|

6 | A | B | C | D | E | F | G | H | I | J | K | L | M | N | O | P | R | S | T | U | V | W | X | Y | Z | INDEX


CAMOUFLAGE - "Spice Crackers"

(2 CD 1995 - 2009 / Bureau B & Music Net)

Niemcy nie od dziś lubują się w tanecznej lub mrocznej elektronice. Aż dziwne ile różnych inicjatyw mieści się tam na scenie electro, industrial, gothic, dark wave i tym podobnych. Rzadko kiedy coś z tego trafia do naszego kraju i nie wiedzieć w sumie czemu. Czy nie ma na takie rzeczy popytu, czy może słabo starają się wydawcy? Chyba raczej to drugie, ale to kwestia na dłuższą dyskusję. Tym bardziej dziwne jest to, że akurat re-edycja albumu CAMOUFLAGE z 1995 roku jest jednak promowana i w Polsce. "Spice Crackers" ukazało się jako dwupłytowe wydawnictwo, z czego zawartość drugiego dysku jest mi nieznana, choć wiem, że mieści się tam aż 14 bonusowych utworów. Pierwsza i podstawowa płyta to również 14 kompozycji i zanim wrzuciłem ją do odtwarzacza, nie bardzo wiedziałem co za dźwięki tworzy niemiecki CAMOUFLAGE. Początek był dość obiecujący, bo utwór tytułowy to takie kosmiczno-elektroniczne dźwięki. Po nim nastąpił rytmiczny "X-Ray", który przypomina mi lata 80-te i panujący wówczas trend na muzykę new romantic. Ale zaznaczam, że chodzi o tę bardziej taneczną i syntetyczną wersję, czyli HUMAN LEAGUE, wczesny DEPECHE MODE, YAZOO, SOFT CELL, THE TWINS, ALPHAVILLE czy BRONSKI BEAT. W późniejszym czasie przepoczwarzyło się to między innymi w synth-pop i w takiej szufladce w sumie można zamknąć "Spice Crackers". Oznacza to mniej więcej zwyczajne piosenki bardzo mocno nasycone elektroniką i plastikowymi brzmieniami. Na plus CAMOUFLAGE wychodzi, że nie ograniczają się do przebojowych, melodyjnych kawałków, ale skręcają też czasem w stronę klasycznej muzyki elektronicznej a la KRAFTWERK czy TANGARINE DREAM (już sam tytuł jednej z pieśni, "Electronic Music", mówi sam za siebie), eksperymentują i osadzają to wszystko w przestrzennym brzmieniu. Dlatego po pewnym wstrząsie, jakim był hit pod tytułem "X-Ray" po kilku minutach ponownie z zainteresowaniem zacząłem wsłuchiwać się w propozycję niemieckiego zespołu. Zdarzają się tu mielizny nadające się raczej na dance-party (np. "Bad News", "Funky Service (What Do You Want To Drink?)"), albo przynudzające, długie instrumentalne pasaże ("Ronda's Trigger"), jednak parę fragmentów tłumi to złe wrażenie. Na przykład nawiązujące do bardziej ambitnej twórczości JAPAN i ULTRAVOX "Days Run Wild" i spokojne "Back To Heaven", lub lekko psychodeliczna końcówka w postaci krótkiego "Travelling Without Moving" i "Spacetrain". Ogółem "Spice Crackers" to dość długi kawałek (ponad 72 minuty) ambitnego, mocno elektronicznego popu.

ocena: 7/10
www.camouflage-music.com
www.bureau-b.com
http://musicnet.com.pl
autor: Diovis


COPH NIA - "Qliphotic Phantasmagoria (Exorcising Old Demons)"
(MCD 2008 / Wrotycz Records)
Szwedzka COPH NIA, od początku dowodzona przez charyzmatycznego Aldenona Satoriala, stała się jednym z bardziej oryginalnych i twórczych projektów w klasie demonicznego i okultystycznego dark ambientu, z czasem uciekając coraz bardziej od sztampy tej stylistyki. W dodatku można by rzec, że wyspecjalizowała się oprócz kreowania ciekawych dźwiękach w przeróbkach często zaskakujących utworów z twórczości innych formacji. Już na poprzednich albumach pojawiły się między innymi "Stigmata Martyr" z repertuaru BAUHAUS, "Fire" Arthura Browna czy "Sympathy For the Devil" ROLLING STONES'ów. Tym razem zamysłem Aldenona było, by nagrać mini-album wypełniony wyłącznie coverami. Czy pomysł okazał się wart wydania? Każdy odpowie sobie na to pytanie samemu, ale dobór moim zdaniem jest istotnie trafny i dopasowany do praktykowanego przez twórcę zespołu światopoglądu. Oto bowiem COPH NIA sięgnęła po piekielne wytwory sprzed wielu lat, za wyjątkiem jednego, nieco nowszego numeru. Ten chronologicznie najnowszy zamyka krążek i jest nim niezwykle epicko brzmiący "Mr. Crowley" OZZY OSBOURNE'a. Z oryginału zostały fragmenty tekstu i szczątki linii melodycznej, bo jeśli ktoś zna pierwotną wersję, to wie, że to zasadniczo dość klasyczny heavymetalowy kawałek w wykonaniu diabolicznego Ozzy'ego. Nowa wersja rozpoczyna się od niepokojącego tła przerywanego zapisem głosu samego Aleistera Crowley'a. Od razu wiadomo, że to specyficzny hołd złożony (nie)sławnej "Bestii". Podobnie jest z trzema pozostałymi kawałkami wypełniający ten trwający nieco ponad 23 minuty krążek. Na pierwszy rzut idzie "Black Sabbath" z legendarnego debiutu hard rockowców. I w tym przypadku pozostała aura samego utworu, któremu wkrótce stuknie - aż nie do wiary! - już 40 lat. Wiele osób pamięta zapewne wersję nagraną przez VADER'a na mini-albumie "Sothis", ale tutaj atmosferę kreują głównie elektronika i niski głos Aldenona oraz odpowiednio dawkowana rytmika i demoniczne wstawki. Ta wersja "Black Sabbath" to taka odpowiedź na pytanie, jak może brzmieć metal nie grany na gitarach. "Sick Things" to z kolei stary utwór mistrza horror rocka - Alice Cooper'a. Na "Qliphotic Phantasmagoria" brzmi monumentalnie, potężnie i niepokojąco, a w końcówce nawet hałaśliwie, choć w oryginale był to po prostu mocny rockowy kawałek. Mistyczne i psychodeliczne brzmienie "Levitation" już dziwi mniej, gdyż HAWKWIND nie tworzył łatwych w odbiorze dźwięków. Dlatego również wykonanie COPH NIA jest z lekka nawiedzone i przy tym dość minimalistyczne. W tym utworze jest najwięcej klasycznej muzyki elektronicznej, z której przecież wywodzi się dark ambient. Za jednym więc zamachem mamy zaskakująco świeże spojrzenie Aldenona Satoriala na muzyczną tradycję i lekcję historii. Bo drogie dziatki, warto czasem pogrzebać w archiwach mrocznej muzyki, tak jak uczynił to ten Szwed :)
ocena: 9/10
www.wrotycz.com
autor: Diovis


