|

6 | A | B | C | D | E | F | G | H | I | J | K | L | M | N | O | P | R | S | T | U | V | W | X | Y | Z | INDEX


FEJD - "Storm"
(CD 2009 / Napalm Records & Mystic Production)
Wszystko zaczęło się od STORM. W czasie koniunktury na ekstremalne, bluźniercze lub gotycko-klimatyczne granie "Nordavind" było szokiem. Oto bowiem dwie bardzo sztandardowe postacie z blackmetalowej sceny w Norwegii, Fenriz i Satyr, nagrały tradycyjne pieśni norweskie w folkowo-metalowej oprawie. Potem już nic nie było takie samo. Jak grzyby po deszczu powstawały kolejne grupy chcące mieszać ludowe pieśni ze swoich regionów z ciężkim graniem. Wychodziło to różnie, ale nikomu nie udało się namieszać tyle, co norweskiej efemerydzie pod nazwą STORM. Po kilkunastu latach historia zatacza w pewien sposób koło, bo zostaje nagrany album pod tytułem "Storm", a firmuje go bliżej nieznana dotąd formacja FEJD ze Szwecji. Prób łączenia skocznych i nieco zwariowanych dźwięków szwedzkiego folku i pieśni Wikingów z ostrzejszym graniem trochę już co prawda było (np. OTYG), ale chyba jako pierwszej od lat udało się to zrobić w naprawdę oryginalny sposób właśnie tej grupie muzyków. Na "Storm" zmiksowali umiejętnie ludowe melodie ze swojego ojczystego kraju, elektroniczne tła i prawie popowe aranże, choć te ostatnie ograniczają się do swoistej przystępności linii melodycznych, które łagodzą nie tak znowu łatwe do ogarnięcia aranżacje i grany od setek lat na różnych tradycyjnych instrumentach folk. Podstawą na tym albumie są właśnie przeróżne, często egzotyczne instrumenty, jak na przykład szwedzkie dudy (dzięki nim istnieje pewne łudzące podobieństwo do celtyckiego folku), bouzuki, drumla, cow horn (prymitywny pasterski instrument), drewniany gwizdek i nyckelharpa (strunowy instrument przypominający nieco lirę i hurdy gurdy) oraz wokale. Te ostatnie są głównie męskie, lekko szorstkie, czasem na pograniczu fałszowania, lecz świetnie oddające dzikość i melancholię szwedzkiej muzyki ludowej tworzonej od wieków. Jedynie w "Alvorna Dansar" towarzyszy Patrikowi Rimmerforsowi żeński wokal, ale równie dobrze FEJD mogło obyć się bez tego ozdobnika. Mniejsze i już wybitnie rytmiczne znaczenie mają bas i perkusja, natomiast gitary pojawiają się marginalnie, wręcz symbolicznie i nie wpływają w jakikolwiek sposób na zmetalizowanie przekazu. Całość udała się znakomicie biorąc pod uwagę, że wszyscy muzycy zaangażowani w tworzenie "Storm" wcześniej mieli do czynienia głównie z tworzeniem metalu w różnych jego postaciach (NOSTRADAMEUS, PATHOS). FEJD nie jest co prawda nowym zespołem, bo działa od początku tego stulecia, jednak ten album jest właściwym debiutem i przy okazji podsumowań 2009 roku już teraz powinno się go uwzględnić w kategorii wydawnictw oryginalnych i zaskoczeń ostatnich miesięcy.
ocena: 7,5/10
www.fejd.se
www.myspace.com/fejd
www.napalmrecords.com
autor: Diovis


