|

6 | A | B | C | D | E | F | G | H | I | J | K | L | M | N | O | P | R | S | T | U | V | W | X | Y | Z | INDEX


GREGORIO BARDINI & THIERRY JOLIF - "Kantalon"
(CD 2009 / The Eastern Front)

Jeśli tak dalej pójdzie, to folkowa dywizja The Eastern Front będzie lepiej oceniana niż katalog podstawowej firmy. Na początek działalności poszły utwory z epoki Renesansu zagrane przez Damiano Mercuri'ego, a teraz dostajemy bretońskie pieśni w wykonaniu nieobliczalnego Gregorio Bardini'ego i francuskiego muzyka / wokalisty Thierry'ego Jolif'a. Żeby coś jeszcze wyjaśnić, napiszę, że część kompozycji i tekstów z "Kantalon" została wyłącznie zainspirowanym oryginalnym dorobkiem bardów z tego regionu Francji (nie mylić Bretonii ze znajdującą się w południowo-zachodniej części Anglii Brytanią). Jedynie niektóre melodie to motywy tradycyjne, rzeczywiście powstałe w zamierzchłej przeszłości. Tak jest z "Berjeleniz / Mouesz ar Verjelenn", "Skolen" oraz instrumentalnym "Arwezenn Avalou" i dodatkowo jeszcze z tekstami w dwuczęściowym "Roue ar Romani". Jednak w tych, jak i pozostałych fragmentach obaj panowie improwizują lub dokładają elementy bardziej typowe dla muzyki free-jazzowej, klasycznej, eksperymentalnej i - w mniejszym stopniu - elektronicznej i industrialnej. Jeśli znacie STILLE VOLK i ich interpretację pieśni z Pirenejów oraz południa Francji, to w podobnym stopniu Bardini i Jolif przedstawiają swoją wizję muzyki powstałej w najbardziej naznaczonym przez Celtów regionie dawnej Galii, gdzie wpływy te pozostały obecne w jakimś tam stopniu po dziś dzień. Stąd w praktycznie nieużywanym języku bretońskim tyle dziwnie brzmiących słów, które mimo wszystko należą do rodziny indoeuropejskiej, z której wywodzi się także język polski, i swoistej, nie do końca czytelnej symboliki, a z tego co udało mi się wyczytać w necie, teksty również opierają się w większości na legendach, mitach, podaniach i faktach z historii sięgającej kolonizacji Bretanii przez Celtów oraz tym, co działo się później, już niekoniecznie na tym terytorium (np. "Legenda o Królu Arturze"). Dominantą "Kantalon" są śpiewy i melodeklamacje Thierry'ego Jolifa na tle zagranych na flecie lub indiańskim oboju quasi-melodii. Do tego włączają się co jakiś czas brzmienia różnych instrumentów perkusyjnych, dyskretnej elektroniki i rzadziej słyszanej tutaj kobzy oraz organów. Nie jest to więc aż tak odważna i uwspółcześniona interpretacja celtyckiego folku, jak na płytach projektu PROSCRIPTOR tworzonego przez lidera black metalowego ABSU. Z drugiej strony obaj panowie nie ograniczają się wyłącznie do odtwarzania lub odświeżania tradycji. W sumie "Kantalon" to kawał oryginalnej i praktycznie nieznanej muzyki z rejonu Bretonii w wykonaniu dwóch bardzo twórczych awangardzistów. Ostrzegam jednak, że płyta nie jest łatwa w odbiorze i zdecydowanie odległa od pseudo-folkowego popu serwowanego w radiu i TV.

