiera czy krytykuje politykę Busha, terroryzm fanatycznych muzułmanów i nie jest to chyba raczej istotne. Na najnowszym krążku człowiek jest właściwie nieobecny. Nawet tak charakterystycznych dla poprzednich wydawnictw sampli głosów czy fragmentów muzycznych nie ma prawie w ogóle, a jeśli są, to stanowią tylko jeden ze składników tworzenia hałasu. Trochę szkoda, bo w ten sposób "Pax Vobiscum" to już jedynie antymuzyka skierowana dla prawdziwych maniaków, osób wytrzymujących wszystkie dźwięki tego świata i... masochistów.
ocena: 3/10
www.beastofprey.com
autor: Diovis


BLEIBURG - "Way of Crosses"
(CD 2007 / The Eastern Front)
Przyznam się, że nieobce mi są dźwięki z naprawdę przeróżnych muzycznych półek, jednakże większość znanych mi pozycji wydanych dotychczas przez izraelską The Eastern Front sprawia mi niemały kłopot. Było tak z SILENCE & STRENGTH (vide: zamieszczona w "Puszce..." recenzja) i podobnie jest z krążkami GREGORIO BARDINIEGO oraz formacji BLEIBURG. Dowodzony przez Stefana Rukavinę (najprawdopodobniej Chorwata osiedlonego w Niemczech) projekt przemieszcza się na "Way of Crosses" w różne rejony muzyki, którą śmiało można nazwać eksperymentalną, a i dziwności oraz zakręcenia jest tutaj niemało. BLEIBURG dość mocno akcentuje oczywiście swoje militarystyczne zapędy i zainteresowania, co słychać już w otwierającym ten materiał "Advocatus Dei", ale marszowe rytmy, sample przemówień oraz fragmenty archiwalnych audycji radiowych i tym podobne przewijają się silniej dopiero nieco później, w niektórych utworach stając się dominującym elementem. Również kilka tytułów (np. "Richtfunk Gen Osten" czy "Kreuzweg 18(-41) - (45-)91") jednoznacznie, a raczej wieloznacznie (bo nie posądzałbym autorów o pronazistowskie poglądy w kraju, w którym taka postawa spotyka się mimo wszystko z ostrą krytyką) nasuwają skojarzenia z różnymi wydarzeniami związanymi z II Wojną Światową. Z drugiej strony dużo na "Way of Crosses" dźwięków bezpośrednio nawiązujących do pochodzenia lidera tej grupy. Stąd na przykład umieszczenie oryginalnych starych pieśni chorwackich, które jeśli mam być szczery, nie wiem czemu mają służyć, bo muzyk bądź muzycy (w BLEIBURG wspomaga Stefana dwóch) nie ingerowali w nie w jakikolwiek sposób, pozostawiając je w takiej formie, w jakiej znajdowały się na winylowych krążkach, skąd z pewnością pochodzą. Trzecia strona medalu to nijakie, industrialno-ambientowo-elektroniczne (wręcz bliskie electro) kompozycje, w których tak naprawdę niewiele się dzieje, a wszelkie ozdobniki w postaci sampli głosów czy sakralnych melodii też w żaden sposób nie wyróżniają BLEIBURG'a od setek podobnych projektów. Daleko tej płycie na przykład do dokonań VON THRONSTAHL czy DER BLUTHARSCH, bo mam wrażenie, że całość jest tutaj zbyt mało spójna i charakterystyczna, aby stać się jakimś klasykiem lub kamieniem milowym muzyki spod znaku military industrial / ambient. Stefan Rukavina szefuje niemieckiemu fan-klubowi DEATH IN JUNE, ale i sympatycy Douglasa Pearce'a nie odnajdą tu zbyt wiele dla siebie, choć może to i lepiej, że BLEIBURG nie stara się na siłę upodabniać do mistrzów neo-folku. Póki co niemiecka formacja jest na etapie poszukiwań, a ja osobiście wyróżniłbym z tej naprawdę potężnej dawki muzyki (ponad 78 minut) gdzieś tak około dwadzieścia, może dwadzieścia kilka minut.