FROZEN FACES - "Broken Sounds of a Dying Culture"
(CD 2007 / Wrotycz Records)
Z FROZEN FACES jest taka sprawa, że to jeden z ubocznych projektów Liny Baby Doll'a z DEUTSCH NEPAL, jednak nie tak znowu daleko spada przysłowiowe jabłko od równie przysłowiowej jabłoni. Utwory nagrane w 1995 roku, a oryginalnie wydane jedynie na winylu przez Entartete Music, to bardziej surowe próbki stylu tego artysty utrzymane w korzennym industrialnym stylu wzbogaconym o różne zabawy i eksperymenty z dźwiękiem. "Broken Sounds of a Dying Culture" to nihilistyczna podróż przez świat może mało skomplikowanej elektroniki, ale za to wciągający i trzymający w napięciu. W trakcie słuchania tej płyty często łapałem się na tym, że wpadałem przez chwilę w pewien trans i były to odczucia podobne do tych, które nawiedziły mnie podczas pierwszego odsłuchu genialnie mrocznej i zeschizowanej płyty DEUTSCH NEPAL "Comprendido!... Time Stop!". Niektóre motywy wręcz kojarzą się z pewnymi fragmentami z tego krążka. Na przykład ten monotonny, maszynowy rytm w "Solitude" FROZEN FACES to prawie dosłowne odwzorowanie "Morgue Restaurant" DEUTSCH NEPAL. Zresztą nic dziwnego, skoro obie kompozycje powstały w zbliżonym czasie. Także zniekształcony głos twórcy w podobnej postaci pojawia się w obu projektach. Chwilami można też mieć pewne skojarzenia z wczesnym BRIGHTER DEATH NOW, ale nie od dziś wiadomo, że Rogera Karmanika i Baby Linę Doll'a łączy wieloletnia przyjaźń i podobne inspiracje, ale też zbliżone poczucie humoru i zachowanie podczas koncertów. Oczywiście, jest to specyficzny rodzaj humoru, który nie atakuje wprost i nie każdego rozśmieszy. FROZEN FACES przekazuje to dość dyskretnie, skupiając się raczej na bardzo subiektywnym spojrzeniu na obecny świat, komercyjne podejście do sztuki i upadającą kulturę. W powiązaniu z minimalistyczną, transową muzyką daje to bardzo ciekawy efekt. Bonusami na tym wydawnictwie są dwa opublikowane dotąd tylko na siedmiocalowej epce numery ("Religion of Hate" i "Over the Barricades"), które brzmią jeszcze bardziej piwnicznie. Powstały zresztą podobno, gdy Lina mieszkał w piwnicy szefa Cold Meat Industry i zasiadał tam z gitarą i prymitywnym syntezatorem chcąc zebrać otaczające go dźwięki w jakąś całość. Dobrze się stało, że nasza krajowa Wrotycz Records "odkopała" te nagrania i pokusiła się o ich wydanie na CD w tekturowym opakowaniu wielkości książki.
ocena: 8/10
www.wrotycz.com
autor: Diovis


