|

6 | A | B | C | D | E | F | G | H | I | J | K | L | M | N | O | P | R | S | T | U | V | W | X | Y | Z | INDEX


DE[KKK]ODER - "The Anthropogenic Philosophy"

(CD 2009 / Casus Belli Musica)

Jak się okazuje, w Rosji pojawia się coraz więcej prezentujących co najmniej niezły poziom projektów parających się elektroniką w różnych postaciach. Nie mówimy tu o scenie klubowej, techno, house etc., ale o wymagającej skupienia mrocznej muzie tworzonej przy użyciu tradycyjnego instrumentarium i komputera. Już nie tylko BUBEN czy RE-DRUM, lecz także DE[KKK]ODER wkrótce może się liczyć w tym elitarnym światku. Tym bardziej, że projekt NukkklerGOTH'a, choć również eksperymentuje z dźwiękiem, to nie zapuszcza się aż tak bardzo w awangardę czy ambient, ale też nie przegina z wtłaczaniem modnych nowinek, pomijając może dwa ostatnie numery na płycie, w których pobrzmiewa ostre electro. Pokrótce można stwierdzić, że "The Anthropogenic Philosophy" to taka quasi-filmowa elektronika oparta na cyber-dźwiękach, tradycyjnej el-muzyce, industrialu i nielicznych elementach folkowo-jazzowych. O dziwo z tego misz-maszu różnych wpływów wyszła zgrabna całość, w dodatku jeszcze doskonale brzmiąca. Nie mam pojęcia, czy twórca DE[KKK]ODER ma za sobą jakiekolwiek znaczące doświadczenia muzyczne, ale wiem na pewno, że umie właściwie poukładać poszczególne dźwięki, nakładać je na siebie, by tworzyły spójną całość i w efekcie przykuć uwagę swoją propozycją. Album opowiada pewną historię rodem z ambitnych japońskich mang i anime, którą można w kilku słowach określić jako wizję przyszłości, gdy mechanizmy stworzone przez człowieka otrzymują swój własny byt, ale tak jak ludzie, w końcu zaczynają prowadzić obłędną wojnę. Organizmy te popełniają te same błędy co ich stwórcy i kierują się ku nieuchronnemu samounicestwieniu. Muzyka jest zrobiona z rozmachem, ukazując poszczególne etapy wprowadzania tej swoistej technokracji: od jej zaczątków, aż po ostateczną rozgrywkę. Jest odpowiednia dramaturgia, dźwięki bywają melodyjne i rytmiczne, po czym po chwili stają się bardziej zgrzytliwe, tym samym burząc pozornie wzniosły i "filmowy" klimat. Tu i ówdzie, dla wzbogacenia muzycznej materii, pojawia się partia skrzypiec ("Black Holes of Valhalla") i "komputerowe" dudy ("This Way Steel Was Tempered!") oraz - co dość rzadkie w elektronice - także punktowanie gitary basowej (nie wnikam już, czy jest to faktycznie strunowy bas). Dodatkowo w "Installation of Aura" NukkklerGOTH wykorzystał operowy kawałek, mieszając go z industrialnym hałasem. Jeszcze raz podkreślę świetny sound tego materiału, który z cyber-dokładnością wdziera się do naszego świata, wnosząc pewien apokaliptyczny posmak i symfoniczno - filmową monumentalność. Wyśmienita pozycja dla smakoszy wyrafinowanej i przemyślanej elektroniki.

ocena: 9/10
www.dekkoder.com
www.casusbellimusica.com
autor: Diovis


DAMIANO MERCURI - "European Music And Ballads From Renaissance And Baroque Era"
(CD 2009 / The Eastern Front)
Trochę już rzeczy w życiu swoim słyszałem, nawet takich, o których słuchanie byście mnie posądzali (nie, nie chodzi o disco polo, hehe), ale takiego wydawnictwa, jak to, chyba jeszcze nie. Tym bardziej, że za wydaniem tego krążka stoi izraelska The Eastern Front, która poczyna sobie nieźle na poletku dark ambientowym, eksperymentalnym czy militarno-industrialnym i dopiero od niedawna może się poszczycić także folkowym oddziałem - Folk Division. Album numer 1 w tejże dywizji to materiał przygotowany przez muzyka z klasycznym rodowodem, a który gra również w znanym degustatorom rzeczy spod znaku neo-folku - ROSE ROVINE E AMANTI. Zgodnie z tytułem płyty, mamy tu zbiór różnych ballad z okresu późnego Renesansu i Baroku z trzech najznamienitszych w tym czasie europejskich krajów, jakimi były Hiszpania, Włochy i Anglia. Utwory o różnej proweniencji: od tych skomponowanych przez nadwornych, wyszkolonych muzyków, aż po anonimowe, często tworzone przez ulicznych grajków - zostały zagrane tylko i wyłącznie na gitarze klasycznej, w sposób oddający klimat i oryginalne wykonania tychże miniatur. Bo są to zasadniczo dość krótkie kompozycje, często zamknięte w około minucie, stąd na płycie DAMIANO MERCURI'ego znalazło się ich aż 27. Płyta została podzielona na trzy części. Pierwsza to pięć angielskich miniatur z przełomu XVI i XVII wieku, dalej mamy osiem ballad stworzonych we Włoszech (a jakże! przecież Damiano to Włoch) w okresie od piętnastego do siedemnastego stulecia XX wieku, a na koniec nasycone ciut większą ekspresją wykonania dokonania hiszpańskich autorów z XVI i początku XVII wieku. W tym ostatnim zestawie jest miejsce na złożoną z kilku fragmentów suitę "Suite Espanola" autorstwa niejakiego Gaspara Saeza, jak również chyba najbardziej znaną "Fantazję" Alonso de Mudarrę. Wszystkie te utwory zostały zagrane z niezwykłą pieczołowitością przez muzyka, który na co dzień grywa klasyczne dźwięki solo i w różnych zespołach i to słychać, bo umiejętności mu nie brakuje, a godne zaznaczenia jest to, że skale, jakimi posługuje się maestro Mercuri oddają rzeczywistego ducha tamtych czasów. Można by rzec, że odtwórcą i imitatorem praktycznie zapomnianego klimatu okresu Renesansu i Baroku jest wybitnym. Nagrania zostały dokonane "na żywo" w różnych miejscach o bardzo dobrej akustyce - w kaplicach, halach i salach koncertowych. Niezwykłe wydawnictwo! Oczywiście pod warunkiem, że ktoś lubi klasykę zagraną na gitarze.
ocena: 8/10
www.theeasternfront.org
autor: Diovis


DIFFERENT STATE - "Knar"
(CD 2008 / Zoharum)
Niezorientowanych informuję, że DIFFERENT STATE to krajowy prekursor industrialnego grania z pogranicza bardziej tradycyjnych struktur muzycznych i eksperymentatorstwa. W owym czasie, gdy powstało "Knar", byli niezrozumiani przez większość fanów ciężkiego grania, ale dzięki swej oryginalności (przynajmniej na polskim gruncie) z czasem dorobili się określenia "kultowy zespół". Dobrze więc się stało, że materiał dostępny dotąd wyłącznie na kasecie znalazł się na dysku CD i wyczyszczony z wszelkich możliwych do usunięcia brudów przez rezydującego obecnie w USA Marchoffa może cieszyć uszy mocnym i w miarę czytelnym soundem. "Knar" to wędrówka od motorycznego grania w stylu GODFLESH do mistycznych, astralnych obrazów elektronicznego oblicza industrialu. Teraz po latach słychać inspiracje SCORN, COIL, THROBBING GRISTLE, MINISTRY czy G.G.F.H. Na pozór odhumanizowane dźwięki zawierają jednak w sobie też trochę tego słowiańskiego uduchowienia, a specyficzne i umiejętne balansowanie gdzieś na krawędzi dziwności i realizmu warte jest odnotowania wśród estetów i koneserów mrocznej muzy. Jako że "Knar" powstało w latach 1995-1996, tako też nie można spodziewać się sterylnego soundu, ale tak czy siak jest to doskonała i niezapomniana wizytówka pierwszej fazy działalności DIFFERENT STATE. Z perspektywy czasu wiadomo, że głównym motorem napędowym "Knar" są ciężkie gitarowe riffy w stylu GODFLESH, mechaniczny rytm, beznamiętny głos Marchoffa i całkiem sporo ozdobników oraz wyskakujących znienacka wtrętów. Do dziś jeszcze pamiętam swoje zaskoczenie trzecim na płycie, bardzo odważnym utworem "The Earthen Pattern", który opiera się głównie na elektronice i akustycznych brzmieniach, ale również kilka innych motywów i dziś może zrobić wrażenie na osłuchanych w tym, co powstało w powoli kończącej się pierwszej dekadzie XXI wieku odbiorcach. Zresztą po zasadniczych dwóch częściach "Knar", czyli tak jak to było na kasecie: strona A to "...EGO...", a strona B - "...BURDEN...", można usłyszeć powstałe prawdopodobnie dużo później bonusowe kawałki "Traktat 1" i "Traktat 2". Ten pierwszy to akustyczny instrumental z gitarą, skrzypcami i fletem w rolach głównych, drugi natomiast to czysta i nieco transowa elektronika.
Reasumując - odgrzebana z archiwów nieco zakurzona muzyka DIFFERENT STATE po kilkunastu latach nadal brzmi świeżo i jest świetną lekcją historii industrialnego grania. Teraz do kompletu przydałoby się jeszcze odświeżyć wcześniejszy materiał tej formacji pt. "Yield".
ocena: 9/10
www.zoharum.com
autor: Diovis