ocena: 5/10
www.dark-transmission.de
www.myspace.com/bleiburg
www.theeasternfront.org
autor: Diovis


BURMA PROJECT - "Syntestezja"
(CDR 2007 / Eta Label)
Gdyby zastosować wobec projektów darkambientowych jakąś umowną skalę gradacji mroczności ich dokonań, to gdzieś wysoko u góry na tej liście znalazłby się BURMA PROJECT. Kierowana przez Marcina Burmińskiego formacja na swoim najprawdopodobniej debiutanckim materiale zatytułowanym "Syntestezja" proponuje baaaaardzo mroczne granie, które jednak nie jest li tylko tworzeniem takowego pro forma, ale zwartym kawałkiem muzyki sięgającej do najbardziej ukrytych emocji w ludzkim umyśle. Dźwięki ubrane w syntezatorowe plamy nie ograniczają się do wygrywania kilku przypadkowych akordów i pojedynczych tonów, lecz wnoszą bardzo zgrabne połączenie syntetyczności z organicznością. Jak to się przedstawia w praktyce? A no tak, że obok typowych dla dark ambientu rozwiązań mamy na tej płycie sporo czystej elektroniki charakterystycznej dla improwizowanej el-muzyki, ale również dźwięki imitujące odgłosy natury. Dlatego chwilami skojarzenia podążają do RAISON D'ETRE czy ARCHON SATANI, by po chwili nasuwać myśli o minimalistycznej estetyce NORTHAUNT czy SEPHIROTH, które to projekty wykorzystują obok elektroniki różne szmery, szum wiatru, odgłosy pękającego lodu i inne zjawiska przyrodnicze. BURMA PROJECT oczywiście nie naśladuje wymienionych wykonawców, po prostu idzie podobnym torem kreacji. Warto jednak raz jeszcze zaznaczyć, że zapodany przez Marcina dark ambient stawia nacisk na mrok, brak oznak życia (pomijając dziwne głosy tu i ówdzie) i brak nadziei. Pojawiające się kilkukrotnie i na moment "jaśniejsze" tony nie burzą tego w żaden sposób, a same dysproporcje między mrokiem i jasnością zdają się być naturalnym następstwem pomysłów tkwiących w głowie i palcach twórcy. BURMA PROJECT nie ucieka też od eksperymentów, a przykładem na dziwaczne rozwiązania jest choćby siódmy na płycie "Ancient Machinery". "Syntestezja" to album zwarty, w którym jedna kompozycja przechodzi płynnie w drugą i stanowi całość do słuchania wśród nocnej ciszy, w skupieniu i przynosi niejeden dreszcz przerażenia płynący gdzieś po plecach i sprawiający, że najzwyczajniej w świecie możemy się bać. Bardzo ciekawa pozycja, którą warto wyłowić z gęstwiny przeróżnych dokonań spod znaku dark ambient.
Zgodnie z duchem czasu, "Syntestezja" jest dostępna jako regularny CDR z okładką, jak również istnieje możliwość pobrania dwóch utworów ze strony labela.
ocena: 8,5/10
www.etalabel.com
burmen8@wp.pl
autor: Diovis


BUNKER / RYR - "Dust"
(CDR 2006 / UFA Muzak)
Sam nie wiem dlaczego i kompletnie tego nie rozumiem, ale ostatnio zapanowała wręcz jakaś wielka szajba na punkcie tych dwóch rosyjskich projektów. Poprzednie, solowe wydawnictwa zarówno BUNKER, jak i RYR rozchodziły się błyskawicznie, więc z ciekawości sięgnąłem po najnowszy, stworzony wspólnie materiał "Dust". Gwoli wyjaśnienia wypada wspomnieć, iż oba projekty są dla wielu bardzo kontrowersyjne w przekazie, głównie przez wplatanie niemieckich sampli z II Wojny Światowej i innych dość jednoznacznych elementów, ale zostawmy to i zajmijmy się warstwą dźwiękową. Niecałe 30 minut muzyki, które znajdują się na tym splicie wypełnione są od początku do końca niezwykle zgrzytliwymi i ekstremalnymi power noise'owymi hałasami. Chwilami mamy tu istną ścianę hałasu, przez który naprawdę trudno się przebić. Cztery kawałki BUNKRA to wręcz wybuchowa mieszanka harsh noise / power electronics z dodatkiem industrialnych zgrzytów, ale nie powiem bym padł na kolana słuchając dokonań tego projektu. Co prawda muza jest całkiem niezła, ale bez rewelacji. Gdzieniegdzie mamy wykorzystane i zapętlone jakieś sample z przemówieniami, co nieco uatrakcyjnia całość, ale zdecydowanie słyszałem w życiu o wiele lepsze materiały utrzymane w tej stylistyce. Część stworzona przez RYR to także hałaśliwe, noise'owe dźwięki z większą ilośćią wykorzystanych sampli, oraz industrialnych, rytmicznych zgrzytów i stukotów. Zdecydowanie bardziej przypadła mi muzyka tego projektu od poprzednika i naprawdę jest w RYR to "coś". Co prawda po dwóch kawałkach nie można w pełni ocenić wartości projektu, ale mimo wszystko RYR jawi się jako jeden z ciekawszych przedstawicieli ekstremalnej muzy zza naszej wschodniej granicy. Zagorzałym maniakom jak najbardziej polecam ten krążek, bez względu na zapatrywania polityczne, a reszta pewnie sobie odpuści.