ocena: 8/10
www.theeasternfront.org
autor: Diovis


GOLGATHA - "Tales of Trangression & Sacrifice"
(CD 2007 / Cold Meat Industry)
Płyta tajemniczej niemieckiej formacji GOLGATHA przy pierwszym odsłuchu wydaje się być zbyt niezrozumiała, niekonsekwentna i niejednolita. Dopiero przesłuchanie nocą (najlepiej ze słuchawkami na uszach) daje odpowiedź na pytanie - czy jest to rzecz wartościowa, czy nie? Zanim objawię wam własną ocenę, wyjaśnię skąd pewne wątpliwości na samym początku. Z jednej strony "Tales of Trangression & Sacrifice" wypełniają dźwięki jakby z innego świata. Bezkształtne, bez wyrazistej formy, amorficzne. Z drugiej strony mamy tu kilka numerów w neofolkowej konwencji a la DEATH IN JUNE ("Man of Fire (Black Sun)", "Garden of Love" (v. II) i "Flesh of the Orchid (v. II)"), obok nich pojawia się inspiracja rytualizmem DEAD CAN DANCE w kompozycji "Tunguska", a chaos pogłębiają szamańskie i często awangardowe twory w postaci "Rite of Spring (v. II)", "Initiation", "Passage" lub "Birth = Rite". Całości zamieszania dopełnia jeszcze filozoficzne przesłanie albumu, choć ujawnia się to raczej w tonach niż słowach, których jest tu stosunkowo niewiele. Wgłębienie się w płytę i jej nadzwyczajny klimat sprawia, że kostki puzzli układają się w mroczny obraz pełen chłodu, mroku i niejasności. To właśnie atmosfera tego albumu i przetykanie przestrzennych kompozycji tymi bliższymi konwencjonalnym piosenkom fragmentów przynosi jakieś zrozumienie. Pozorna zmienność stylistyczna okazuje się nieprzypadkowa, a głębia i przestrzenność brzmieniowa daje się sycić nawet największemu koneserowi dark ambientu i tego wszystkiego co aktualnie dzieje się w świecie muzyki dziwnej i eksperymentalnej. O skojarzeniach z dwiema formacjami już wspomniałem i chciałbym dorzucić do tego jeszcze szamańską twórczość rosyjskiego MOON FAR AWAY. To właśnie ona jest najbliżej tym utworom, w których przemawiają cisza, pojedyncze drony, szepty, arytmiczne tony egzotycznego instrumentu lub odgłosy przyrody. GOLGATHA postarała się też o zilustrowanie każdego z fragmentów tej płyty oddzielnym zdjęciem we wkładce dołączonej do płyty wydanej w formacie książki. Wniosek jest więc jeden - to bardzo przemyślane, dopracowane w szczegółach i epatujące niezwykłym mistycyzmem wydawnictwo, które należy najpierw dokładnie poznać, a dopiero potem oceniać. I powiem wam w sekrecie, że Cold Meat Industry jeszcze czegoś tak brzmiącego w swoim obszernym katalogu nie miało.
ocena: 8/10
www.coldmeat.se
autor: Diovis


GLAUKOM SYNOD - "Ogre"
(Demo-CD 2007 / własna produkcja)
"Ogre" to najnowsze demo brzydzącego się tak zwaną oficjalną sceną muzyczną projektu GLAUKOM SYNOD. Bo też twórcy, czyli mieszkającemu we Francji Gabrielowi S. (Skowronowi) nie zależy na poklasku i umieszcza swoje dźwięki gdzieś w niszy poza wszędobylską komercją i ogólnie przyswajalnymi dźwiękami. Już poprzednie demo "Androjungleous" to przedziwny miks elektroniki, noise i industrialu z nieznacznymi metalowymi wpływami. "Ogre" poszło jeszcze dalej, gdyż od pierwszych dźwięków zanurzamy się gdzieś w odmęty chaotycznej cyberprzestrzeni, w której nie ma miejsca na konwencjonalne melodie i chwytliwe motywy. Mechaniczne rytmy i zgrzyty jakiejś dziwacznej maszynerii, nałożone na siebie sample głosów, hałasy, przestery, buczenia... pierwsze utwory z tego materiału mają jeszcze jakiś rozpoznawalny i sensowny kod powtarzalności, choć zmienia się to prawie tak jak w kalejdoskopie. Trwa to gdzieś tak do połowy demówki, po czym z tego interesującego cyber-harmidru przechodzimy do schematycznego noise'u upakowanego w trwające po kilkanaście lub kilkadziesiąt sekund nudne walnięcia. Można to określić po prostu jako grind w elektronicznej oprawie lub noise grind. Zresztą nawet rodzaj wydawanych przez wokalistę oraz tytuły takie jak "Pustular Eyesocket Nervotomy", "Cemeterial Sexchanging Dementia (Decapitate)" czy "Gutturalia" wskazują na orientację muzyczną GLAUKOM SYNOD prezentowaną w tych numerach (z braku tekstów to właśnie te elementy podpowiadają co "miał na myśli autor"). Jeszcze jedynie umieszczony pod numerem 10 "Sci-fix It" odstaje od tego nieciekawego schematu oferując dość różnorodne dźwięki nawiązujące do pierwszej części demówki, a potem wracamy do krótkich eksplozji mało użytecznego hałasu. Szkoda, bo zapowiadało się naprawdę ciekawie.
