|

6 | A | B | C | D | E | F | G | H | I | J | K | L | M | N | O | P | R | S | T | U | V | W | X | Y | Z | INDEX


LEAFBLADE - "Beyond, Beyond"

(CD 2009 / Angelic Recordings & Aftermath Music)

Na wieść o tym, że LEAFBLADE to kolejny akustyczny projekt, w którym macza palce ktoś z ANATHEMY, wielu z Was stwierdzi, że to nudziarstwo i strata czasu. Też w sumie miałem obawy, czy tak nie będzie, ale pomijając fakt, że faktycznie gro utworów to głównie (a nawet tylko i wyłącznie) gitara akustyczna i śpiew, nie jest aż tak źle. Daniel Cavanagh - bo to ten gościu z ANATHEMY - tu występuje - wraz ze swoim kompanem, podobno znaną w świecie progresywnego rocka personą Sean'em Jude'm eksplorują na "Beyond, Beyond" różne muzyczne epoki, kultury i przesłania. Opiera się to przede wszystkim na celtyckiej historii i dziedzictwie (runy, kamienne kręgi, dolmeny...), szamaniźmie, czasach Renesansu, trubadurów, rycerzy Albionu, zakonu Templariuszów i harmonii z naturą. To pierwsze z brzegu skojarzenia nasuwające się podczas wsłuchiwania w muzykę i teksty z tej płyty i wyczuwania całej aury unoszącej się nad nimi. A gdzieś w środku tego dwóch panów z gitarami (Sean Jude również śpiewa) i tylko w nielicznych momentach pojawiają się delikatne orkiestracje (autorstwa Danny'ego), flet ("A Celtic Brooding"), perkusja ("Rune Song", końcówka "Beyond, Beyond") oraz różne instrumenty perkusyjne i przeszkadzajki. Część utworów przesycona jest smutkiem i melancholią, w kilku panowie ciut bardziej się rozkręcają. Przy ostatnim na płycie "Sunset Eagle" olśniło mnie, że ta muza ma swoje korzenie nie tylko w tej tworzonej w czasach Renesansu i Średniowiecza lub tradycyjnych balladach, ale również w twórczości solowej Rogera Watersa i PINK FLOYD z okresu "The Wall". Nie od dziś wiadomo, że znudzeni metalem muzycy ANATHEMY są zafascynowali takimi klimatami i ujście tych inspiracji słychać także na płycie duetu LEAFBLADE. "Beyond, Beyond" przypasuje więc przede wszystkim miłośnikom spokojnych gitarowych dźwięków, melancholijnych wokali i nastrojów muzyki dawnej. Pozostali mogą odczuć znużenie, a nawet senność ;) Ale w swojej lidze ten album plasuje się gdzieś pod koniec pierwszej połówki tabeli.

ocena: 6/10
www.leafblade.net
www.myspace.com/leafblade
www.aftermath-music.com
autor: Diovis


LUNATIC ASYLUM - "Made In Hell"
(CDR 2009 / własna produkcja zespołu)
Przy okazji poprzedniego materiału tego zespołu pisałem, że to obiecująca inicjatywa, pod warunkiem, że pojawią się obok muzyki także wokale. Tymczasem typowego śpiewania jak nie było, tak nie było - są za to nieliczne sample głosów, a i innych zmian w tej sferze jest niewiele. Mam jednak przemożne wrażenie, że tym razem dwójka muzyków z LUNATIC ASYLUM wykorzystała znacznie więcej elektroniki. Oczywiście podstawa zasadza się na niezbyt wyrafinowanych gitarowych riffach i industrialnym rytmie, ale eksperymentalne próby z różnymi dziwnymi brzmieniami są odważniejsze i odchodzą od schematu z "The War Has Be-Gun". Pojawiają się śmielsze inspiracje z electro, hałaśliwe wtręty, a melodykę w dużej mierze kształtuje właśnie elektroniczne instrumentarium. Podobnie rozwijało się ongiś DIFFERENT STATE, które z polskiej odpowiedzi na GODFLESH ewoluowało w nie obawiający się eksperymentowania i łamania barier twór, coraz bardziej podążający w stronę ambientu i mrocznego industrialu. LUNATIC ASYLUM jeszcze nie zdecydowało się na powzięcie radykalnych kroków i na razie próbuje skupić się na łączeniu różnych elementów tak, by nie przekombinować. Dlatego na "Made In Hell" mamy w sumie niedługie i dość czytelne utwory. A skąd mógł się wziąć ten tytuł? Pewnie stąd, że dzięki inspiracjom APHEX TWIN czy G.G.F.H. znalazło się tu trochę diabolicznie brzmiących fragmentów. Z pewnością każdy odczyta to na swój sposób, a ja póki co odkładam tę płytkę na półkę i z ciekawością będę obserwować dalsze poczynania tej formacji.
ocena: 7/10
www.lunaticasylum.org
autor: Diovis


