|

6 | A | B | C | D | E | F | G | H | I | J | K | L | M | N | O | P | R | S | T | U | V | W | X | Y | Z | INDEX


SUNSET WINGS - "Covering For Solace"
(CD 2009 / Wrotycz Records)
Czułem, że prędzej czy później w krajowym Wrotycz Records wyjdzie płyta wypełniona po brzegi onirycznym, melancholijnym i nasyconym poetyką neo-folkiem. Wrażliwa na różne przejawy muzyki spoza mainstreamowych kręgów para wydawców po prostu musiała mieć u siebie taką formację, jak SUNSET WINGS. Pochodzący z Kaliningradu (znanego również jako Konigsberg lub Królewiec) zespół zadebiutował w tym roku albumem "Covering For Solace", który jest po brzegi wypełniony czarownymi i czarującymi dźwiękami gitary akustycznej, skrzypiec, wiolonczeli, fletu, organków, pianina oraz instrumentów perkusyjnych. Komuś będzie się to oczywiście kojarzyło z poezją śpiewaną, muzyką spod znaku "unplugged" czy nudziarstwem - oczywiście każdy ma prawo do swojego zdania. A SUNSET WINGS w taki sposób widzi świat dźwięków. Tak, a nie inaczej odbiera poezje angielskich twórców pokroju Williama Blake'a, Dante Gabriela Rosetti'ego, Rudyarda Kiplinga i Thomasa Lovella Beddoesa. Tak wręcz malarsko i w delikatny dźwiękowo sposób odnajduje się w świecie niszowej sztuki. Dlatego nie do końca zgadzam się z tak skrajnymi opiniami zasłyszanymi tu i ówdzie, że to czysty neo-folk albo rzeczona poezja śpiewana. Rosjanie plasują się gdzieś pośrodku, bo owszem, melodeklamacje tekstów i niewymuszone żeńskie wokalizy, a także użycie takich, a nie innych instrumentów mogą się kojarzyć z pewnymi znanymi z innych medialnych światów produkcjami i artystami (z Tony Wakeford'em chociażby), ale na "Covering For Solace" po prostu słyszę chęć przywołania nieco już zapomnianego świata wraz ze staroświecko brzmiącą, ale uniwersalną w wymowie poetyką, przesłaniem impresjonistycznego malarstwa i innymi wartościami, niż tylko kasa, sukces i ciągła pogoń za rzeczami materialnymi. Ten album jest jak powieść "W poszukiwaniu straconego czasu" Marcela Prousta opisująca często skrywane głęboko emocje, czasem epatująca dłużyznami, nieco senna, ale na pewno wartościowa, skłaniająca do zadumy i pełna symboliki. Wystarczy w spokoju wczytać się w teksty zawarte na "Covering For Solace", dać się ponieść dźwiękom i obejrzeć zamieszczone na okładce oraz w dołączonej do digipaku książeczce obrazy autorstwa Natalii Krutciny. Aż tak niewiele, a jak bardzo warto tak uczynić. Mam tylko jedno zastrzeżenie odnośnie tego krążka - jest zwyczajnie za długi, przez co faktycznie zdaje się trochę nużący i na dłuższą metę męczący. Reszta działa bez zarzutu.
ocena: 7/10
www.myspace.com/sunsetwings
www.wrotycz.com
autor: Diovis


SURMA - "Allocutio"
(CD 2008 / The Eastern Front)
Ukraińska SURMA to przykład modnego ostatnio martial industrialu jak się patrzy. Rzeźbią swoje podszyte hałaśliwym industrialem oraz płynącym leniwie dark ambientem dźwięki i posiłkują się starymi samplami. Zaczyna się od "First Vision", które równie dobrze można by równie dobrze określić mianem introdukcji, bo to ściągnięta żywcem ze starych płyt radziecka pieśń. Nie mam jednak pojęcia jaki nosi tytuł i o czym traktuje. Równie dobrze mogła być zagrzewaniem do boju żołnierzy, hymnem dla przodowników pracy lub pochwałą plonów podczas corocznych dożynek ;) "Second Vision" wypełniają zgrzytanie, szmery i na tym wyrazistym, choć nieco chaotycznym tle pojawiają się sample starego przemówienia. Tu też ręki sobie nie dam uciąć, czy jest to przemówienie partyjne czy pierwszomajowe na przykład. Króciutka "Third Vision" ciągnie dalej ten wątek, natomiast w "czwartej wizji" zamiast przemawiającego "towarzysza" mamy fragmenty jakiejś ckliwej, napisanej prawdopodobnie tuż po wojnie piosenki zaśpiewanej przez nieznaną pieśniarkę. W "Fifth Vision" z oddali dobiega również jakaś archaicznie brzmiąca piosenka, tym razem w wykonaniu faceta, i tu w końcu coś się zaczyna dziać muzycznie. Wchodzi partia syntezatorów, są poszmery i zwielokrotniony efekt echa, a w dalszej części pseudo-orkiestralna kakofonia. To najciekawszy kawałek w tej części płyty i - jak się później okazuje - całego wydawnictwa również. Po niej następują trzy nieco dłuższe kompozycje, już o zdecydowanie dark ambientowo-industrialnym charakterze. Sample stanowią tylko część podkładu i giną gdzieś za ścianą chorobliwych klawiszy, odgłosów przyrody i nie wiadomo czego jeszcze. Szczególnie "Everything That Has Remained" i zamykający materiał "Men Among the Ruins" epatują głośnym, jednostajnym szumem i szmerem, z którego wyłaniają się od czasu do czasu urywki innych dźwięków. Podobne kawałki tworzyło ARCHON SATANI i wczesne ORDO EQUILIBRIO. "Allocutio" to taka składająca się z dwóch nieco odmiennych części płyta. SURMA jeszcze nie potrafi się zdecydować jaką drogą pójść, stąd chyba te dwa różne oblicza ich twórczości na jednym wydawnictwie. Swoją drogą, twórcy (lub twórca) długo zbierali materiał, gdyż nagrań dokonano między październikiem 2005 roku a sierpniem 2007 roku.

ocena: 6/10
www.myspace.com/surma
www.theeasternfront.org
autor: Diovis


SIMULACRA - "Somewhere... Inside a Void"
(MCDR 2008 / No Angels Productions)
Oj, niełatwo jest pisać o małej płytce wypełnionej od początku do końca dość monotonnym, choć stylowym dark ambientem. Nie raz i nie dwa razy miałem z tym kłopot jakimi słowami przekazać to, co "autor miał na myśli" i jak to brzmi. Dla kogoś, co nie lubuje się w takich dźwiękach, wszystkie wydawnictwa z tego typu elektronicznymi szmerami brzmią jednakowo i nudnie, zaś dla maniaków jest w tym coś kojącego, transowego lub relaksacyjnego, tak więc prawda leży gdzieś pośrodku. SIMULACRA to projekt Miguela Boriau z belgijskiego WEIHAN, w którym również daleko mu do ostrzejszych elektronicznych brzmień, bowiem tworzy w nim bardziej modne rzeczy spod znaku neofolk/martial. "Somewhere... Inside a Void" jest jednak minimalistyczną postacią takiego, a nie innego układania dźwięków, a właściwie niskich, grobowych tonów tworzących plamy dźwiękowe i jeśli można użyć takiego sformułowania wobec ambientu - powstającą w ten sposób nawiedzoną linię melodyczną. Jedyny, a trwający około 22 minut utwór wypełniający ten mini-album nie ma początku ani końca. Płynie sobie powoli i swobodnie, kreując obraz nicości, a może po prostu sam obraz, który trzeba sobie stworzyć przy pomocy własnej wyobraźni. Nie jest to w żaden sposób nowatorskie, ale ma w sobie to przysłowiowe "coś". Ta wszechobecna w tej kompozycji "bezczasowość" oraz brak rosnącej i opadającej dramaturgii na to pozwalają wszystkim wrażliwym na takie formy muzyczne Dlatego takim właśnie osobom radzę, by z zakupem tego małego, trzycalowego krążka się pośpieszyć, gdyż limit 100 sztuk mówi sam za siebie.
ocena: 7/10
www.myspace.com/simulacravoid
www.no.angels.glt.pl
autor: Diovis


SHADOW THEATER - "Shadow Theater"
(CDR 2008 / T'an! Kaven!! Ash!!! & The Eastern Front)
Nigdy nie uważałem się za jakiegoś szczególnego znawcę czy fana noise czy power electronics. Z rzadka słucham produkcji BRIGHTER DEATH NOW, BRANDKOMMANDO czy kilku japońskich artystów. Fascynację tymi ostatnimi oraz pewnymi odniesieniami do japońskiego "teatru cieni" słychać na kolejnym, trudnym do określenia w ramach liczbowych wydawnictwie niemieckiego projektu będącego owocem współpracy muzyka industrialno-ambientowego FLUTWACHT, Daniela Simona i bliżej mi nieznanego VINCENZO BOSSI'ego (nie mam pojęcia, czy to imię muzyka, czy może jakieś pseudo). Chyba najlepszym skojarzeniem i naprowadzeniem jest twórczość MASONNY, która nie atakuje wyłącznie męczącymi uszy frekwencjami i kakofonią struktur dźwiękowych, skupiając się na generowaniu transowych krajobrazów nicości i mechanicznym, falującym powtarzaniu motywów. Kiedyś ktoś pisał o tego typu produkcjach używając terminu "antymuzyka" i tak też jest w przypadku SHADOW THEATER. Melodyka nie istnieje, rytmika jest bliska zeru, odrealnienie utworów też jest maksymalne i na całego. Minimalizm i jednocześnie pewna przestrzenność są słyszalne głównie w czterech starszych kompozycjach stworzonych 18 marca 2007 roku i o dziwo, jest to twórczość wręcz relaksująca. Gdzieś wyczytałem, że nagrania zostały dokonane przy użyciu tradycyjnego instrumentarium elektronicznego, gitary basowej i sampli przetworzonych również przez uszkodzone kable. To ostatnie odpowiada prawdopodobnie za ścianę hałasów i buczeń wykreowanych w piątym, a pierwszym z trzech pozostałych fragmentach tej płyty zarejestrowanych 25 maja 2007 roku, do których dołącza się jeszcze zniekształcony, desperacki wokal. Bas też został tu potraktowany jako narzędzie wytwarzania niesamowitego harmidru. Ta część krążka jest zdecydowanie przeznaczona dla bardziej obeznanych i wytrwałych słuchaczy, choć i tu nie brakuje sprowadzenia dźwięku do czynnika odległego od szeroko rozumianej muzyki, ale przy tym bliższego powykręcanego post-industrialnego ambientu. Oj, ciężko jest zrozumieć przesłanie SHADOW THEATER...
ocena: 6/10
www.tka-subdivision.org
autor: Diovis