FORGOTTEN SUNRISE - "Willand"
(CD 2007 / My Kingdom Music & Foreshadow Productions)
Estonia nie wydała na świat zbyt wielu znanych w takim czy siakim środowisku zespołów. Z metalu można znać z muzyki lub z samej nazwy na przykład kapelę o nazwie BESTIA grającą epicki metal z elementami death metalu, blackmetalowe MUST MISSA, THARAPITA i MANATARK, a przede wszystkim chyba dwie, które i w naszym kraju mają pewne grono fanów: blackmetalowe LOITS oraz bardziej elektroniczne FORGOTTEN SUNRISE. Ci ostatni gościli w naszym kraju przy okazji jedynej jak na razie edycji Dark East Music Meeting w Warszawie (2005) i z tego co wiem, spotkali się ze sporym zainteresowaniem publiki. Zresztą znając oba ich albumy wydane przez włoską My Kingdom Music (do dziś nie wiem czemu nie zrecenzowałem debiutu...) mam o nich jak najlepsze zdanie. Można oczywiście nie lubić takiej mikstury electro i industrialu, jaki spotykamy na "Ru:mipu:dus" i najnowszym "Willand", ale nie można odmówić Estończykom niekonwencjonalnego podejścia do muzyki i pomysłu przez duże "P" na to, co tworzą. A tworzą swój własny odrębny i mroczny świat, w którym łączą się ze sobą surrealistyczne, często kontrowersyjne teksty i tytuły kawałków, naszpikowana elektroniką i samplami muzyka oraz dziwaczna strona graficzna. Dodając do tego jeszcze szczyptę ekstremalnego metalu w postaci gitar i niektórych prawie death- czy blackmetalowych wokaliz, elementy gotyckiego rocka i jazzującą grę basisty można mieć już jako taki obraz twórczości FORGOTTEN SUNRISE. "Willand" to w zasadzie logiczna kontynuacja "Ru:mipu:dus" i jeśli komuś przypadnie do gustu jedna, to i druga także. Podoba mi się, że estoński band z gracją przeskakuje od niby-komercyjnych fragmentów, które mogą porwać do tańca niejedną gotkę na imprezie w klubie do ciężkich industrialno-metalowych rzeczy i eksperymentalizmu w stylu G.G.F.H. (są tutaj numery, jak "Very De:p Shortgut", których autentycznie można się przestraszyć). Żeby było jeszcze ciekawiej, to w kilku numerach użyto też etnicznych instrumentów, co daje efekt totalnego eklektyzmu muzyki FORGOTTEN SUNRISE. Dużo się dzieje na "Willand", bo nie dość, że płyta jest długa (trwa ponad 70 minut), to upchnięto w nią tyle dźwięków, ile się da. Owszem, odstraszać mogą niektóre techno-bity, a już na pewno nie wiadomo po co wrzucony na koniec hidden track, w którym monotonia zabija efekt pozostały po wysłuchaniu wcześniejszych jedenastu kawałków. Od jakiegoś czasu obserwuję jakiś dziwny trend na zachłystywanie się HOCICO, które ponoć gra ekstremalne electro. Doradzam zbadanie przypadku FORGOTTEN SUNRISE, które bije Meksykańców już w przedbiegach, a do tego wnosi coś świeżego, oryginalnego i przebogatego muzycznie. I za te właśnie cechy oraz "przypadłości" taka, a nie inna ocena.
ocena: 8/10
www.mykingdommusic.net
www.foreshadow.pl
www.myspace.com/forgottensunrise
autor: Diovis


FOUNDATION HOPE - "The Faded Reveries"
(CD 2006 / Cold Meat Industry)
Twórca projektu FOUNDATION HOPE bardzo mnie wspomógł ujawnieniem idei stojących za jego drugim albumem, a pierwszym dla Cold Meat Industry. Ułatwił moje zadanie, bo pisanie o kolejnej płycie wypełnionej po brzegi dark ambientem zdaje się być czymś perfidnie niewdzięcznym. Mógłbym oczywiście napisać, że FOUNDATION HOPE gra w tej samej lidze co RAISON D'ETRE, DESIDERII MARGINIS, LETUM, ATRIUM CARCERI i po części także SEPHIROTH, dodać do tego kilka metafor opisujących muzykę, a nad resztą tekstu siedziałbym godzinami, by czekać na chwilę natchnienia. I w ten właśnie sposób zorientowani w temacie wiedzą co ich czeka na "The Faded Reveries". Muzycznie. Bo stojący za tą Fundacją Joep Smaling wymyślił sobie, że za pośrednictwem dźwięków powalczy trochę z wiatrakami ukazując ostry kontrast między iluzją religii i okrucieństwami dnia codziennego. Najdobitniej słychać to w "Illusionconsumer", opartym o sample ulicznego piewcy ewangelizacji z plamami dźwięku w tle. Autor zapytuje również o fundamenty nadziei w świecie szarpanym rozlicznymi wojnami, cierpieniem oraz chorobami cywilizacji Zachodu, która leczy swoje depresje różnymi Prozacami lub pławi się w konsumpcjoniźmie i hedoniźmie, żyjąc bez określonego celu i przyszłości. W ten sposób streściłem przesłanie FOUNDATION HOPE, które jest o tyle banalne, co przy tym prawdziwe. Ile razy każdy zastanawiał się nad tymi zagadnieniami? Odpowiedzi na tym krążku oczywiście nie znajdziemy, nawet wskazówek, ale ilustracje przedstawiające zżerany nienawiścią jednego człowieka do drugiego świat już tak. FOUNDATION HOPE nie odkrywa niczego szczególnego, nie próbuje objawiać i zbawiać na siłę (daleki jestem od podejrzeń, że Joep Smaling jest przyjazny wobec jakiejkolwiek religii), daje za to prawie godzinę muzyki, która ma skłonić do zadumy i ukazać jak bardzo parszywiejemy z dnia na dzień. Jeśli ktoś skorzysta z tego zaproszenia, myślę, że Fundacja Nadzieja spełniła swoje zadanie, a dziękczynne datki można przesyłać na konto (i tu następuje rozmazany ciąg liter i cyfr... ;).
ocena: 7,5/10
www.coldmeat.se
autor: Diovis