ocena: 7/10
http://ufa-muzak.narod.ru
autor: Tomasz Lewicki


BISCLAVERET - "Psyche Nomine"
(CD 2007 / The Eastern Front)
Nie ukrywam, że podczas rozmów z muzykami BISCLAVERET w przeszłości wielokrotnie podkreślałem, że bardzo czekam na ich pełno wymiarowy album. Nie mini, jak "In Hortis", nie wydawnictwo koncertowe, jak "Er Roud el aater fi nezaha el khater", tylko studyjne dzieło z prawdziwego zdarzenia. Teraz, kiedy już się doczekałem, wrażenia mam mieszane. Z jednej strony muzycy postarali się o kawał mrocznej, majestatycznej i jednocześnie melancholijnej muzy (Thorn) oraz zróżnicowane wokale (Dragos), a wszystko naprawdę dobrze brzmi i ma w sobie teatralną wręcz magię i dramaturgię, a z drugiej czuję się trochę znudzony tak dużą dawką dźwięków, które chwilami kierują się gdzieś na mielizny dark ambientu, jakiego powstaje wiele. Na przykład drugi na płycie "Strange Way To Paradise (Ritual II)" jest stanowczo zbyt długi i w którymś momencie już zwyczajnie zaczyna męczyć. Podobnie jest z czwartym, "Voices From Another State of Mind, Heart And Body", który rozrasta się do aż kilkunastu minut i tylko chwilami napięcie rzeczywiście rośnie. Doskonale rozumiem, że BISCLAVERET wykreowało przez lata swoją własną tożsamość i to jest rozwinięcie idei przyświecających temu duetowi od samego początku, ale jak porównam te kompozycje choćby z utworami z mającego już przecież kilka dobrych lat mini-albumu "In Hortis", to zdecydowanie wolę te starsze. Ale pomijając już ten fakt, sama atmosfera tego materiału, jak i wszystkie pozostałe numery przeważają szalę oceny na tę pozytywną stronę. Duża w tym zasługa stopniowania wręcz horrorystycznego, opętańczego nastroju i scalenia w całość czasem transowych, a czasem przestrzennych partii syntezatorów, dysonansowych brzmień pianina, różnych elektronicznych smaczków i rytualnych wokaliz. Można powiedzieć, że to już taki znak firmowy BISCLAVERET, bo można ich dzięki temu rozpoznać już właściwie po kilku taktach. Warto się też wczytać w teksty, gdyż i one wnoszą do całości tę aurę mistycyzmu, tajemnicy i strachu. Jednak ogólnie - może miałem zbyt wielkie oczekiwania względem tego krążka, może inaczej ją sobie wyobrażałem, a może rzeczywiście coś jest na rzeczy i nie tylko ja odniosłem wrażenie, iż BISCLAVERET nie do końca wykorzystało swoją pierwszą prawdziwą szansę.
ocena: 6/10
www.theeasternfront.org
www.bisclaveret.com
autor: Diovis


BELTAINE - "Nie Zamilkną Dusze ani Ćmy"
(CD 2006 / własna produkcja)
"Nie Zamilkną Dusze ani Ćmy" to stosunkowo nowa, wydana podziemnie własnym sumptem, kompilacja składająca się z nowych i nieco starszych kawałków warszawskiego, zimnofalowego BELTAINE, nagrana w nowym, obecnym składzie. Nowym, czyli: Sebastian Madejski i Daniel Paulinek (dotychczasowy trzon kapeli) oraz z nowym basistą Krzyśkiem Słabickim i wokalistką ukrywającą się pod pseudonimem Claud. Muzyka na tym krążku to kwintesencja i w zasadzie to, co gra BELTAINE. Swoisty "The Best of". Smutne, wręcz funeralne liryki lidera grupy, Sebastiana, wyśpiewane przez niego charakterystyczną, wysoką wokalizą (tzw. śpiew japoński podobny do falsetu, aczkolwiek nim nie będący), a także z "normalnymi" wokalami, zmiksowane tak, że oba typy śpiewu pojawiają się w jednym utworze, przenikają miłośników mroków muzycznych do szpiku kości. Zespół, mimo dość rozbudowanego jak na ten rodzaj brzmień instrumentarium, nie określa się jako neofolkowy czy też czerpiący bezpośrednio z muzyki ludowej. Mimo to jest to jakaś inwersja folku - jest także bardzo charakterystyczna dla BELTAINE, którego muzyka umyka tak naprawdę jednoznacznym klasyfikacjom. To, z grubsza, wypadkowa dawnej zimnej fali, gothicu, psychodelii i neofolku - na Ukrainie określana jako dark folk, a u nas nie doczekała się specjalnie rozwiniętej sceny. A szkoda, bo muzyka zaiste ciekawa. Jako, że "Nie Zamilkną..." jest płytą zasadniczo przekrojową, obok śmiertelnie (dosłownie i w przenośni) poważnych utworów znalazło się także kilka takich z przymrużeniem oka, gdzie mrok i tematyka śmierci ociera się o groteskę. Ta funeralność to także charakterystyczna dla BELTAINE sprawa. Elektronika połączona z nastrojowym brzmieniem cytry akordowej, mandoliny i okaryny oraz rockowym basem brzmi ciekawie, i aż dziwne, że BELTAINE ma na swym koncie tylko jedno oficjalne wydawnictwo obok krążących w podziemiu iluś tam krążków - w tym jednego dwupłytowego. Natomiast sprawa nowej wokalistki BELTAINE jest mocno dyskusyjna - jej warsztat wokalny delikatnie rzecz biorąc mocno odbiega od możliwości głosowych lidera i powoduje pewien dysonans brzmieniowy psujący całość. Na szczęście są to raczej melorecytacje i w dosłownie dwóch czy trzech kawałkach. W sumie na krążek weszło 12 kawałków, nieco różnych od siebie, ale stanowiących swoisty monolit mroku. W muzykę BELTAINE trzeba się wsłuchać - mimo pozornych podobieństw jest wiele różnych, nieraz i zaskakujących zmian nastrojów i brzmień, warto spróbować wejść w tajemniczy i zamknięty w sobie świat stołecznego BELTAINE...