ocena: 6/10
http://glaukomsynod.site.voila.fr
scumflesh@wanadoo.fr
autor: Diovis


GOD'S BOW - "Follow"
(2CD 2007 / Lyre Studios)
Ten zespół nie miał nigdy w naszym kraju szczęścia. Co z tego, że to tutaj ukazały się ich dwie pierwsze płyty i jako tako liczne grono oklaskiwało ich na kilku edycjach Castle Party w Bolkowie, jeśli za granicami Polski, a szczególnie w Niemczech są już od kilku lat dość popularni i szanowani. To niestety kolejny przykład mentalności polskich fanów, którzy są zamknięci odtąd dotąd w swoich gustach i chyba już się to nigdy nie zmieni. Prawdę mówiąc, od paru lat nie słyszałem nic o poczynaniach GOD'S BOW, a jedyna ich płyta, jaką słyszałem, to debiut "Twilight" wydany w 1998 (!) roku. Toteż z zainteresowaniem czytałem doniesienia, że właśnie ukazuje się najnowszy album tego duetu. Album "Follow" poprzedził singiel, na którym znalazły się singlowa i klubowa wersja numeru "Helpline", remix tego utworu wykonany przez WUMPSCUT oraz dwa nigdzie indziej nie opublikowane remixy innego kawałka "This Perfect Time". To krótkie wydawnictwo powstało głównie z myślą o rynku komercyjnym i tak naprawdę nie oddaje zawartości pełnej płyty. Bo "Follow" mnie osobiście zaskoczyło. Spodziewałem się większej dawki niespecjalnie przeze mnie trawionego electro, czy jak to zwą inni EBM, tymczasem usłyszałem dużą dawkę nastrojowej, opartej na elektronice, ale nie odhumanizowanej muzyki, która jest ogromnym krokiem do przodu, gdy porównać ją do tej z "Twilight". Agnieszka Kornet może nie dysponuje silnym głosem o jakiejś wyjątkowej barwie (znajdzie się na pewno parę osób, które określi jej rodzaj śpiewu jako "popiskiwanie"), ale w takich dźwiękach znajduje się bardzo dobrze. Z kolei obsługujący całą elektronikę i odpowiedzialny za komponowanie Krzysztof Pieczarka konstruuje zgrabne kawałki, w których odzywają się dalekie echa DEAD CAN DANCE (etniczne elementy, rytmika, orkiestracje), ale też wpływy niemieckiej sceny electro-wave (PROJECT PITCHFORK, DEINE LAKAIEN). Daleko jednak GOD'S BOW od bezmyślnego kopiowania "gotyckiej dyskoteki", usilnego podpinania się pod nurt dance czy podążania za całą zgrają formacji spod znaku electro-pop. Nawet wspomniany już "Helpline", na singlu będący w sumie bardzo melodyjnym i popowym kawałkiem, w wersji albumowej brzmi bardziej przestrzennie i ambitnie. Podobnie jest z "This Perfect Time". I to chyba tylko dwa tak naprawdę przebojowe kawałki, bo pozostałe łączą w sobie bogate zdobnictwo elektroniki, elementy ambient i ethno, a nawet poszukiwania w kierunku SIGUR ROS. Przyswajalność tych dźwięków przy uważnym przesłuchaniu okazuje się być pozorna, bo dwoje muzyków stawia na dźwięki bogate w wiele smaczków, użyto też w kilku fragmentach wiolonczeli, na której zagrał znany z DEINE LAKAIEN B. Deutung. Może nie sięgną po tę płytę fani eksperymentalnej i mrocznej elektroniki, ale ci, którym nieobce są nazwy, które już padły w tej recenzji znajdą na "Follow" coś dla siebie. Tym bardziej, że GOD'S BOW udowodniło, że lata pracy nie poszły na marne i w tej chwili tworzą bardzo dojrzałą i złożoną muzykę, którą można określić jako oryginalny styl tego dwuosobowego zespołu. Jedyne co mogę wytknąć temu albumowi to fakt, że pod koniec już nie wciąga i zaskakuje tak jak wcześniej. Brakuje tu takich perełek, jak poprzedzony instrumentalnym wstępem "Tomorrow" czy ozdobiony partiami pianina "Cold".