LUNATIC SOUL - "Lunatic Soul"
(CD 2008 / KScope & Mystic Production)
RIVERSIDE to bez dwóch zdań jedna z trzech najbardziej znanych na Zachodzie polskich formacji z kręgów rockowo-metalowych. Już w tej chwili stawia się ją w drugim szeregu za MARILLION, PORCUPINE TREE, DREAM THEATER czy PAIN OF SALVATION. Mimo napiętego grafika koncertowo-nagraniowego, wokalista Mariusz Duda znalazł czas, by powołać do życia swój solowy projekt LUNATIC SOUL, który powinien mocno namieszać w najbliższym czasie. Jako że w pewien sposób twórczość RIVERSIDE jako priorytetowego zespołu zajmuje poczesne miejsce w jego życiu artystycznym, tako też niektóre wpływy są słyszalne na tym krążku. Nie należy jednak oczekiwać rozbudowanych i opartych na rockowo-metalowym instrumentarium utworów, ponieważ LUNATIC SOUL to projekt bardziej akustyczny, wyciszony, oniryczny i obracający się w kręgach "muzyki świata", będąc też pod przemożnym wpływem muzyki filmowej i klimatów ambientowych. Już wstęp w postaci instrumentalnego "Prebirth" to oznaka odmiennej drogi, którą podąża tutaj frontman RIVERSIDE. Przestrzenne, a zarazem mroczne dźwięki przekształcają się wkrótce w orientalny rytm i zaskakująco mantrowy wokal Mariusza w onirycznym, lekko sennym "The New Beginning". "Out On a Limb" to spokojny utwór z gitarowo-klawiszowym podkładem, bardzo w stylu niektórych dokonań ANATHEMY, PORCUPINE TREE, GENESIS czy MARILLION. Z czasem przekształca się on w oparty na plemiennym wręcz rytmie kawałek rozwijający się jeszcze bardziej i bardziej, aż do transowej i ciut bardziej rockowej końcówki. Dalej mamy bardziej tradycyjnie zbudowany "Summerland" z gitarą akustyczną, pianinem i delikatnymi syntezatorami oraz jeszcze bardziej nastrojowy "Lunatic Soul" z nawiązującym mocno do PORCUPINE TREE i stylizowanym na lata 70-te rozwinięciem (ha, te organy Hammonda!). Moja luba stwierdziła nawet, że cały czas słyszy na tej płycie PINK FLOYD i jest w tym racja, bo któryż ze współczesnych bandów z kręgów ambitnego rocka nie inspirował się muzyką tej zacnej ekipy? Chyba nawet niezwykle ciemny i niepokojący instrumental "Where the Darkness Is Deepest" ma w sobie stare, art-rockowe barwy. Następujący po nim "Near Life Experience" zaskakuje przede wszystkim jazzującymi partiami pianina, mocno połamanym rytmem, zaśpiewami Mariusza w tylko jemu znanym języku i krótkim wtrętem na harmonijce. W takich bardziej muzycznych fragmentach słychać nie tylko wrażliwość i otwartość na przeróżne dźwięki z przeróżnych półek twórcy tego albumu, ale i doskonale wyczucie tematu przez towarzyszących mu muzyków w osobach Macieja Szelenbauma, Wawrzyńca Dramowicza (INDUKTI), Michała Łapaja (RIVERSIDE) oraz Macieja Mellera (QUIDAM). Dwie kolejne kompozycje z tego albumu to prawdziwe apogeum piękna w najbardziej wysmakowanej muzycznej postaci. Pochodzący z repertuaru Petera Gabriela "Adrift" brzmi jak połączenie najlepszych z tych spokojniejszych momentów na wydawnictwach PORCUPINE TREE i polskich prekursorów prog-rocka w latach 90-ych - COLLAGE. Zresztą da się zauważyć pewne podobieństwa między głosem Mariusza Dudy i Roberta Amiriana, ale także Stevena Wilsona znanego między innymi z GENESIS. Już prawie na koniec jest niezwykle dojrzały i świadczący o uważnej lekturze najlepszych zespołów z przeszłości "The Final Truth", a specyficznym postludium jest instrumentalny i mocno nasycony orientalizmami "Waiting For the Dawn", który urywa się tak gwałtownie, a chciałoby się więcej i więcej. Chylę czoło przed LUNATIC SOUL i napiszę nawet więcej - to jedna z najdoskonalszych produkcji, jakie stworzono w historii ambitnej i wybitnie artystycznej muzyki made in Poland. Aż się boję, co Mariusz z przyjaciółmi nagrają na drugim albumie... :)
ocena: 9/10
www.lunaticsoul.com
www.kscopemusic.com/lunaticsoul
www.mystic.pl
autor: Diovis