STURMAST - "Ibis Redibis Nunquam in Bello Peribis"
(CD 2007 / Cold Meat Industry)
Założę się, że wszyscy fani martial industrialu już skorzystali z ofert sklepów internetowych lub zaopatrzyli się w ten krążek z innego źródła. Albo uczynią to już wkrótce. STURMAST (nomen omen) szturmem wdarł się do świata tak modnych ostatnio dźwięków, w których zasadniczą rolę odgrywają wszelakie instrumenty perkusyjne, trochę folkowych nut i sample prosto z parad wojskowych. Nie inaczej jest na tej płycie, której Węgrzy nadali nie wiedzieć czemu łaciński tytuł. Bo STURMAST posiłkuje się przede wszystkim węgiersko-niemieckimi naleciałościami i takimiż tekstami (tylko jeden - do "Kraft" - jest po germańsku, pozostałe w języku potomków Huna Attili), stąd z początku parę osób na pewno będzie zdezorientowane kto to, skąd to i dlaczego właśnie tak. A ta hungarska kamanda z pełną premedytacją nagrała dźwięki, które w prosty sposób pokazują, jak ma brzmieć martial folk industrial. Nie jest ich wiele, bo cały album trwa raptem 35 minut z sekundami, ale to wystarcza, by pomieścić tutaj wszystkie cechy tej stylistyki. Od wzniosłych marszowych rytmów, poprzez odgłosy wojny i wołającego coś przez tubę mówcę, aż po hulaszcze przyśpiewki na ulicach miasta i folkowe rozpasanie. Na tym bardzo żywiołowym krążku królują przede wszystkim rytmika, bombastyczność, wszechobecny nastrój paniki i zagrożenia oraz odpowiednio dopasowane do tego sample sprzed kilkudziesięciu lat, a na dalszym, lecz nie mniej istotnym planie znaleźć można smaczki, na przykład w postaci melodii wygrywanych przez skrzypce, akordeon i przeróżne ludowe instrumenty. Z tej na pozór chaotycznej mieszanki wyszło o dziwo coś bardzo zwartego, spójnego i stanowiącego logiczną całość. Warto się przyglądać tej formacji w przyszłości, choć mam pewne obawy czy zdołają wyjść poza kanon współczesnego martial folk industrialu, jakiego w tej chwili dość sporo dookoła.
ocena: 7/10
www.coldmeat.se
www.myspace.com/sturmast
autor: Diovis


STORMFAGEL - "Ett Berg Av Fasa"
(CD 2007 / Cold Meat Industry)
STORMFAGEL to obok ROME wykonawca grający ten rodzaj muzyki, jaka do tej pory nie pojawiała się w katalogu wydawniczym Cold Meat Industry. Roger Karmanik wyrobił sobie markę wydając rzeczy głównie ze Skandynawii (generalnie z rodzimej Szwecji) i tylko od czasu do czasu gościł u siebie reprezentantów innych nacji. To sprawa dość istotna, chociaż ważniejsze jest to, że nigdy nie uginał się pod ciężarem trendów, a wręcz sam je kreował. Tymczasem obie przywoływane formacje, choć prezentują bardzo ciekawe dźwięki, zdają się w mniejszym lub większym stopniu podążać tropem całej masy istniejących projektów wrzuconych do szufladki pod tytułem "martial industrial". STORMFAGEL bronił się na swoim debiucie i broni się teraz tym, że do tygla swoich muzycznych fascynacji wrzuca też wpływy neoklasyczne i folkowe. Z tego misz-maszu wychodzą czasem rzeczy fascynujące, a czasem za dużo w tym czystego czerpania z tego, co robią inni. Słychać to na przykład w "I Cursed Each Tune", gdzie aż za bardzo "pachnie" twórczością ORDO ROSARIUS EQUILIBRIO. Słychać to w kilku fragmentach tej płyty, gdy Węgrzy usilnie próbują nadążać za tymi wszystkimi niemieckimi czy włoskimi projektami bazującymi na militarystycznych motywach i mieszaniu z sobą elementów industrialnych oraz neofolkowych. Trochę gryzą się z tym zawodzące skrzypeczki i nagłe przeskoki do grania bardziej bombastycznego i dopiero gdy STORMFAGEL próbuje znajdować swoją tożsamość, można powiedzieć, że wszystko gra. Mocnym atutem węgierskiego combo jest dysponująca silnym, mocno nacechowanym ludowością głosem Eva Mag i w momentach, gdy towarzyszą jej folkowe instrumenty i wybijająca rytm perkusja robi się wręcz zjawiskowo. Swoje robi po raz kolejny dość egzotycznie brzmiący dla naszego ucha język węgierski, w którym są te utwory zaśpiewane. Źle, że takich patentów jest tutaj ogólnie mało i po przebłyskach oryginalności słyszymy kopiowanie innych, nudno śpiewane utwory przez Andreasa, a już sample w języku niemieckim (na szczęście nieliczne) pasują tu jak ta przysłowiowa pięść do oka. Cóż z tego, że kilka kompozycji po prostu buja i wciąga, podczas gdy z tej na pozór łatwo przyswajalnej układanki wyłażą wszystkie niedociągnięcia, niekonsekwencja i szarpanie się między byciem modnym a poszukiwaniami nowej formuły? Jeśli tak dalej pójdzie, to po następnej płycie kolejnej szansy na stanie się jedną z najważniejszych formacji w katalogu CMI już pewnie nie będzie.
ocena: 5/10
www.coldmeat.se
www.stormfagel.com
www.myspace.com/stormfagel
autor: Diovis


SILENCE & STRENGTH - "Opus Paracelsum"
(CD 2006 / The Eastern Front)
Phillipus Aureolus Theophrastus Bombastus von Hohenheim, znany powszechniej jako Paracelus, był średniowiecznym naukowcem (wówczas tak się to oczywiście nie nazywało), a do historii przeszedł jako chemik, twórca nowych na tamte czasy lekarstw, przyrodnik, filozof, a przede wszystkim genialny alchemik i poszukiwacz Kamienia Filozoficznego, przez niektóre źródła określany mianem "Świetlistego Hohenheima". I to tej osobie żyjącej w XV i XVI wieku postanowił złożyć dźwiękowy hołd nieznany mi wcześniej, a pochodzący z Izraela projekt SILENCE & STRENGTH. Od razu przestrzegam, że płyta to niełatwa w odbiorze, wręcz alchemiczna i ezoteryczna. Często oparta wyłącznie na dziwnych wibracjach i poukładanych w znany tylko autorowi (autorom?) sposób samplach głosów. Przy pierwszym przesłuchaniu wręcz niestrawna i odrażająca. Przy kolejnych dająca wejść w wewnątrz świata magii jako takiej, ale też magii raz to eterycznych, raz hałaśliwych tonów i frekwencji. Bardzo awangardowa to pozycja i pewnie niewielu odbiorców zaciekawi. Nie tylko przez to, że zdaje się być dość odważnym eksperymentem, ale także ponieważ oddaje ona rytualny charakter poruszanej tu tematyki. Bo któż ma szersze pojęcie na temat tego, co tak naprawdę działo się w alchemicznym laboratorium? Czy rzeczywiście poświęcano tam ludzkie żywoty, by stworzyć Kamień, który miał moc transfiguracji i ożywiania zmarłych? Jakich doświadczeń tam dokonywano, by stworzyć materię lub by zamieniać jeden stan ciała w inny? Czy faktycznie powstawały tam na skutek błędów i wymieszanych w nieprawidłowych proporcjach zaklęć oraz tajemnych substancji różne mutanty, chimery i homonkulusy? Nie znajdziemy tu odpowiedzi na te pytania. W tej gmatwaninie dźwięków wszelakiej maści mamy jedynie próbę oddania klimatu tych tajemnych, przesyconych mistyką badań. Można też móc odrobinkę wejrzeć oczami wyobraźni w to, co działo się podczas nich i w to, co działo się w umyśle badacza. Przez całe 68 minut jesteśmy poddawani wszelkim próbom wytrzymałości na dźwięki rzadko kiedy poukładane w jakieś choćby drobiny melodii. Przykładem jest choćby czwarty na krążku utwór, który zbudowano głównie na chorobliwych odgłosach wytwarzanych ni to przez człowieka, ni to jakieś nieokreślone stworzenia. Zresztą pozostałe fragmenty także stawiają przed słuchaczem silne wyzwania i wzbudzają radykalnie różne odczucia. Przestrzegam więc i polecam najodważniejszym.
ocena: 7/10
www.theeasternfront.org
www.freewebs.com/silenceandstrength
autor: Diovis