"Follow" to wydawnictwo dwupłytowe, ale drugi krążek skierowany jest przede wszystkim do miłośników różnego rodzaju remiksów. Następuje tu poszerzenie tego, co pojawiło się na singlu, więc "Helpline" i "This Perfect Time" można usłyszeć w wersjach przerobionych przez tak cenione w pewnych kręgach formacje z kraju i zagranicy, jak WUMPSCUT, C.H.DISTRICT, GOD'S OWN MEDICINE, PSYCHE, THE FROZEN AUTUMN czy ENDRAUM. Ocenę zawartości dodatkowej płyty pozostawiam już maniakom tego typu "wynalazków", zaś poniższa cyferka tyczy się głównego dania, a ono smakuje zdecydowanie najlepiej.
ocena: 8/10
www.godsbow.com
www.myspace.com/godsbow
autor: Diovis


GENETIC TRANSMISSION - "Ascetic"
(CD 2007 / Beast Of Prey)
Tomasz Twardawa jest bez wątpienia czołową postacią polskiej sceny industrialnej i eksperymentalnej. Na koncie jego podstawowego przedsięwzięcia pod kryptonimem GENETIC TRANSMISSION jest już sporo wydawnictw przeróżnej maści, a "Ascetic" jest jednym z najnowszych, a na pewno jednym z tych niedawno wypuszczonych na światło dzienne. Nie ukrywam, że znam dość pobieżnie twórczość tego eksperymentatora, choć na tyle, by dojść do konkluzji, że przeznaczona jest ona dla naprawdę twardych "zawodników". Na przykład na "Ascetic" składają się trzy bardzo długie "kolosy", a każdy z nich trwa po około 21-22 minuty. Na domiar złego (dla nielicznych - dobrego) od samego początku do samego końca obcujemy z atakiem sonicznego chaosu ( i tu należy podkreślić - CHAOSU), przez który niełatwo jest przebrnąć osobom nie obytym ze światem nie poukładanych (przynajmniej na pierwszy czy drugi rzut ucha) zgrzytów, hałasów, stukotów i różnych innych odgłosów wydawanych przez maszyny lub ewentualnie ich części. O przypadkowości pojawiania się ich w takich lub innych momentach można by pewnie dyskutować z samym kreatorem "Ascetic", ale jedno jest pewne - myślą przewodnią tego materiału jest śmiałe preparowanie nagranych przez GENETIC TRANSMISSION dźwięków, nakładanie ich, przetwarzanie, zabawa frekwencjami i głośnością oraz ewentualne nakładki w postaci użytej elektroniki, tudzież syntetycznych sampli. Można to nazywać bruityzmem (jak to określa sam Tomasz), antymuzyką czy industrialnym eksperymentem, jednak z pewnością po to wydawnictwo sięgną sympatycy płyt z wszelkiej maści hałasem (choć trzeba w tym miejscu napisać, że nie należy mylić GENETIC TRANSMISSION z tradycyjnie pojmowanym noise czy power electronics, gdyż mimo wszystko "Ascetic" operuje, przynajmniej chwilami, pewnym rodzajem przestrzenności). W tym świecie maszyn i mechanizmów nie ma miejsca na ludzkie uczucia i emocje. Można jedynie poddać się lub nie tej chaotycznej rzeczywistości, której nie zrozumieją pewnie najwięksi racjonaliści na świecie, czyli naukowcy. Jeśli ktoś nie obawia się doznań prawie nie-z-tego-świata, radzę się pośpieszyć, gdyż tak jak w przypadku większości pozycji ze znaczkiem Beast Of Prey mamy do czynienia ze ściśle limitowanym (tutaj do 444 kopii) wydawnictwem.