ocena: 6,5/10
autor: V.Ziutek


BRANDKOMMANDO - "Nasz Ukochany Kraj"
(CDR 2006 / Beast Of Prey)
Projekt BRANDKOMMANDO nigdy nie należał do tych uładzonych, grzecznych i "politycznie poprawnych". Zawsze stawiał na pierwszym miejscu połączenie ekstremalnej muzyki i ekstremalnego przekazu. I to przez duże "E". O ile jeszcze podwójne wydawnictwo "Time of Violence" zawierało momenty spokojniejsze i wręcz medytacyjne, czasem nawet bliższe dokonaniom MZ.412, tak na nowym materiale "Nasz Ukochany Kraj" BRANDKOMMANDO wraca do estetyki mocnego, głośnego i burczącego "Achtung! Achtung! Der Kommunismus Kommt". Oznacza to maksymalnie przesterowane i zniekształcone dźwięki (i głosy), które nie tworzą ani przez moment czegokolwiek na kształt prostej choćby rytmiki. Ale z drugiej strony, jeśli ktoś był kiedykolwiek w hali fabrycznej, to nawet w tym chaosie mógł wyłapać jakiś podskórny rytm i zmiany w natężeniu hałasu. Laikom tak właśnie chciałbym opisać to, co dzieje się na tej płytce. Wątpię jednak, czy poza dźwiękowymi masochistami, dla których miodem na serce są rzeczy generowane przez artystów pokroju BRIGHTER DEATH NOW, MASONNA czy SUTCLIFFE JUGEND ktoś zechce sięgnąć po tę produkcję. Tu jedynym urozmaiceniem dla hałaśliwej ściany dźwięku są porozrzucane gdzieniegdzie fragmenty wypowiedzi polityków (współczesnych i już nieżyjących, wliczając w to przedstawicieli Kościoła - gwoli ścisłości także polityków) oraz sample przedwojennych piosenek podkreślające na poły irracjonalny przekaz BRANDKOMMANDO, w którym czai się pewien sens, a nade wszystko kontrowersyjny punkt widzenia twórcy. Brzmi to na pewno dziwacznie i niedorzecznie, ale taka jest właśnie twórczość BRANDKOMMANDO - krytyka polskiej rzeczywistości przedstawiającego wszystko w bardzo krzywym zwierciadle, w języku power electronics/noise.