DIFFERENT STATE / SIGILL - "Spazmatic(k) Spell"
(CD 2008 / Zoharum)
O DIFFERENT STATE moje uszy nie słyszały od dawna. Chyba od czasów kultowego wydawnictwa "Knar". Tymczasem zasłużona industrialna formacja nadal nagrywa, czego owocem są 4 utwory zapodane na tym splicie. Kojarzony dawniej z graniem nieco w stylu GODFLESH zespół przeszedł przez te wszystkie lata dużą metamorfozę, ich muzyka stała się bardziej eklektyczna i nieobliczalna. Nagrania zarejestrowane na przełomie 2006 i 2007 roku na Long Island w Nowym Jorku to alchemiczny misz-masz, co słychać już w "I Hate Your Eyes". Z prostego elektronicznego podkładu stopniowo wyłaniają się dziwaczne, hałaśliwe i asymetryczne plamy dźwiękowe, a nad nimi góruje niski głos deklamującego kilkanaście słów wokalisty. Klasyczna elektronika jakby rodem z lat 70-ych i 80-ych miesza się tutaj z elementami psychodelii i noise'u. "Ear" jest poniekąd kontynuacją "I Hate the Eyes", bo powtarzają się w nim niektóre fragmenty tekstu, a i elektronika to przede wszystkim monotonne tło, z którego wystrzeliwują jak magma z wulkanu przeróżne ozdobniki. Duże znaczenie ma też perkusyjny bit i ciekawa, niby-cyrkowa melodyjka w drugiej części tego utworu. Inaczej jest w "Nose". Lekko zabarwione muzyką Orientu dźwięki gitary, quasi-symfoniczne tło i delikatna rytmika instrumentów perkusyjnych. Jest w tym numerze i nastrojowe piękno, i narastający powoli niepokój. Zamykający materiał DIFFERENT STATE "Formal Experimentation" to rzeczywiście kolejny eksperyment z formą: prawie drum 'n bass'owy rytm, saksofonowe szaleństwa, gitarowe przestery i sporo elektroniki. Tu faktycznie słychać trochę tego "starego", industrialnego DIFFERENT STATE.
Inaczej sprawa się ma z debiutującym na "Spazmatic(k) Spell" duetem SIGILL. Brat Salo i Nantur (ongiś podpora black/pagan metalowego SACRILEGIUM) prezentują muzykę spod znaku mistycyzmu, rytuałów i okultyzmu. Są utrzymane w dziwacznych tonacjach dźwięki, nawiedzone inkantacje, ambientowy chaos, melodyka w zaniku i chroniczny niepokój zatruwający duszę słuchacza. Niewiele w tym innowacyjnych elementów, bo słychać inspiracje SIGILL takimi formacjami, jak ENDURA czy MELEK-THA, ale jako ilustracja dla magicznych rytuałów, odjazdu bez używek i ezoterycznego performance'u z diabolicznym posmakiem "Sunever", "Io Pan'i", "Ashtoreth" i "Moon Lore" nadają się świetnie. Tyle że z czasem robi się trochę wtórnie i nudno. Mimo specyficznego klimatu, zdecydowanie ciekawiej prezentuje się bardziej muzyczna część nagrana przez DIFFERENT STATE.
ocena: 7/10 (Different State), 5,5/10 (Sigill)
www.zoharum.com
www.differentstate.com
www.myspace.com/differentstate
www.myspace.com/sigill
autor: Diovis


DPERD - "Regalero 'il mio tempo"
(CD 2008 / My Kingdom Music & Foreshadow Music)
DPERD to kolejny przykład na romantyczną naturę narodu włoskiego. Potomkowie Romea i Julii oraz Dantego Alighieri chyba przodują w świecie jako tworzący najwięcej sentymentalnej muzyki naznaczonej wiekami historii. "Regalero 'il mio tempo" to taka mikstura lekko orkiestralnego dark wave i zimno-nowofalowych rzeczy, od których roiło się głównie w latach 80-ych. Dlatego z jednej strony aż bucha od tej płyty inspiracjami THE CURE z czasów "Pornography" czy "Disintegrate", nie brakuje też nawiązań do JOY DIVISION, ale z drugiej strony przemykają wyraźne echa wszystkich tych formacji z żeńskim wokalem i towarzyszącym jej muzykiem lub muzykami, czyli przykładowo ATARAXIA, GOTHICA etc. Gdy zmieszać te dwa światy, wychodzi coś, co można usłyszeć na tym krążku. DPERD nie ogranicza się więc do elektroniki, korzystając głównie z brzmień "żywych" instrumentów, czyli gitary, basu, perkusji i pianina. Dość obiecująco przedstawia się to na samym początku płyty. Jeśli ktoś lubi takie sentymentalne podróże w muzyczną przeszłość, będzie oczarowany melancholijnymi, zimnymi i na swój sposób pięknymi kompozycjami "Cuore malato" czy "Come sara", ale później wkrada się już monotonia. Nastrojowy i jednocześnie chłodny klimat niby jest utrzymany, Valeria Buono potrafi w miarę dobrze śpiewać, jednak całość staje się coraz bardziej przewidywalna, "kwadratowa" i mdła. Do tego podejrzanie podobny do "Last Christmas" WHAM! początek "Ali(de)" i w ogóle styl śpiewania rudowłosej Valerii nie wnoszą nic oszałamiającego do coraz bardziej podobnych do siebie utworów z tej płyty, a i linie wokalne, jakie układa wspomniana dama nie są najwyższych lotów, łagodnie mówiąc. Nie ukrywam, że jestem fanem dark wave i wszystkich tych post-punkowych rzeczy z lat 80-ych, ale DPERD nie przekonuje mnie do siebie na tyle, by uznać ten album za niezwykły i niezapomniany. Paradoksalnie to właśnie ATARAXIA, GOTHICA i wiele innych wypada wobec włoskiego duetu dużo bardziej atrakcyjnie, a ich płyty nie tracą na aktualności i ponadczasowym pięknie, podczas gdy "Regalero 'il mio tempo" do historii na pewno nie przejdzie.
ocena: 5/10
www.mykingdommusic.net
www.dperd.com
www.myspace.com/dperd
www.foreshadow.pl
autor: Diovis


DREAMERION - "The Pain Without Name"
(CDR 2007 / własna produkcja & Kaos Ex Machina)
Słuchając tej płytki automatycznie myślami kieruję się ku pierwszej fali wszystkich tych plumkających na klawiszach projektów, które twierdziły, że grają dark ambient. A plumkanie było jak wiadomo lepsze i gorsze. Niektórzy pamiętają na przykład bardzo wartościowy twór NIRNAETH, a na przykład taki INFAMIS to do dzisiaj pogrywa, ale zdążył się rozwinąć i ewoluuje. DREAMERION jest dopiero na początku swojej drogi, więc nie będę tutaj prawił o tym, że stworzył genialny materiał, bo tak nie jest. Twórca tego zamysłu skupia się na kreowaniu swoich muzycznych wizji za pomocą prostego klawisza, pianina i czasem gitary akustycznej oraz instrumentów perkusyjnych o zdecydowanie komputerowej proweniencji. Opowiada swoją historię, w której mrok gra jedną z głównych ról, jeśli nie tę najgłówniejszą. Słów pada tu niewiele, a jeśli padają, to są raczej dodatkiem do przestrzennej, stonowanej muzyki spod znaku neoclassical i dark wave. Szasta się tymi terminami często i gęsto, ale tutaj pasują naprawdę dobrze, ponieważ DREAMERION to takie rozmarzone, quasi-symfoniczne granie, w którym jest i nutka romantyzmu, i pewien rozmach. A wszystko to przy zastosowaniu dość skromnych środków, które jednak świadczą o pewnych umiejętnościach autora. Bo skomponować i zagrać niezbyt skomplikowane melodie to on potrafi. Najważniejsze, że dźwięki nie są "krzywe" i całość ma przysłowiowe ręce i nogi. Trochę dziwi mnie natomiast, że w ostatnim na płytce "The End" Jakub Ernestowicz postanowił "poskrzeczeć" trochę w blackmetalowym stylu, gdyż średnio to pasuje do nastrojowego kawałka. To prawdopodobnie pozostałość po poprzednim demo "Death Hurts Only a Moment", na którym takie zabiegi były zastosowane. Nie słyszałem, więc nie wiem. Ale jeśli ktoś lubuje się w takich brzmieniach jak wyżej opisane, to może spróbować. Tym bardziej, że w lutym 2008 roku materiał ten udostępnił na swojej stronie net-label Kaos Ex Machina.
ocena: 6,5/10
www.dreamerion.dbv.pl
autor: Diovis


DESIDERII MARGINIS - "Seven Sorrows"
(CD 2007/ Cold Meat Industry)
Nie jestem wybitną znawczynią DESIDERII MARGINIS, ale mogę stwierdzić, że "Seven Sorrows" jest jednym z lepszych dokonań Johna Levisa. Trafność tytułu płyty z jej zawartością wydaje się być stu procentowa. Smutek góruje ponad wszystkim w każdym utworze, nie oznacza to, że utwory są identyczne, bo nie są, ale klimat i aura utworów łączą się w jedną całość. Jest mrocznie, tajemniczo, momentami psychodelicznie ("Why Are You Fearful"). W niektóre utwory wkrada się momentami nostalgia (np. "Lifeline"). Każdy utwór jest jakby osobnym pejzażem, budowanym indywidualnie w umyśle słuchacza. Można rzucić się w wir dźwięków jak w lekko psychodeliczną podróż. W muzyce przesyt trzasków, łoskotów, industrialnych szumów, emocjonalnych wzniesień i upadków - dopełnionych subtelnie dźwiękami gitary akustycznej ("Constant Like the Northern Star"), jak i delikatnych klawiszy ("Untitled"). Gdzieniegdzie wkradły się stonowane melodeklamacje ("I Tell the Ancient Tale", "Night Pretenders"). "Seven Sorrows" to płyta idealna na długie jesienne wieczory i noce, ale nie jest to nic łatwego i przyjemnego - to muzyka do trasowego odjazdu, zamyślenia a nawet drążenia w sobie, to granie na emocjach, czystych wrażeniach słuchowych. Na "Seven Sorrows" John Levis dokonał studium smutku i każdej jego postaci, jako najważniejszej emocji człowieka. Dla wielbicieli gatunku baaardzo dobry materiał.
ocena: 9/10
www.coldmeat.se
autor: Trinity


DROIN - "Time To Reconsider"
(CDR 2007 / Beast Of Prey)
Jak widać na załączonym obrazku (nie, nie chodzi o okładkę!), Beast Of Prey nie boi się inwestować w kompletnie nieznane projekty. Mało kto więc zapewne słyszał o DROIN, który jest tworem jak najbardziej polskim, a czaił się gdzieś w odmętach głębokiego podziemia. Czy warto więc było zaczerpnąć z tej studni bez dna, jaką wydaje się być obecna scena industrialno-ambientowa firmie założonej przez Infamisa? Z jednej strony tak, bo DROIN eksploruje nie tak znowu popularny i wcielany w życie nurt dźwięków określanych jako dark martial industrial i jeśli nawet nie jest to na poziomie prezentowanym przez zagraniczne odpowiedniki, to w Polsce konkurencja w tej stylistyce jest na razie marna. Z drugiej strony DROIN nie błyszczy jakoś szczególnie. Pierwsze trzy, może cztery kompozycje przykuwają uwagę specyficznym, przerażającym klimatem stworzonym na bazie prostych środków. Ot, trochę przetworzonych sampli, szczątkowa rytmika, seria dźwięków odtwarzanych od tyłu, spowolnione głosy, ale to nawet wciąga i nie przeszkadza w tym wyraźna fascynacja DROIN dokonaniami MZ 412. Dalej zaczyna już dominować bezładne, rwane i szarpane burczenie, harczenie, hałasowanie, a wszystko to sprawiające wrażenie robionego na siłę. Znika gdzieś ten nastrój grozy, zniszczenia i kontrolowanego chaosu. Mam wrażenie, jakby twórcy (twórcom?) zabrakło pomysłów i postawili na wykorzystanie luźnych sampli, ale nie wiedzieli co z nimi począć. Nawet nie żałuję, że moja promocyjna kopia zacina się podczas dziewiątego numeru pt. "Thorn Up!" (mimo, że na wyświetlaczu pokazuje się dziesięć utworów, tak też mam napisane w dołączonym info), bo nie sądzę, aby końcówka przyniosła coś wyjątkowego i dorównującego choćby pierwszym kilkunastu minutom tego krążka. Wydanie jak zawsze ciekawie wykonane, ale wiecie o tym, że "nie szata zdobi człowieka" (w tym przypadku dźwięki).
ocena: 5/10
www.beastofprey.com
www.myspace.com/droinmusic
autor: Diovis


