|

6 | A | B | C | D | E | F | G | H | I | J | K | L | M | N | O | P | R | S | T | U | V | W | X | Y | Z | INDEX


TMK (THEE MALDOROR KOLLECTIVE) - "Need the Needle"

(CD 2009 / Aentitainment & Foreshadow Music)

To, co było elementem zaskoczenia przy okazji poprzedniego albumu THEE MALDOROR KOLLECTIVE, tym razem nie robi już aż takiego wrażenia. Mógłbym w sumie powtórzyć wiele zdań z recenzji "Pilot (Man With the Meat Machine)", uzupełnić to o opinię typu "ale to już było" i byłoby po sprawie. Bo najnowszy materiał to też zestawiony z wielu różnych elementów kolaż dźwiękowy, w którym niczym w kalejdoskopie co rusz zmieniają się style muzyczne: hard rock, muzyka orientalna, eksperymentalna, współczesna i wodewilowa, musical, jazz, awangarda, rock progresywny, fusion, blues, ambient, muzyka filmowa, big bandowe wstawki, a nawet wtręty z muzyki sakralnej. To wszystko przewija się przez ten, chyba tylko dla zaciemnienia obrazu podzielony na 15, w dużej mierze krótkich części album. Prawda jest taka, że utwory łączą się ze sobą w przemyślany i zrozumiały głównie dla samych twórców sposób i wyrwane z kontekstu zatracają mimo wszystko swój ukryty sens. Na "Need the Needle" wyczuwalne są inspiracje kinem, zarówno tym europejskim, jak i amerykańskim. Tytuły takie, jak "The Burglar, the Herdsman & the Jew", "Major Problem In Washington DC", "Comin' To a Town Near You", "Sicilian Lunch" czy "Pink Boogeyman At the Speed of Light" mówią wiele lub przynajmniej nasuwają na myśl, że TMK fascynuje się przestępczym półświatkiem, bohaterami kryminalnych lub fantastycznych komiksów, spaghetti westernem, obrazami o mafii, politycznymi machlojkami i szeroko pojętą sensacją. Wątki te malowane są pełnymi ekspresji fragmentami z pochodzącymi z różnych półek samplami, czasem bliższymi eksperymentalnej elektroniki, a częściej muzyką z różnych epok i części świata. Niedaleko TMK do niektórych płyt słynnego ekscentryka Franka Zappy, który też sięgał po bardzo różne, często przeciwstawne rzeczy i sklejał z tego kontrowersyjne, dziwaczne rzeczy. I tak jak jemu zależało, by nie wrzucać go do którejkolwiek z gotowych szuflad z naklejką "to i to", tak włosko-szwedzkiej formacji też pewnie o to chodzi. Ale raz jeszcze zaznaczę, że znając poprzednie dwa wydawnictwa TMK szoku już nie ma. No chyba, że to będzie dla kogoś pierwsze spotkanie z ich twórczością...

ocena: 7/10
www.myspace.com/jailhousedog
autor: Diovis




TONY WAKEFORD - "Not All of Me Will Die"
(CD 2009 / The Eastern Front)