LADY MORPHIA - "Essence And Infinity"
(CD 2007 / produkcja własna zespołu)
Początkowo zamierzałem tę płytę przekazać do recenzji komuś innemu, ale wyznaczona przeze mnie osoba po kilku minutach przesłuchiwania "Essence And Infinity" stwierdziła, że nie ma pojęcia, jak do niej podejść, więc zrezygnowała. Chcąc nie chcąc, obowiązek ten padł na mnie... Rozumiem jednak problem, bo bez choćby liźnięcia tego, co obecnie dzieje się na scenie industrialno-darkambientowo-neofolkowej trudno opisać zawartość nowego wydawnictwa LADY MORPHIA. Sam zespół działa już nieco ponad 10 lat, na jego czele stoi mieszkający na Wyspach Brytyjskich multiinstrumentalista i wokalista polskiego pochodzenia - Nick Nedzynski, ale poza kilkoma znanymi nielicznym wydawnictwami nie doczekał się miana "kultowego". "Essence And Infinity" to album, do którego wydania LADY MORPHIA przygotowywała się od 2003 roku. Stąd chyba rozstrzał stylistyczny obecny na tym krążku. Już pierwsze trzy numery rzeczywiście mogą namieszać w głowie, bo "Im Schoss der Welt" to dark ambient z samplami głosów mówiących po niemiecku, "Ancestral Memories" to utwór utrzymany wręcz dosłownie w militarno-neofolkowej konwencji DEATH IN JUNE czy SOL INVICTUS, a "Fallen Empires" jest szybkim, folkrockowym kawałkiem, przy którym można śmiało pląsać w pogo ;) Taki misz-masz charakteryzuje zresztą tę płytę do samego końca, przez co chyba nie do końca przekona ortodoksów zamykających się w szufladce "słucham tylko dark ambientu, industrial, noise i dark wave", gdyż podejdzie im tylko część z utworów z "Essence And Infinity". Inna rzecz, że Nick i jego przyjaciele z zespołu są pod przemożnym wpływem tego, co dzieje się aktualnie na scenie niemieckiej i stąd pewnie te wszystkie germańskojęzyczne fragmenty sampli wplecione w marszowe rytmy i poza numerami a la DEATH IN JUNE oraz tymi bardziej folkowo-rockowymi miałem przemożne wrażenie, jak bym słuchał jednej z wielu niemieckich formacji recenzowanych również na wirtualnych łamach Mrocznej Strefy w "Puszce Pandory". Z drugiej strony słychać, że LADY MORPHIA zadbała przy tej okazji o każdy detal, bo brzmienie jest odpowiednio czytelne, muzyka różnorodna i dzięki temu nie nudna, wykorzystano mnóstwo różnych instrumentów, a i samo wydanie płyty też robi wrażenie: na przykład 16-stronicowy booklet zawiera odpowiednio dobrane rysunki i zdjęcia. Sami więc widzicie, że opisywany krążek może wzbudzać pewne kontrowersje swoją zawartością, ale jako całość prezentuje się ciekawie. Pewnie w naszym kraju przejdzie bez echa, ale założę się, że narobi trochę zamieszania w bardziej otwartych na takie dźwięki miejscach. W każdym razie "Essence And Infinity" słucha się przyjemnie.
ocena: 7/10
www.gla.ac.uk/~dc4w/lmorphia/front.html
www.myspace.com/ladymorphia
autor: Diovis