DWELLING - "Ainda é Notte"
(CD 2007 / Equilibrium Music & Foreshadow Productions)
Portugalia jest właściwie białą plamą jak chodzi o artystów wykonujących muzykę z cyklu awangardowej, eksperymentalnej i tym podobnej. Wydawać się mogło, że odmieni to powołanie do życia w tym kraju coraz prężniej działającej firmy Equilibrium Music, ale ta postawiła na wykonawców z całej Europy, a honoru Portugalii broni jedynie DWELLING. "Ainda é Notte" to już trzeci krążek z logo ich obecnego wydawcy i nawet nie znając mini-CD pt. "Moments" oraz długograja "Humana" przypuszczam, że od samego początku tworzyli zbliżoną muzykę. A tę można ogólnie określić jako akustyczną miksturę różnych wpływów: od folku (portugalskie fado się kłania!) i neo-folku, poprzez muzykę klasyczną i renesansową, aż po elementy jazzu, smooth jazzu oraz dźwięków spod znaku szeroko pojętej progresji. Całość opiera się o brzmienie gitar klasycznych oraz akustycznych, w tych typowych wyłącznie dla Portugalii i skrzypiec (czasem odzywa się też bas), które wraz z pięknymi wokalizami Catariny Raposo ukazują cały wachlarz zmieniających się nastrojów: od smutku i tęsknoty, aż po nadzieję i radość. Dla niektórych "Ainda é Notte" wyda się już po kilku minutach nazbyt sentymentalna i romantyczna, jednakże DWELLING postawiło właśnie na taki przekaz. Płyta zawiera 11 pięknych, nastrojowych i nieprzekombinowanych piosenek opowiadających w języku angielskim i portugalskim o życiu, emocjach i uczuciach. Ot, taka niezobowiązująca chwila ukojenia pośród wypełnionej obowiązkami i wszechobecnym stresem codzienności. Oaza ciszy i spokoju na oceanie pośpiechu. Tak też należy odczytywanie intencje DWELLING, które zabiera słuchacza gdzieś poza rzeczywistość, czasem bajeczną, a czasem rozmarzoną. Miłośnicy ATARAXII znajdą na tym albumie dużo dla siebie, ale paradoksalnie również i ci lubiący lekki jazzik wykonywany na przykład przez cenione także w naszym kraju Sade, Norę Jone, Evę Cassidy czy Anitę Baker. Pozostałych może to znudzić, uśpić lub odrzucić. Bierzecie więc na własną odpowiedzialność.
ocena: 7/10
www.equilibriummusic.com
www.dwelling.equilibriummusic.com
www.myspace.com/dwellingband
www.foreshadow.pl
autor: Diovis


DESOLATION ZONE - "L'homme Machine"
(CD 2007 / Beast Of Prey)
Sympatycy industrialnego projektu tworzonego przez Krzysztofa Włodarskiego, znanego także z enigmatycznego tworu PROFANUM i metalowego WITCHMASTER nareszcie doczekali się kolejnego pełnego albumu. Poprzednie znane mi materiały nagrane pod szyldem DESOLATION ZONE to split z TOTENHAUS i PLAN A (Beast Of Prey) oraz CDR "The Industrial Aesthetics" (666 Records). Być może coś jeszcze w późniejszym czasie się ukazało, jednak albo przeszło bez echa, albo było totalnie limitowanym wydawnictwem. Szkoda by było, aby "L'homme Machine" przeszło bez większego rozgłosu, bo moim zdaniem tu w końcu Krzysztof osiągnął to, czego poszukiwał na poprzednich materiałach. A czego poszukiwał? Prawdopodobnie uzyskania efektu odhumanizowanej rzeczywistości, w której istnieją jedynie bezmyślne maszyny, gdzie króluje chaos, a jednocześnie czytelne dla człowieka prawidłowości rządzące tym światem. Tytuł i samą ideę "Człowiek maszyna" można odbierać historycznie jako kontrowersyjną rozprawę filozoficzną napisaną w XVIII wieku przez Juliena Offray de la Mettrie, ale też jako relację między twórcą a efektem jego kreacji. DESOLATION ZONE to taki przekaźnik mechanicznych dźwięków wydawanych przez przedmioty martwe stworzone przez istotę ludzką. Nie ma tu żadnych szczątkowych melodii, tradycyjnie pojmowanych ciągów dźwięków, ale jest w tym pewna rytmiczna reguła, wedle której maszyna pracuje lub działa. Każda z sześciu kompozycji to pewien fragment mechanicznej rzeczywistości, w której jedynym ludzkim akcentem jest puszczenie jej w ruch i nieliczne sample ludzkich głosów (w tym przypadku są to zniekształcone, prawdopodobnie archiwalne fragmenty wypowiedzi w języku rosyjskim i przemówień Adolfa Hitlera - to drugie jest według mnie kompletnie niezrozumiałym i banalnym pomysłem). Słuchając tego albumu czasem mam wrażenie, że słucham wczesnych nagrań DEUTSCH NEPAL, z których wycięto jakikolwiek element ludzki. Mimo to kreacja jest tu wszechobecna, bo bez tego "L'homme Machine" nie miałaby takiej formy, jaka dochodzi do odbiorcy z głośników. I nie byłaby dotychczasowym szczytowym osiągnięciem DESOLATION ZONE i jednym z lepszych aktów industrialnego tworzenia, jakie słyszałem w ciągu ostatnich kilku lat. I na koniec takie moje luźne spostrzeżenie: w DESOLATION ZONE udało się Krzysztofowi osiągnąć to, co w tak nieudaczny sposób przekazał na ostatnim, nieopublikowanym na szczęście materiale PROFANUM.
PS. Zwolenników nieszablonowych wydawnictw Beast Of Prey nie muszę zachęcać do zakupu tego limitowanego do 444 kopii krążka, pozostałych zachęcam, bo możecie wejść również w posiadanie czarnych lateksowych rękawiczek oraz hermetycznie zamkniętego skalpela chirurgicznego ;).
ocena: 9/10
www.beastofprey.com
www.desolationzone.tk
www.myspace.com/desolationzone
autor: Diovis


DER BLUTHARSCH & DERNIERE VOLONTE - Split "
(7' EP 2006 / WKN Records)
W zasadzie zdążyliśmy się już przyzwyczaić do tego, iż między kolejnymi pełnymi albumami DER BLUTHARSCH ukazują się lub to płyty koncertowe grupy lub też siedmiocalowe epki i tak też jest i tym razem. Nie ma co tracić czasu na słowa wstępu i przybliżanie dokonań ani jednego, ani drugiego projektu biorącego udział w tej kolaboracji, więc od razu przechodze do warstwy muzycznej. Tylko 5:40 minut muzy, co podejrzewam nie tylko dla mnie jest o wieeele za mało i niedosyt pozostaje jak cholera. Tym razem nie ma tu podziału jak w typowych splitach, gdyż oba projekty skomponowały całą muzykę wspólnie i rzecz jasna znakomicie im to wyszło. Jeśli słyszeliście ostatnie dokonania zarówno DER BLUTHARSCH, a zwłaszcza DERNIERE VOLONTE, to możecie już mieć nakreślony obraz, czego możecie się po tej epce spodziewać. Oba kawałki są niesamowicie przebojowe, rytmiczne, taneczne, żeby nie użyć słowa "dichowate", za co pewnie większość militarystów kazało by mnie rozstrzelać. Sam herr Albin Julius zareklamował ten materiał w sam raz pasujący na "dancefloor", aczkolwiek jeśli myślicie, że są to takie plumki jak HOCICO czy inny shit, to się grubo mylicie. Co prawda całość jest bardzo elektroniczna ze sporą dawką beatów i melodii, ale mimo wszystko od pierwszych sekund można rozpoznać, kto maczał palce przy tym wydawnictwie. Ważnym elementem są rzecz jasna wokale - wszystkie w języku francuskim, co trzeba przyznać wyszło znakomicie, szczególnie za sprawą Marthynny z DER BLUTHARSCH. Krótko mówiąc jest rytmicznie, wciągająco i po prostu ciekawie, więc najlepiej będzie jak każdy zapozna się samemu z tym splitem. Warto jeszcze wspomnieć o znakomitym wydaniu epki oraz samej okładki!! Polecam!
ocena: 9/10
www.derblutharsch.com
autor: Tomasz Lewicki


DERNIERE VOLONTÉ - "Devant le Miroir"
(CD/LP+7'' 2006 / HauRuck!)
Dokonania DERNIERE VOLONTÉ znałem z kilku wcześniejszych płytek, tudzież z czteropłytowego splitu/kolaboracji "Fire Danger Season" wiadomo chyba powszechnie, komu poświęconej. Jednak ich wcześniejsza muzyka znacznie się różniła od tej, z którą mam okazję i zaszczyt obcować przy lekturze "Devant le Miroir". Tu jest niepowtarzalna wprost dynamika. Pamiętam, że kiedyś, co prawda pod znacznym dość wpływem alkoholu, określiłem tę płytę jako military disco i muszę przyznać, że coś w tym jest! Jedynym mankamentem może być nieco zbyt łagodny wokal, do militarnej muzyki wszak pasowałby nieco ostrzejszy, ale to tylko moje skromne zdanie. Muzycznie płyta jest wyśmienita. Obok SPIRITUAL FRONT - płyta 2006! Jest do przysłowiowej "bitki i do wypitki", a i z przecudną Kobietą można potańcować wieczorem przy świecach i dobrym trunku. Wiem, bo sprawdziłem. Najbardziej zakochałem się w utworach siódmym i dziewiątym. Niestety, los poskąpił mi znajomości języka francuskiego, więc pojęcia nie mam, o czym traktują teksty. Wiem tylko, że tytuł płyty oznacza "Naprzeciw lustra", a nazwa zespołu - "Ostatnia Wola". I tu chwała Tiamatce, która język Żabojadów zna perfect. Rytmiczność tej muzyki i rzeczona dynamika powala na kolana. Jak również złożona budowa instrumentalna. Czasem może się to Dzieło wydawać nieco monotonne, jednak to tylko pozory! Wystarczy się porządnie wsłuchać i już takowe się wydawać przestanie. Cóż mogę dodać? Pragnę DERNIERE VOLONTÉ zobaczyć na żywo, tylko... kto ich zaprosi do tego smutnego kraju? Poza tym jest już nowa płyta i nie mogę się wprost doczekać, kiedy do mnie dotrze. Nazywa się "Koń Trojański" i żywię nadzieję, iż nie zburzy ona moich oczekiwań odnośnie do dokonań Francuzów. Nie chcę nawet, by była lepsza od "Devant le Miroir", wystarczy, żeby trzymała przysłowiowy poziom. Połknę z apetytem, bowiem Devant... rządzi i nie mam tu nic do dodania!
www.dernierevolonte.com
www.hauruck.org
www.tesco-germany.com
autor: Tanssimaan
(dzięki uprzejmości magazynu Apostazja: www.apostazja.com.pl)