ocena: 8/10 (dla maniaków), 3/10 (dla laików)
www.beastofprey.com
www.tochnit-aleph.com/gt
autor: Diovis


GREGORIO BARDINI - "Sentinelle del Mattino"
(CD 2007 / The Eastern Front)
The Eastern Front nie stroni od ujawniania światu pozycji wymagających o wiele więcej niż tylko przeciętną znajomość muzyki lub konkretnego gatunku tejże. Przykładem niech będzie płyta włoskiego multiinstrumentalisty GREGORIO BARDINIEGO. "Sentinelle del Mattino" to kolejna próba mariażu awangardowej muzyki z literaturą. Podłożem dla tej płyty jest kontrowersyjna postać amerykańskiego poety i krytyka Ezry Pound'a, który żył w latach 1885-1972 i był jednym ze współtwórców dwudziestowiecznego modernizmu w literaturze. Swego czasu sympatyzował też z faszyzmem i Mussolinim, zresztą przed i w trakcie II Wojny Światowej mieszkał we Włoszech, gdzie uznano go za kolaboranta i zdrajcę. Odcisnęło się to dość mocno na jego dalszych losach, a dużą część swoich ostatnich lat życia spędził w obozie jenieckim we Włoszech oraz w szpitalu psychiatrycznym w rodzinnych Stanach i nigdy potem nie zdołał już powrócić do swojej świetności. Na tej kanwie GREGORIO BARDINI stworzył album niełatwy w odbiorze, który wprost lub pośrednio nawiązuje do twórczości Ezry Pound'a. Najbardziej wprost w otwierającym krążek "Ezra Pound In Martua", w którym wykorzystano głos córki artysty, Mary de Rachewitz, czytającej fragmenty poematu jej ojca "Cantos" oraz w czwartym "With Urura", gdzie słychać oryginalny głos Pound'a. Prawdopodobnie również większość z tytułów czerpie w jakiś tam sposób z dokonań kontrowersyjnego poety. Od strony muzycznej "Sentinelle del Mattino" to album melancholijny i "zamyślony", w większej części instrumentalny, łączący współczesny jazz z elektroniką, ambient z muzyką kameralną (tu nasuwają się skojarzenia z fragmentami solowego albumu Lisy Gerrard z DEAD CAN DANCE - "The Mirror Pool") i elementy etniczne z awangardą, a przez to zdający się być na pierwszy rzut ucha zbyt mało spójnym. Bo z jednej strony na pierwszym planie pojawiają się "żywe" instrumenty, jak flet, saksofon, pianino, instrumenty perkusyjne i gitara, które tworzą dość specyficzny klimat, by co jakiś czas dominację przejęła elektronika i awangarda muzyczna, a czasem oba te światy łączą się tworząc bardzo pokręcone dźwięki. Mimo wszystko, można napisać, że GREGORIO BARDINI, wspomagany przez grupę gościnnych muzyków (wśród nich między innymi Stefan Rukavina z BLEIBURG), stworzył tutaj własny charakterystyczny styl, który jednak nie przemówi ani do fanów bardziej przestrzennego, darkambientowego grania, ani do neo-folkowców, ani tym bardziej do tych, co najwyżej oceniają rzeczy z kręgu industrial czy post-rocka. Jeśli jednak ktoś poszukuje nowych doznań w obcowaniu z muzyką inspirowaną literaturą i wysoko sobie cenił na przykład norweski ILDFROST, to prawdopodobnie znajdzie tu wiele dla siebie. Wydawcy na pewno należy się szacunek, że odważył się wypuścić ten album.