FUNERARY CALL - "The Black Root"
(LP 2004 / Fluttering Dragon)
Z pewnym opóźnieniem dotarł do mnie ostatni materiał nieistniejącego już projektu FUNERARY CALL. Na tyle ciekawa to pozycja, że warto o niej kilka słów napisać. Kryjący się pod tą nazwą H. MacFarlane tworzył swoją mroczną muzykę od 1994, ale doczekał się jedynie kilku wydawnictw w formacie kasetowym, CDR oraz winylowych epek. A szkoda, bo pozycje to najczęściej wyprzedane lub trudne do zdobycia. "The Black Root", będące epitafium FUNERARY CALL, wskazuje, że był to projekt bardzo ciekawy. Tak od strony muzycznej, jak i klimatu, jaki wytwarzał na kanwie niezbyt skomplikowanych struktur. Winylowy krążek wydany przez naszą krajową firmę Fluttering Dragon to prawie 40 minut dźwięków spod znaku nad wyraz mrocznego ambientu z rytualną atmosferą. Nie zapowiada tego jeszcze otwierający album "In the Half: Light", który jest po prostu wzorcową kompozycją utrzymaną w darkambientowej stylistyce, ale już drugi, "Works of Fire", to wizualizacja wręcz klaustrofobicznego stanu ludzkiego umysłu. Przetworzone, demoniczne wokale, rytualna rytmika i niepokojące plamy dźwięki rysują obraz opuszczenia i desperacji. Podobnie jest z "Dawn of the Final Purge", w którym tylko pozornie niewiele się dzieje. Z czasem jednak erupcje dziwnych wokali i wypełniające tło pojedyncze beaty wciągają słuchacza do świata, w którym nic nie jest pewne, a za rogiem czai się Zło. Szczątkowa industrialna rytmika pojawia się też w pozostałych kompozycjach, co na pewno wzbogaca minimalistyczne, choć przy tym wyrafinowane motywy wygrywane na wszelkiego rodzaju instrumentach elektronicznych. Chwilami FUNERARY CALL zbliża się do tego, co niegdyś tworzyła ENDURA. Tu też mamy do czynienia z czarną jak smoła magią, alchemicznym wręcz podejściem do kreowania odrealnionych światów pełnych niepokoju, zakazanych inkantancji i przyzywania Tego, którego boją się maluczcy...
ocena: 7/10
www.serpent.com.pl
www.geocities.com/funerarycall
autor: Diovis


FLUTWACHT - "Amputation Desire"
(CDR 2005 / własna produkcja)
Niemiecki FLUTWACHT, pomimo iż wypuszcza z siebie materiały wręcz z częstotliwością karabinu maszynowego, to jednak pozycje tego jednoosobowego projektu są niezbyt znane w naszym kraju, a szkoda, bowiem jest to jeden z najciekawszych i co za tym idzie najbardziej interesujących projektów pochodzących zza naszej zachodniej granicy tworzących nieprzyswajalne dla wielu osób ostre i kłujące dźwięki z pogranicza harsh noise i industrialu. "Amputation Desire" jest kolejnym materiałem w dyskografii FLUTWACHT i jakby nawiązaniem do poprzedniego albumu wydanego jakiś czas temu przez Tosom "Silent Salvation". Poszczególne kompozycje zatem nie są już tak ekstremalne i hałaśliwe, jak miało to miejsce w przypadku wcześniejszych wydawnictw, a o wiele większy nacisk twórca położył na generowanie zimnych jak lód i ponurych niczym opustoszałe hale fabryczne industrialnych dźwięków. Najprościej było by określić ten materiał mianem maszynowym, gdyż muzyka FLUTWACHT aż roi się od wszelakich zgrzytów, burczeń dziwnych odgłosów uderzeń blachy o blachę i tym podobnych dźwięków. Wszystko to idealnie komponuje się w widok starej i opuszczonej hali fabrycznej pełnej wszelkiej maści gruzów i żelastwa. Tak właśnie sztandarowo można by scharakteryzować muzykę dark industrialną. Co prawda "Amputation Desire" żadną rewelacją nie jest, co trzeba sobie szczerze i otwarcie powiedzieć - na dobrą sprawę tego typu dźwięki możemy znaleźć w dziesiątkach innych płyt, ale mimo wszystko mi osobiście słucha się tego materiału naprawdę całkiem sympatycznie. Jeśli kojarzycie twórczość chociażby ARCHON SATANI, NO FESTIVAL OF LIGHT czy też nawet naszego krajowego MOAN, to w tym momencie nie ma wątpliwości z jaką muzyką mamy do czynienia. Co prawda chwilami możemy odczuwać wrażenie, że dźwięki generowane przez FLUTWACHT są kolejną kopią wyżej wymienionych, ale mimo to warto poszperać i dostać ten krążek. Konkludując, bez rewelacji, ale najgorzej też nie jest.
ocena: 6/10
www.flutwacht.de
autor: Tomasz Lewicki