CONTEMPLATRON - "Delog"
(CD 2008 / Wrotycz Records)
"Buddyzm tybetański traktuje człowieka nie jako pojedynczą figurę, lecz zawsze w odniesieniu do jego uniwersalnego tła. Podobnie tybetańska muzyka rytualna nie zajmuje się emocjami doczesnej indywidualności, lecz wiecznie obecnymi, bezczasowymi jakościami życia uniwersalnego, dla których osobiste radości i smutki nie istnieją. Dzięki niej odczuwamy jedność ze źródłami rzeczywistości w najgłębszych pokładach naszej istoty.". Taki cytat napisany przez Lamę Anagarika Govinda z "Drogi Białych Obłoków" zamieszczono we wkładce do drugiego albumu enigmatycznego projektu CONTEMPLATRON. Nie miałem okazji usłyszeć poprzedniego krążka, także wydanego przez Wrotycz Records, ale zakładam, że też wypełniały go dźwięki kontemplacyjne, wręcz medytacyjne, przepełnione buddyjsko-tybetańską filozofią, ale nie pozbawione delikatnych eksplozji niepokoju. Tym razem udajemy się, zgodnie ze wskazówkami autora tego polskiego wbrew pozorom tworu, w podróż kogoś, kogo nazywa się w buddyźmie mianem deloga - osoby, która - w uproszczeniu - przekroczyła próg śmierci, by wynieść z tego doświadczenia stan oświecenia duszy. Jeśli jeszcze nadal nie wiecie co zawiera ten album, to uproszczę powyższe wywody w ten sposób: oto przed Wami naprawdę przestrzennie brzmiąca wędrówka przez dźwięki spod znaku dark ambient. Dla kogoś, komu bliskie są dokonania (zwłaszcza te wcześniejsze) RAISON D'ETRE, i ten album spodoba się z racji jego duchowego, mistycznego charakteru. Tu na równi potraktowane są odgłosy przyrody, misterna pajęczyna utkana przez płynące łagodnie syntezatory oraz różne instrumenty o orientalnej proweniencji i z rzadka odzywające się głosy czy burzące chwilami nastrój spokoju industrialne wtręty. Wbrew pozorom, to nie jest jednak tak monotonny i nużący album, jak by się mogło wydawać. Mastering wykonał sam Peter Andersson z przywoływanego w tej recenzji RAISON D'ETRE, więc nie mogło być inaczej. Każdy dźwięk brzmi klarownie, czytelnie i przywołuje konkretne obrazy. A jakie? Włączcie własną wyobraźnię i sami się o tym przekonajcie. Może uda się przy tym przeżyć specyficzne oświecenie?...
ocena: 8/10
www.wrotycz.com
www.contemplatron.prv.pl
autor: Diovis