STURMPERCHT - "Geister Im Waldgebirg"
(CD 2006 / Percht Records)
Nie ukrywam, że bardzo lubię ten projekt i czekałem na najnowszą płytę Austriaków. Jeśli słyszeliście poprzednie dokonania STURMPERCHT, to wiecie, czego można sięspodziewać. Szczerze mówiąc po pierwszym przesłuchaniu "Geister Im Waldgebirg" czułem się nieco zawiedziony i znużony, gdyż całość trwa ponad 70 minut, ale z każdym kolejnym kontaktem z muzyką STURMPERCHT coraz bardziej zaczynałem się do niej przekonywać. Oczywiście w dalszym ciągu mamy tu typowe, rdzenne alpejskie dark folki, z gitarką akustyczną, kotłami oraz męskimi wokalami obowiązkowo w języku niemieckim. Jest to muzyka, która najlepiej pasuje do wszelkiego rodzaju piwnych imprez, ale nie zabrakło też na najnowszym krązku bardziej spokojnych, nastrojowych dark folkowych ballad, typu "Der Knabe Im Moor" czy "Riesenbruder". Mimo wszystko jednak esencją STURMPERCHT są bardzo wesołe, rytmiczne i swojego rodzaju przaśne utwory emanujące radością grania, typu czwarty na trackliście "Kaiser Karl" - rewelacyjny, chwytliwy kawałek. Taki własnie STURMPERCHT uwielbiam i mogę słuchać godzinami! Chwilami muzyka nieco przypomina np. ALLERSEELEN, ale nie jest to absolutnie zarzut z mojej strony. Całość jest naprawdę całkiem fajna, ale... poza kilkoma utworami momentami płyta może lekko nużyć, więc trzeba mieć nieco samozaparcia, aby przebrnąć przez te 70 minut od początku do końca. Mimo wszystko jednak warto dać szansę muzyce Austriaków, gdyż jest ona naprawdę godna uwagi. Jeśli lubicie wesołe imprezy przy lejącym się piwie i nie straszne są Wam niemieckie wokale, to muzyka STURMPERCHT jak najbardziej się do takich imprez nadaje, dajcie jej tylko szansę.
ocena: 7/10
www.steinklang-records.at
autor: Tomasz Lewicki


SCALD - "Vermiculatus"
(CD 2006 / Code 666 & Vermitronic Systems & Foreshadow Productions)
Włoska firma Code 666 zazwyczaj sięga po zespoły nowatorskie, innowatorskie, z obrębów metalowej awangardy. Nie inaczej jest i tym razem, bo brytyjski SCALD w swojej twórczości ociera się o tak w sumie odmienne gatunki muzyczne, jak sludge, stoner rock, doom metal (no, te jeszcze mają ze sobą styczne), dark ambient, industrial i szeroko pojęte eksperymenty z dźwiękiem. "Vermiculatus" to drugi album tego zespołu i jednocześnie bardzo śmiałe kombinowanie w ramach wspomnianych odmian muzyki. Już samo to, że płytę wypełnia jedna, podzielona na dwie części kompozycja tytułowa może być odstraszająca niektórych odbiorców. Pierwsza odsłona to trwający około 24 minuty instrumentalny kolos, w którym muzycy nawiązują do wspomnianych już bardziej rockowych stylistyk, głównie do psychodelii, doom metalu, a nawet rytmicznych łamańców w stylu KING CRIMSON i łączą je w dowolny, znany tylko sobie sposób. Na bazie kilku podstawowych motywów improwizują, zmieniają tempo i udziwniają dźwięki, choć całość opiera się głównie na gitarach, basie i perkusji. Czasem może to przypominać dokonania innych Brytyjczyków z ESOTERIC, zaś chwilami bliżej im do formacji w rodzaju JESU czy NEUROSIS. Pierwsza część przechodzi płynnie w drugą, a zapowiedzią tego, co będzie się działo dalej (a jednocześnie też i swoistym ukojeniem zszarpanych nerwów) jest trzyminutowy fragment z monotonną partią pianina wspieraną przez powolny bit perkusji. W 27 minucie zaczyna się odlot: z perkusyjnego motywu pozostają tylko rytmiczne drony i noise'owe plamy. Z tego wyłaniają się z czasem delikatne, nakładane na siebie gitarowe flażolety. Całość snuje się i mamy do czynienia z senną, oniryczną, hipnotyzującą atmosferą. Improwizacjom zdaje się nie być końca i dopiero po 47 minucie można wrócić do rzeczywistości. Ale po tak niełatwej muzie jest trudno... Płyta dla wymagających i otwartogłowych słuchaczy, którym nieobce są dokonania ekstremalnych awangardzistów. Nie da się też zaprzeczyć, że pozycja to na swój sposób intrygująca.
ocena: 7/10
www.code666.net
www.scald.me.uk
www.vermitronic.me.uk
www.vermiculatus.me.uk
autor: Diovis


SERPENTORIA - "Withering Hopes"
(CDR 2006 / Via Nocturna)
Ze słowami, które teraz napiszę z pewnością nie zgodzi się niejeden fan czy też niejedna fanka muzyki spod znaku dark ambient czy dark wave, ale ja osobiście uważam, że polska scena wypada pod tym względem blado w porównaniu z wieloma innymi krajami. Dużo jednoosobowych projektów (a one stanowią gro tego typu przedsięwzięć) zaprzestało swojej działalności wypuszczając raptem jedno czy dwa cienko brzmiące dema, gdyż nagle stwierdzili, że "nikt ich nie kocha" lub ich przeznaczeniem jest granie czegoś zupełnie innego (już oni wiedzą kogo mam na myśli ;). Z kolei kilka innych inicjatyw przeznaczone jest według artystów tylko elitarnej grupie słuchaczy, którzy nie mają nic wspólnego ze sceną metalową. Wyjątki w rodzaju firmy Beast Of Prey, która skupia wokół siebie przeróżne projekty i nie obawiała się nigdy postawienia sobie poprzeczki gdzieś ponad tym wszystkim potwierdza tylko, niestety, tę regułę. Szczęśliwym trafem zdarzają się przypadki w rodzaju SERPENTORII - projektu stojącego gdzieś zupełnie obok i tworzącego dźwięki, którym daleko jeszcze do mistrzostwa świata, ale nie to jest moim zdaniem celem obranym przez człowieka stojącego za "Withering Hopes". Bo dziewięć kompozycji składających się na ten limitowany do 100 egzemplarzy krążek wytwarza przede wszystkim KLIMAT. Raz bardziej melancholijny, raz bardziej przerażający, a jeszcze w innych fragmentach stawiający na swoisty trans, który dla sceptyka będzie tylko czymś, co określa się jako monotonię. Od tej strony trzy kwadranse muzyki można uważać za udane, choć od strony wykonawczej i technicznej słychać jeszcze pewne niedociągnięcia, jakie da się wyłapać przy uważnym odsłuchu. Zaznaczam tu, że nie chodzi mi o świadomy minimalizm tych dźwięków opierających się głównie na tonach pianina i syntezatorów, a raczej o zbyt małą liczbę środków, które wykorzystał twórca. Przy obecnych możliwościach studyjnych (nawet jeśli jest to tylko keyboard plus komputer z odpowiednim oprogramowaniem), nawet taki klimatyczny dark ambient wymieszany z muzyką spod znaku neoclassical może zabrzmieć potężniej i pełniej niż na "Withering Hopes". Choć z drugiej strony, jeśli kogoś czarują wciąż pozbawione rozmachu, lecz specyficznie fascynujące dokonania MORTIIS'a (niekoniecznie te najwcześniejsze, ale też na pewno nie mam na myśli tych nowszych), WONGRAVEN lub PAZUZU, to SERPENTORIA sprawi, że tajemnicze światy pełne mroku, magii i upiorów staną ponownie otworem. Pozostali mogą tę przygodę sobie darować, bo i tak stwierdzą, że to nuda, plumkanie lub używając bardziej górnolotnego sformułowania, soniczna grafomania.
ocena: 6/10
http://serpentoria.com
info@serpentoria.com
www.via-nocturna.tk
via_nocturna@vp.pl
autor: Diovis