LILY'S PUFF - "Heaven Frowns"
(CD 2007 / Ark Records)
Nie każdy może sobie pozwolić na głębsze wniknięcie w strukturę takiej płyty jak "Heaven Frowns" LILY'S PUFF. Takie dźwięki wymagają od słuchacza albo czasu albo cierpliwości. W moim przypadku brakuje zarówno jednego, jak i drugiego, ale kiedy odpaliłem ten krążek po prostu czekałem na dalszy rozwój wydarzeń. I powiem Wam otwarcie, że ten album ma sobie jakąś dziwną, niepokojąco magiczną moc przyciągania i pochłaniania. Muzyka potrafi tak podejść słuchacza, że długo nie będzie się on mógł otrząsnąć. Od momentu pierwszego utworu do samego końca siedziałem jak zahipnotyzowany i witałem każdy nowo pojawiający się dźwięk z radością i wchłaniałem go do wewnątrz, poprzez uszy, a nawet skórę. Urzekła mnie propozycja LILY'S PUFF swoją nieprzewidywalnością i totalnie zakręconym klimatem. Wiem, że szufladka ambient/elektro jest bardzo pojemna, ale dla wielbicieli DREAM SYSTEM czy FORGOTTEN SUNRISE będzie to pozycja niezwykle trafiona. Należy jednak nadmienić, że klimat u Włochów jest nieco bardziej duszny i mroczny (uwielbiam to określenie :), a mocno skomputeryzowana muzyka uwzględniająca udział także żywych instrumentów, może spodobać się również wielbicielom DEPECHE MODE czy RED EMPREZ. Myślę, że nawet trip-hopowcy znajdą tu dla siebie kilka istotnych momentów. Tak naprawdę to ciężko jest mi cokolwiek więcej napisać o tej ponadprzeciętnej, ale też i kierowanej raczej do wąskiego grona odbiorców, muzyce. Na pewno jest to pozycja, nad którą warto się zatrzymać na dłużej, jej kosmiczno-teatralny klimat (groteska, jak i dramat aż biją z niektórych utworów) potrafi urzec w mgnieniu oka. Na awangardowej scenie nazwa LILY'S PUFF Świeci jasno i tak będzie z pewnością jeszcze długo, bo choć zespół istnieje już prawie 10 lat, to jego dorobek muzyczny jest delikatnie mówiąc, marny (dwa albumy i mini) :) A więc wszystko dopiero przed nimi - ja im życzę jak najlepiej, a zaczęło się nieźle, bo trafili do dobrze zorientowanej wytwórni, jaką jest bez wątpienia włoska Ark Records (ATARAXIA, AUTUNNA ET SA ROSE etc.)!
ocena: 8/10
www.arkrecords.net
www.lilyspuff.it
autor: kaReL