"CONTROL"
(Film & DVD 2007 / reżyseria: Anton Corbijn)
Nieczęsto zdarza mi się recenzować filmy, a zwłaszcza nowości filmowe, które wchodzą do polskich kin. Nieczęsto też trafiają tam filmy naprawdę ciekawe. Tym razem jednak wyjątek potwierdza regułę i do kin trafił film Antona Corbijna pt. "Control" (scenariusz Matt Greenhalgh). Film formalnie o grupie Joy Division (którą za młodu bardzo lubiłem i do dziś mam dla niej wielki szacunek), a który w swym przekazie sięga daleko poza sensu stricte historię zespołu.
Obraz ten jest utrzymany w konwencji teledysku - tu jednak w dobrym słowa znaczeniu - krótkie ujęcia i czarno-biały obraz przypominają stylistykę wczesnych teledysków Joy Division, niekoniecznie tych puszczanych na MTV. Życie Iana Curtisa, lidera Joy'ów dla fanów grupy jest dość dobrze znane, jego samobójcza śmierć tuż przed rozpoczęciem trasy koncertowej po USA jest do dziś swoistym, wręcz upiornym symbolem niemożności pogodzenia się z samym sobą? Film powstał na bazie wspomnień byłej żony Curtisa (jest też ona współproducentką filmu), a także żyjącymi do dziś byłymi muzykami Joy Division (czy raczej istniejącego do dziś The New Order). Te 121 minut filmu nie pozostawiają obojętnym. To, jak wspomniałem, nie jest zwykła opowiastka o liderze kultowej dla psychodelicznej sceny rockowej/zimnofalowej grupy. To także kilka nakładających się płaszczyzn mówiących o różnych sytuacjach (czy wręcz "folklorze") środowiska muzycznego Albionu przełomu lat 70-tych i 80-tych. To obraz pokazujący walkę młodego człowieka z nie do końca udanym małżeństwem, walce z wszechobecną beznadzieją przemysłowego miasteczka w Anglii (de facto niewiele różniącego się od naszej rodzimej Łodzi czy Radomia - bez urazy oczywiście). To obraz walki z w sumie nieuleczalną chorobą, jaką jest epilepsja, która dla kogoś kto ma około 20 lat jest po prostu "wyrokiem siły wyższej".
Na wielką pochwałę zasługuje gra aktora wcielającego się w postać Iana Curtisa - generalnie reżyser świetnie dobrał wszystkie postacie filmu od lidera Joy'ów i jego żony po muzyków, a nawet menado grupy. Fragmenty filmu dotyczące koncertów Joy Division oddano z pedantyczną wręcz dokładnością, a aktorzy do perfekcji opanowali charakterystyczny dla Joy Division (muzykę wmiksowano oryginalną poza jednym wyjątkiem w scenie pokazującej nagrywanie płyty w studio) ruch sceniczny.
Czarno-białe filmy dzisiaj to już wyjątek - ale bez czerni i bieli "Control" nie byłby tym, czym jest. Ostatnia scena filmu, gdy kremowane jest ciało Curtisa przetykane obrazem zrozpaczonej, spazmującej żony to kwintesencja i filmu, i całej muzyki Joy Division - grupy, która mimo krótkiego istnienia wywarła wielki wpływ na dzisiejszą scenę darkvawe/elektro/gothic/neofolk, a także pośrednio i metalową - naprawdę warto w przerwie między koncertami pójść na ten film lub w przyszłości obejrzeć go na DVD. Ciekawe, swoją drogą, czy kiedyś powstaną w Polsce filmy o Docencie czy Krzyśku "Uriah"?
ocena: 10/10
www.controlthemovie.com
autor: V.Ziutek


COPH NIA - "The Dark Illuminati (A Celestial Tragedy In Two Acts)"
(CD 2007 / Cold Meat Industry)
Zaczyna się nie do końca typowo dla dotychczasowych pozycji COPH NIA. Akt pierwszy tego albumu może wręcz zrazić tych, którzy kojarzą bardziej projekt Aldenona Satoriala z wydawnictwami "That Which Remains" oraz "Shape Shifter" wydanymi przez Cold Meat Industry, aniżeli na przykład ze splitem z MINDSPAWN, na którym COPH NIA pokazała bardziej pasywne, darkambientowe oblicze. Owszem, klimat tego długaśnego, bo ponad 15-minutowego utworu, chyba przewrotnie zatytułowanego "The End", jest poniekąd typowy dla tego projektu, ale powtarzalność jednego motywu i zapętlającego się sampla chóru może niejednego znużyć, a nawet zdołować. Można odbierać to jako requiem - kompozycję bardzo żałobna i mającą rytualne konotacje, ale inni zdołali wyrazić to w dużo ciekawszy sposób. Dalej jest już znacznie ciekawiej, ale też niemniej zaskakująco. Jeszcze początek drugiego aktu, czyli "The New Oath" to charakterystyczny potężny klawisz, mocno brzmiąca deklamacja Aldenona, wybijające rytm instrumenty perkusyjne i zawodząca wiolonczela, ale już trzecia część o tytule "Fire" to spora niespodzianka. Otóż COPH NIA wzięła na warsztat słynny kawałek... Arthura Browna! Można autora nie kojarzyć, jednak założę się, że wszyscy znają ten utwór. W podobny sposób Aldenon przetworzył też innego, jeszcze bardziej znanego klasyka - "Sympathy For the Devil" THE ROLLING STONES. Oba fragmenty zostały przetworzone na elektroniczną, bardzo mroczną aranżację, przez co na początku są prawie nie do poznania. COPH NIA pozostawiła właściwie tylko podstawę melodii i część tekstu, a głos twórcy szwedzkiego projektu brzmi tu nadzwyczaj demonicznie. Bardzo odważne to wersje i na pewno novum w twórczości COPH NIA, aczkolwiek już w przeszłości pojawiły się inne przeróbki (covery gotyckich bandów BAUHAUS i LEATHER NUN na "Shape Shifter"). "Fire" i "Sympathy..." dowodzą jednak, że mając pomysł i inwencję można wyciągnąć z muzyki rockowej coś nowego, świeżego i wpasowującego się w stylistykę muzyki bardziej eksperymentalnej. Jak by tego było mało, na "The Dark Illuminati" jest jeszcze jeden cover - "Religion" industrialnego FRONT 242, w którym jest dużo sonicznych zgrzytów i fantastyczne wokalizy. Wszystkie trzy przeróbki tworzą jakby trylogię przekazującą poglądy Aldenona. Pomiędzy nimi są jeszcze trzy autorskie kompozycje Szweda, które rozwijają tematykę, którą można oględnie streścić w trzech słowach: ogień, diabeł i religia. Nie są jakoś szczególnie złożone, ale tak jak to było na poprzednich albumach, ich siła tkwi w magicznej, mistycznej i okultystycznej atmosferze zbudowanej na oszczędnych partiach klawiszy i instrumentów perkusyjnych dopełnionych męskimi i żeńskimi wokalami. Pomimo kilku nowych elementów wykorzystanych na "The Dark Illuminati" chętniej powracam do dwóch pierwszych krążków, o których wspomniałem już na samym początku tej recenzji. Uczucia rozczarowania jednak jakoś szczególnie nie odczułem.
ocena: 7/10
www.coldmeat.se
www.cophnia.com
autor: Diovis