STORM OF CAPRICORN / PARANOIA INDUCTA - "Jama"
(CD 2006 / Beast Of Prey)
Oba projekty gościły już w progach Beast Of Prey, a to za sprawą różnego rodzaju splitów. Francuski STORM OF CAPRICORN znalazł się na jedynym swego rodzaju wydawnictwie "Hopes Die In Winter", a PARANOIA INDUCTA dzieliła między innymi produkcje z NIEGRZECZNĄ PENSJONARKĄ oraz MOAN. Tym razem spotkały się ze sobą na kolejnym specyficznym przedsięwzięciu poświęconym dramatowi bałkańskiego świata. Inspiracją był wiersz pt. "Jama" (stąd tytuł tego cedeka) autorstwa chorwackiego poety Gorana Kovacica zamordowanego podczas II Wojny Światowej. STORM OF CAPRICORN postanowił eksplorować ten temat od strony tekstowej, ilustrując je muzyką z pogranicza dark ambientu i eksperymentalnej muzyki zbliżonej nieco do dokonań norweskiego ILDFROST. Jeden z utworów ("Jama - Only Oaths and Bawdy Yells") z żeńsko-męskimi wokalizami to już prawie czysty dark wave z symfonicznymi naleciałościami. Z kolei projekt Destroyera dorzucił do dźwięków z kręgu industrialno-ambientowego sample różnych pieśni pochodzących z tamtego regionu. Najwyraźniej jest to słyszalne w kompozycji "Wounds", gdzie obok wokaliz mamy również podkład zagrany na oryginalnych instrumentach z rejonu Bałkanów. Dodaje to specyficznego smaczku całości, a sam pomysł oraz wykonanie zgrabnie podkreślają charakter tego wydawnictwa. Mam jednak pewne obawy, czy idea spotka się ze zrozumieniem miłośników czystego gatunkowo industrialu, ambientu czy też neo-folku, gdyż w tym przypadku granice między tymi stylistykami zacierają się i zmieniają jak w kalejdoskopie. Taka przekładanka wymaga kilku przesłuchań, ponieważ z początku wszystko zdaje się być nieco mętne i zagmatwane. Obserwując jednak rynek wydawniczy trzeba przyznać, że "Jama" to swoiste novum i pewnie już wkrótce ukażą się kolejne wydawnictwa tego typu, a oba projekty będą mogły się czuć swoistymi prekursorami w podejściu do tej materii. Na koniec dodam, że do każdego albumu dołączono pomysłowo zrobione pocztówki oraz zdjęcie.
ocena: 8/10
http://keroznene.phpnet.org/stormofcapricorn/
www.paranoia-inducta.com
www.beastofprey.com
autor: Diovis


STURMPERCHT - "Der Marsch der Wampelerreiter / Viel volle Becher klangen"
(7" EP 2005 / Percht Records)
Średniowiecznych pieśni ciąg dalszy. Austriacki STURMPERCHT już niejednokrotnie miał możliwość zaskakiwać nas swoimi jakże oryginalnym i typowo rdzenno - alpejskim klimatem, ale to co zaprezentowali nam Austriacy na tej o jakże łatwym do zapamiętania tytule epce po prostu zwaliło mnie z nóg. Tylko dwa kawałki o czasie raptem nieco ponad 10 minut, ale jakże intensywne, pełne energii, polotu i zarazem piękne. Niewątpliwym plusem jest wstąpienie w szeregi STURMPERCHT nowego muzyka - Axla Franka znanego z WERKRAUM, co niewątpliwie sprawiło, iż muzyka STRUMPERCHT nabrała jeszcze większej świeżości. W zasadzie bardzo trudno jest opisać te dwa utwory słowami - tego trzeba posłuchać samemu, choć doskonale zdaję sobie sprawę, iż wielu przy kontakcie z tą epką będzie miało mieszane uczucia. Pierwszy utwór to jakby wyciągnięta z jakiegoś starego strychu wiekowa pieśń z całą masą instrumentów dętych, bębnów oraz oczywiście jakże specyficznego wokalu obowiązkowo w języku niemieckim. Znakomity refren jak również swoista rytmika utworu sprawiają, że można się naprawdę świetnie pobujać w rytm muzyki STURMPERCHT. Szczególnie epka ta pasuje do jakieś wesołej, zakrapianej imprezy w miłym towarzystwie. Nie będę silił się na porównania, gdyż to co zaprezentowali nam Austriacy maksymalnie odbiega od wszelkiej konwencji. Jedynym określeniem tych dźwięków może być: rdzenny, alpejski martial / dark folk z naleciałościami obrzędowo - mitologicznymi - chociaż wiem, ze brzmi to dość dziwnie. Drugi utwór na tym vinylu, to z kolei bardziej spokojny i wolniejszy kawałek, jednak tak jak w przypadku poprzednika utrzymany w podobnej, alkoholowej konwencji rodem z lat 50-tych. Specyficzny klimat, który wierzcie mi na długo zapada w pamięć. Naprawdę bardzo dobry materiał, który jednak polecam otwartogłowym i osobom otwartym na zdecydowanie bardziej dziwne i odbiegające od wszelkiego gatunku muzyczne klimaty. Dodam jeszcze, że "Der Marsch der Wampelerreiter..." został wydany w limitowanej edycji 365 kopii. Polecam!!
ocena: 8/10
www.steinklang-records.at
autor: Tomasz Lewicki


STORMFAGEL - "Den Nalkande Stormen"
(CD 2005 / Cold Meat Industry)
Dziwna i wyjątkowa zarazem jest to płyta. Można by nawet rzec, że kompletnie nie pasująca do stylistyki wydawniczej Cold Meat. Nie jest bowiem kolejny darkambientowy krążek, lecz najwyższych lotów połączenie neofolku / martial / military, a nawet neoclassic! W zasadzie bardzo trudno jest scharakteryzować ten album słowami. Zaczyna się dość spokojnie - od pieśni, w której to wokalistka raczy nas jakże pięknym wokalem (w języku węgierskim!), dalej jednak jest jakby bardziej zadziornie, ale zarazem jakże pięknie. W muzyce STORMFAGEL dominują wybijające rytm bębny, które w połączeniu z pozostałym instrumentarium oraz wokalami (zarówno męskim, jak i kobiecym) sprawiają, że ja przynajmniej zostałem oczarowany tym albumem. Trzeba zaznaczyć, że całość jest bardzo rytmiczna, melodyjna i na swój sposób przebojowa, dzięki czemu trudno jest się oderwać od dźwięków płynących z "Den Nalkande Stormen". Z pewnością jest to jeden z tych albumów, które bardzo trudno jest opisać słowami tak, aby przedstawić pełny urok muzyki na nim zawartej i zdaję sobie sprawę, że nie każdemu może ten krążek popularnie mówiąc "wejść bez popitki". Momentami kompozycje bowiem są jakby bardziej romantyczne, przesiąknięte nutką melancholii i swoistego dekadentyzmu, po czym klimat zmienia się na bardziej neofolkowo - militarno - martialny - mi osobiście kojarzący się chwilami z dokonaniami CAWATANY. Całość jest bardzo wciągająca i zarazem pełna świeżości, której tak bardzo brakuje wielu podobnym krążkom. Słucham tej płyty już dobre parę tygodni i w dalszym ciągu brzmi ona rewelacyjnie. Jeśli jednak miał bym wskazać faworytów na tym albumie, to były by to utwory "A Jo Lovas Katonanak" - świetny pełen grzmiących werbli i bębnów kawałek z niesamowitym wokalem i refrenem, oraz "A Poison Tree" - bardzo melodyjny, neoklasyczny kawałek z męskim wokalem, werblami oraz klawiszami - rewelacja! Co tu dużo mówić - jestem naprawdę wręcz oczarowany tym materiałem i jak dla mnie jest to najlepszy materiał jaki w ostatnim czasie wydał Cold Meat! Można by porównać muzykę STORMFAGEL na przykład do wczesnej twórczości BLOOD AXIS, THE MOON LAY HIDDEN BENEATH A CLOUD, czy tez momentami do wspomnianej już wcześniej CAWATANY, ale godne podkreślenia jest, że album ten jest niezwykle świeży i oryginalny, tak więc nie można tu mówić o żadnym naśladownictwie. Aby jakoś zebrać do kupy tą moją bezładną pisaninę, powiem tylko, że "Den Nalkande Stormen" jest naprawdę znakomitym albumem, po który bez najmniejszego zawahania powinni sięgnąć wszyscy miłośnicy dobrej, oryginalnej muzy! Jak dla mnie jeden z najlepszych albumów 2005 roku!
ocena: 8,5/10
www.coldmeat.se
autor: Tomasz Lewicki


SEKTION B - "Power is Nothing Without Control"
(CDR 2005 / Steinklang Live)
Steinklang Live jest obok Agitprop Records i Percht Records kolejnym pododdziałem Steinklang Industries - widać Max (szef Steinklang) działa bardzo prężnie i ma w swojej głowie całą masę pomysłów. "Power is Nothing Without Control" jest zapisem koncertu, jaki zaprezentował SEKTION B w Berlinie w 2002 roku, jednak dopiero teraz ujrzał światło dzienne. W skład owej płytki wchodzi 10 kompozycji, co daje nam ponad 40 minut bardzo intensywnej i dla wielu pewnie niestrawnej mieszanki harsh noise / power electronics. Co prawda początek jest jeszcze całkiem łagodny, za to kolejne utwory przynoszą prawdziwe soniczne tortury. Ostre, przesterowane dźwięki bez większej rytmiki, za to z całą masą wrzasków i krzyków oczywiście w języku niemieckim. Całość, jak już wspomniałem, jest bardzo intensywna i poraża wręcz swoją mocą i energią. Bardzo wysokie częstotliwości, które z czasem mogą wywołać co najwyżej ból głowy piętrzą się i kumulują sprawiając, że wiele osób na pewno nie będzie mogła przebrnąć przez cały materiał, notabene sam miałem mały problem, aby wysłuchać tego "koncertu" od początku do końca. Całość dość mocno przypomina dokonania innych niemieckich przedstawicieli noise / power electronics: FLUTWACHT, ANTRACOT, ATROX, TORMENTUM itd. Z pewnością jest to krążek przeznaczony dla "miłośników" ostrych, ekstremalnych dźwięków, i tymże osobom polecam SEKTION B w ciemno, reszcie natomiast odradzam, gdyż możecie nabawić się bólu głowy i nic poza tym. Zaznaczę jeszcze, że materiał ten jest limitowany do 100 ręcznie numerowanych kopii.
ocena: 6,5/10
www.steinklang-records.at
autor: Tomasz Lewicki