Każda płyta TONY WAKEFORD'a jest wydarzeniem. Dla The Eastern Front oraz zagorzałych fanów jego wyjątkowej twórczości takowym jest z pewnością nowy, solowy album mistrza - "Not All of Me Will Die", bo dotąd nie było w ich szeregach tak znaczącej postaci (pardon, wydali album xxx). Tak czy siak, wypuścili płytę stworzoną przez postać znaczącą dla całego świata muzyki neofolkowej, ambitnej i "niepoprawnej politycznie". Dlatego też dla wielu osób zaskoczeniem będzie, że oto maestro stworzył znowu coś nieprzewidzianego i nagrał materiał inspirowany poezją zmarłej tragicznie w 1944 roku polsko-ukraińskiej (jej rodzice urodzili się we Lwowie, część życia spędzili natomiast w Krakowie) poetki żydowskiego pochodzenia Zuzanny Ginczanki. Ale taki jest Wakeford - nieprzewidywalny, nieobliczalny i nigdy nie spoczywający na laurach. Z pomocą znajomych muzyków (wśród nich między innymi awangardowa wokalistka i kompozytorka Susan Matthews oraz członkowie ORCHESTRA NOIR, ZUNZROYZ i SOL INVICTUS) potrafił zobrazował koszmar życia podczas okupacji, smutek i żal na pozór obcy komuś z zewnątrz. Komuś, co może jedynie wyobrazić sobie jak było naprawdę. Bo "Not All of Me Will Die" zawiera muzykę pełną emocji, przesyconą atmosferą getta, jednak obraz ten jest pośrednio widziany oczami i zmysłami jednostki, która nie mogła się pogodzić z zastaną rzeczywistością i której wrażliwość została stłamszona przez klimat terroru, wszechobecnej śmierci, zniszczenia i przekonania o pogrzebaniu w gruzach własnych planów oraz marzeń. Nie uczą nas w szkole o Zuzannie Ginczance, a szkoda, bo nawet zgłębiając się w anglojęzyczne fragmenty jej poezji zawarte w książeczce dołączonej do płyty da się wyczuć, ile było wrażliwości w tej dziewczynie... kobiecie już (w momencie śmierci zbliżała się do 27 lat lub zdążyła je ukończyć)... TONY WAKEFORD postarał się oddać to językiem muzyki. Muzyki trudnej, niepokojącej, zahaczającej o twórczość awangardzistów (zwłaszcza kompozycja numer 4), a jednocześnie eterycznej, pięknej i przynajmniej chwilami mocno inspirującej się muzyką żydowską. Na zderzeniu tych pozornych przeciwieństw leży właśnie zawartość "Not All of Me Will Die". Szczególnie przejmujące są fragmenty płyty z numerami 1 i 5 (utwory nie posiadają właściwych tytułów), w których TONY WAKEFORD w typowy dla siebie sposób operuje transowymi strukturami utworów, ale oprócz tego sięga do bardziej lirycznych środków muzycznych, co słychać choćby w trzecim utworze z tekstem Ginczanki przetłumaczonym jako "Fullness of August" i częściowo również w pieśni z numerem 5, w której wykorzystane zostały słowa z napisanego przez polsko-ukraińską poetkę liryku "Non Omnis Moriar". Długich instrumentalnych fragmentów nie równoważą na tym wydawnictwie te, w których słychać głos WAKEFORD'a i Susan Matthews, ale takie widać było założenie pomysłodawcy. Można więc dzięki temu wsłuchać się w prawdziwe współbrzmienie skrzypiec, fletu, oboju, klarnetu, gitary akustycznej oraz elektroniki. Dwóch światów, które tutaj starają się z całej siły oddać stan uczuć osoby zagubionej w absurdzie i chaosie wojny, ale która mimo ciągłego przeczuwania śmierci napisała tak wstrząsający, ale i pełen nadziei wiersz, jak "Non Omnis Moriar" (Nie wszystek umrę), który dał nie bez przyczyny tytuł temu wyjątkowemu wydawnictwu. Wybitny muzyk oddaje hołd wybitnej, niedocenianej artystce słowa. Wydarzenie bez precedensu. Nie przejdźcie wobec niego obojętnie...