CAWATANA / STORM OF CAPRICORN - "Split"
(CD 2006 / Twilight Records)
Nie ukrywam, że z pewną dozą ostrożności i dość sceptycznie podchodziłem do tego splitu. Nie od dziś bowiem wiadomo, że dwa partycypujące tu projekty wykonują dość różny od siebie gatunek muzyczny. Węgierska CAWATANA to bowiem przedstawiciel bardziej bombastycznego i potężnego militarnego grania, natomiast francuski STORM OF CAPRICORN o wiele bardziej można "podciągnąć" pod melancholijne i nie do końca łatwe w odbiorze klimaty. Gdy ponadto przeczytałem, że owe wydawnictwo nie zawiera żadnego konceptu, a do tego zobaczyłem okładkę płyty przedstawiającą ni to jakiś obraz ni bohomaz z drzewem jako głównym motywem pomyślałem, że to nie może się udać. A tymczasem zaskoczenie maksymalne, gdyż całość znakomicie ze sobą komponuje, o czym za chwilę. Jako pierwszy split otwiera węgierski projekt CAWATANA - według mnie jeden z najlepszych przedstawicieli nurtu martial / military na europejskiej scenie, co na opisywanym właśnie splicie w stu procentach się potwierdza. Pięć kawałków Węgrów, z czego każdy kolejny lepszy i bardziej wciągający od poprzednika. Muzycznie w dalszym ciągu mamy tu kontynuację drogi obranej przez Balazs'a Kiss'a i spółkę. Są zatem klawiszowe struktury, którym towarzyszą potężne kotły oraz wokal, który tym razem już nie jest tylko po węgiersku, ale także po angielsku i niemiecku. Oprócz potężnych i pełnych energii militarnych kawałkach typu "Unsere Richtung", czy "Hibatlan" mamy też pełną uroku balladę "Watch the Fire", czy też bardziej neofolkowy "Behinds the Walls of Sadness". Ogólnie zatem bardzo fajna i miła muza, którą ja osobiście "łykam bez popitki". Może jedyną nieco denerwującą rzeczą jest ostatni "Hibatlan" - utwór do złudzenia przypominający DERNIERE VOLONTE, łącznie z rytmem i melodią, oraz manierą wokalną "ściągniętą" prosto z Geoffrey'a z owego francuskiego zespołu. Utwór co prawda znakomity i melodyjny, ale kompletnie pozbawiony oryginalności. Po nieco ponad 20-tu minutach w wykonaniu CAWATANY przychodzi pora na część STORM OF CAPRICORN. I tu kolejna niespodzianka - muzyka Francuzów nie odbiega zbyt wiele od poprzednika. Muzycznie bliżej Serge'owi i Celine do klimatu znanego z "Hopes Die In Winter", a więc utwory są rytmiczne, z wybijającymi rytm werblami, delikatnymi klawiszowymi pejzażami w tle oraz oczywiście bardzo dobrymi partiami wokalnymi owego duetu. W tym miejscu trzeba wspomnieć o pierwszym kawałku "Where Oak Lives" - moim skromnym zdaniem najlepszym jaki ten duet stworzył w całej swojej historii. Dalej jest nieco bardziej sentymentalnie, melancholijnie i pięknie zarazem. Muzyka delikatnie płynie wywołując bardzo przyjemne doznania i sprawiając że można momentami się zapomnieć. Trzeba jeszcze wspomnieć o jednym utworze, a mianowicie "Cloudbusting" pochodzącym z repertuaru... Kate Bush! Tak, tak, nie ma mowy o żadnej pomyłce. Mimo wszystko ów cover jest po prostu rewelacyjny i wpada w ucho od pierwszych taktów. Duża zasługa tu wybijających werbli, ale przede wszystkim wokalu Celine, który kapitalnie komponuje się z całością muzyki. Cóż zatem wypada jeszcze dodać? Na pewno to, iż po raz kolejny potwierdziła się zasada, iż nie można z góry przekreślać muzyki, bowiem ta potrafi nas zaskoczyć w najmniej oczekiwanym momencie. Ja osobiście bije się w moje wątłe piersi i jak najbardziej polecam tę płytkę każdemu, kto ma ochotę czasami odpocząć i zrelaksować się przy naprawdę fajnej i przyjemnej muzyce, gdyż ta zawarta na tym splicie nadaje się do tego znakomicie. Gorąco polecam!
ocena: 8/10
www.twilight-records.com
autor: Tomasz Lewicki