DEUTSCH NEPAL - "Erotikon"
(CD 2006 / Cold Meat Industry)
Wstrząsem był dla mnie wydany w 1997 roku album "Comprendido!... Time Stop!... and world ending" DEUTSCH NEPAL. Jego nad wyraz chora, mroczna i apokaliptyczna atmosfera oraz niesamowicie oryginalne spojrzenie na industrial/noise. Do dziś dnia taki numer jak "Poison Free Market" to wręcz fizycznie namacalny zapis obsesyjnego strachu. Lat kilka upłynęło, projekt Liny Baby Doll nagrywał produkcje dla różnych firm, aż w 2006 roku ponownie pojawił się w Cold Meat Industry, by zaprezentować kolejne psychodeliczne przedstawienie pt. "Erotikon". Jeśli porównywać oba te wydawnictwa, które dzieli przecież spory odcinek czasu, to najnowsze wydaje się znacznie łatwiej przyswajalne, mniej ekstrawaganckie i nieco pozbawionego chorobliwego klimatu. Owszem, jest tutaj sporo dziwacznych sampli w różnych konfiguracjach, lecz nie zaskakują one już tak bardzo jak wówczas. Lina Baby Doll zdaje się być na "Erotikon" dojrzałym artystą, który nagrał mroczne, przepełnione osobliwym poczuciem humoru utworu mające swoją dramaturgię, elementy psychodelii i eksperymentatorskiego ducha, ale są tylko mniej typowymi piosenkami. Częściej niż uprzednio pomysłodawca DEUTSCH NEPAL używa swego głosu, a nawet imituje śpiew. Jest on często przetworzony lub zniekształcony, ale na tyle czytelny, by zrozumieć słowa. Tylko część utworów to czysto instrumentalne kompozycje (np. orientalnie brzmiący "At the Court of Saba" czy transowe "Permobile Erotomatik" i "Menage a Troi... Cent"). Najbardziej wyraziste i pozostające w pamięci fragmenty tego albumu to na pewno nastrojowy, wręcz gotycki "U. R. Blackhouse", hipnotyczny "Blowjob Parasite" (chyba najbliższy klimatem do "Comprendido!...") czy drapieżny "Rapist Park Junktion". Mimo wszystko spodziewałem się czegoś bardziej kontrowersyjnego i odrażającego, a otrzymałem porcję dość przewidywalnych dźwięków, które może nie mają żadnych szans na podbicie list przebojów, ale na pewno nie gryzą jak umieszczone na tylnej stronie digipaku rotweilery, ani też nie skrzą się tytułową erotyką. Daleki jestem od zachwytów.
ocena: 5/10
www.coldmeat.se
www.myspace.com/deutschnepal
autor: Diovis


DISMAL - "Miele dal Salice"
(CD 2006 / Dreamcell 11 & Aural Music & Foreshadow Productions)
Twórczość DISMAL jest bardzo słabo znana w naszym kraju. Jakimś dziwnym trafem udało mi się jednak poznać prawie wszystkie ich wydawnictwa, w tym najnowszy album pt. "Miele dal Salice". Włoska formacja od początku próbuje wykształcić swój własny styl, który ma być nieco ambitniejszym spojrzeniem na gothic rock (wcześniej gothic metal). Wychodzi to z różnymi efektami, choć trzeba przyznać, że nigdy nie popadli w schematy i nie silili się na pisanie popowych przebojów w tak zwanej gotyckiej oprawie. A aż się o to prosi, gdy rodacy z LACUNA COIL ze swoją kiczowatą muzyczką robią niezrozumiałą dla mnie karierę, a fani gotyku z uwagą przyglądają się też image'owi muzyków. DISMAL nie epatuje żadnym z tych elementów, co jest niewątpliwym atutem, ale tak po prawdzie nie przykuwają do siebie większej uwagi także czymkolwiek innym. Pewnie podobnie będzie z odbiorem nowego krążka, który jeszcze śmielej eksploruje rejony neoklasycznej muzyki, w większości bardzo przestrzennej i eterycznej, w której dominują odcienie smutku i melancholii. Całość została namalowana głównie przy pomocy pianina, skrzypiec oraz syntezatorów imitujących również wiele żywych instrumentów. A także przy pomocy żeńskich wokali (całe szczęście, że zrezygnowali z nieudacznych męskich, bo te psuły w przeszłości cały efekt). Te ostatnie to nie tak do końca tradycyjny śpiew, bo dużo tutaj deklamacji, szeptów i eksperymentów z głosem. Teksty są przede wszystkim w języku włoskim, ale także francuskim, angielskim i niemieckim. W nikłym stopniu DISMAL korzysta z gitar (głównie jednak akustycznych), wykraczając w ten sposób nawet poza granice szeroko pojętego rocka i metalu. Po macoszemu ponownie potraktowano niestety rytmikę gdyż jej syntetyczna forma nijak ma się do tej na poły akustycznej, stonowanej muzyki. "Miele dal Salice" to również wiele kontrastów i obcych składników, które nawet po kilku przesłuchaniach sprawiają wrażenie, że muzycy chcieli osiągnąć oryginalność za wszelką cenę. Nawet kosztem tego, że tak naprawdę te dźwięki nie wzbudzają jakichś dogłębnych emocji. Chwilami stają się jedynie rodzajem muzyki ilustracyjnej napisanej na potrzeby kameralnego filmu, w którym dźwięk stanowi tylko tło dla obrazu. Może twórcom chodziło o pobudzenie wyobraźni słuchacza, ale mam wrażenie, że przedobrzyli i w efekcie mocno przynudzają tym, co stworzyli. Aczkolwiek można też stwierdzić, że drugiej, zbliżonej klimatem płyty tego typu długo by szukać. Co daje ocenę ciut wyżej niż tylko średnią.
ocena: 6/10
www.dreamcell11.com
www.dismal.it
www.foreshadow.pl
autor: Diovis


DARK SANCTUARY - "Exaudi Vocem Meam, Part II"
(CD 2006 / Wounded Love Records & Avantgarde Music)
Właściwie to mógłbym przekopiować treść recenzji części pierwszej tego wydawnictwa i byłoby po sprawie. Podpisuję się pod tym, co wówczas napisałem i wielkich różnic między obydwiema płytami nie ma. Gdyby ustawić je obok siebie, różnią się przede wszystkim kolorystyką okładek i tytułami utworów ;). Ale takie podejście byłoby niesprawiedliwe, bo naprawdę słychać, że muzycy DARK SANCTUARY napracowali się mocno podczas sesji nagraniowej (obie części powstały za jednym zamachem) i zarejestrowali kawał klimatycznej muzyki spod znaku neo-klasyki i dark-wave. Ogromna jest to dawka patosu zmieszanego z piętnem, smutku i wzniosłych uczuć, anielskich wokali i mrocznej atmosfery. Francuski sekstet dalej penetruje rejony, w których świetnie się czuło swego czasu legendarne DEAD CAN DANCE i którego tropem poszły kolejne zespoły i w tym miejscu można wymienić między innymi ELEND, AUTUMN TEARS oraz ARCANĘ. Każda z tych formacji robiła to na swój sposób, DARK SANCTUARY postawiło na bombastyczność, którą osiągnęli za pomocą elektronicznego instrumentarium wspartego dźwiękami "żywych" instrumentów: skrzypiec, gitary akustycznej oraz instrumentów perkusyjnych. Na pewno mocnym punktem tego zespołu jest sopranistka Dame Pandora. Jej mocny głos w odpowiedni sposób przekazuje silne emocje zawarte we francuskojęzycznych tekstach: od smutku, żalu i melancholii, poprzez ból i desperację, aż po złość. Wielowarstwowe harmonie, szepty, deklamacje, operowe zaśpiewy... To wszystko jest na części drugiej "Exaudi Vocem Meam, Part II". Cóż jeszcze? Płyta brzmi naprawdę świetnie, bogato i głęboko, co ma duże znaczenie przy tego typu dźwiękach. I tak jak w recenzji części pierwszej, nie mam się za bardzo do czego doczepić, choć i tak odczuwam nieokreślony niedosyt. Mam jednak świadomość, że do słuchania takich dźwięków potrzebny jest odpowiedni stan ducha, więc próbowałem się w nią wgryźć przy różnych nastrojach. Czasem odbierałem je lepiej, czasem gorzej. Może nie jest to arcydzieło i nie wzbudziło we mnie tylu różnych emocji, jak kilka innych pozycji w takich klimatach, ale tak czy siak, jestem daleki od deprecjonowania jej wartości estetycznych. Bo co do artyzmu, to już bym podyskutował nad tym, ale nie czas na to i miejsce...
ocena: 6/10
www.avantgardemusic.com
www.dark-sanctuary.com
autor: Diovis