ocena: 7/10
www.theeasternfront.org
autor: Diovis


GLAUKOM SYNOD - "Androjungleous"
(CDR 2006 / Skullfucking Records)
Komuś coś się pokręciło przy wysyłce tej płytki. Na cedeerze opis, że to "Obsessism XXIII", z wkładki wynikało, że otrzymałem demo "Uczulony" z 18 utworami, tymczasem mój odtwarzacz wskazał, że na krążku zawarto utworów 11. Moja wrodzona (lub może nabyta) ciekawość nakazała mi rozwikłać tę zagadkę. W ten oto sposób uzupełniłem swoją wiedzę na tyle, by i wam wyjaśnić o co w tym chodzi. GLAUKOM SYNOD to projekt naszego rodaka mieszkającego od lat we Francji - Gabriela Skowrona. Sama idea zrodziła się w połowie lat 90-ych, ale pierwsze dźwięki z prawdziwego zdarzenia powstały w 2004 roku. Od tego czasu GLAUKOM SYNOD wytworzył już cztery demówki, a część z nich wkrótce potem wznowiono na kasetach i CDR-ach. "Obsessism XXIII" to debiutanckie demo, "Uczulony" to demo numer 3, a ja otrzymałem do recenzji najnowsze, czwarte - "Androjungleous". W dodatku uzupełnione o kawałki z drugiego demo "Hydrocephalizer" i w takiej oto postaci zostało wznowione przez kanadyjską Skullfucking Metal Records. A cóż my tu mamy, bo ani słowem jeszcze o tym nie wspomniałem? Przedziwną mieszankę industrialu, electro i noise'u z odrobiną ekstremalnego metalu. Zadziwiające jest to, że jest to miks udany i intrygujący. Z początku całość sprawia wrażenie cholernego nieładu i niekonsekwencji. Hałasy, burczenia, bezładne i bezskładne sample oraz tony z czasem układają się jednak w obraz wirtualnej cyberprzestrzeni. Jakiejś nadrzeczywistości, z której wyłania się wizja naszego świata ogarniętego przez totalny chaos. Jeśli mieliście okazję grać w najbardziej zakręcone gry sieciowe lub strategiczne i wciągało was to na tyle, by wpaść niemalże w paranoję, to wiecie jak to mniej więcej może wyglądać. Gabriel widocznie też, i stąd te futurystyczne wizje są słyszalne na tym materiale. A najważniejsze w tym wszystkim jest to, że nie sposób przyrównać GLAUKOM SYNOD do żadnej innej formacji. Może do węgierskiej SZEKI KURVA, ale kto ją zna i pamięta?... Chore, powykręcane, przemyślane i naprawdę niezłe wydawnictwo.