SEPHIROTH - "Draconian Poetry"
(CD 2005 / Cold Meat Industry)
SEPHIROTH zawsze stał trochę w cieniu innych dark ambientowych projektów nagrywających dla Cold Meat Industry: RAISON D'ETRE i DESIDERII MARGINIS. A w sumie szkoda, bo pomimo cech wspólnych, w dźwiękach tworzonych przez Ulfa Soderberga było o wiele więcej inspiracji starożytnymi kulturami, mitami i miejscami, które artysta odwiedzał podczas swoich licznych wędrówek. Inna rzecz, że od ostatniej płyty pod szyldem SEPHIROTH, "Cathedron", minęło sześć długich lat i niektórzy zdołali zapomnieć o istnieniu tego projektu. Ale wracając już do najnowszego dziełka, "Draconian Poetry", to tak jak na poprzednim, Ulfowi udało się połączyć elementy elektroniki z autentycznymi dźwiękami nagranymi przez niego podczas wojaży po świecie, a wszystko to wzbogaca jeszcze specyficzna rytmika. Fragmenty z rytualnymi, jakby afrykańskimi bębnami przeplatają się z długimi, czasem nastrojowymi, a czasem melancholijnymi pasażami, choć i one nie powodują u odbiorcy wrażenia nudy czy senności, a przynajmniej nie powinny. Bardzo mi się podoba, jak Mr. Soderberg skonstruował swój nowy album. Na początek kładzie nacisk na rytm ("The Call of the Serpent"), by po chwili uspokoić i wyważyć klimat ("Dark Garden") i po kilku minutach powrócić do plemiennych inspiracji ("Uthul Khulture"), a w każdej sekundzie czai się mrok i duch zapomnianych miejsc (jak np. w "A Map of Eden Before the Storms"). Czuć w tym talent twórcy do przechwytywania emocji, które pozornie tylko uległy destrukcji wraz z upadkiem danej cywilizacji i gdzieś tam między rytmicznym pulsowaniem bębnów, a melancholią i tęsknotą pozostawił echa własnych wrażeń, gdy wędrował wśród egipskich piramid, bezdroży Islandii czy bezkresnych lodowców Antarktydy. Prawdziwą perłą tego wydawnictwa jest zamykający całość "Now Night Her Course Began", w którym nastrój osamotnienia sięga zenitu. Tu już nie ma miejsca na człowieka i jego destrukcyjne zapędy, tu słychać już tylko odgłosy Natury oraz inkantacje ludzi budujących cywilizację zgodną z wszystkim, co zostało stworzone, zanim na Ziemi pojawiła się pierwsza istota ludzka.
ocena: 9/10
www.coldmeat.se
autor: Diovis


STAHLWERK 9 / RASTHOF DACHAU - "The Final Resistance"
(CDR 2005 / Agitprop Records)
Jedną z najświeższych pozycji w katalogu austriackiej firmy Agitprop Records jest split dwóch uznanych już i cenionych przez wielu projektów STAHLWERK 9 oraz RASTHOF DACHAU. Dla niewtajemniczonych nadmienię, iż wspomniany wyżej label jest pododdziałem Steinklang Records, w którym to sygnowane są pozycje z udziałem właśnie STAHLWERK 9. "The Final Resistance" jest poniekąd kontynuacją drogi obranej na "A.R.S.", gdzie obok wymienionych wyżej projektów "maczał palce" także ATROX. Co prawda początki tego materiału sięgają 2003 roku, lecz dopiero teraz całość materiału została dokończona i możemy zapoznać się z efektem tej kolaboracji. Przechodząc zatem do rzeczy, czyli do zawartości "The Final Resistance", to krążek ten przynosi nam nieco bardziej lżejsze dźwięki, niż te do których mogliśmy się przyzwyczaić przy kontakcie z poprzednimi materiałami tych projektów. Oczywiście w dalszym ciągu mamy tu połączenie muzyki industrialnej, noise'owej oraz elementów power electronics, ale całość jest w miarę wyważona i podana w nie męczący dla słuchacza sposób. Dźwięki już nie "kłują" tak mocno, więcej tu stonowanych, maszynowych struktur, które ogólnie prezentują "The Final Resistance" w całkiem niezłym świetle. Rzecz jasna dalej mamy ostre, "twarde" niemieckie wokale, które chwilami są dopełniane przez wszelkiej maści militarne sample, które nadają całości jeszcze większego wydźwięku. Poprzednie płyty tych projektów były skierowane w zasadzie wyłącznie dla miłośników ostrych, hałaśliwych burczeń i trzasków, lecz w tym przypadku split ten mogę z czystym sumieniem zaproponować także wszystkim tym, którzy zamiast dużej dawki hałasów preferują bardziej apokaliptyczne klimaty. "The Final Resistance" nie jest może jakimś przełomowym dziełem, ale słabych stron w zasadzie nie posiada. Na zakończenie dodam jeszcze, że krążek ten jest limitowany do 150 sztuk, tak więc radzę się pospieszyć.
ocena: 7/10
www.steinklang-records.at
autor: Tomasz Lewicki


SOPHIA - "Deconstruction of the World"
(CD 2004 / Cyclic Law)
Pomimo tego, że album ten ukazał się już jakiś czas temu, to jednak dopiero niedawno dane mi było się z nim zapoznać. Tak się bowiem składa, że płyty wydawane przez kanadyjski label Cyclic Law nie są niestety zbyt dostępne w naszym kraju, a wielka to szkoda. Projektu SOPHIA nie trzeba chyba nikomu przedstwiać, odpowiedzialny za niego jest Peter Petterson, znany doskonale z ARCANA, chociaż dźwięki są zupełnie odmienne. Po odejściu z Cold Meat SOPHIA na swoim ostatnim albumie prezentuje nam styl, znany doskonale z poprzednich wydawnictw. Są zatem wojenne, grzmiące kotły uzupełnione o mroczne pejzaże i oczywiście wokal Petera. Całość poza tym zawiera nieco podniosłej, patetycznej wagnerowskiej atmosfery, tak więc słucha się tego materiału po prostu rewelacyjnie. Poszczególne kawalki są zrobione z głową i sprawiają, że nastrój wojny jaki płynie z głośników jest imponujący. Obok ostrych, industrialnych i pompatycznych hymnów, mamy również na krążku kilka o wiele bardziej spokojnych, nastrajających do zadumy kawałków, które znakomicie wpasowują się w całość. Taki właśnie militarny industrial lubię najbardziej i bluźnierstwem z mojej strony było by, jeśli nie polecał bym tego albumu. SOPHIA po prostu miażdży i sprawia, z każdą sekundą tej płyty coraz bardziej mi się ona podoba. Peter zdecydowanie zrobił krok na przód i udowodnił, że jest absolutnie w ścisłej czołówce pancernego grania. Nowością jest wykorzystanie w kilku kawałkach różnych militarnych sampli, oraz co ciekawe, chórów gregoriańskich, dzięki czemu "Deconstruction of the World" jest bez wątpienia jedną z lepszych militarnych płyt, jakie ukazały się ostatnimi czasy. Wielbicielom takich projektów, jak: ARDITI, KARJALAN SISSIT, TURBUND STURMWERK polecam nowy krążek SOPHII w ciemno i bez mrugnięcia okiem. Rewelacyjna płyta bez dwóch zdań!!
ocena: 8/10
www.cycliclaw.com
autor: Tomasz Lewicki


SOSTRAH TINNITUS - "Les Débris de l'été"
(CD 2005 / Beyond Productions)
Zapewne jeśli miało by się wskazać kraj, w którym występuje najwięcej firm wydawniczych z gatunku dark ambient, industrial itp., to z pewnością można wskazać na Włochy - państwo, w którym funkcjonuje kilkadziesiąt małych labeli. Jednym z nich jest Beyond Productions - wydawnictwo, które wypuściło niedawno na światło dzienne nowy album włoskiego projektu SOSTRAH TINNITUS. Mogę się założyć, że bardzo mało osób (jeżeli w ogóle ktokolwiek) kojarzy ten zespół. "Les Débris de l'été" jest drugim albumem w dyskografii tego projektu, który przynosi nam godzinę bardzo mrocznego i tajemniczego dark ambientu. To jedna z tych płyt, w których nie mamy żadnych rytmów, wokali i tym podobnych rzeczy, a jedynie ambientowe nałożone na siebie plamy dźwiękowe, które sprawiają, że słuchacz zostaje wręcz zahipnotyzowany i przeniesiony w odmienne stany świadomości. Co prawda, SOSTRAH TINNITUS nie prezentuje nam nic szczególnego i odkrywczego, lecz jedynie kolejną mroczną, dark ambientową płytę, ale mimo wszystko słucha się tego krążka całkiem nieźle. W zasadzie jedynym rozsądnym określeniem muzyki tego projektu jest określenie izolacjonistyczny dark ambient i na dobrą sprawę mogło by już być po recenzji. Oczywiście, są obowiązkowe dla tego gatunku szumy, buczenia i wszelkiej innej maści pełne grozy i leku dźwięki, gdzieniegdzie mamy wplecione delikatne smutne rytmy wygrywane na pianinie i niewiele więcej. "Les Débris de l'été" zapewne bez większych problemów nadawał by się jako soundtrack do filmu grozy, gdyż klimat, jaki wytwarza ta płyta może przywodzić na myśl dokonania chociażby SVARTSINN, HERBST 9, a nawet H. NORDVARGRA B., tak więc już doskonale wiadomo o co chodzi. Krótko mówiąc krążek jak ulał pasujący do pogody za oknem i do długich jesienno - zimowych wieczorów. Wielbicielom mrocznego i grobowego dark ambientu polecam dokonania SOSTRAH TINNITUS, chociaż z drugiej strony nie jest to płyta roku.
ocena: 6/10
www.beyondprod.com
autor: Tomasz Lewicki