ocena: 9/10
www.theeasternfront.org
autor: Diovis


THE LAST HOUR - "The Last Hour"
(CD 2008 / Intuition Records)
W uproszczeniu można by napisać, że THE LAST HOUR to część formacji GOTHICA, która zasłynęła (przynajmniej w niektórych kręgach) dzięki dwu albumom wydanym przez Cold Meat Industry. Ale warto zaznaczyć, że to ta ważniejsza część od strony kompozycyjnej tej grupy, bowiem Roberto Del Vecchio zajmował się na "Night Thoughts" i "The Cliff of Suicide" większością muzyki, a oprócz śpiewającej Alessandry Santovito zdarzyło mu się zrobić wokale do kilku kawałków. "The Last Hour" to kontynuacja tej linii i całkowicie solowe przedsięwzięcie Roberto. Czuć to mocno i czuć ten mroczny, chłodny i złowieszczy klimat już w otwierającym płytę "Into Empty Death". Niski wokal Roberto rozbrzmiewa na tle monumentalnych, prawie apokaliptycznych klawiszy, echa DEAD CAN DANCE są wyczuwalne, ale z każdym kolejnym utworem przekonujemy się, że właściwe korzenie tej muzyki spod znaku dark wave tkwią gdzieś głęboko w latach 80-ych. Uwidacznia się to najdobitniej w coverze "New Dawn Fades" JOY DIVISION, ale nie tylko. Również w innych fragmentach tego krążka aż roi się odniesień do klimatu tworzonego ongiś przez CLAN OF XYMMOX, X-MAL DEUTSCHLAND czy BAUHAUS, wszystko to jednak zostało podlane sosem quasi-symfonicznych klawiszy, wszechobecnymi partiami pianina i podbite dyskretnymi basami oraz delikatną rytmiką. Gro utworów na tym krążku jest instrumentalne - tak na dobrą sprawę proporcja tych z wokalami i tych bez jest fifty-fifty. W jednym kawałku - a jakże! - pojawia się żeński głos. W "Chansons d'autumne" udziela się tajemnicza dama z AIMAPROJECT i tu już żywcem mamy klimat z kultowego CD "Medusa" holenderskiego CLAN OF XYMMOX. W sumie szkoda, że większość utworów z "The Last Hour" jest tak krótka i jakby niedokończona, choć z drugiej strony lepsze to niż niepotrzebne nikomu dłużyzny. Jeszcze trochę brakuje Roberto do mistrzów, ale pierwszy krok został zrobiony. Tyle, że płyta jest naprawdę trudno dostępna, bowiem rosyjskie firmy, jak Intuition Records nie mają jeszcze siły przebicia tak jak ich zachodnioeuropejskie odpowiedniki.
ocena: 7/10
www.myspace.com/thelasthour
www.intuition-rec.com
autor: Diovis


THUNDERWHEEL - "Credo"
(CD 2009 / The Eastern Front)
Doprawdy nie wiem o co tak naprawdę chodzi na "Credo". Elektronika łączy się z dźwiękami piły oraz instrumentu o nazwie (theremin), proste melodie o proweniencji rosyjsko-izraelskiej są uzupełnieniem eksperymentalnych form lub na odwrót. Od prostoty często niedaleko do prostactwa czy prymitywizmu i tak też jest na tej prawie całkowicie instrumentalnej płycie. Szczątkowe, ni to szeptane, ni to posługujące się formą deklamacji wokale na tle plumkających klawiszy, rytmiki prosto z automatu oraz ozdobników różnej maści kojarzą mi się z demówkami różnych pseudo-mrocznych projektów powstających jak grzyby po deszczu przed kilkunastoma laty, również w naszym kraju. Wówczas zdawało się to nawet pomysłowe, ale z czasem nawet twórcy takich "produkcji" wstydzili się popełnienia takich potworków i pracowali nad tym, by wzbogacić brzmienie, a przede wszystkim polepszyć swoje umiejętności lub odeszli w niebyt i to było chyba dla nich najlepsze. THUNDERWHEEL to projekt stworzony przez Vadima Gusisa - mieszkańca Izraela o rosyjskich korzeniach. Pomogli mu przy nagraniach Igor Krutogolov i Slava Smelovsky obsługujący dość rzadko spotykane w świecie muzyki, a wspomniane na początku instrumenty. Niestety, na nic zdały się wszystkie te zabiegi wzbogacenia prostej, analogowej elektroniki, bo całość jest okrutnie nudna i nie wnosząca nic ciekawego. Utwory są dość długie i pozbawione jakiejkolwiek dramaturgii. Porównując "Credo" na przykład do opisywanego w innym miejscu albumu Amerykanów z ZOMBI, efekt mniej lub bardziej bezpośredniego nawiązywania do eksperymentalnych produkcji z lat 70-ych (TANGERINE DREAM, HAWKWIND) jest w tym przypadku chybiony i nijaki. Ten album nie mieści się w żadnych atrakcyjnych ramach i jest po prostu wyrażeniem potrzeby grania byle czego, byle jak, byle mieć nagraną i wydaną płytę. Kompletne nieporozumienie.
ocena: 2/10
www.myspace.com/thunderwheel
www.theeasternfront.org
autor: Diovis