ocena: 7/10
www.beastofprey.com
autor: Diovis


BRANDKOMMANDO - "Time of Violence"
(2 CDR 2006 / Beast Of Prey)
Najlepszą definicją "antymuzyki" od paru lat są dźwięki ukrywające się pod szyldami "harsh noise" i "power electronics". Zawsze podziwiałem tych, którzy potrafią zasłuchiwać się w coś takiego godzinami, choć nie przeczę - nie raz sięgam po dokonania BRIGHTER DEATH NOW, zdarzyło mi się też trochę spotkań z płytami MASONNY, TOTENHAUS i paru innych projektów tego typu. Dlatego nie doszukujcie się we mnie fana lub znawcy takich rzeczy, jakie nagrał na przykład polski projekt BRANDKOMMANDO (szczerze powiedziawszy nie słyszałem nawet poprzedniego wydawnictwa dla Beast Of Prey i jakoś mi nie było do tego nigdy spieszno ;). Zdecydowanie zbyt stresujące jest dla mnie takie podejście do materii muzycznej, przynajmniej w większych dawkach. Ryzykowne więc jest moim zdaniem wydawanie aż podwójnego albumu, ogółem trwającego około 90 minut. Gwoli formalności podam, że pierwsza z płyt nosi tytuł "World's Beauty" i składa się z 12 części, a druga to "Death Culture" i tu mamy 9 odcinków. Na pierwszej już tytuły dają do zrozumienia, że będziemy mieli do czynienia ze zobrazowaniem różnych historycznych wydarzeń mających miejsce w XX wieku, a po części również w XXI wieku. W każdym z nich obok przepisowego hałasu z przesterowanych maszyn grających mamy więc stosowne sample. Na przykład "O Pokój i Socjalizm" zawiera fragmenty przemówienia Wiesława Gomółki, "NS Idiots" - głos Adolfa Hitlera, "Soviet Attacks" - wycinek radzieckiej pieśni propagandowej, a "Fundamentalizm" - arabskie modły, wszystko oczywiście odpowiednio spreparowane, by współgrało ze ścianą maszynowych dudnień, odgłosów przypominających samolotowe naloty, zgrzytów, rzężeń i tym podobnych "przyjemnostek". Sam twórca BRANDKOMMANDO przekazuje pewnie w ten sposób obraz przemocy, którą jeden człowiek sprawia drugiemu człowiekowi. Im bliżej końca tej płyty, tym hałas staje się dominującym elementem i już nie ma miejsca nawet na sample głosów.
Druga płyta, "Death Culture", to ciąg dalszego poszukiwań absolutnego ekstremum w "antymuzyce". A jednocześnie zdecydowanie inne spojrzenie niż na pierwszej z płyt na przetwarzanie dźwięków w tony, które sprawiają, że ma się wrażenie, jak by chciały wyskoczyć z głośników ;) Owszem, i tutaj przeważają chaos i nieczuły mechanizm powtarzających się fraz, burczeń i charczeń, ale zdarzają się momenty zbliżone do twórczości Rogera Karmanika i jego BRIGHTER DEATH NOW. Oznacza to zabawę frekwencjami i samplami starych, przedwojennych pieśni, czasem nawet specyficzną rytmikę oraz zróżnicowane w sumie dźwięki tworzące obraz zagłady, Apokalipsy i odhumanizowanego świata.
Uwaga! Wydawnictwo limitowane do 200 sztuk! Pytajcie w Beast Of Prey i Pagan Records.
ocena: 6/10
www.beastofprey.com
autor: Diovis


BELBORN - "Perchta"
(7" EP 2005 / Percht Records)
Niemieckie projekty neofolkowe w dużej mierze mają to do siebie, że nie zawsze prezentują wysoki poziom artystyczny. Wiele z grup, jak chociażby DIES NATALIS, ORPLID, CARVED IN STONE itd. nie prezentują w swojej muzyce za krzty oryginalności i pomysłowości, a za to bardzo często ich muzyka przypomina harcerskie granie przy ognisku za czym delikatnie mówiąc nie przepadam. BELBORN mimo wszystko należy do tej drugiej (czytaj lepszej) grupy zespołów zza naszej zachodniej granicy pałających się neofolkiem. Nie tak dawno dzięki austriackiemu pododdziałowi Steinklang Records - Percht Records ukazała się 7-io calowa epka tej grupy zatytułowana "Perchta". Mamy tu zaledwie dwa kawałki - a raczej opowieści muzyczne o górskich, antycznych kniejach. Całość poświęcona jest mitologii rodem z Rauhnachte - widać Niemcy też mają swoje mitologiczne elfy ;) Przechodząc jednak do sedna sprawy, czyli muzyki BELBORN od razu musze stwierdzić, że niczego interesującego i wciągającego na tej epce nie ma. Muzyka co prawda oparta jest o dźwięki gitary akustycznej oraz wszelkiej maści niemieckie wokale, ale niestety wszystko to jest nudne, przeżyte i absolutnie nie wciągające. Obok akustycznych dźwięków mamy na "Perchta" ponadto całą masę jakiś dziwnych leśnych odgłosów z dodatkiem gdzie niegdzie przewijających się bębnów. Mimo to jednak muzyka Niemców pozbawiona jest absolutnie energii i rytmicznych, wpadających w ucho kawałków do których przecież BELBORN nas przyzwyczaił. Być może aby zrozumieć ten materiał potrzeba w znacznym stopniu zaznajomić się z ową mitologią, lecz jak dla mnie jest to materiał bez jaj i osobliwości. Równie dobrze możecie wziąć gitarę akustyczną do lasu, rozpalić ognisko, popukać sobie patykiem w pień i będziecie mieli obraz tego, co znajduje się na "Perchta". Mam tylko nadzieję, że jest to mimo wszystko taki eksperymentalny wybryk tego projektu, gdyż w innym przypadku Niemcy będą bogatsi o jeszcze jednego gniotowatego przedstawiciela neofolku na swojej scenie.