SATOR ABSENTIA - "Mercurian Orgasms"
(CD / Dark Vinyl)
Tak się składa, że SATOR ABSENTIA jest zespołem stosunkowo mało znanym w naszym kraju. Część osób może kojarzyć ten projekt chociażby z kooperacji ze znanym i cenionym szwedzkim NO FESTIVAL OF LIGHT, ale zapewne niewielu było dane zaznajomić się z muzyką SATOR ABSENTII. Gwoli wyjaśnienia wspomnę, iż głownym odpowiedzialnym za ten projekt jest Cedric Codognet - znany z działalności w ASMOROD. "Mercurian Orgasms" jest drugim pełnym albumem w dorobku pana Cedric'a, a wydany został w uznanym niemieckim labelu Dark Vinyl. Muzyka, jaką przynosi ten krążek, to wysokich lotów bardzo mroczny i pełen tajemniczości dark ambient wypełniony całą masą przeróżnych szumów, buczeń i pulsacji, które z każdą kolejną sekundą "wpełzają" w każdy zakamarek, wytwarzając jakże specyficzną i pełną grozy atmosferę. Momentami do naszych uszu dochodzi brzmienie skrzypiec, które raz po raz wydobywają z siebie zaklęte i mroczne rytmy, które bardzo dobrze współgrają z całością. Każda z sześciu kompozycji na "Mercurian Orgasms" posiada swój specyficzny charakter i sprawia, że całośc brzmi bardzo świeżo i ciekawie. Muzyka jest na swój sposób czarująca, ale zarazem pełna smutku i cierpienia. Mi osobiście momentami dżwięki zawarte na tej płycie przypominają dokonania chociażby NORTHAUNT - ten zimny i ponury klimat, który bez litości przenika przez ludzki umysł, powodując nastrój grozy i lęku. Nie ma większego sensu rozpisywac się nad tym materiałem, bez dwóch zdań krążek jest przeznaczony bardziej dla wielbicieli mrocznego i złowieszczego dark ambientu, niż dla miłośników neofolku, ale naprawdę warto po niego sięgnąć. Płyta w sam raz polecana na długie i ciemne jesienne wieczory. Krążka może nie nazwałbym jeszcze wybitnym, ale słabych punktów też nie posiada.
ocena: 7/10
www.darkvinyl.de
autor: Tomasz Lewicki


SUNAO INAMI - "An Impulse Of Acoustic"
(CD 2005 / Electr-ohm)
Nie często zdarza się, aby do mych rak wpadła płyta pochodząca z Japonii. Nie licząc oczywiście potężnej sceny harsh noise'owej, ciężko do tej pory było dostać krążek z tego kraju, a tym bardziej z muzyką elektroniczną. SUNAO INAMI jest właśnie japońskim przedstawicielem nieco bardziej elektronicznych klimatów, twórca ten ma już na swoim koncie wiele pozycji, zarówno pełnych płyt, jak również wszelkiego rodzaju płyt koncertowych itp. "An Impulse Of Acoustic" jest najnowszym dziełem tego pana, lecz niestety od razu muszę stwierdzić, iż nie przekonał mnie ten materiał. Wielkim fanem muzy elektronicznej ja nigdy nie byłem, tym bardziej miałem straszny problem, aby przebrnąć przez te prawie 70 minut walcowatej muzy. Wbrew pozorom nie jest to płyta stricte z klimatów electro, lecz jak dla mnie bardziej eksperymentem muzycznym. Podstawą muzyki SUNAO INAMI są elektroniczne podkłady, jednak nie ma tu żadnej większej rytmiki, ani dźwięków podobnych do tych, jakie tworzą chociażby HOCICO, DAS ICH, czy SUICIDE COMMANDO. Ta płyta pełna jest wszelkiej maści eksperymentalnych, elektronicznych dźwięków, uzupełnionych gdzieniegdzie o jakieś pseudo wokale (bardziej przypominające pomruki). Płyta osadzona jest w dość średnich i wolnych tempach, przez co po jakimś czasie najzwyczajniej w świecie nuży i mam ochotę jak najszybciej wyciągnąć ten krążek o odtwarzacza. Nie ma tu żadnych złożonych struktur dźwiękowych, ani innych ciekawszych smaczków, lecz po prostu, co tu dużo ukrywać, zwykłej, przeciętnej elektronicznej muzy, która mogę się założyć nie zainteresuje większego grona wielbicieli muzyki ambientowo - industrialnej. Jak dla mnie kolejna bardzo przeciętna płyta, która tylko ląduje na półkę.
ocena: 4/10
www.cavestudio.com/electr-ohm
autor: Tomasz Lewicki


SWAN CHRISTY - "A Decent Album"
(CD 2005 / Black Lotus Records & Conquer Records)
Po poprzednim albumie SWAN CHRISTY zatytułowanym "Julian" miałem spore obawy co do strawności zawartości muzycznego tego najnowszego. Bo z jednym muszę się zgodzić jak chodzi o słowa umieszczone na promocyjnym egzemplarzu przez wydawcę: że SWAN CHRISTY podąża samotną drogą i nadaje nowe znaczenia takim słowom jak "progresywny", "przełomowy" czy "innowacyjny"." I jest przy tym nieprzewidywalny i przez to też ciężkostrawny, zwłaszcza dla fanów cięższych dźwięków. Właściwie to nie potrafię opisać "A Decent Album" słowami, które miałyby jedno jasne znaczenie dla czytających tę recenzję. Grecki kwartet obraca się w muzycznych regionach, które są bardzo różnie, a jednocześnie wiążą się z sobą w jedną całość dzięki umiejętności aranżowania muzyki. W końcu to już piąty album w dyskografii SWAN CHRISTY... Jeśli jednak użyć tu terminologii muzycznej, słychać na tym kawałku srebrnego plastiku i elementy trip-hopu, jazzu, ambientu, a czasem po prostu ambitnego popu. Zdecydowanie najwięcej tu elektroniki, coś w tle hałasuje w na pozór spokojnych kawałkach, coś pomrukuje, coś przeszkadza, niszczy harmonię i to też element, który sprawia, że słucha się tej płyty z jakimś nieokreślonym niepokojem. Jeśli pojawia się na przykład partia pianina lub gitary, to też jest powykręcana i powyginana na różne sposoby. Twórcy bawią się również głosami i w takim otwierającym album "Rehearsal Recording" jest to najbardziej widoczne i przypomina mi to te najdziwniejsze utwory TALKING HEADS lub DEVO. Nie jest łatwo przebrnąć przez tę trochę usypiającą i jednocześnie wciągającą płytę, ale jest w niej też coś, co odstrasza i nie sprawia, że czeka się na kolejne spotkanie z dźwiękami. Myślę, że w swojej własnej jednoosobowej lidze Grecy nie mają sobie równych, ale zastanawiam się do kogo jest adresowana ich muza, lecz chyba jednak do kogoś dociera, bo nadal nagrywają, a wydawca wciąż w nich wierzy i wspiera na ile może.
ocena: 6/10
www.black-lotus-recs.com
www.conquerec.com
autor: Diovis


SHANNON - "Tchort Vee Scoont Folk!"
(CD 2005 / własna produkcja zespołu)
SHANNON powinien być znany fanom metalu chociażby dzięki postaci bodhranisty Marcusa Kwadransa (vel Vuere) udzielającego się także w zacnych folkmetalowych formacjach NON OPUS DEI i drzewiej VOLFENKREUZ (no czy ja wiem, czy NOD gra folk metal w tej czystej postaci? - dop. Diovis). SHANNON też wciąż kojarzony jest z solidnym wykonawstwem szeroko rozumianego folku celtyckiego. Nie należy oczywiście spodziewać się po SHANNONIE soczystych, pogańskich dźwięków Wilczego Krzyża czy NOD, bo to nie ten klimat... Nowa płytka, której już tytuł wskazuje, że należy spodziewać się pewnego jaja (poza tym ten, kto choć raz był na pubowym koncercie SHANNONÓW to wie, że taki gig jest z reguły jednym wielkim jajem) - tak też w pewnym sensie jest... Już pierwszy kawałek śpiewany po francusku i z folkiem celtyckim mający w gruncie rzeczy niewiele wspólnego (bardziej już z... funky/jazzrockiem) jest zdecydowaną odskocznią od tego, co Shannon do tej pory nagrywał. Dalej celtyckiego grania pojawia się już więcej, ale wciąż jest to z jednej strony solidne folk-rockowe granie na bazie Celtów, a z drugiej coraz większe odejście w kierunku komercji. Dajcie Bogowie oczywiście, żeby tak właśnie wyglądała komercyjna muzyka w Polsce ale po "Tchort Vee Scoont Folk!" mam uczucie jak po nowych płytach METALLICY - że to już nie to. Technicznie dobrze (chociaż SKYCLAD'a, który podobne rzeczy grał X lat temu nie przeskoczyli), pomysł na połączenie jazzu, folku, bluesa i rocka oczywista niekiepski, ale... Z drugiej strony prawa rynku są nieubłagane, a nie każdy jest AC/DC czy IRON MAIDEN, które mogą sobie na niezmienianie stylu pozwolić. Na pewno też SHANNON dorównał zachodnim kapelom celt-folkrockowym - podobne pomysły (czytaj: podobną ideę łączenia styli) słyszałem m.in. u bretońskich GUICHEN'ów czy świetnej asturyjskiej grupy FELPEYU. Momentami też SHANNON zapodaje tak zwany muzyczny wygłup niczym ukraińska OT-VINTA (np. w kawałku "Danny Boy" będący pastiszem country i bluesa). Jest też trochę rocka (np. "Mescalito"), trochę komercyjnego jazzo-r'n'b ("Paddy's Lamentation"). Niezły jest ostatni kawałek "Robot Pipes" - to już światowej klasy (w każdym razie np. KILA by się nie powstydziła) etno oparte na starym, dobrym celtyckim brzmieniu - szkoda, że właśnie takich kawałków nie zagrali trochę więcej! Słowem - dobra komercyjna płyta lecz wolę SHANNON na żywo w pubie - albo wcześniejsze płyty.
ocena: 8 (za produkcję i technikę), 6 (za klimat)
autor: V.Ziutek