ocena: 7/10
http://glaukomsynod.site.voila.fr
scumflesh@wanadoo.fr
autor: Diovis


GALE GRAND CENTRAL - "The 1944 Samaritan Manual"
(CD 2006 / Fluttering Dragon)
Trzeba było nam czekać prawie cztery lata od wydania debiutanckiego albumu "Garlands" na nowy, pełny album tego jednoosobowego szwedzkiego projektu. Co prawda w międzyczasie ukazał się mini album z trzema utworami, ale dopiero teraz otrzymujemy pełny materiał Pera Svensena. "The 1944 Samaritan Manual" jest kontynuacją drogi obranej na "Garlands", a więc szkieletem muzyki GALE GRAND CENTRAL są zimne jak lód struktury dźwiękowe uzupełnione o wszelkiego rodzaju rytmiczne industrialne łomoty, zgrzyty i tym podobne elementy. Właśnie rytmika jest rzeczą, która od pierwszych chwil wpada w ucho i jest tak charakterystyczna. Mi osobiście jak najbardziej słucha się "The 1944 Samaritan Manual" bardzo dobrze - wszystko brzmi rewelacyjnie i bez problemu wpada w ucho. Praktycznie każdy z dziesięciu kawałków zamieszczonych na tej płycie posiada swój specyficzny lodowaty klimat, dzięki czemu ani przez chwilę nie ma się poczucia nudy. Każdy dźwięk jest do cna przesiąknięty zimno - maszynowym nastrojem, który w połączeniu z rytmicznymi łomotami oraz elektroniczną perkusją sprawia, że na dobrą sprawę ciężko oderwać się od głośnika. Jeśli miałbym jednak wyróżnić jakiś kawałek, to z pewnością był by to utwór "Lovers", który swoim klimatem przypomina mi nieco to, co zaprezentował na swojej ostatniej płycie "Kosmodrom" BAD SECTOR, ale jak wspomniałem wcześniej pozostałe kompozycje nie odbiegają zarówno poziomem, jak i wytwarzanym klimatem od wyżej wymienionego. Cóż można więcej dodać? Widać, że Per po raz kolejny wykonał krok na przód, przez co muzyka GALE GRAND CENTRAL stała się jeszcze bardziej dojrzała i dopracowana. Ja ze swojej strony jak najbardziej polecam wszystkim miłośnikom mrocznych, zimnych i mechanicznych klimatów tą pozycję, gdyż jest ona utrzymana na naprawdę wysokim poziomie, a i można sobie nóżką potupać przy bardziej rytmicznych fragmentach. Polecam!!
ocena: 8/10
www.serpent.com.pl
autor: Tomasz Lewicki


GRZEGORZ TOMASZEWSKI - "Rośnie Ziele"
(CD 2005 / Impress)
Solowy album cytrzysty celtfolkowej grupy WHITE GARDEN niesie z sobą nowe spojrzenie na folkowy ambient. Całość zagrana na cytrach opiera się na konkretnych, polskich ludowych utworach, a w pięknym, surowym brzmieniu cytr nabierają one nowego klimatu. Tytuł "Rośnie Ziele" nie jest, rzecz jasna inspirowany "regałami", ale starym, polskim ludowym kawałkiem "Rośnie ziele, rośnie". Płyta wraz z upływem kolejnych kawałków i kolejnego słuchania odkrywa swe ukryte w mroku i tajemniczości piękno - a szósty kawałek "Niech gospodarz" to istny majstersztyk ambientowy, podobnie zresztą jak siódmy "Inwencja ludowa na dwa smyczki", gdzie Grzegorz gra, jak w tytule, dwoma smykami na cytrze. Takiej płytki w tym temacie jeszcze nie było, tutaj dodanie słowa "folk" do "ambient" jest jak najbardziej uzasadnione, gdyż klimat tworzony jest nie na klawiszach czy komputerze, a na autentycznych instrumentach ludowych - które w rękach muzyka brzmią jak klimatyczna elektronika z wielką dawka folku. Słowem - więcej niż ambient, więcej niż folk. Nie dziwi mnie, że Grzegorz na zeszłorocznej edycji folkowego festiwalu "Nowa Tradycja" zgodnie doceniony został przez jury, jak i publiczność. Płyta "Rośnie Ziele" pokazuje też, jak wielkie pokłady drzemią w polskim folku, niekoniecznie góralskim (vide" Kujawiak ostateczny", "Czemu kalino w dole stoisz") - chociaż i górski folk też się tu znalazł ("Wierchy i Turnie"). Można jedynie żałować, że płyta ma tylko 10 utworów i tylko ciut więcej niż 30 minut.