FOGLAND - "Znaman"
(CD 2004)
Materiał ten był dla mnie wielkim problemem a może raczej wielkim znakiem zapytania! FOGLAND to zespół pochodzący z Rumunii, ale czy jest to ich debiut, czy kolejna płyta, niestety nie było mi dane się dowiedzieć. W ogóle prawie nic mi nie wiadomo o tym projekcie. Płyta, którą miałam zaszczyt pomęczyć siebie i najbliższe mi otoczenie, to połączenie neofolkowych brzmień z odrobiną ambientowych wstawek .Mamy tu do czynienia z przewagą brzmieniową gitary akustycznej, dźwiękami keyboardu, gdzieniegdzie daje o sobie znać gitara elektryczna. Co do wokalnej strony, to nie ma tu zbytnio ciekawych rozwiązań. W utworach przejawia się delikatny, a nawet słaby damski wokal, co do męskiego wokalnego wkładu to zastosowano go jedynie do krótkich wrzasków.
Na "Znaman" znajduje się 7 utworów; o różnorodności dźwiękowej raczej nie ma mowy, klimatu i wyrazu też brakuje. Siedem utworów to może nie jest dużo, ale... żeby przebrnąć do końca potrzeba wewnętrznego uporu! Ja na tej płycie nie znalazłam niestety nic ciekawego.
ocena: 4/10
autor:Trinity


FILTHY TURD - "Power, Control, Lust"
Verato Project
Powiem szczerze, że jeśli ktoś włączył by mi tę płytę i zapytał skąd ten materiał pochodzi, to bez zastanowienia odpowiedziałbym - Japonia. Skąd to moje skojarzenie? A to dlatego, że jak pewnie wiecie właśnie z kraju Kwitnącej Wiśni pochodzi bardzo dużo hałaśliwych, noisowych projektów. Takie właśnie dźwięki znajdują się na płycie leżącej przede mną. Wbrew pozorom FILTHY TURD pochodzi z angielskiego miasta Leeds, a wydaniem tej płyty zajął się pododdział Suggestion Rec. - Verato Project. Jeśli chodzi o zawartość "muzyczną", to jak już wspomniałem jest to maksymalnie ekstremalny, chory i hałaśliwy harsh noise w japońskim stylu, przeplatany z elementami power electronics. Ta "muzyka" w nadmiernych ilościach potrafi wyprowadzić wiele osób z równowagi i wywołać wielki ból głowy. Jeżeli dodam jeszcze, że ta płytka to tylko jeden utwór trwający bagatela... 62 minuty, to chyba dodatkowy komentarz jest zbędny. Na tym krążku nie znajdziecie melodii i uporządkowanych dźwięków, dlatego też ten materiał polecam tylko twardzielom i koneserom hałaśliwych i antymuzycznych klimatów. Na zakończenie dodam, że płyta została wydana w okrągłej, metalowej puszce, w limitowanym nakładzie 50 sztuk.
www.verato-project.de
autor:Tomasz Lewicki