LUPERCALIA - "Florilegium"
(CD 2004 / Equilibrium Music &Foreshadow Productions)
Wiele włoskich projektów lubi nawiązywać do muzycznych korzeni, do tradycji i przeszłości. Stąd na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat wielu artystów tworzyło dźwięki nawiązujące w równej mierze do folku (czy to pod szyldem "world music", czy też neo-folku lub muzyki etnicznej), jak i medieval music, która bazuje na tym, co w naszym kraju częściej określa się mianem muzyki średniowiecznej lub dawnej. Najwięcej na tym polu poczyniła oczywiście najbardziej z nich znana ATARAXIA, która czarowała, czaruje i długo jeszcze będzie czarować swoją mieszanką różnych stylistyk mających swoje źródło w śródziemnomorskim dziedzictwie i nie tylko. Nieco zbliżonym tropem podąża włoski duet LUPERCALIA, a doskonałym na to przykładem jest ich drugi album "Florilegium" (pierwszy ukazał się nakładem firmy World Serpent). Trwający ponad godzinę krążek zawiera ogromną dawkę dźwięków inspirowanych muzyką ludową, orientalną, operową, klasyczną i średniowieczną, w dużej mierze zagranych na tradycyjnych instrumentach. Gro utworów opiera się na tonach wydobywanych przez skrzypce i głos ludzki. Za pierwszy z nich odpowiada gościnnie występujący Gianluca Uccio, za wokale obdarzona operowym wręcz sopranem Claudia Florio. To, co ta pani wyczynia na "Florilegium", to jeszcze może nie ta klasa co Francesca Nicoli z ATARAXII, ale stara się jak może. Przy pierwszych przesłuchaniach wydawane przez nią od czasu do czasu piski mogą drażnić, lecz z czasem stają się logicznym składnikiem tej układanki. Obok niej "pierwsze skrzypce" gra partner Claudii - grający na gitarze klasycznej, syntezatorach, perkusyjnych przeszkadzajkach i rzadko używanym instrumencie strunowym, jakim jest dulcymer Riccardo Prencipe. Dzięki dulcymerowi i specyficznej grze na gitarze akustycznej całość nabiera kolorytu muzyki dawnej, co w połączeniu z fragmentami folkowymi i quasi-operowymi daje mieszankę piorunującą, acz intrygującą. Sama budowa utworów może przysporzyć o ból głowy przeciętnego słuchacza, bo zawiera w sobie tyle elementów, których nie napotyka się w muzyce potocznie nazywanej rozrywkową, wręcz bombardując archaicznymi i rzadko już teraz używanymi rozwiązaniami, które nie oznaczają jednak minimalizmu i zwyczajnie pojmowanej prostoty. Przykładem są tutaj niezwykle rozbudowane kompozycje, jak "Sub Specie Aeternitatis" czy "Formis Melara Sanctus Filix". Tę bardziej minimalistyczną stronę "Florilegium" reprezentują z kolei umieszczone na samym końcu utwory klasycznej proweniencji, jak na przykład mylnie kojarzony jako będący autorstwa DEAD CAN DANCE "The Wind That Shakes the Barley" oraz "Pilgrim's Chant" nieznanego autora. Gdzieś pośrodku, pomiędzy bardziej złożonymi kompozycjami, pojawiają się z kolei instrumentalne miniatury typu "Praga" (heh, ładna mi miniatura trwająca ponad 5 minut ;) i "Curtis" lub bardziej eksperymentalne rzeczy pokroju "Kindalini". Świadczy to o bogactwie pomysłów LUPERCALII i niezwykłej wyobraźni twórców. Mam obawy, czy wszystko to przekona miłośników muzyki opisywanej w "Puszce Pandory" do sięgnięcia po ten krążek, ale uwierzcie mi - wielokrotne zapoznanie się z zawartością tej płyty wynagradza wytrwałych.
ocena: 8/10
www.equilibrummusic.com
www.foreshadow.pl
autor: Diovis