ocena: 9/10
http://gregor-cytra.com
autor: V.Ziutek


GOREGHAST - "Nightmares"
(CDR 2006 / Beast Of Prey)
Zaczyna się dość spokojnie, malowniczo i na swój sposób pięknie. "Lifeless" to takie nawiązanie do czystego dark ambientu, ale też śmiałe operowanie syntezatorowymi plamami oraz improwizowanie jak w el-muzyce spod znaku KITARO czy TANGARINE DREAM. Dopiero druga kompozycja, "Time of Dread", operująca rytmicznymi bitami w wolnych tempach, wnosi niepokój i tytułowe przerażenie. Od tego momentu poczynają się odzywać się "koszmary" rodem z piekła lub limbo (bezdennej, niekończącej się otchłani). GOREGHAST zbliża się momentami bardzo blisko do twórczości amerykańskiej ENDURY, czasem mam skojarzenia z ASMOROD, może też odrobinę z SEPHIROTH. Z projektem ENDURA łączy GOREGHAST wplatanie w horrorystyczne dźwięki nie z tej ziemi przetworzonych, potwornych głosów, zapętlanie hipnotyzujących i chorobliwych motywów, dzięki czemu przekaz nabiera klaustrofobicznego i rytualnego charakteru. Większość utworów niebezpiecznie zbliża się do granicy 10 minut, a dwa ("Forgotten Ceremony" i "Nightmares") nawet ją przekraczają. Warto też zwrócić uwagę na bardzo przestrzenne i czytelne brzmienie, dopracowane i wypieszczone jak na wysokobudżetowych produkcjach. Sprawia to, że odbiór za pośrednictwem słuchawek, jak i głośników pozwala na możliwość dokładnego wsłuchania się w każdy detal. Pewnie zadajecie sobie w tej chwili pytanie, skąd wziął się GOREGHAST i kto za nim stoi? Otóż jest to uboczny projekt Destroyera z PARANOIA INDUCTA, ale nijak nie da się porównać obu tych tworów, bo każdy z nich wnosi do mrocznej i zakręconej muzy coś indywidualnego, coś, wobec czego trudno uciec i coś, na co warto zwrócić baczniejszą uwagę. Ciekaw jestem, czy za "Nigthmares" pójdą kolejne wydawnictwa pod szyldem GOREGHAST, bo uważam, że na tym nie powinna się kończyć "kariera" tego projektu. Pośpiech przy zakupie zalecany, bowiem płytka jest limitowana do 202 sztuk.
ocena: 8,5/10
www.beastofprey.com
adestroyer@op.pl
autor: Diovis


GALE GRAND CENTRAL - "re:Gale"
(MCD 2004 / Fluttering Dragon)
Po całkiem obiecującym i udanym debiucie "Garlands" mamy w końcu możliwość posłuchania nowych kompozycji w wykonaniu tego szwedzkiego projektu, za którym kryje się Per Svensen. Co prawda opisywany właśnie przeze mnie materiał nie jest pełnym albumem GALE GRAND CENTRAL, a tylko 3-utworowym singlem, zwiastunem nowej płyty tego projektu, która mam nadzieje niebawem się ukaże. Póki co mamy prawie 17 minut muzyki utrzymanej podobnie jak "Garlands" w zimnym ambientowo - industrialnym klimacie. Krążek otwiera rewelacyjny utwór "Lovers" - niezwykle rytmiczny, transowy i wciągający, który znakomicie wpada w ucho i wywołuje bardzo zimny industrialny klimat. Rewelacja. Następne dwa kawałki na "re:Gale", to już utwory nieco bardziej spokojne. Są one jakby nieco bardziej przestrzenne, stonowane. Dźwięki delikatnie płyną i szumią... Jednocześnie trzeba zaznaczyć, że wszystkie trzy kompozycje są niezwykle przemyślane, znakomicie wyostrzone i zarazem łatwe w odbiorze, co nie jest absolutnie wadą, a wręcz przeciwnie. Właśnie dzięki takim płytom można dojść do wniosku, iż nie trzeba na siłę upychać w muzyce różnych elementów i robić bardzo zakręcone i skomplikowane kawałki. GALE GRAND CENTRAL prezentuje niezwykle świeże podejście do muzyki z kręgów dark ambient / industrial. Naprawdę szczerze wszystkich zachęcam do zapoznania się z tym projektem i mam nadzieje, że już niebawem będziemy mogli trzymać w rękach nowy, pełny album Pera Svensena. Na razie "re:Gale" narobił mi osobiście sporo apetytu.
ocena: 7/10
www.serpent.com.pl
autor: Tomasz Lewicki