THISQUIETARMY - "Unconquered"
(CD 2008 / Foreshadow Music)
Nie mam zielonego pojęcia co to za shoe-gazowy zespół DESTROYALLDREAMERS, z którego wywodzi się młody muzyk Eric Quach, jednakże wiem już jaką ten człowiek muzykę tworzy solowo pod innym szyldem THISQUIETARMY. Podzielę się z Wami tą nowiną i zapewniam, że poniższy tekst warto przeczytać, o ile oczywiście fascynują Was ambientowe klimaty tworzonych głównie na gitarach. To dość ciekawe i jeszcze nie tak wyeksploatowane odgałęzienie minimalistycznej, zabarwionej post-rockiem muzyki, toteż ja osobiście z dużym zainteresowaniem wsłuchiwałem się w zawartość "Unconquered" - płyty wydanej wiosną przez rodzimą Foreshadow Music. Materiał rozpoczyna bardzo przestrzenna kompozycja "Immobilization". W tym sześciominutowym kawałku swoje trzy grosze dorzuciła legendarna postać na scenie drone/doom/ambient, Aidan Baker (m.in. NADJA). Nie kojarzcie jednak tego, co gra THISQUIETARMY z dokonaniami tego pana, ponieważ tutaj dźwięki płyną bardziej leniwie. Zastanawiam się, czy nie tak brzmiałaby na przykład kompozycja "Moonchild" z debiutu KING CRIMSON, gdyby była nagrywana obecnie, czyli niemal 30 lat później. Tego typu łączenie delikatnego, niby-klawiszowego tła z wysublimowanymi dźwiękami akustycznych i elektrycznych gitar oraz częstszymi (np. w "Warchitects" czy "The Great Escapist") lub zgoła rzadkimi (np. w "Immobilization") uderzeniami instrumentów perkusyjnych cechuje ten album do samego końca. "Unconquered" służy wyciszeniu, medytacjom, dumaniu lub ćwiczeniom wyobraźni. Albo po prostu słuchaniu. Pomimo dość małego zróżnicowania dźwięków warto w nie wsłuchać się mając na uszach słuchawki. Głębia i szczególna atmosfera intrygują, koją i pozwalają ochłonąć po trudach codzienności i obcowaniu z hałasem przez większą część doby. Zapewniam o tym. Warto też zwrócić uwagę na jedyny utwór z wokalami pt. "The Great Escapist", za które jest odpowiedzialna niejaka Meryem Yildiz. To dość szczególny fragment tej płyty, bo chociaż wokalistka nie mogła się w nim wykazać jakąś szczegółowymi wibracjami swojego głosu (nie pozwalają na to choćby "rozśpiewane" gitary budujące tę kompozycję), to nadała mu nową jakość i zbliżyła do twórczości na przykład legendarnego COCTEAU TWINS. To bardzo mocny punkt "Unconquered", ale polecam słuchanie tej płyty w całości.
ocena: 6/10
www.thisquietarmy.com
www.myspace.com/thisquietarmy
www.virb.com/thisquietarmy
www.foreshadow.pl
autor: Diovis


THEE MALDOROR KOLLECTIVE - "Themes For Proxima"
(MCD 2007 / Foreshadow Productions)
Kontrowersyjny i nieobliczalny THEE MALDOROR KOLLECTIVE powraca z kolejną porcją eksperymentalnej elektroniki. Tym razem nie jest to pełnometrażowy album, a jedynie (albo aż) mini-album zawierający muzykę do hiszpańskiego filmu "Proxima", plus bonusy. Jak zatem przedstawia się ten romans włoskich awangardzistów (w składzie okrojonym do dwóch osób) z muzyką filmową? Nie widziałem niestety filmu, więc pozostaje mi tylko opisać wrażenia związane z dźwiękami tworzonymi z dużą dozą prawdopodobieństwa do filmu, a nie odwrotnie. Podejrzewam, że filmu eksperymentalnego i z tego co mi wiadomo, operującego estetyką science-fiction, bo taka mieszanina electro, industrialu i ambientu jakoś nie pasuje mi do konwencjonalnego obrazu. Owszem, przez cztery utwory składające się na ścieżkę dźwiękową do "Proximy" przewijają się konkretne tematy muzyczne, pojawiają się chóry ("Tryptamine (Yellow 03)") lub hiszpańsko brzmiące zaśpiewy ("Gorilla Move (Grey 01)"), ale nade wszystko słychać tu improwizacje i zabawę dźwiękiem w stylu THEE MALDOROR KOLLECTIVE. Tak jak na ostatnim albumie "Pilot (Man With the Meat Machine)", tak i tu Włosi z łatwością przechodzą z jednego klimatu w drugi, a nad wszystkim unosi się mgiełka tajemnicy, duszne opary niepokoju i snująca się groza. Mimo wszystko to muzyka wyczuwalnie ilustracyjna, która jednak sama w sobie pobudza wyobraźnię. Odróżnia ją od ostatnich regularnych wydawnictw T.M.K. może tylko to, że nie ma tu takich przeskoków i żonglerki muzycznymi konwencjami i całość zasadza się na elektronice. Dodatkowo na płycie znalazły się dwa remixy bliżej mi nieznanych utworów T.M.K. dokonane przez enigmatyczny twór LITTLE BIRDS. W pierwszym z nich, zatytułowanym "Ouranian Tablet" mamy do czynienia prawie że taneczną wersją dokonań awangardzistów, co z jednej strony odkrywa przed słuchaczem możliwości tkwiące w tych dźwiękach, ale z drugiej strony gdzieś pryska ten mroczny czar. Drugi z bonusów, "Io", jest bardziej przestrzenny i bliższy "soundscapes" tworzonym przez Roberta Frippa z KING CRIMSON. Ogółem jest dobrze, ale nie rewelacyjnie.
ocena: 6/10
www.foreshadow.pl
www.welcometoproxima.com
www.myspace.com/jailhousedog
autor: Diovis