DE/VISION - "Best of... DE/VISION"
(2CD 2006 / Drakkar Entertainment & Focusion)
Nigdy przenigdy nie byłem, nie jestem i nie będę sympatykiem electro, EBM czy electro-popu. To, co w małych dawkach podobało mi się (lub po prostu nie przeszkadzało) w muzyce lat 80-ych, gdy wielu wykonawców wręcz zachłysnęło się elektroniką i na tej bazie powstał między innymi "new romantic", w latach 90-ych stało się zwyczajnie potworkiem o obliczu mniej natrętnego techno i nie nachalnej "dyskoteki". Nie kumam na przykład kompletnie szaleństwa na punkcie HOCICO, bo to nic innego, jak techno-łupanka z przesterowanymi wokalizami, i tak samo nie dociera do mnie nic z nurtu bardziej popowego electro, tak popularnego w Niemczech. Od razu kojarzą mi się te wszystkie poprzebierane w świecące stroje panny na quasi-gotyckich imprezach, podrygujące w rytm "mrocznego techno", choć gdyby je o to zapytać, to dziewięć na dziesięć z nich powie, że to "gotyk". Niemieckie DE/VISION lawirowało od lat na granicy między kiczowatymi melodiami pop i niezbyt pokomplikowaną elektroniką, co pewnie jest obojętne dla tych wszystkich "mrocznych" niewiast. Zresztą wielkiego artyzmu nie można się spodziewać po takiej muzie. Dwójka Germańców pisze po prostu piosenki z ładnymi refrenami i nie odkrywa bynajmniej "Ameryki". Na swoich płytach Steffen Keth i Thomas Adam wykonują coś, co w prostej linii wywodzi się z tego bardziej przystępnego nurtu "new romantic", a DE/VISION to w sumie potomkowie HUMAN LEAGUE, ICEHOUSE, VISAGE, THE TWINS, wczesnego DEPECHE MODE oraz paru innych wykonawców, którzy swoje tryumfy święcili ponad dwie dekady temu. I tak jak część z wymienionych, tak i oni poddali się modzie na remiksy. Miłośnicy takich wynalazków będą wniebowzięci, bo wydany pod koniec 2006 roku dwupłytowy krążek "Best of..." zawiera bardzo dużo takich cacek. W zasadzie cała druga płyta to miksy i klubowe wersje ich największych hitów wypełniających pierwszy krążek będący wyborem 17 kawałków, które w swoich kręgach robiły furorę w latach 90-ych lub całkiem niedawno. Mamy tu więc wersje singlowe tychże, wersje radiowe (dostępne dotąd jedynie w postaci specjalnych singielków dla radiowych dj'ów), wersje albumowe itede itepe, a dodatkowo całkiem nowy numer "Love Will Find a Way". Wśród tytułów, które mogą być znane dzięki niemieckim mediom, są tu i "Foreigner", i "I'm Not Dreaming of You", i "Aimee"... cała gama chwytliwych kawałków, które prezentują DE/VISION jako duet wręcz produkujący podobne do siebie przeboiki. W małych dawkach tego typu słodkości mogą się spodobać (w końcu to nie jest Britney Spears ;), ale dwie płyty z taką muzyką to pozycja atrakcyjna już tylko i wyłącznie dla fanów tego zespołu. A sądząc z zainteresowania w naszym kraju, takowych tu nie odnotowano pewnie w liczbie większej niż kilkoro... I głównie do nich kieruję słowa tej recenzji. Amen.
PS. Oceny nie daję, bo to składak z cyklu "Greatest Hits".
ocena: -/10
www.drakkar.de
www.devision-music.de
www.focusion.de
autor: Diovis


DER BLUTHARSCH - "Live in Copenhagen"
(CD / LP 2006 / WKN Records)
Wyjątkowa i zarazem intrygującą to pozycja. Albin Julius i spółka już nie raz udowodnili, że potrafią zaskakiwać i podobnie jest też w przypadku tej koncertówki. Nie jest to bowiem pierwsza oficjalna płyta ze słowem "live" w tytule - po znakomitej i bardziej akustycznej "Live At Monastery" tym razem mamy zupełną metamorfozę. Jako, że DER BLUTHSRSCH należy do mojej prywatnej czołówki muzycznej, to co otrzymujemy na "Live In Copenhagen" może wielu nieźle zaszokować. Aby jednak szerzej przedstawić to wydawnictwo potrzebne jest krótkie wprowadzenie. Otóż jeszcze przed wydaniem tego krążka pojawiła się informacja ze sztabu samego zespołu, która wielu zelektryzowała, iż jest to ostatnie koncertowe wydawnictwo DER BLUTHARSCH. Pogłoska ta okazała się jednak nie do końca słuszna, gdyż sam Albin Julius niedawno oświadczył z uśmiechem, że była to tylko prowokacja. Czemu miała ona służyć, oceńcie sami - wszak nie od dziś wiadomo, że herr Julius jest niezwykle przekornym i tajemniczym osobnikiem...
To teraz nieco więcej o muzyce. Cóż, nie ukrywam, że poprzedni album koncertowy zrobił na mnie bardzo duże wrażenie i tego samego oczekiwałem po "Live In Copenhagen". A tymczasem mamy tu... no właśnie, dziwne rzeczy. Nie mówię absolutnie, że muzyka jest słaba, ale kompletnie odbiega od tego, co możemy na co dzień posłuchać w przypadku pełnych krążków. Mój przyjaciel z magazynu "Apostazja", opisując mi ten album stwierdził, iż brzmi to jak "Kazik Na Żywo". I faktycznie coś w tym jest, gdyż mamy na tym krążku przedstawione o wiele bardziej rockowe aranżacje, gdzie zamiast gitary akustycznej i kotłów mamy gitarę elektryczną, basową, perkusję itp. Oczywiście wsłuchując się w poszczególne kawałki od razu można rozpoznać skąd pochodzą, ale mimo wszystko zaskoczenie pozostało. Całość muzyki DB nabrała o wiele bardziej energii, polotu i rockowego stylu. Jakość dźwięku także jest dobrej jakości, więc słucha się ów płytki bardzo miło i przyjemnie. Nieco ponad 50 minut muzyki mija jak z bicza strzelił i jak najbardziej chce się do tego wydawnictwa wracać po raz kolejny. Podobnie jak w przypadku poprzedniczki - "Live At Monastery" tu także mamy wybrane najlepsze kawałki zarówno ze starszych płyt DER BLUTHARSCH - jak np. "The Pleasures Received In Pain", jak i z ostatniej "When Did Wonderland End?". Wypada także wspomnieć o osobach towarzyszących Albinowi na koncertach, takich jak wokalistka Marthynna, Jorg B. znany z GRAUMAHD, czy też Bain Wolfkind.
Reasumując, "Live In Copenhagen" to dobra i ciekawa płytka, która idealnie pasuje do towarzyskich spotkań przy piwie;) Niestety szkoda, że nie możemy mieć możliwości posłuchania i zobaczenia DER BLUTHARSCH na żywo w Polsce, a tylko w naszych odtwarzaczach...
ocena: 7/10
www.derblutharsch.com
autor: Tomasz Lewicki


DEAD FACTORY / ATUM - "Strefa"
(Split-CDR 2006 / Beast Of Prey)
Zdehumanizowany świat powoli ogarnia ciemność... Nagie fabryczne kominy i rozpadające się budynki, w których mieściły się kiedyś produkcyjne hale, to jedyne ślady, że istniało kiedyś życie... Czasem jeszcze zerwie się wiatr, by rozsypać po pustkowiach pozostawiony na powierzchni pył... Czasem ma się wrażenie, że istniało tylko Nic... Takie strzępki myśli przyniosło mi kilkukrotne obcowanie z tym splitem. DEAD FACTORY to nazwa adekwatna do tego, co tworzy Maciek Mutwil. W tej muzyce nie ma życia takiego, jakim je widzimy będąc żywymi istotami. W tych dźwiękach zapisane są pustka, a co za tym idzie puste przestrzenie, ciemne korytarze, opustoszałe budynki, samotne kominy i martwe drzewa... Już sam tytuł jednego z czterech utworów ("Kingdom of Rust And Concrete") mówi bardzo wiele czego można się spodziewać po "Extinction", bo tak zowie się część zajmowana na tej płytce przez DEAD FACTORY. Blisko tym minimalistycznym, ambientowo-industrialnym dźwiękom do tego co tworzy MOAN, ale śmiem twierdzić, że Maciek chyba jednak dogłębniej wniknął w taki klimat, a to pewnie też i dzięki temu, że na co dzień mieszka w miejscu, gdzie szarość i pył stanowią jedność ze światem stworzonym przez człowieka - na Górnym Śląsku... Drugą część "Strefy" zajmuje ATUM z czterema kompozycjami "Zona", opatrzonymi rzymskimi cyframi od I do IV. Tak jak DEAD FACTORY, tak i ten jednoosobowy projekt wytwarza minimalistyczne dźwięki opisujące na swój sposób pustkowia industrialnego świata. Utwory różnią się nieco od tych, które miałem okazję usłyszeć na jednej z dwóch poprzednich płytek powstałych pod tym szyldem ze względu na ich odhumanizowany charakter i specyficzną transowość, którą przerywają w części trzeciej elementy bliższe antymuzyce spod znaku noise, podczas gdy "Agoraphobia" miała w sobie nieco więcej podskórnie płynącego życia, jeśli domyślacie się o co chodzi. Polecam ten materiał przede wszystkim miłośnikom dark ambientu i dark industrialu, choć dzięki przestrzenności mogą przy nich "popłynąć" także fani szeroko pojętej el-muzyki. Nie muszę chyba dodawać, że warto się pospieszyć z zakupem tej płytki, bo została wydana tylko w 213 egzemplarzach?
ocena: 8/10 (Dead Factory), 7/10 (Atum)
www.beastofprey.com
www.atum.darknation.pl
www.myspace.com/deadfactory
autor: Diovis


DECADENCE - "WhCD 2005 / Cold Meat Industry)
...Ciemność rozjaśniana jedynie przebłyskiem świec, zapach kadzideł, duszące opary papierosów, powoli uderzające do głowy procenty czerwonego wina, dusza przygniatana ciężarem świata, w tle rozbrzmiewająca muzyka DECADENCE z krążka "Where Do Broken Hearts Go?"- tak krótko można scharakteryzować kompozycje na "Where Do Broken Hearts Go?". Taki obraz maluje się w mojej głowie podczas słuchania tej płyty. Dokąd wędrują złamane serca?... to pytanie postawione w tytule płyty greckiej formacji DECADENCE może sugerować klimat płyty, jednocześnie informując, że dla poszukujących czystej, niczym niezmąconej radości płynącej z krążka CD - to zły adres.
Nazwa DECADENCE jest jak najbardziej adekwatna do muzyki przez nich tworzonej, każda sekunda utworu przepełniona "duszącą" dekadencją - nic więcej już chyba nie muszę dodawać.
Styl DECADENCE na tej płycie łączy ze sobą neo- folkowe wstawki z symfonicznymi aranżacjami, w charakterze wokali niekiedy nasuwają mi się skojarzenia z ORDO ROSARIUS EQUILIBRIO, niekiedy do PUISSANCE w utworach zdominowanych przez rytmiczne bębny. Niektóre utwory wzbogacone są delikatnym damskim wokalem, nie brakuje również klasycznych instrumentów. Treść tekstów zamieszczona na tej płycie może być zaskoczeniem dla niektórych, szczególnie w momencie kiedy wokalista głosem bez emocji zachęca, by włożyć sobie lufę pistoletu do ust i ... dodając odwagi słowami "good boy"... Przesłanie, które niesie ze sobą nowy krążek DECADENCE dla każdego może mieć charakter indywidualny, tak jak odpowiedź na pytanie: Dokąd wędrują złamane serca?
ocena: 9/10
www.coldmeat.se
autor: Trinity