[SITD] - "Stronghold"
(CD 2003 / Accession Records)
Projekt SITD - co tu kryć - nie był mi wcześniej znany. Płyta "Stronghold", która gościła w moim odtwarzaczu, wywołała u mnie trochę mieszanych uczuć. Muzyka tworzona przez SITD, to zapodane w czystej formie electro, należy dodać, że bez żadnych urozmaiceń czy powiązań z innymi gatunkami muzycznymi, co raczej nie działa na korzyść materiału. Moim zdaniem utwory opierają się na inspiracji dokonaniami DAS ICH czy HOCICO, ale w bardzo ubogiej wersji. Oczywiście z muzyką mieszają się i wypełniają męskie wokale, połączone z samplami i pogłosami. Ogólnie płyta nie bardzo przypadła mi do gustu. Pierwszy kawałek na płycie brzmi jak dla mnie zbyt irytująco, gdyż przynosi skojarzenia do zwykłego tendencyjnego techno... Utwór oparty jest na modulowanych wokalach, czego ja osobiście baaardzo nie lubię. Kolejne 9 kawałków upływa dosyć nudno, burcząco, brzęcząco jak to elektro... ale zbyt nudno. Brakuje "powera", zadzioru i życia. Co nie oznacza, że nie da się przesłuchać tej płyty. Da się przez nią przebrnąć, ale nie bardzo chce się powrócić.
ocena: 5/10
autor: Trinity


STILLSTAND - "Shein"
(CDR 2005 / Blade Records)
Ostatnio coraz częściej zaczynam się zastanawiać co kieruje ludźmi z Blade Records, że wypuszczają w świat tak bezpłciowe płyty. Po raz kolejny także okazuje się, że warstwa wizualna krążka zastępuje muzykę. Otóż opisywany właśnie STILLSTAND wydany został w dwóch różnych wersjach, zarówno w bardzo niekonwencjonalnym i miłym dla oka opakowaniu - mamy tu dwie sklejone, kolorowo pomalowane deseczki, (trzeba przyznać, że wygląda to całkiem nieźle), w limicie 100 sztuk, oraz w zwykłej kopercie z kolorową wkładką w ilości 20 egzemplarzy. Jednak opakowanie zdecydowanie przewyższa stronę muzyczną. Wytwórnia reklamuje krążek jako eksperimental dark ambient, jednak, to co otrzymujemy jest naprawdę bardzo niskich lotów. Dla formalności zaznaczę, iż jest to niemiecki jednoosobowy projekt, dla wielu z pewnością nieznany. Jeśli chodzi o muzykę zawartą na "Schein", to wszystkie 7 kompozycji jest równie nudnych i usypiających niczym obrady Sejmu. Wszystko wlecze się jak flaki z olejem, brak jest na tym krążku ładu i składu. Do tego drobne elektroniczne popiskiwania i innej maści pitolenia doprowadzają mnie do szału. Brak tu absolutnie pomysłowości i energii. Ponadto twórca chyba sam nie wie co zamierza robić, gdyż łączenie wszystkich gatunków, począwszy od ambientu, przez elementy industrialu i pojedyncze elektroniczne wstawki nie przynoszą nic dobrego. Ja rozumiem, że ma to być eksperymentalny krążek, ale nawet mi w tym momencie puszczają nerwy. Ta płyta to jak dla mnie jedna wielka pomyłka i jeśli Blade Records dalej będzie wypuszczać tego typu krążki, to ja serdecznie dziękuje. Naprawdę szczerze wszystkim odradzam STILLSTAND, no chyba, że ktoś lubi się pośmiać, cierpi na bezsenność, lub nie wie co ma zrobić z pieniędzmi.
ocena: 3/10
autor: Tomasz Lewicki


SPIRITUAL FRONT / AIN SOPH / DAVID E. WILLIAMS / NAEVUS - "1' Congresso Neo Pop 'n' Folk"
(CDR 2005 / Old Europa Café)
Włoski label Old Europa Cafe wypuścił właśnie w świat bardzo ciekawą i interesującą pozycje w postaci płytki koncertowej czterech bardzo uznanych i cenionych projektów z kręgów neo-folk. Całość jest zapisem koncertu, zorganizowanego przez Old Europa..., który odbył się 23.10.2004 roku (jak ja zazdroszczę tym szczęśliwcom, którzy mieli okazje uczestniczyć w owym koncercie...). Krążek składa się z 19 kompozycji o łącznym czasie 70 minut - jest więc czego słuchać, tym bardziej, że brzmienie na tej płycie jest naprawdę bardzo dobre, wszystkie instrumenty są znakomicie słyszalne, a do tego możemy także wychwycić reakcje publiczności. Płytę otwiera doskonale znany miłośnikom neo-folkowych dźwięków SPIRITUAL FRONT z czterema znakomitymi kawałkami. Podstawą muzyki jest gitara akustyczna dopełniona przez klawisze, oraz gdzie niegdzie skrzypce, a całość uzupełnia męski wokal. Mamy dwa spokojniejsze, klimatyczne utwory, oraz dwie bardziej intensywne i dynamiczne kompozycje, które znakomicie wpadają w ucho. Po prostu klasa absolutna. Jako drugi na krążku prezentuje się włoski AIN SOPH i chyba każdy, kto chociaż raz słyszał dokonania tego projektu wie czego można się spodziewać. Bardzo dobre utwory w klimacie znanym z "Oktober", a więc wyłącznie gitara elektryczna oraz perkusja oraz wokal obowiązkowo w języku włoskim. Całość po prostu miażdży i nie ma sensu rozpisywać się o tym projekcie. Szkoda tylko że to raptem cztery utwory... Kolejnym artystą na krążku jest wytęp DAVIDA E. WILLIAMSA. Muzycznie, podobnie jak w przypadku poprzednich projektów możemy mówić o wysokim poziomie. Podstawą kompozycji są instrumenty klawiszowe, uzupełnione przez gościnny występ Lloyd'a Jamesa z NAEVUS na wokalu, oraz ponadto o gitarę elektryczną i bass. W przeciwieństwie do AIN SOPH muzyka DAVIDA WILLIAMSA jest bardziej klimatyczna, stonowana i pełna subtelności. Nie ma tu może takiej rewelacji, jak w przypadku wspomnianego AIN SOPH, ale nawet miło się tego słucha, chociaż nie powiem, żeby mnie wciągało. Na zakończenie otrzymujemy pięć utworów firmowanych przez NAEVUS. Nie będe się powtarzał, więc powiem tylko tyle, iż wszystkie kawałki posiadają duży ładunek emocjonalny i bez większych przeszkód wpadają w ucho i wytwarzają znakomity klimat. Reasumując, dla wszystkich wielbicieli grania spod znaku neo-folk, krążek ten jest absolutnym obowiązkiem, bez dwóch zdań polecam tą koncertówkę, gdyż naprawdę warto posiadać ją w swojej kolekcji.
ocena: 7/10
www.oldeuropacafe.com
autor: Tomasz Lewicki


SUZI WANG - "Compilation Promo-CD"
Zanim opiszę zawartą na tej kompilacji muzykę, pozwólcie opowiedzieć mi historię powstania projektu pod nazwą SUZI WANG. Wszystko zaczęło się na przełomie lat 80-ych i 90-ych w Jaśle, kiedy to Jacek Żebracki stworzył punkrockowy band N.A.T.O. W 1992 roku powstaje rockowa kapela THE FRESHMAKER, która z czasem przenosi swoją działalność do Krakowa. Tam w 1997 roku powstaje SUZI WANG, a rok później powstaje pierwsze demo "Beta Version". Część muzyków formuje też bardziej akustyczny twór pod nazwą SUZI ORIENTAL COSMIC PROJECT. W 2000 roku działalność ulega zawieszeniu ze względu na wyjazd Jacka do Londynu. Gdy już się tam zagnieździł postanowił wskrzesić SUZI WANG i w ciągu zaledwie kilku miesięcy w 2004 roku stworzył samemu aż trzy materiały: "Astromega", "Hymns of the Spheres" i "Revolt". Opisywane utwory są według autora gotowym podkładem pod wokale, dlatego też po pierwszym czy nawet drugim przesłuchaniu mogą wydać się dziwne i dość surowe. Ciekawa sprawa tyczy się klasyfikowania tych dźwięków, bowiem jest to swoisty misz-masz ciężkich gitarowych riffów, czasem też zahaczających o nowofalowe granie w stylu lat 80-ych, ale też o brzmienia RADIOHEAD, MINISTRY czy nawet stoner rocka, a wszystko to wzmocnione wszechobecną (często "kosmiczną") elektroniką, ambientowymi plamami, rytmami jungle, drum 'n bass czy trip-hop i dokładanymi tu i ówdzie samplami. Mogłyby one brzmieć trochę lepiej, ale jestem świadomy, że zostały nagrane w domowych warunkach, stąd nierówny poziom głośności poszczególnych instrumentów. Kilkanaście utworów zawartych na promocyjnej kompilacji to dość różnorodne spojrzenie na muzykę lat 80-ych, 90-ych, ale też i tą najnowszą, i ciekaw jestem co wyjdzie, gdy dołożone zostaną do nich ścieżki wokali. Może być interesująco, choć na pewno fani metalu czy dark ambientu zdążyli się już nie raz skrzywić podczas czytania tej recenzji. Oprócz instrumentalnych tracków Jacek przysłał też dwa nowe numery, już z żeńskimi wokalami autorstwa Ani Blomberg (ex-BATALLION D'AMOUR, obecnie DANCE ON GLASS) i te są już bardziej wyraziste, operując zarówno rockową, brudną estetyką, jak i bardziej mrocznym, przestrzennym klimatem gotyku i mieszaniny trip-hopu i ambientu. Dodam, że poza SUZI WANG Jacek tworzy też muzykę filmową, mamy więc do czynienia z twórcą dobrze czującym się w różnych stylistykach.
ocena: -/10
www.suziwang.com
jacekzebracki@yahoo.co.uk
autor: Diovis