LETUM - "Broken"
(CD 2006 / Cold Meat Industry)
Muzyka instrumentalna zawsze wymaga dużo większej wyobraźni (u autora i u słuchacza), aniżeli ładnie poukładane piosenki ze zwrotkami i refrenem. Pod warunkiem, że nie jest to ot takie plumkanie i tworzenie wątpliwej jakości "klimatu". W przypadku dark ambientu łatwo popaść w schematy i snucie się dźwięków, które powoduje usypianie. No chyba, że ma się jakiś pomysł, koncept, a do tego śmiało łamie pewne konwencje. Tak też poczyniło LETUM, które na pierwszym albumie "The Entrance To Salvation" mocno przynudzało i nie wychodziło poza szablony mrocznego ambientu, podczas gdy teraz, na "Broken", skłania do refleksji, zadumy, ale też budzi pewnego rodzaju niepokój. Już otwierający płytę utwór "Solititation" to mieszanina spokojnej elektroniki z industrialnym hałasem i lekko przerażającymi samplami głosów. Dalej jest podobnie, ale jak to bywa z opowieścią malowaną jedynie dźwiękami nastrój zmienia się zgodnie z proporcjami spokoju i hałasu. Na przykład w takim "Betrayed" podniosłe chóry przechodzą z czasem w pozorny chaos i tony bliskie kakofonii, a "Shadow", tak jak to stoi w tytule, wciąga do ciemnych zaułków, w których nawet bezruch zdaje się straszyć, a odcienie mroku ożywają i przybierają różne kształty. Zresztą same tytuły też bywają złudne, bo "Silence" nie oznacza wcale, że utwór wypełnia cisza, a "Staring At Nothing" to też bynajmniej nie bezmyślne pitolenie na klawiszach. Jeśli już koniecznie doszukiwać się jakichkolwiek podobieństw twórczości Mattiasa Henrikssona, to na pewno należy wspomnieć o RAISON D'ETRE (chóry, dźwięki maszyn i różnych blach), DESIDERII MARGINIS, SEPHIROTH (wspomniane przechodzenie ze spokoju w hałas) czy ILDFROST ("Communion" ma w sobie hipnotyzujący minimalizm pamiętnego albumu "Natanael"), a nawet ORDO ROSARIUS EQUILIBRIO (zamykający album "Tears" to taki neo-folk zagrany wyłącznie przy pomocy elektroniki). "Broken" to na pewno dobry punkt wyjścia, by LETUM w przyszłości mogło stać się wybitnym przedstawicielem dark ambientu.
ocena: 8/10
www.coldmeat.se
autor: Diovis


LETATLIN - "La Sepoltura Delle Farfalle"
(CD 2006 / ARK Records)
Symbiozę instrumentów żywych z syntetykami znamy nie od dziś. Takie połączenie otworzyło szereg nowych możliwości aranżacyjnych, było wyróżnikiem otwartości umysłów, ewolucji muzyki. Teraz, gdy już prawie każdy wykorzystuje zdobycze techniki, by wzbogacić swoją twórczość, temat ten trochę spowszedniał, choć nadal projekty, w których prym wiedzie elektronika noszą miano awangardowych czy też wizjonerskich. LETATLIN także możemy uznać za taki wybryk natury. "La Sepoltura Delle Farfalle" to album z gatunku tych absorbcyjnych, głównie dlatego, że wchłania w swoje struktury mnóstwo pośrednich, jak i bezpośrednich rozwiązań stylistycznych. Z całą pewnością industrialna powłoka dominuje nad pozostałymi, ale wbrew oczekiwaniom nie ma ona nic wspólnego z chłodem czy z lodowatą nieprzystępnością. Płyta dosłownie tętni życiem, a nieustające pulsujące bity czynią z tego krążka świetny materiał rozprężający. Mnie on trochę przypomina dokonania rodzimych SUI GENERIS UMBRA ("Falene") i RED EMPREZ ("Naissance du Robot"), trochę łotewski FORGOTTEN SUNRISE ("Taiwan"), po części także twórczość Badalamentiego ("Mancanza di Calore"), no i MORTIIS oczywiście. To tylko kilka wyraźnych nawiązań, a jeżeli myślicie, że płyta nie oferuje nic ponad to, to jesteście w dużym błędzie. "La Sepoltura Delle Farfalle" to krążek bez wyraźnie sprecyzowanych barier, to taki właśnie relaksujący i odprężający klimat, to wreszcie muzyka - nieprzewidywalna i wielobarwna. Nie będziecie żałować!
ocena: -/10
www.arkrecords.net
info@arkrecords.net
www.letatlin.net
autor: KaReL