CARINOU - "Bound"
(CD 2004 / Code666 & Foreshadow Productions)
Długo zastanawiałem się, czy umieścić tę recenzję wśród tych metalowych, czy może lepszym dla niej miejscem byłaby "Puszka Pandory", gdzie takie "wynalazki" nie są niczym dziwnym. Postanowiłem to drugie, bo CARINOU to projekt powołany do życia przez Frederika Soderlunda (m.in. PUISSANCE), ale wbrew pozorom niewiele ma z nim wspólnego, i tym bardziej oddala się od blackmetalowych zespołów pokroju OCTINOMOS, w których maczał palce ten gostek. Czego można więc spodziewać się po "Bound"? Wydawca określa to jako "negative pop" i faktycznie elementy tej użytkowej muzyki dominują na tej płycie. Ale nie brakuje też wycieczek w stronę electro, gotyku, rocka czy industrialu. Największym zaskoczeniem jest jednak głos Frederika, bo bliżej mu do tego znanych z krążków PLACEBO i... PET SHOP BOYS. Chwilami jest on, delikatnie mówiąc, drażniący i pretensjonalny, choć w paru mroczniejszych momentach lider CARINOU przypomina, że udziela się też wokalnie w PUISSANCE, stąd i tutaj pojawiają się charakterystyczne melodeklamacje, ale to chyba jedyna cecha łącząca oba projekty. Frederika wspiera też dysponująca dość anemicznym głosikiem Maggie Elfving, która została zaproszona do współpracy pewnie ze względów osobistych ;). Wracając jednak do muzyki, to w tym mocniejszych numerach może się ona kojarzyć z THE KOVENANT, CARINOU nawiązuje też często do PARADISE LOST z tego bardziej elektronicznego okresu. Zastanawiam się, co tak naprawdę sprawiło, że tworzący do tej pory zdecydowanie bardziej bezkopromisową muzykę Frederik postanowił rozmienić się na drobne i nagrać płytę tak przyswajalną i co by wiele nie mówić, komercyjną. Cóż z tego, gdyż jestem przekonany, że nie dotarła ona do fanów rockowego czy popowego grania, o czym świadczy choćby fakt, że jedyne recenzje tego albumu, jakie odnalazłem w necie, znajdują się w portalach piszących o metalu. Kto wie, czy był to jedynie chwilowy kaprys tego muzyka, czy też próba odnalezienia siebie w innej estetyce. W każdym bądź razie, o ile pierwsze przesłuchania wzbudzają pewne zainteresowanie i intrygują, to kolejne skłaniają do bardziej krytycznego spojrzenia na CARINOU.
ocena: 4/10
www.code666.net
www.foreshadow.info
autor: Diovis


CORDE OBLIQUE - "Respiri"
(CD 2005 / Ark Records)
Tytuł może sugerować, że bez respiratora się nie obejdzie, ale spokojnie - co najwyżej słuchacz może poczuć w otoczeniu tematów z "Respiri" jedynie szybsze bicie serca zsynchronizowane chociażby z dynamicznymi bębnami pierwszego dłuższego numeru na płycie "My Promise". Obok ATARAXII to kolejni Włosi zakochani w akustyczno-marzycielskim plumkaniu. Album jest mocno zakorzeniony w etnicznych klimatach, rozbrzmiewające na każdym kroku bębny odnoszą się do czasów pierwotnych. Posmaku "nowoczesności" nadają całości często wykorzystywane skrzypce, bez których nie obejdzie się praktycznie żaden numer. Damsko-męski tandem wokalny spisuje się wyśmienicie, choć mnie trochę maniera męskiego członka (haha) tego projektu, nie wiedzieć czemu, ale kojarzy mi się popularnym swojego czasu "czerwonowłosym uczestnikiem Eurowizji"... Na szczęście kolo psuje tę płytę tylko w jednym miejscu (nasycony zapachem irlandzkich łąk "Eventi"), dalej już pole do popisu ma wybitnie uzdolniona wokalistka dysponująca "przyjemną" barwą głosu, którą czaruje słuchacza na każdym kroku. W pewnym momencie, dokładnie podczas "Orme" wreszcie uzmysłowiłem sobie, z jaką inną znaną wokalistką (tym razem z kręgu muzyki pop!) kojarzy mi się barwa Włoszki - chodzi oczywiście o niesławną... Dido! I co wy na to!? Jesteście jeszcze??? Haha... Spokojnie, to tylko takie luźne skojarzenie wywołane przez jedną z kompozycji. Niezwykle majestatycznie wypadają te utwory, w których potężna sekcja wysunięta jest na pierwszy plan ("Ascesi", "My Promise") - to moi faworyci, chociaż gdyby album w całości był utrzymany w takiej tonacji, pewnie niewiele by mi zostało w głowie. Każdy, kto nie jest w stanie wyobrazić sobie jak może brzmieć stonowany prąd neoklasyczny w połączeniu z etnicznymi zapożyczeniami, ten znajdzie odpowiedź właśnie tutaj... Urzekająca płyta!
ocena: -10
www.corderobelique.com
www.arkrecords.net
autor: kaReL