SON OF ERIS - "Son Of Eris"
(CDR 2005 / War Office Propaganda)
Trzeba szczerze oddać, iż wiele projektów zza naszej zachodniej granicy, tworzących muzykę z kręgów neofolkowych niestety nie prezentuje wysokiego poziomu artystycznego i w wielu przypadkach mamy do czynienia z brakiem oryginalności i żenująca kalką znanych i cenionych projektów z tego nurtu. Tym większe były moje obawy, kiedy do rąk wpadła mi płyta nowego, młodego niemieckiego projektu - SON OF ERIS. Pierwszy kontakt z wydawnictwem jest bardzo sympatyczny, oko cieszy całkiem ładnie skrojony czarny digipack, więc do oprawy wizualnej nie można mieć zastrzeżeń. Przechodząc do muzyki zawartej na debiutanckiej płycie SON OF ERIS, od pierwszych dźwięków dociera do nas całkiem przyjemny dark-neofolk, z gitara akustyczną, męskim wokalem w języku niemieckim oraz co trzeba zaznaczyć z dodatkiem elementów dark ambientowych i industrialnych. Elementy te jednak nie kłócą się ze sobą i całość jest nawet dość znośna. Jedynym mankamentem do którego można by się przyczepić jest niezbyt dobre brzmienie krążka, zwłaszcza gitary akustycznej, ale mimo wszystko da się słuchać. Plusem na "Son Of Eris" jest głos wokalisty, który bardzo dobrze komponuje się z muzyką i sprawia że całość jest całkiem spójna. Poszczególne utwory są dość chwytliwe, przez co bez większych przeszkód wpadają w ucho, w szczególności kawałek "Im Nebel". Jeśli do tego dodamy trochę melancholijnego klimatu, to efekt końcowy jest naprawdę przyzwoity. Na pewno z żadna rewelacją nie mamy do czynienia, ale trzeba oddać, iż nie jest to kolejny neofolkowy gniot z Niemiec. Miłośnikom dark-neofolku powinna ta płyta przypaść do gustu.
ocena: 6/10
www.waroffice.org
autor:Tomasz Lewicki


STAHLWERK 9 / COLD FUSION / KRĘPULEC - "Scontrum Act III"
(CDR 2004 / War Office Propaganda)
Pojawiła się trzecia część z serii wydawniczej "Scontrum" - kolekcjonerskiego cyklu prezentującego muzykę z klimatów militarnego grania. Tym razem płyta poświęcona jest polskim okrętom podwodnym, a w skład owej płyty weszły: niemiecki STAHLWERK 9, oraz dwa znane już polskie projekty: COLD FUSION i KRĘPULEC. Tyle tytułem wstępu. Krążek otwiera STAHLWERK 9 prezentujący dość spokojny, militarny kawałek przepełniony patosem i melancholią. Nie znajdziemy tu grzmiących kotłów ani żadnych hałaśliwych momentów, ale całość robi naprawdę dobre wrażenie i sprawia, że muzyka STAHLWERK 9 absolutnie nie nudzi i wprowadza w bardzo fajny klimat. Jako drugi na krążku znalazł się nasz rodzimy COLD FUSION, nazwa już dobrze znana miłośnikom militarnych klimatów. Trzy utwory, które trzymają poziom i utwierdzają w przekonaniu, iż jest to projekt w tej chwili z absolutnej polskiej czołówki tego typu grania. Utwory są momentami dynamiczne, uzupełnione o sample z różnych wojennych przemówień, co bardzo dobrze oddaje klimat całości. Są również fragmenty bardziej wzniosłe i spokojne, nastrajające do zadumy. Na zakończenie mamy trzy kawałki innego polskiego projektu - KRĘPULEC i podobnie jak w przypadku dwóch poprzednich grup również tu wszystko jest spójne, poukładane i bardzo wysokich lotów. Trzeba zaznaczyć, że muzyka KRĘPULCA jest nieco inna niż na poprzednich wydawnictwach tego projektu, mniej jest hałasu, a więcej uporządkowanych dźwięków. Jak dla mnie świetny materiał (w szczególności utwór "Alarm!" powala na kolana). Reasumując bardzo dobra militarna płyta, która zapewne za jakiś czas będzie niezłym rarytasem. Z pewnością wszyscy ci, którzy zakupili poprzednie dwie części "Scontrum" również sięgną i po tą. Dodam jeszcze, że płyta jest bardzo schludnie wydana w drewnianych okładkach, za zdjęciem w środku, w limitowanym nakładzie 36 kopii. Radzę się zatem pospieszyć z sięgnięciem po to cacko.
ocena: 7/10
www.waroffice.org
autor:Tomasz Lewicki


SEAR - "Until the Dust Lies..."
(EP 2003 / własna produkcja)
Z pewnością mało kto słyszał o tym projekcie, być może to nawet za dużo powiedziane. Ja również nie miałam okazji usłyszeć czegokolwiek o tym zespole wcześniej. Płyta, która, można powiedzieć, że przypadkiem trafiła w moje ręce to Ep-ka, niestety w dość skąpej formie wydania, tzn. CD-R i kserowane wkładki. Może się to wydawać dziwne, ale gdy dodam, że zespół wydał płytkę własnym sumptem, to wszystko wyjaśnia. Jest to nieco wydłużona forma Ep-ki, ponieważ na krążku wraz z nowymi utworami umieszczone zostały bonusy z wcześniejszych wydawnictw. Muzyka tworzona przez SEAR to połączenie lekkiego electro z atmospheric rockem, zdominowanymi przez żeński wokal. Zresztą nie da się jednolicie określić reprezentowanego przez kapelę gatunku... i dobrze. Charakterystyczny głos wokalistki znakomicie wprowadza w nastrój w kolejnych utworach. Materiał jest raczej spokojny, może trochę melancholijny, przypominając czasem THE 3RD AND THE MORTAL, lub THE GATHERING (w szczególności płytę "The Nightime Birds"). Mimo skromnego wydania, materiał jest naprawdę ciekawy, oczywiście dla tych, którzy lubią takie spokojne, ale zakręcone klimaty, szczególnie do słuchania wieczorem. "Until the Dust Lies..." jest fajną odmianą w tym jakże powielającym się muzycznym świecie, niezłą dawką klimatu i magii podaną w niemęczącej umysł formie.
ocena: 8/10
www.sear.best.cd
autorka: Trinity


SIMULACRUM - "Upuaut"
(CD 2004 / Old Europa Café)
"Ten, który otwiera drzwi"- tak w języku staroegipskim tłumaczy się tytuł nowej płyty SIMULACRUM. Wszystkim tym, którzy do tej pory nie mieli okazji zapoznać się z tym projektem, zaznaczę, iż "Upuaut" jest trzecim pełnym albumem SIMULACRUM - projektu pochodzącego zza naszej południowej granicy, Słowacji. Na "Upuaut" składa się 6 utworów, trzeba zaznaczyć dość długich, które w miarę upływu czasu rozbudowują się. Rzeczą, która rzuca się w uszy od pierwszej chwili jest niewątpliwie transowość wszystkich kawałków zawartych na tym albumie. Poszczególne utwory są niezwykle rytmiczne i przy okazji rytualne, tak więc bez kłopotów wpadają w ucho. Melodyjność dopełniona jest poprzez wkomponowanie w "Upuaut" wszelkiej maści dronów, szumów, pulsacji, sprzężeń i innych zawirowań. Mimo, że najnowszy album SIMULACRUM jest jakby mniej dark ambientowy, to jednak bez problemów przypadnie do gustu miłośnikom mrocznych i zarazem rytmicznym. Całość uzupełniona przez elementy rytualne robi naprawdę spore wrażenie. Co tu dużo mówić, bardzo dobry i wciągający krążek, który każdy miłośnik takiej muzyki powinien mieć w swojej kolekcji. Zapewniam, że nikt nie będzie żałował wydanych pieniędzy, a i oko jest na czym zawiesić, gdyż oprawa graficzna również jest znakomita. Z całą pewnością jeden z najlepszych krążków, jakie miałem okazje przesłuchać w ostatnim czasie. Gorąco polecam.
ocena: 8/10
www.oldeuropacafe.com
autor: Tomasz Lewicki