ocena: 3/10
www.steinklang-records.at
autor: Tomasz Lewicki


BRIGHTER DEATH NOW - "Kamikaze Kabaret"
(CD 2005 / Cold Meat Industry)
Projekt dowodzony przez Rogera Karmanika jest niereformowalny. Jednym to nie przeszkadza... ba, podążają tropem mistrza jak prawdziwe duchowe groupies lub fani typu "die hard" (po naszemu to będzie coś jak "na zabój"... ;) Innym będzie to obojętne, bo nie trawią hałaśliwych, jednostajnych i monotonnych dźwięków generowanych przez BRIGHTER DEATH NOW. Do tego prawie każdy z utworów autorstwa tego tworu trwa po 6, 8 czy 10 minut. Zresztą jeśli ktoś się chce przekonać jaka jest definicja "antymuzyki", wystarczy, że sięgnie po któryś z albumów tego projektu, na przykład "The Greatest Death" (ułożony przez fanów składak z serii "the best of"), czy po najnowszy, "Kamikaze Kabaret". Chociaż... tak sobie myślę, że ten najświeższy twór B.D.N. wcale aż tak odrzucający i hałaśliwy nie jest do końca. Może to jednak moje ucho już przywykło do noise'u, bo przecież "Kamikaze..." wyraźnie powraca do klimatu "May All Be Dead" sprzed siedmiu lat, a była to płyta przepojona prostotą i brudnymi dźwiękami. Noise ma jednak to do siebie, że nie można się spodziewać jakichkolwiek linii melodycznych, klarownego brzmienia lub czytelnych wokaliz. I tak właśnie jest na "Kamikaze...", na którym to albumie melodię zastępuje jednostajne buczenie (czasem głośniejsze, a czasem bardziej intensywne), niuanse budują zmieniające się od czasu do czasu frekwencje, a wokale sprawiają wrażenie spowiedzi szaleńca, w której powtarza on obsesyjnie kilka słów. Znając twórczość Karmanika można było spodziewać się kilku wplecionych tu i ówdzie i tylko z pozoru odbiegających od konwencji sampli i tak też jest: np. na początku "Destroy" i w "Testing" mamy puzzle złożone z fragmentów programów radiowych i telewizyjnych. Oczywistym jest też specyficzny, czarny humor Rogera, co objawia się w tytułach w rodzaju "Big Happy Family" czy "Crimescene Nostalgia", podczas gdy powszechnie wiadomo, że prywatnie to człowiek kochający rodzinę i nie kryjący się ze swoimi emocjami wobec niej. Można więc potraktować BRIGHTER DEATH NOW jako ujście dla wszelkich dewianckich, perwersyjnych i morderczych skłonności kogoś, kto w końcu jest jednym z nas...
ocena: 7,5/10
www.coldmeat.se
autor: Diovis


BALKAN SEVDAH - "Ramizem"
(CD 2005 / własna produkcja zespołu)
Ta płyta rzuca nowe światło na muzykę słowiańską graną przez polskie zespoły. BALKAN SEVDAH, które powstało na zgliszczach bardzo zacnej formacji DŻEZVA (także zajmującej się folkiem bałkańskim - ale bardziej miejskim) nie jest w żadnym wypadku "modą na Bregovica" czy "modą na folk", tylko dogłębną analizą muzyki Południowych Słowian - lider BALKAN SEVDAH, Marcin Zadronecki szmat czasu spędził na Bałkanach i przywiózł stamtąd to, co w tej muzyce najlepsze. Czterdzieści minut muzyki "Ramizem" przynosi z sobą przede wszystkim brzmienia macedońskie i bośniackie, a także będące już historią brzmienia rodem z Kosova. "Ramizem" jest świetnym przykładem, jak bardzo muzyka tzw. słowiańska jest zróżnicowana - wystarczy porównać ją np. do nagrań folkowych z "naszej" części Słowiańszczyzny, żeby nawet niewprawne ucho poczuło wyraźną różnicę. Słychać tu też wiekowy wpływ klimatów orientalnych na muzykę Bałkanów. Bardzo ciekawym motywem są też interpretacje folku Turków Kosovskich - grupy etnicznej, której już w zasadzie nie ma, a muzyka, jaką grali to mroczny i ambientowy folk - co wyraźnie słychać w kawałku "Safusum". Płyta zrealizowana jest prostymi środkami, z wykorzystaniem instrumentów tradycyjnych, co nie zmienia faktu, że jest naprawdę niezła i warta uwagi - takiej muzyki w Polsce nie gra się na co dzień.