CAWATANA / DER FEUERKREINER - "63 Days - Part III"
(7" EP 2005 / Fluttering Dragon)
Długo dane mi było czekać na ten materiał, ale wreszcie jest!!! W zasadzie mógłbym moją recenzje zamknąć w dwóch słowach: PŁYTA MIAŻDŻY, ale mimo wszystko wypada o tym materiale parę słów więcej napisać. Jak zapewne większość z Was wie cykl "63 Days" jest poświęcony osobom jak i zdarzeniom związanym z Powstaniem Warszawskim, przez co wielkie ukłony i słowa uznania należą się Xakowi - szefowi Fluttering Dragon za promowanie i przybliżanie także poza granicami naszego kraju jakże heroicznej historii tamtych czasów. Wypada tylko wspomnieć, że jako "63 Days" ukazały się epki m.in. A CHALLENGE OF HONOUR, STAHLWERK 9, COLD FUSION, a w planach jest jeszcze kilka innych, nie mniej ciekawych wykonawców nurtu militarnego. Przechodząc jednak do trzeciej części 63 dni, na tejże epce znalazły się węgierska CAWATANA, która już niejednokrotnie udowodniła swój niebywały kunszt i talent w tworzeniu militarnej muzy, oraz włoski DER FEUERKREINER. Obydwie kompozycje wręcz wgniatają w ziemie i absolutnie żadne słowa nie są w stanie oddać zawartości muzycznej tego vinylu. Całość rozpoczyna CAWATANA w jakże świetnym podniosłym militarnym kawałku. Przy okazji po raz kolejny potwierdziła się zasada, że najprostsze rozwiązania są zarazem najbardziej trafione. Utwór CAWATANY bowiem utrzymany jest w bardzo prostym i nieskomplikowanym stylu - główny trzon stanowią potężne organy, wybijające rytm werble i kotły oraz znakomity wokal w języku węgierskim, który chyba jest największym atutem tego projektu i sprawia, że zespół od razu jest rozpoznawalny. Całość jest wręcz piorunująca i prowokuje do machania różnymi częściami ciała. Po prostu nie mam więcej pytań. Rewelacja i jeszcze raz rewelacja (i nie obchodzi mnie, ze się powtarzam). Przekładając vinyl na drugą stronę mamy równie świetny kawałek włoskiego projektu DER FEUERKREINER. Przyznam, że do kompozycji Włochów podchodziłem nieco nieufnie i podejrzliwie mając w pamięci wcześniejsze dokonania tego tworu. I w tym momencie muszę uderzyć się w piersi, gdyż utwór DER FEUERKREINER jest podobnie jak poprzednika z Węgier rewelacyjny. Szybko wpadające w ucho rytmy, melodyjność, swoista lekkość i zwiewność, a przy tym odpowiedni dla tego typu dźwięków podniosły klimat. Na szczególną uwagę zasługuje fenomenalny głos wokalistki, której wyśpiewywany refren na długo zostaje w głowie po wyjęciu płyt z patefonu. Cóż ja mam jeszcze dodać, aby zachęcić Was do sięgnięcia po to cacko? Powiem tylko, że wszyscy maniacy militarnych, ale i nie tylko klimatów nie powinni się zastanawiać nawet minuty, aby dotrzeć do tej epki - nakład bowiem jest limitowany do 400 kopii, tak więc radzę się spieszyć. Kurcze, ale to jest znakomity materiał!! Słucham tego już dobre 2 tygodnie i cały czas płyta nie nuży - naprawdę świetna rzecz!!
ocena: 9,5/10
www.serpent.com.pl
autor: Tomasz Lewicki


CHAOS AS SHELTER - "Dawn Syndrome"
(CD 2005 / Topheth Prophet)
Nowość prosto z Izraela! Tak, tak, zapewne niewielu z Was kojarzy jakiekolwiek wydawnictwa z tego kraju, ale trzeba przyznać, że scena w tym państwie rozwija się coraz prężniej. Tak więc izraelski label o jakże zakręconej nazwie Topheth Prophet wypuścił właśnie niedawno w świat nowy krążek projektu CHAOS AS SHELTER. Żeby nie przedłużać, wspomnę tylko, iż ów projekt ma już na swoim koncie kilka materiałów, ot chociażby wydanych przez niemiecki oddział Suggestion Records. "Dawn Syndrome" przynosi nam 9 kompozycji o łącznym czasie 65 minut, które utrzymane są w klimacie mrocznego i mistycznego zarazem dark ambientu. Wszystkie kawałki przepełnione są duszną i przy tym rytualną atmosferą, ale jednak mimo wszystko całość jest dość przeciętna i mnie osobiście nie powala na kolana. Jak dla mnie na "Dawn Syndrome" jest zdecydowanie za mało oryginalności, utwory są "zrobione" bez polotu i tego czegoś, co od razu wyróżnia dobry, dark ambientowy krążek. Muzyka CHAOS AS SHELTER jest mimo wszystko bardzo wtórna i przewidywalna, a to z pewnością nie jest pozytywnym aspektem tej płyty. Wszystko to, co zostało zaprezentowane na tym krążku bez większych problemów można znaleźć w dziesiątkach, o ile nie w setkach innych płyt z gatunku mrocznego i rytualnego dark ambientu. Poza tym całość wlecze się niemiłosiernie i z latarką w ręku trzeba szukać na "Dawn Syndrome" ciekawszych fragmentów. Gdzieniegdzie "wplątane" zostały nieco bardziej symfoniczne fragmenty, ale i tak nie poprawia to w znacznym stopniu oceny tego wydawnictwa. Niestety zwykłe przeciętniactwo nie wybijające się ponad poziom i nic poza tym. Ja ze swojej strony mimo wszystko nie polecam tego krążka, no chyba że ktoś lubi przeciętniactwo...
ocena: 5/10
www.njstudio.co.il/tp
autor: Tomasz Lewicki