DER BLUTHARSCH - "When Did Wonderland End?"
(CD 2005 / WKN)
Recenzując poprzedni album DER BLUTHARSCH ?Time is Thee Enemy? napisałem, że jest to w chwili obecnej projekt #1 na militarnej scenie Europy i absolutnie się nie pomyliłem. Z wielką radością i lekkim podnieceniem nabyłem najnowszy krążek Albina Juliusa i spółki mając nadzieję, iż także tym razem zostanę powalony na łopatki muzyką Austriaków. I cóż przynosi nam ?When Did Wonderland End?? Ano moi mili GENIALNĄ i REWELACYJNĄ muzę, która już od pierwszych chwil sprawia, że każdy kto sięgnie po ten materiał zostanie oczarowany. Na dobrą sprawę mógłbym tylko w tym miejscu napisać, że płyta miażdży, ale że nie idę na łatwiznę postaram się w paru słowach jeszcze przybliżyć to dzieło. W porównaniu do poprzednika, który notabene już był sporym krokiem na przód w twórczości DER BLUTHARSCH, nowa płyta jest wręcz wyłomem w gatunku i niesamowitą ewolucją. Muzyka Austriaków nabrała jeszcze wiekszej świeżości, polotu i niesamowitej energii. Na ?When Did?? w jeszcze bardziej znacznym stopniu zostały wykorzystane kobiece wokale, które bynajmniej jak dla mnie kapitalnie komponują się z całością. Przede wszystkim jednak tym, co rzuca się w oczy / uszy od pierwszych chwil jest swoista rytmika i ośmielę się użyć słowa: przebojowość, choć niektórzy posępni militaryści mogą mnie za to zlinczować. Każdy dźwięk jest niesamowicie przemyślany i poukładany, co udowadnia w przekonaniu, że Albin Julius jest geniuszem strategii. Wszystko wręcz chodzi jak w szwajcarskim zegarku - rytmiczne struktury, wykorzystanie gitary akustycznej, gitary basowej (!), ale również akordeonu, perkusji i innych tym podobnych instrumentów. Na szczególną uwagę jak dla mnie zasługują kawałki w kolejności 2., 8., 9., oraz 11., lecz pozostałe kawałki także wykazują bardzo wysoki poziom. Cóż ja mogę jeszcze dodać? Może tylko tyle, że ta płyta kompletnie burzy wszystkie konwencje i klasyfikacje i słucha się jej naprawdę rewelacyjnie. Zapewniam, że wszyscy ci, którzy mieli okazję zapoznać się z wczesnymi albumami DER BLUTAHRSCH absolutnie nie będą mogli uwierzyć w to, co dotrze do niech z głośników. Płyta genialna pod każdym względem i aż boję się pomyśleć co będzie dalej. Klasa absolutna. HEILIGE ALBIN!!
ocena: 10/10
www.derblutharsch.com
autor: Tomasz Lewicki


DESIDERII MARGINIS - "The Ever Green Tree"
(LP 2005 / Kaosthetic Konspiration)
Nie ukrywam, że ostatnia produkcja DESIDERII MARGINIS wydana nie tak dawno przez Cold Meat powaliła mnie na łopatki i okazała się jedną z najlepszych płyt ubiegłego roku. Z tym większą radością i niecierpliwością sięgnąłem po ubiegłoroczny materiał tego projektu wydany tylko na vinylu przez francuski label Kaosthetic Konspiration. Po przesłuchaniu ?That Which is Tragic and Timeless? spodziewałem się kolejnych znakomitych i porywających kompozycji i? mam mieszane odczucia po kontakcie z opisywanym właśnie LP-kiem. Początek co prawda rewelacyjny - tytułowy ?The Ever Green Tree? utrzymany jest w klimacie znanym ze wspomnianej wyżej ostatniej płyty - rewelacyjne nieco pourywane rytmy, wszelkiej maści odgłosy uderzeń blachy o metal, zgrzyty, łomoty no i rzecz jasna kapitalna mroczna melodia wygrywana przez gitarę akustyczną - po prostu palce lizać. Dalej jednak jest już jakby bardziej posępnie i hmm? zimno - fabrycznie, jeśli wiecie co mam na myśli. W każdym utworze przewijają się różnego rodzaju odgłosy maszyn, blaszane łomoty i tym podobne elementy, które od czasu do czasu zostają zmieszane z lodowatymi, ambientowymi rytmami znanymi z wcześniejszych dokonań DESIDERII MARGINIS. Niby wszystko brzmi bardzo dobrze, jest odpowiedni nastrój lęku i tajemniczości, ale jak dla mnie zabrakło rozwiązań znanych z ?That Which?? z gitarą akustyczną na czele. Na uwagę zasługuje jeszcze może piąty w kolejności ?Hallmark? - bardzo mroczny kawałek z narastającymi w tle dronami oraz złowrogą melodią i co najważniejsze okraszony kobiecym wokalem jakiś tajemniczych deklamacji - naprawdę ciekawa rzecz. Jeszcze raz podkreślam, że ?The Ever Green Tree? jest płytą bardzo dobrą, lecz poza pierwszym utworem nie różniąca się od poprzednich dokonań Johana Levina - twórcy DESIDERII MARGINIS. Może gdybym wcześniej miał możliwość zapoznać się z tym materiałem moja opinia była by nieco inna, a tak to pozostał jak dla mnie lekki niedosyt. Na zakończenie ?The Ever Green Tree? zamieszczony został także starszy kawałek ?This Vale of Tears?, który wcześniej mogliśmy znaleźć na składance ?The Last Bleak Days? dodanej do drugiego numeru Apostazji. Zbierając jakoś do wszystko do kupy, opisywany właśnie czarny krążek zapewne przypadnie do gustu fanom DESIDERII z wcześniejszych płyt, natomiast ci, którzy słyszeli ostatnią produkcję szwedzkiego projektu mogą odczuwać mały niedosyt.
ocena: 7/10
www.kaosthetic.com
autor: Tomasz Lewicki


DEAD MAN'S HILL - "Esoterica Orde de Dagon"
(CDR 2005 / Beast Of Prey)
Gdzieś w Puszce Pandory odnajdziecie recenzję ostatniego wydawnictwa THE PROTAGONIST. Czemu przywołuję akurat teraz tę nazwę? Ano dlatego, że również nowy album z logo DEAD MAN'S HILL (a i poprzednie też, nawiasem mówiąc) przekazuje odbiorcy za pośrednictwem dźwięków nastrój przerażenia, grozy i czegoś nieuniknionego. Środki w przypadku belgijskiego projektu dowodzonego przez Barta Piette są nawet bogatsze, bo "Esoterica Orde de Dagon" nie ogranicza się do instrumentalnych, symfoniczno-apokaliptycznych tonów z pogranicza dark ambientu i industrialu, ale posuwa się do utworów bardziej rytmicznych, militarystycznych, a czasem podprawionych szczyptą psychodelii. Dlatego bliżej DEAD MAN'S HILL do PUISSANCE czy IN SLAUGHTER NATIVES, które również budują swoje utwory w podobny sposób. Do tego drugiego projektu blisko Belgowi także dzięki przesterowanym, nawiedzonym i demonicznym wokalom. Tak brzmią na przykład "Endless Crosses" czy "Outlanders", choć Bart korzysta też często z sampli głosów ("Dead Babies As Shelter", "Ave Satani", "Imboca") i wszystkie one tworzą niezwykle złowrogą atmosferę. Warto też wspomnieć o dość rzadko spotykanych w tym rodzaju muzyki dźwiękach przesterowanej gitary i basu ("Outlanders", "Blood Eagle"), które zbliżają belgijski projekt do zespołów grających new wave, cold wave czy industrial metal w latach 80-ych (przychodzi mi na myśl choćby ALIEN SEX FIEND). Szukając tych bardziej negatywnych aspektów twórczości DEAD MAN'S HILL mogę jedynie napisać, że chyba jednak zbyt często powstają kolejne wydawnictwa, bo niedawno mieliśmy okazję poznać dzięki Beast Of Prey album o tytule "Legion", wkrótce potem wyszedł long w War Office Propaganda, a w kilka miesięcy później opisywany "Esoterica Orde de Dagon". Na koniec słów kilka o wydaniu krążka, gdyż jak zawsze BOP postarało się o nietypowy wygląd całości, a dodatkowo każdego kupującego czeka niespodzianka w postaci fotografii przedwojennych kobiecych aktów, a w każdym egzemplarzu znajduje się inne zdjęcie. Sprawdzałem... :>
ocena: 7,5/10
www.beastofprey.com
info@beastofprey.com
www.bugscrawlingoutofpeople.com/deadmanshill
autor: Diovis


DECADENCE - "Where Do Broken Hearts Go?"
(CD 2005 / Cold Meat Industry)
Są takie dni, gdy problemy przygniatają każdego z nas niczym ten słynny wielotonowy walec z serialu "Latający Cyrk Monty Pythona". Nie ma przed nimi ucieczki i zdaje się, że nie ma też rozwiązania. A tu włączam jedną z ostatnich propozycji szwedzkiej Cold Meat Industry i piękno muzyki jest tylko pozorem, bo wokalista namawia, by włożyć sobie lufę spluwy do ust i... w końcu wypowiada zdanie "good boys go to heaven"... Bardzo przewrotne to słowa, gdyż w tytule tego utworu znajdują się też "sperm and honey", a więc zdawać by się mogło, oznaki, że taki człowiek żyje, ma się dobrze i nie ma zamiaru pozbawiać się własnej egzystencji. Nie każdemu przecież jest dany ten przysłowiowy "miód" ;). O jakiej płycie jest mowa? Ano o nowej produkcji greckiego DECADENCE pt. "Where Do Broken Hearts Go?". Zespołu, który wedle słów speca od muzyki spod znaku "Puszki Pandory", Tomka Lewickiego, odszedł był już w niebyt. Sytuacja co najmniej dziwaczna, ale pozostawmy to rzeczoznawcom i historykom, a skupmy się na dźwiękach zawartych na omawianym krążku. A mieszają się w nich piękno i ból, zwątpienie i nadzieja, lęk i radość, perwersja i głębokie emocje. Symfoniczne pasaże, neo-folkowe motywy, gdzieniegdzie skojarzenia płyną ku ORDO ROSARIUS EQUILIBRIO, głównie ze względu na beznamiętny głos wokalisty i tematykę tekstów. W wielu innych momentach bliżej DECADENCE do apokaliptycznej twórczości PUISSANCE czy ELEND, jeszcze w innych jest w twórczości Greków coś z ducha dark wave'owych, pełnych smutku i tęsknoty, eterycznych dokonań DARK SANCTUARY. Te ostatnie daje się odczuć, gdy do dialogu z obdartym (pozory być może mylą) z emocji wokalistą włącza się niejaka Eyphrosyne (nazwiska nie przytaczam, bo ma je niezmiernie długie i nie da się go po prostu zapamiętać). W każdym dźwięku dominuje jednak nastrój dekadencji i nie muszę chyba wyjaśniać dlaczego?... A na zadane w tytule pytanie "dokąd wędrują złamane serca?" niech każdy odpowie już sobie samemu...
ocena: 8/10
www.coldmeat.se
autor: Diovis