LIFE'S DECAY - "Anleva"
(CD 2005 / Abstraktsens Productions)
Nie ukrywam, że jestem bardzo mile zaskoczony tym materiałem. Nieznany wcześniej francuski zespół LIFE'S DECAY wypuścił własnie swój drugi pełny krążek zatytułowany "Anleva", który okazał się być całkiem smacznym kąskiem, ale po kolei. Wydaniem tego materiału zajęła się mała francuska firma Abstraktsens Prod., o której do tej pory nie było głośno w naszym kraju. W skład opisywanej własnie płyty wchodzi 12 kompozycji, razem ponad 60 minut muzyki, która powinna przypaść do gustu zarówno wielbicielom bardziej militarnych klimatów, jak również fanom industrialno - elektronicznych brzmień. Być może narażę się w tym momencie wszystkim groźnym militarystom, ale wbrew pozorom łączenie muzyki militarnej z elektroniką w wykonaniu Francuzów wypadło bardzo dobrze, przez co w rezultacie otrzymaliśmy bardzo przemyślany i na swój sposób "świeży" album, który udowadnia, że nie trzeba powielać wciąż tych samych sprawdzonych motywów, a warto czasem pokusić się o tego typu eksperymenty. Cała muzyka LIFE'S DECAY jest bardzo energetyczna, rytmiczna i jednocześnie na swój sposób mroczna, przez co absolutnie podczas słuchania tego krążka nie ma się poczucia nudy. Elektroniczne podkłady są tu bowiem przeplatane z klawiszowymi motywami, które ubarwione o wszelkiego rodzaju militarno - propagandowe komunikaty sprawiają, że całość mnie osobiście wciąga i sprawia, że bardzo miło mi się tej płyty słucha. Bardzo dużą rolę w muzyce LIFE'S DECAY odgrywa postać wokalistki, której głos wręcz idealnie komponuje się z całością materiału. Warto również zaznaczyć, że wszystkie partie wokalne wykonane są w języku francuskim, co trzeba przyznać nie często się zdarza. Podsumowując, jak dla mnie "Anleva" jest jednym z ciekawszych krążków, jakie ukazały się w tym roku i mimo wszystko szkoda by było, jeśli przeszedł by bez echa. Jedno na pewno z miłych zaskoczeń ostatnich 12-tu miesięcy. Polecam wszystkim bez względu na zapatrywania polityczne.
ocena: 7/10
www.abstraktsens.com
autor: Tomasz Lewicki