CIRCADIAN - "Flanking The Black Moose"
(CD 2005 / Eibon Records & Radiotarab Records)
Eibon Records na spółkę z nową włoską firmą wydawniczą Radiotarab Records wypuścił nie tak dawno na światło dzienne płytę projektu CIRCADIAN panów Scott'a Candey'a (GRUNTSPLATTER), oraz Jason'a Walton'a (m.in. NOTHING). "Flanking The Black Moose" przynosi nam siedem dość rozbudowanych kompozycji, które najprościej można określić jako połączenie ostrych industrialnych dźwięków z elementami bardziej noise'owymi. Szczerze mówiąc miałem mały problem, aby przebrnąć od początku do końca przez ten album. Po pierwszych, jakże mrocznych dźwiękach, gdy wprowadzeni zostajemy w odpowiedni klimat, nagle do uszu zaczynają dochodzić ostre, noise'owe zgrzyty, co jak dla mnie tylko burzy wytworzoną na początku atmosferę. Płyta robi momentami wrażenie niespójnej stylistycznie, ale z każdym kolejnym przesłuchaniem mimo wszystko można się do niej przekonać. Twórcy CIRCADIAN postawili na bardzo rozbudowane i momentami eksperymentalne aranżacje, przez co nie każdemu może przypaśc do gustu ten krążek. Momentami zostały wplecione sample z jakimiś przemówieniami i deklamacjami, co szczerze mówiąc według mnie nie jest czymś rewelacyjnym. Praktycznie można znaleźć na tej płycie prawie wszystko - od mrocznych, klimatycznych dźwięków, po elementy bardziej industrialne, rytmiczne, na ostrych noise'owych burczeniach kończąc. Z pewnością nie jest to krążek wybitny ani rewelacyjny, a tylko jak dla mnie kolejny industrialno - pokręcony album, ale na pewno znajdą się tacy, którym CIRCADIAN przypadnie do gustu. Reasumując, "Flanking The Black Moose" niczym szczególnym mnie nie oczarował, a szkoda.
ocena: 5/10
www.eibonrecords.com
autor: Tomasz Lewicki


CENTROZOON - "Never Trust the Way You Are"
(CD 2005 / Resonancer Records & Kool Music)
Pod szyldem CENTROZOON kryje się dwóch niemieckich muzyków: Markus Reuter i Bernhard Wostheinrich, a trzecią i najbardziej znaną postacią w zespole jest Tim Bowness. Tak, to ten sam człowiek, który nagrywa wokale w NO MAN, współtworzonym przez Stevena Wilsona z PORCUPINE TREE. To właśnie ten człowiek jest obdarzony magicznym, na pozór cherlawym, a jakże emocjonalnym głosem. I ta trójka dokonała jakiś czas temu nagrań albumu "Never Trust the Way You Are", albumu różnorodnego i bogatego w dźwięki, a przy tym stanowiącego muzyczny monolit. Jeśli nawet wydawca reklamuje to wydawnictwo jako "projekt bazujący na dobrych melodiach", a sam CENTROZOON jako "pop grupę 21. wieku", to wyznam, że życzyłbym sobie, by takiego podejścia do muzycznego tworzywa było obecnie więcej, a mniej papki, jaką karmione są oszołomione nachalną reklamą masy. Bo "Never Trust the Way You Are" to płyta przesycona elektroniką, ale jednocześnie bardzo organiczna, żywa, a żeby przybliżyć wam jej zawartość podam kilka szyldów, które nasunęły mi podczas odsłuchiwania tego krążka: KING CRIMSON, NO MAN, PORCUPINE TREE, David Sylvian. Oczywiście już na wstępie nie zarzucam CENTROZOON wtórności, a skojarzenia są w tym momencie jedynie drogowskazem, w jakich rejonach te dźwięki się poruszają. Już ponad dziewięciominutowy "Bigger Space" (jaka popowa grupa obiera tak długi numer na otwieracza płyty?!) poraża przestrzennością i erupcjami bitów. Podobne proporcje towarzyszą jeszcze między innymi w "Ten Version of America", "Little Boy Smile" i "Pop Killer". Nic chyba więc dziwnego, że myśl kieruje się ku zespołom dowodzonym przez Stevena Wilsona, który w podobny sposób budował niegdyś albumy JeżoDrzewa i większość wydawnictw NO MAN. Jeszcze odważniejsze w formie i bardziej dziwaczne są "Carpet Demon" i "The Scent of Crash and Burn", co dowodzi tego, że tym muzykom zależy na eksplorowaniu dziewiczych jeszcze terenów w muzyce elektronicznej wspartej lekko gitarowym graniem i niesamowitymi wokalami Tima Bownessa. Te ostatnie przypominają chwilami senne dokonania Davida Sylviana (dla przypomnienia: zanim nagrywał solowe płyty, udzielał się w JAPAN). Obok utworów bardziej rytmiczno-przestrzennych i tych, w których następuje swoista zabawa formą (paralele z twórczością KING CRIMSON nieuniknione) mamy też kilka krótkich interludiów oraz prawdziwą perłę w postaci spokojnego "Make Me Forget".
ocena: 9/10
www.koolmusic.pl
autor: Diovis