DARK SANCTUARY - "Exaudi Vocem Mean, Part I"
(CD 2005 / Wounded Love Records & Avantgarde Music)
Nazwa "Mroczne Sanktuarium" do czegoś zobowiązuje. Podobnie jak dorobek kilku krążków, które ten francuski zespół ma na koncie, jak i ponad 9 lat istnienia na scenie muzyki dark wave. Udało mi się poznać część ich twórczości i za każdym razem pozostawał jakiś niedosyt. Czerpiąc garściami z dokonań DEAD CAN DANCE (od tej bardziej melancholijnej strony, nie etnicznej), nie potrafili uzyskać swojej własnej tożsamości, czegoś, dzięki czemu byliby rozpoznawalni od niemalże pierwszego zasłyszanego dźwięku. Na przykład ARCANA, która też przecież mocno inspirowała się od zawsze (po dziś dzień zresztą tak jest), umiała odnaleźć własną niszę, gdzie dość mocno się zagnieździli. Czy najnowszy album DARK SANCTUARY, "Exaudi Vocem Meam - Part 1", coś zmienia/zmieni w tej kwestii? Sześciosobowy band (trzech facetów i trzy dość urodziwe panie) przyłożył się dość silnie, po raz kolejny rezerwując Klangschmiede Studio i angażując do prac specjalistę od "klimatów", Marcusa Stocka (Prophecy Productions, EMPYRIUM etc.). Z nową siłą w postaci nowej wokalisty Dame Pandora (zastąpiła na tej pozycji dotychczasową śpiewaczkę Marquise Ermia, bądź Ermię, jak kto woli) i z bogatym instrumentarium wydawać by się mogło bardzo możliwe osiągnięcie celu, jakim jest nagranie "opus magnum". Ale tak do końca nie jest. Pierwsza część "Exaudi Vocem Meam" (druga ukaże się na początku 2006 roku) brzmi rzeczywiście potężnie, czasem melancholijnie, a czasem bombastycznie. Zaangażowano większą ilość instrumentów perkusyjnych (np. marszowe rytmy w "Memento Mei" oraz "A Mes Ennemies" i całe mnóstwo przeszkadzajek, gongów itp.), jest silne wsparcie wszelkich instrumentów klawiszowych obsługiwanych przez Arkdae, są skrzypce, od czasu do czasu odzywa się gitara akustyczna, jest gość w postaci śpiewającego po niemiecku Theodora Schwadorfa z THE VISION BLEAK... Wszystko jest ładnie skomponowane i poukładane, brzmi też rzeczywiście dobrze, ale wciąż pozostaje jakiś niedosyt. Pomimo że lubię smutny klimat muzyki spod znaku dark wave, tu tej goryczy jest zdecydowanie zbyt wiele, a dawka depresyjnej atmosfery, jaką proponuje DARK SANCTUARY z czasem budzi uczucie złości i lukrowane numery w postaci "The Garden of Jane Delawney" aż nazbyt skłaniają do negatywnych refleksji. Nie tego oczekuje się po takich dźwiękach, bo nawet w melancholii i tęsknocie może być duża dawka piękna, a na tej płycie jest tylko kilka takich perełek (np. "Cristal"). A to trochę za mało, by uznać to wydawnictwo za takie, na które stać grupę doświadczonych i wrażliwych ludzi...
ocena: 5/10
www.avantgardemusic.com
www.dark-sanctuary.com
autor: Diovis


DESIDERII MARGINIS - "That Which Is Tragic and Timeless"
(CD 2005 / Cold Meat Industry)
Pamiętam jak przed jedynym koncertem w Polsce, a który miał miejsce na początku tego roku w Poznaniu, twórca RAISON D'ETRE rozesłał do paru osób maile. Pytał w nich o godne polecenia opuszczone fabryki w naszym kraju, bo jego zamiarem było nakręcenie filmu. I nic w tym sumie dziwnego, bo od samego początku muzyka, jaką tworzą Peter Andersson, jak i stojący za DESIDERII MARGINIS Johan Levin idealnie odzwierciedlają klimat opuszczonych miejsc, niczym w obrazach malującego na początku XX wieku Giorgio Chirico, z tą różnicą, że świat przemysłu i technologii poszedł przez kolejne sto lat bardzo do przodu. Nie zmieniło się jednak pojęcie samotności, pustki, wewnętrznego dramatu i desperacji. "To co jest tragiczne i bezczasowe", to tytuł najnowszego wydawnictwa DESIDERII MARGINIS i doskonale oddaje zawartość krążka. Czuć w tych dźwiękach obrazy nie mających ani początku ani końca przestrzeni, a ekspansja człowieka ogranicza się wyłącznie do milczącego spojrzenia w ciemność przerywaną czasem rdzą nadgryzionych zębem czasu budowli, które już nikomu nie służą. Od czasu do czasu przerywa to silne uderzenie wiatru w zardzewiałe rury czy stalowe konstrukcje, chwilami słuchacz może mieć wrażenie wtopienia w ten industrialno-naturalny krajobraz (zwłaszcza podczas obcowania z trzema ostatnimi kompozycjami). DESIDERII MARGINIS to w tej chwili chyba najwybitniejszy obok RAISON D'ETRE projekt darkambientowy, któremu to przesłanie udaje się przekazać słuchaczom. Same dźwięki, jak i tytuły takie jak "Still Life", "Stolen Silence", czy moje dwa ulubione (również z tytułu), "The Love You Find In Hell" oraz "Where I End and You Begin" dowodzą tego a priori. Swoistym novum zastosowanym przez Johana są partie gitary akustycznej w niektórych fragmentach tego cedeka ("Worlds Apart", "The Weight of the World"), jak również przestrzenność kojarząca się chwilami z wczesnym okresem działalności Jean Michela Jarre'a (choćby w "Still Life") czy elementy wręcz symfoniczne ("The Love You Find In Hell"). Wspaniała produkcja, fascynujący klimat i wcale nie tak minimalistyczne, czy też monotonne podejście do dark ambientu to kolejne atuty, dla których warto sięgnąć po to jedyne w swoim rodzaju wydawnictwo.
ocena: 9/10
www.coldmeat.se
autor: Diovis


DREAM SYSTEM - "Travelling After Midnight"
(CD 2005 / Foreshadow Productions)
To zdecydowanie nie jest płyta z tych łatwych w odbiorze. Może przekonam do niej kilka osób, kilka innych skutecznie odstraszę... Zobaczymy... Przede wszystkim warto przybliżyć w jednym zdaniu cóż to jest w ogóle ten DREAM SYSTEM. Ano jeśli kojarzycie taki progresywno-deathmetalowy zespół, jak NEWBREED, to gra tam dwóch braci, Tomasz i Stanisław, i to oni stoją za projektem, który dość drastycznie różni się od ich najbardziej znanej kapeli. Bo DREAM SYSTEM sięga na różne półki i czerpie z bardzo różnych stylistyk. Pierwszy na płycie, "3:35 a.m" to trip-hop w prawie czystej postaci, a sam kawałek trwa dość krótko i dokładnie właśnie 3 minuty i 35 sekund. Drugi, "Pure Morning Light In Memories of the Days", przynosi przesterowaną gitarę na tle wysmakowanej elektroniki i trochę zanadto nudny, monotonny motyw pod koniec. Trochę w tym, jak i kolejnym numerze nawiązań do industrialnych brzmień GODFLESH, ale w nie wspomnianym jeszcze z tytułu "Some of the Faces In a Train" muzycy dodają do monotonnego gitarowego riffu więcej elektroniki. Podobnie jak poprzednie dwa zaczyna się również "Metropolis", ale gdzieś tak w połowie (a kompozycja trwa prawie 9 minut) klimat drastycznie się zmienia i mamy do czynienia z prawie czystym, transowym ambientem przetykanym samplami rozmowy dwóch ludzi. Sampli głosów przybywa z utworu na utwór, jednak wcześniej jest piąty na płycie "/.../", który ponownie jest trip-hopową piosenką z czystymi wokalizami. Jak ktoś kuma ANTIMATTER, to tu mamy podobny klimat, z tym że w utworze DREAM SYSTEM pojawia się też gitarowe solo i kilka basowych klangów. Kolejny numer to "Street" i tu już przeważa elektronika, a D.S. niebezpiecznie zbliża się chwilami do muzyki klubowej, a już na pewno do klimatów, które można określić mianem transowych. Dodam, że to kompozycja całkowicie instrumentalna i jedynie gitarowe solo w końcówce sprawia, że nie chodziłem z pokrzywioną gębą przez kolejną godzinę ;) "One of Many Others" to z kolei ciężki gitarowy riff, trochę chorej elektroniki i równie chorych sampli głosów. Numer kompletnie wciągający i nie wadzi nawet, że jest monotonny i trwa ponad 6,5 minuty. Końcówka albumu w postaci "Crystal" to jeszcze dziwniejsze i chwilami kompletnie niezrozumiałe klimaty. Zaczyna się co prawda spokojnie i prawie klimatycznie, jednak później panowie odjeżdżają całkowicie. To akurat nie zarzut, a poza tym to brzmienie płyty jest nienaganne, wykonanie też niczego sobie, więc nie mam się ogólnie do czego przyczepić ;) Jestem tylko ciekaw jak odbiorą to wydawnictwo inni...
ocena: 8/10
www.foreshadow.info
www.dreamsystem.foreshadow.info
autor: Diovis


DIAKOF - "Piloty 2"
(CDR 2005 / Requiem Records)
Łukasz Pawlak z Requiem Records uraczył nas kolejnym ciekawym i interesującym wydawnictwem. Mowa o krążku jednoosobowego projektu o nazwie DIAKOF, wcześniej znanego niektórym z takich grup, jak TEXAS RANGERS, SOUNDS, oraz przede wszystkim z indie rockowej grupy SVOBODA. Twórca, który od 2003 roku związany jest z francuską IDM-ową wytwórnią M-TRONIC nagrał właśnie nowy album dla rodzimego Requiem Records. DIAKOF prezentuje nam muzykę czysto elektroniczną, miłą dla ucha, przemyślaną i jak najbardziej pełną oryginalności. W żadnym wypadku nie można tu mówić o ślepym naśladowaniu innych projektów, autor w bardzo mądry i przemyślany sposób zaserwował nam 50 minut muzyki, która trzeba przyznać robi spore wrażenie. Mamy tu w całkiem niezły sposób połączone elementy elektroniczne, eksperymentalne, indie-rockowe, trip-hopowe, a nawet popowe (oczywiście w dobrym znaczeniu tego słowa), znane chociażby z wydawnictw niemieckiego Morr Music. Utwory są dość rytmiczne i intrygujące, muzyka jest ciepła i w bardzo przyswajalny sposób trafia do słuchacza. Gdzieniegdzie mamy elektroniczny beat wzbogacony o klawisze, a nawet jazzową trąbkę. Bardzo ważnym elementem muzyki DIAKOF'a są teksty, które poprzez swoja nostalgiczność znakomicie wprowadzają odbiorcę w świat melancholijnych i pełnych refleksji pejzaży. Wokal również jest odpowiednio stonowany, tak więc nie męczy słuchacza. Na szczególną uwagę zasługują: instrumentalny kawałek "Wilda Pharmacy", tytułowy utwór "Piloty 2", jak również okraszony bardzo refleksyjnym tekstem kawałek "Potwory". Na zakończenie mamy dwa remiksy w wykonaniu szwedzkiego projektu CELLULAR, oraz krajowego C.H. DISTRICT. Podsumowując album "Piloty 2" okazał się być bardzo przemyślaną i udana płytą łączącą w sobie naprawdę nietuzinkową i niebanalną muzykę, po którą bez wahania powinni sięgnąć miłośnicy elektroniki spod znaku IDM, ale i nie tylko. Szczerze i gorąco polecam. Warto poszerzać horyzonty.
ocena: 8/10
www.requiem.serpent.pl