ocena: 8/10
autor: V.Ziutek


BRANDKOMMANDO - "Achtung! Achtung! Der Kommunismus Kommt"
(CDR 2005 / Beast Of Prey)
Jednym z najnowszych wydawnictw ze znaczkiem Beast Of Prey Records jest debiutancki materiał naszego krajowego jednoosobowego projektu o nazwie BRANDKOMMANDO. Płyta jak zawsze jeśli chodzi o Beast Of Prey wydana jest w bardzo niekonwencjonalny i miły dla oka sposób, tym razem krążek znajduje się wewnątrz tekturowej okładki, która to zapakowana jest jeszcze w srebrny, błyszczący papier - trzeba przyznać bardzo oryginalnie. Jeśli chodzi o muzykę na tej płycie, to mamy tu prawie 35 minut ostrego i hałaśliwego harsh noise / industrialu, który pewnie dla wielu wyda się bardzo niestrawny i chory. Ponadto tytuły kawałków, takie jak chociażby: "Banda Bieruta", "3 x tak", czy też "Stalin. Antyhymn" mówią już wszystko (podobnie jak sam tytuł) i nie ma sensu zbytnio się rozwodzić. Tak, jak wcześniej wspomniałem, muzyka BRANDKOMMANDO jest hałaśliwa i "burcząca", jednak wszystko to jest momentami nawet całkiem rytmiczne i poukładane, więc nie boli aż tak bardzo. Pełno tu co prawda wszelkiego rodzaju pierdzeń, burczeń i innych grzmotów, ale mimo wszystko da się tego słuchać i płyta popularnie mówiąc "kwasi równo". Ciekawostką jest gościnny udział na tym wydawnictwie Infamisa (KRĘPULEC, INFAMIS), który to także maczał palce przy tworzeniu "Achtung! Achtung!...". Co by dużo nie mówić, jak na debiut BRANDKOMMANDO zaprezentował się całkiem nieźle i wypada mieć nadzieję, że jeszcze usłyszymy o tym projekcie. Dla wszystkich maniaków chorych i pokręconych hałaśliwych dźwięków jest to pozycja jak najbardziej polecana, a reszta pewnie sobie odpuści. Na zakończenie dodam jeszcze, że nakład tego wydawnictwa to tylko 111 ręcznie numerowanych kopii.
ocena: 6/10
www.beastofprey.com
autor: Tomasz Lewicki


BEYOND SENSORY EXPERIENCE - "Pursuit of Pleasure"
(CD 2005 / Cold Meat Industry)
BEYOND SENSORY EXPERIENCE jest podobno projektem, w którym muzyka zazębia się w określony sposób z nauką. Eksperyment prowadzi znany z MZ.412 i NORDVARGR / DRAKH Drakhon, a jego nie-muzycznym partnerem jest artysta i naukowiec K. Meizter. Jakkolwiek mądrze to nie brzmi, to nowy materiał tego duetu pt. "Pursuit of Pleasure" doskonale pasuje do grona wybrańców wydawanych przez Rogera Karmanika z Cold Meat Industry. Choć z drugiej strony przewrotna, chwilami bardzo minimalistyczna muzyka B.S.E. nie może być rozpatrywana w kontekście klasycznych, darkambientowych tworów z Cold Meat, takich jak np. RAISON D'ETRE, a i nie przypomina hałaśliwych dokonań BRIGHTER DEATH NOW. W tych dźwiękach jest sporo przestrzeni, stymulowania ludzkiej podświadomości i w tej kategorii odnajduję cel tego przedsięwzięcia. Wplecione między dźwiękowe pejzaże złożone w dużej mierze z różnych barw pianina sample ludzkich głosów (swoją drogą równoważące pozorną monotonię całości materiału i nasycone od czasu do czasu nie nachalną, acz jednak wyraźnie podkreśloną erotyką) wprowadzają w nastrój senności, ale nie wprowadzają w sen. To tak jakby lubieżne smagać końcówki nerwów szeptem płynącym z niedaleka, a przy tym nieosiągalnym, by tego dotknąć. Takie wrażenie miałem przynajmniej słuchając tej płyty pośród ciszy wieczoru, dodam, że w samotności. To tylko moje osobiste spostrzeżenie i w tym chyba tkwi siła tego albumu. Zresztą dobrze to oddają dość sugestywne kolaże zawarte w książeczce dołączonej do tego cedeka. Jako, że jest to moje pierwsze spotkanie z dokonaniami tego projektu, a wiem, że już ma na koncie jakieś wydawnictwa dla ciut mniejszych wydawców, to skłania mnie ono do dalszych poszukiwań nagrań zarejestrowanych przez ten niecodzienny duet.
ocena: 7/10
www.coldmeat.se
autor:Diovis


BISCLAVERET - "In Hortis..."