CLAUSTRUM & TRAUR ZOT - "Returning To The Past By Silence"
(CD 2004 / Old Europa Café)
Bardzo ciekawy materiał stworzył pochodzący z Łotwy projekt CLAUSTRUM & TRAUR ZOT. Przyznam szczerze, że już dawno nie słyszałem żadnego projektu z tego kraju, tym bardziej cieszy, że również tam są ludzie tworzący dobre i mroczne dźwięki. "Returning..." jest koncepcyjnym albumem składającym się z sześciu mrocznych i zarazem bardzo świeżych kompozycji, które co trzeba powiedzieć robią duże wrażenie. Muzycznie mamy tu połączenie dobrego, mrocznego dark ambientu momentami z elementami symfonicznymi, darkwave, jak również industrialu. Całość brzmi naprawdę bardzo dobrze i nie ma na tej płycie słabych elementów. Gdzieniegdzie z głośników docierają wszelkiej maści głosy, szumy i szepty, co jeszcze bardziej nadaje odpowiedni klimat. Trzeba przyznać, że łotysze prezentują świeże i pełne pomysłów podejście do dark ambientu, co jest niewątpliwym plusem. Płyta jest spójna i sprawia, że słucha się jej z zaciekawieniem i ani przez chwilę nie ma się poczucia nudy, co niejednokrotnie zdarza się projektom spod znaku dark ambient. Dodatkowym plusem na tym krążku jest zamieszczona ścieżka multimedialna, na której to można znaleźć całą masę różnego rodzaju mrocznych fotografii, relacje z koncertu i tym podobne rzeczy, co sprawia, że płytka jest jeszcze bardziej atrakcyjna. Reasumując, jeśli ktoś lubi mroczne i pełne klimatu płyty, to bez większych przeszkód może sięgnąć po CLAUSTRUM & TRAUR ZOT, a z pewnością się nie zawiedzie.
ocena: 7/10
www.oldeuropacafe.com
autor: Tomasz Lewicki


COLD FUSION - "Report"
(CDR 2005 / War Office Propaganda)
Przyznam szczerze, że od dłuższego czasu z niecierpliwością wyczekiwałem najnowszej płyty tego projektu, który już nie raz wykazał swój talent i świeżość w tworzeniu militarnych dźwięków. Po udanym materiale "Libertine", który znalazł się na splicie z V-1, oraz równie ciekawych utworach na trzeciej części "Scontrum" mamy w końcu możliwość trzymać w rękach nowy, pełny album COLD FUSION. No i co my tu mamy? Po świetnym intro dostajemy solidną i mocna dawkę militarnego ambientu, wzbogaconego gdzie niegdzie o grzmiące kotły, jak również o sample charakterystyczne dla tego typu klimatów. Płyta jest mroczna i rytmiczna zarazem, przez co świetnie wpada w ucho i absolutnie nie ma się poczucia nudy. Każdy z ośmiu utworów zamieszczonych na tym wydawnictwie jest niezwykle intensywny, perfekcyjny i pomysłowy. Widać, że projekt cały czas się rozwija i dąży do jak najlepszych efektów. Wszystko tu ma swój porządek, jest poukładane i zrobione z głową, tak więc trudno się doszukać na tym albumie słabych punktów. Jeśli miałbym pokusić się o porównanie, to pozwolę sobie wymienić ot chociażby A CHALLENGE OF HONOUR, tak więc wysoka jakość gwarantowana. Z pewnością tym materiałem COLD FUSION umocnił swoja pozycję na naszej militarnej scenie i zapewne jeszcze nie raz będziemy mieli okazję cieszyć się z nowych wydawnictw tego projektu. Póki co "Report" to jedna z najlepszych polskich płyt militarnych, jakie ukazały się w ostatnim czasie. Gorąco polecam.
ocena: 8/10
www.waroffice.org
autor:Tomasz Lewicki


COLD MISTRESS - demo
COLD MISTRESS jest stosunkowo młodym projektem - powstał on zimą 2000 roku, a opisywane przeze mnie demo jest pierwszym materiałem tego jednoosobowego projektu za który odpowiedzialny jest człowiek o tajemniczym pseudo Ashathoth. Sam twórca twierdzi, iż wielkie wrażenie wywarły na nim takie zespoły jak CRADLE OF FILTH, BURZUM, DIMMU BORGIR, czy tez MORTIIS, przez co w pełni oczywistym jest fakt, że mamy do czynienia z młodym black metalowcem, który nagle zapragnął tworzyć dźwięki elektroniczne. Na całość materiału składa się 12 utworów o łącznym czasie 37 minut, co jak dla mnie jest trochę za długo. Spoglądając na tytuły kompozycji można odnieść wrażenie, że człowiek odpowiedzialny za COLD MISTRESS sam do końca nie wie w jakim kierunku chce podążać, no bo cóż można myśleć mając przed oczami takie tytuły jak np. "Unholy Black Metal", "Melodic Death Metal", "Carpathian Mist and Winds", czy też "Gothic Darkness"... Jeśli chodzi o warstwę muzyczną tego demo powiem tylko, że poszczególne kawałki są bliźniaczo do siebie podobne i gdyby nie licznik na odtwarzaczu, nie zorientowałbym się kiedy kończy się jeden, a zaczyna drugi utwór. Całość materiału utrzymana jest w gatunku elektronicznym, lecz niestety nie niesie za sobą dobrego poziomu jeśli chodzi zarówno o brzmienie, jak i warstwę artystyczna. Pełno tu słodkich melodyjek wzbogaconych o efekty komputerowe. Z całą pewnością nie jest to nic odkrywczego ani wciągającego, ot po prostu kolejne wesołe granie. Dla mnie to wszystko jest za melodyjne, kolorowe i skoczne, przez co zupełnie nie przypada mi do gustu. Miłośnikom klimatów dark ambient, industrial, noise, electro itp. szczerze nie polecam tego materiału, a przed twórcą jeszcze strasznie dużo pracy i wysiłku.
ocena: 2/10
Damian Kaczmarczyk, ul. Pieniężnego 7/2, 11-200 Bartoszyce
autor: Tomasz Lewicki