ocena:autor:Tomasz Lewicki


DIVISION S / HOTEL DE PRUSSE - "Siloah"
(CDR 2005 / War Office Propaganda)
Jedna z najnowszych pozycji wydanych przez rodzima War Office Propaganda jest split dwóch młodych projektów: pochodzącego z Włoch DIVISION S, oraz naszego krajowego HOTEL DE PRUSSE. Długo zastanawiałem się jak w jaki sposób podejść do tej płyty i coś sensownego o niej napisać. Każdy z projektów zaprezentował po 5 utworów, trudnych do jednoznacznego sklasyfikowania. Krążek otwiera włoski DIVISION S prezentujący muzykę utrzymana w atmosferze dekadencji i smutku. Słyszymy tu momentami i gitarę elektryczną, akustyczną, klawisze jak również trochę elektroniki. Dodatkowo gdzie niegdzie mamy uzupełnienie w postaci męskiego wokalu. Całość dość mocno przypomina chociażby AIN SOPH, czy tez nawet momentami NOVY SVET, tak więc wszyscy zainteresowani wiedzą o co chodzi. Do mnie jednak to zbytnio nie przemówiło, po prostu jak dla mnie jest tu za dużo elementów żywcem wyjętych z muzyki wyżej wymienionych zespołów. Jako drugi na splicie znalazł się krajowy projekt HOTEL DE PRUSSE i powiem szczerze że nie miałem wcześniej styczności z muzyką tego projektu. Muzycznie mamy tu podobieństwo do DIVISION S, dźwięki także przepełnione są nutka dekadencji i specyficznego klimatu. Dźwięki płyną i wprowadzają słuchacza w depresyjny i melancholijny świat. Z pewnością nie jest to płyta adresowana do każdego, ale jeśli ktoś lubi tego typu klimaty bez przeszkód może sięgnąć po ten krążek. Jak dla mnie jednak to trochę za mało na w pełni pozytywną opinię.
ocena: 5,5/10
www.waroffice.org
autor:Tomasz Lewicki


DAS ICH - "Lava" (Glut, Asche)
(CD 2004 / Massacre Records)
Zapewne wiele osób czekało na ten krążek. Przyznam szczerze, że sam byłem bardzo ciekawy, co też duet Bruno Kramm i Stefan Ackermann stworzył tym razem. DAS ICH chyba nikomu nie trzeba zbytnio przedstawiać, to już kultowy projekt, który wiele lat temu wytyczył nowy styl w muzyce elektronicznej, a takimi płytami, jak "Satanische Verse", "Die Propheten", "Staub", czy "Antichrist" na dobre wkomponował się w scenę szatańskiej muzyki elektronicznej. A co mamy tym razem? Pierwsza rzeczą, która zwraca uwagę jest wydanie płyty "Lava" w dwóch wersjach: "Glut" - wersja podstawowa, oraz "Asche" - wersja o wiele bardziej melodyjna. Zacznijmy jednak od podstawowej wersji "Lavy". A więc mamy na krążku 10 utworów, które przypominają poprzedni album "Antichrist". Muzyka oparta o elektroniczne brzmienia, obowiązkowo z wokalem w języku niemieckim, która nawet jest stosunkowo ciekawa. Są utwory bardziej rytmiczne i melodyjne, takie, które powodują chęć tupania nóżką, jak np. "Schwarzer Stern", "Vulkan", czy też tytułowy kawałek "Lava". Płyta naprawdę jest całkiem dobra i ciekawa zarazem, tak że nawet nie można mieć większych zastrzeżeń. Drugi krążek DAS ICH to wersja "Asche", która od razu muszę zaznaczyć nie wszystkim może przypaść do gustu. Na tej płytce znalazły się te same utwory, co w wersji podstawowej, jednak o wiele bardziej melodyjne, ażeby nie powiedzieć klubowe, czy wręcz techniczne. Mamy zatem ostre hard electro w klimacie przypominającym dokonania HOCICO, czy SUICIDE COMMANDO. Na zakończenie dołączono dwa kawałki, które zostały zmiksowane przez TERMINAL CHOICE oraz :WUMPSCUT:, tak więc jest to krążek dla ludzi, którzy lubią posłuchać sobie od czasu do czasu dobrego, ostrego electro. Na pewno nie jest to materiał przeznaczony dla zagorzałych industrialistów, czy też miłośników noise'u, ale mimo wszystko warto posłuchać obu krążków "Lavy".
ocena: 7/10
www.dasich.de
autor: Tomasz Lewicki


DEAD MAN'S HILL - "Legion"
CDR 2005 / Beast Of Prey
Po raz kolejny Infamis stanął na wysokości zadania i uraczył nas bardzo dobrym i ciekawym wydawnictwem. Jak zawsze w pozycjach wydawanych przez Beast Of Prey oko cieszy bardzo starannie wykonana oprawa graficzna krążka, tym razem mamy tekturkę w kolorze piaskowym z wklejonymi w środku trzema zdjęciami autorstwa Kormaka znanego z GHOSTS OF BRESLAU. Tych, którzy nie mieli wcześniej styczności z twórczością DEAD MAN'S HILL poinformuję, iż projekt ten obraca się w kręgach apokaliptycznego ambientu / industrialu, a płyta "Legion" jest drugim pełnym krążkiem tego belgijskiego projektu (poprzedni wydany został przez Slaughter Prod.).Pierwsze dźwięki "Legion" przypominają dość mocno IN SLAUGHTER NATIVES. Ciężkie rytmy, narastający niepokój, mrok oraz apokalipsa, tak w skrócie można opisać ten materiał. Wsłuchując się w tą płytę można wysunąć pewne podobieństwa do twórczości np. PUISSANCE przez umieszczenie na "Legion" nieco militarystycznego klimatu. Całość jest spójna i poukładana, więc słucha się tego naprawdę bardzo miło i z czystym sumieniem mogę polecić ten materiał wszystkim miłośnikom wymienionych wyżej zespołów. Z zakupem tej płyty radzę się jednak pośpieszyć, gdyż nakład jest ściśle limitowany do 111 sztuk, tak więc kto pierwszy, ten lepszy.
ocena: 8/10
http://beastofprey.glt.pl
autor: Tomasz Lewicki


DER BLUTHARSCH - "Time Is Thee Enemy"
CD 2004 / WKN/ / Tesco Distribution
Król powrócił!! Tak w dwóch słowach można opisać najnowszy krążek DER BLUTHARSCH Albina Juliusa - "Time Is Thee Enemy". W zasadzie mogłoby być już po recenzji, bo o tym austriackim militarnym projekcie słyszał zapewne każdy wielbiciel tego typu klimatów, a jeśli nie... to cóż... mało słyszał. Nie będę ukrywał, że DER BLUTHARSCH jest dla mnie czymś więcej niż tylko zwykłym projektem muzycznym, jest żywą legendą i klasą nie osiągalną dla wielu innych zespołów z nurtu neofolkowo - militarnego, tak więc obiektywizmu nie będzie. Każdy z utworów zawartych na "Time Is Thee Enemy" prezentuje niesamowitą świeżość a do tego intensywność i geniusz zarazem. Na tym krążku nie ma słabych punktów, nie wieje tu nudą, ani nic w tym rodzaju, są za to doskonałe kompozycje, które utwierdzają mnie w przekonaniu, że DER BLUTHARSCH jest w chwili obecnej projektem numer 1. na militarnej scenie. Zbyt wielka ilość słów jest tutaj zbędna, gdyż tak wyśmienitych płyt nie powinno się zbyt obszernie opisywać. Wystarczy po prostu samemu posłuchać i zagłębić się w genialne dźwięki "Time Is Thee Enemy". Dzieło i jeszcze raz dzieło! I nie obchodzi mnie to, że się powtarzam. Dla mnie bez dwóch zdań płyta 2004 roku i zapewne dla bardzo wielu miłośników militarnych klimatów również. Nikt nie powinien się zastanawiać ani przez chwilę z dotarciem do tej płyty. Dodam jeszcze, że na krążku zamieszczony jest także video-clip, który również zwala z nóg. Wstyd nie mieć. Jednym słowem - ARCYDZIEŁO!!!
ocena: 10/10
www.derblutharsch.com
www.tesco-germany.com
autor: Tomasz Lewicki


DEAD FACTORY - "NowherE"
demo 2003
Po całkiem obiecującym debiucie "Solitude" doczekaliśmy się nowej odsłony w wykonaniu krajowego projektu DEAD FACTORY. Tym, którzy nie mieli możliwości jeszcze zapoznać się dźwiękami tworzonymi przez ten projekt nadmienię, iż za nazwą DEAD FACTORY stoi pewien młody człowiek z Sosnowca - Maciek Mutwil, który za gatunek muzyczny obrał sobie zimno industrialną stylistykę, co można wywnioskować spoglądając chociażby na okładkę "NowherE", tytuły poszczególnych kompozycji, czy po prostu wsłuchując się w tworzone przez niego dźwięki. No właśnie, jeśli chodzi o sferę muzyczną tego materiału, to od pierwszych chwil mamy do czynienia z bardzo mrocznymi i zimnymi klimatami industrialnymi. Jest posępnie, złowieszczo i ponuro - skojarzenia chociażby z takimi projektami jak MOAN, czy LUSTMORD mile widziane. Odgłosy otoczenia i wszelkiej maści szumy piętrzą się i docierają do słuchacza wytwarzając bardzo mroczną atmosferę. Trzeba w tym miejscu zaznaczyć, że wszystko ma to swój urok i klimat. Całość jest naprawdę wciągająca i robi bardzo dobre wrażenie. Z całą pewnością tym materiałem Maciek udowodnił, że jest w tej chwili jednym ciekawszych przedstawicieli na naszej scenie i z pewnością jeszcze nie raz dane nam będzie usłyszeć o DEAD FACTORY. Ja ze swojej strony szczerze wszystkich zachęcam do zapoznania się z twórczością Maćka i sięgnięcia po "NowherE" bo naprawdę warto.
ocena: 8/10
Maciek Mutwil, P.O. Box 243, 41-200 Sosnowiec
deadfactory@wp.pl
autor: Tomasz Lewicki