(CDR 2002 / Wyrm Records)
Jestem pewien, że większość z was nie zna tej nazwy, więc muszę przedstawić kilka faktów z krótkiej historii BISCLAVERET. Projekt stworzyło dwóch ludzi: Dragos odpowiedzialny za krzyki, szepty i różne inne wokalizy, oraz Thorn, który tworzy całą muzykę. I już na wstępie muszę przestrzec, że gramy teraz w coś, co nazywa się dark ambient z tym pierwszym słowem akcentowanym jako "very dark". Na początku swojej drogi ci dwaj ludzie nagrali materiał "Aegri Somnia...", który zebrał sporo pochlebnych recenzji, głównie na scenie wokół-ambientowej i gotyckiej. BISCLAVERET dał też kilka specjalnych przedstawień (ich występów nie można traktować wyłącznie jako zwyczajnych koncertów) i po dłuższej przerwie powrócili ze swoim kolejnym materiałem "In Hortis...", zawierającym trzy bardzo enigmatyczne twory pełne mrocznych emocji i z szeroką paletą wokaliz Dragosa. Jeśli porównywać oba wydawnictwa pod szyldem BISCLAVERET, to mam wrażenie, że po 2,5-rocznej przerwie mogli zrobić coś jeszcze ciekawszego. Intrygujące pomysły (tak pod względem muzyki, jak i wokali) wydają się jakby nie wykończone i pasują bardziej do dziwnego przedstawienia teatralnego niż do prezentacji w postaci wyłącznie płytowej (Wyrm Records wypuściło materiał na CD-R). Najlepszym utworem w mojej opinii jest "Fulfill the Prophecy" - minimalistyczna i odjechana podróż do najgłębszych zakamarków ludzkiej duszy. Także "Pragnienie" zawiera sporo ciekawych pomysłów, szczególnie jak chodzi o rozwiązania w zakresie brzmienia, ale generalnie to zbyt krótkie wydawnictwo i nie do końca spełnia swoje zadanie... Dla maniaków brzmień spod znaku dark ambient. PS. Recenzja powstała w 2002 roku i od tego czasu BISCLAVERET doczekało się płyty koncertowej, wydanej własnym sumptem płyty z zapisem koncertu na płytce VCD i jednego utworu na kompilacji wydanej przez portugalską Void Rekordz.
ocena: 5/10
bisclaveret.fm.interia.pl
autor:Diovis


BOLESKINE - "The Lady Of Shalott"
(CDR 2004 / Atacama Records)
Wyjątkowa to płyta. Pierwsza edycja tego krążka to wielki drewniany box przypominający piracką skrzynię z książką w środku i innymi dodatkami. Do tego całość to limit 11 (słownie: jedenastu!!!) kopii. Bez komentarza... Płyta, która leży właśnie przede mną, to druga edycja materiału projektu BOLESKINE, za którym stoi osoba odpowiedzialna także za inny niemiecki projekt - ANTRACOT. Tym razem jednak nie mamy do czynienia z ostrymi i kłującymi po nerwach noise'owymi dźwiękami, a spokojnym, melancholijnym dark ambientem. Wytwórnia określa muzykę BOLESKINE jako rytualno - eksperymentalną i niewątpliwie należy w tym miejscu się z tym zgodzić. Na zawartość krążka składa się aż 17 kompozycji podzielonych na 3 akty, co jak dla mnie jest trochę za dużo. Przejdźmy jednak do samej muzyki. Trzeba od razu zaznaczyć, iż z żadną rewelacja nie mamy tu do czynienia, ot po prostu kolejna dark ambientowa płyta wypełniona czasem ciekawymi melodiami, rytmicznymi pulsacjami, jak również uzupełniona przez rytualne werble. Do tego utwory są opatrzone deklamacjami poematów, które mimo że wygłaszane w języku angielskim (notabene niezbyt czysto), nie są rewelacją. Żeby nie było tak negatywnie, trzeba mimo wszystko oddać projektowi, iż momentami muzyka BOLESKINE może zaciekawić (lecz niestety tylko momentami), głównie poprzez wykorzystanie wielu instrumentów, jak np. flet, bębny itp., co chwilami sprawia z "The Lady Of Shalott" płytę jakby etniczną. Jeśli miałbym szukać porównań, to pozwolę sobie wymienić takie projekty, jak chociażby THE MOON LAY HIDDEN BENEATH A CLOUD, czy też odrobinę DIE VERBANNTEN KINDER EVA'S, jednak w słabszym wykonaniu. Mimo wszystko mnie ten materiał jakoś nie przekonuje i sprawia, że płyta ląduje wyłącznie na półkę, a nie do odtwarzacza. Niestety zwykłe przeciętniactwo, nic więcej.
ocena:5/10
www.boleskine.net
www.antracot.de
www.stoefi.de
autor: Tomasz Lewicki