LEICHE RUSTIKAL - "Impuls"
(CD 2004 / Steinklang Records)
LEICHE RUSTIKAL już parę ładnych lat "tuła" się na scenie mroczno - industrialnej. Projekt, który bardzo mocno związany jest z austriackim Steinklang wypuścił jakiś czas temu swój kolejny album zatutułowany "Impuls". Oczywiście, jak w przypadku poprzednich wydawnictw tego projektu, tu także mamy połączenie mrocznych, industrialnych dźwięków, które z każdą kolejną sekundą zostają przybrudzone o bardziej hałaśliwe, noise'owe elementy. Trzeba jednak nadmienić, iż całość muzyki LEICHE RUSTIKAL jest stosunkowo rytmiczna, tak więc nawet całkiem miło wpada w ucho wytwarzając tym samym mroczny i momentami wręcz kosmiczny klimat. Obok wszelkiej maści zgrzytów i innych plam dźwiękowych mamy tu także chwilami obecny przesterowany wokal, który sprawia, że całość nabiera jeszcze większej mocy. Mi osobiście słucha się tego krążka całkiem nieźle i stosunkowo często gości on w moim odtwarzaczu. LEICHE RUSTIKAL swoimi mrocznymi dźwiękami może wytworzyć naprawdę fajny klimat, w sam raz na ponure jesienne wieczory. Dodatkowym atutem na "Impuls" jest zamieszczenie różnych sampli z mało komediowych filmów (coś na podobę MELEK-THA), przez co płyta bez większego problemu mogłaby służyć jako soundtrack do jakiegoś mrocznego i zarazem strasznego filmu. Atmosfera grozy i lęku jest wszechobecna na tym krążku, więc jeśli ktoś lubi zasłuchiwać się w tego typu muzie, to "Impuls" jest tu jak najbardziej wskazany. Jeśli miałbym pokusić się o porównanie muzyki LEICHE RUSTIKAL, to bez większych przeszkód można wymienić w tym miejscu takie projekty, jak chociażby MZ. 412, NO FESTIVAL OF LIGHT, czy też ARCHON SATANI, tak więc wiadomo w czym rzecz. Co prawda rewelacją może ta płyta nie jest, ale mimo wszystko warto po nią sięgnąć.
ocena: 6/10
www.steinklang-records.at
autor: Tomasz Lewicki


LE PLASTIQUE MYSTIFICATION - "In The Land Of Melancholt"
CD 2000 / Obuh Records)
Muzyka działającej od lat w Polsce ukraińskiej grupy LE PLASTIQUE MYSTIFICATION dowodzonej przez pochodzącego ze Lwowa VSV nie da się w prosty i jednobrzmiący sposób sklasyfikować. Druga płyta formacji (wtedy tria) LPM zatytułowana "In The Land Of Melancholt" i nagrana z udziałem wielu muzyków sesyjnych (w tym Sebastiana Madejskiego z warszawskiej formacji BELTAINE) oparta jest głównie na psychodelii i klimatach ambientowych, ale zamykanie tej płyty tylko w tych nawiasach było by (jest) zbytnim uproszczeniem. Każdy z dziesięciu kawałków jest inny i tworzy swój własny klimat - chociaż cała płyta dzięki umiejętnej aranżacji robi wrażenie spójnej. Zespół łączy wiele bardzo różnych, na pierwszy rzut oka/ucha nie pasujących do siebie brzmień - i to niejednokrotnie w obrębie jednego utworu, np. delikatne granie gitary klasycznej z wmiksowanymi rozmowami w różnych językach, brzmienia jazzowe z dźwiękami przyrody i delikatnej elektroniki... Poza tym płyta też pełna jest nastrojowej/transowej melorecytacji (także szeptanej) i wielokrotnie słowa i głosy są tu raczej instrumentem muzycznym wspomagającym klimat, jest tu też trochę psychodelicznego rocka w klimacie PINK FLOYDÓW. Mi osobiście podoba się na tej płycie to, że psychodelia jest tu zagrana w sposób na swój sposób melodyjny i strawialny - płyty, mimo, że nie jest to prosta muzyka. Słucha się jej w każdym razie nieźle - a zwłaszcza wieczorem przy zgaszonym lub przyciemnionym świetle, wtedy czas płynie inaczej ;-) Przy okazji: na koncertach grupa brzmi nieco inaczej, bardziej "schizowo" (czytaj: na żywo muzyka LPM jest ostrzej pojechana i mocno improwizowana), występuje też w różnych składach i z żywą sekcją rytmiczną, m.in. z Cypisem (na co dzień basistą m.in. HATE i PYORRHOEA).
ocena: 7,5/10
autor: V.Ziutek