THE MOON AND THE NIGHTSPIRIT - "Rego Rejtem"
(CD 2007 / Equilibrium Records & Foreshadow Productions)
Czas rozpocząć kolejną cudowną wycieczkę do najodleglejszych zakamarków naszej wyobraźni... Dlaczego wyobraźni? Nie wiem jak jest z Wami, ale mnie zawsze takie dźwięki uwalniały od rzeczywistości i pozwalały zanurzyć się w zupełnie innym świecie, wolnym od bolączek świata realnego. "Rego Rejtem" to drugi już album węgierskich folkowców z THE MOON AND THE NIGHTSPIRIT i zwierzę się Wam, że już dawno nie słyszałem czegoś tak witalnego i świeżego w tym nurcie. Tymczasem magia tej płyty odurzyła mnie na wystarczająco długi czas, by zregenerować siły potrzebne do stawiania czoła teraźniejszości. Wszystko tutaj, począwszy od urzekającego klimatu, a na warstwie liryczno-muzycznej skończywszy jest bardzo osobliwe. Podstawę tego projektu stanowią dwa filary: wokalistka Agnes obsługująca także harfę, skrzypce i instrumenty perkusyjne oraz odpowiedzialny za dźwięki cytry, gitar akustycznych i także perkusji, jak również udzielający swego głosu Mihaly. Stara się on nie wybijać ze swoim głosem i słyszymy go bardzo rzadko, widać chcieli pewnie uniknąć zaszufladkowania ich jako kolejnego duetu damsko-męskiego, znanego także jako "piękna i bestia". Wspomniana wokalistka ma bardzo przyjemną barwę, a fakt iż śpiewa ona w swoim ojczystym języku tylko wzbogaca tę płytę o dodatkowy, egzotyczny (o ile Węgry można za takie uznać) smaczek. Jako całość jest to muzyka inspirowana pogańskimi legendami, starożytną węgierską muzyką folkową, a także otaczającą przyrodą. Co ciekawe zespół nagrywał "Rego Rejtem" w swoim własnym studio - Elysion i jak słychać po jakości brzmienia wyszło im to chyba na zdrowie. Sporą rolę na tej płycie pełni rytmiczność - to ona, za sprawą pulsujących bębnów i innych przeszkadzajek, nadaje odpowiedni wyraz muzyce. Dalej są już kolejne warstwy wypełnione dźwiękami wspomnianych wyżej instrumentów, a także piszczałek, skrzypiec i innych z powodzeniem wykorzystywanych w sztuce ludowej. Na sam koniec dodam już tylko, że album ma bajeczną oprawę graficzną, został wydany w digi-packu w formie dvd-boxa, a okładkę namalował nie kto inny, jak sama wokalistka TMATNS... Polecam seryjnie każdemu miłośnikowi wycieczek w nie tak wcale obce naszej kulturze słowiańskiej rejony - myślę, że jak najbardziej warto.
ocena: 9/10
www.themoon.equilibriummusic.com
www.equilibriummusic.com
autor: kaReL


TRIARII - "Piece Heroique"
(CD 2006 / Eternal Soul Records)
Co tu dużo gadać, wyrósł nam jeden z najlepszych militarnych projektów w Europie. Domyślam się, że mało kto w naszym kraju zna nazwę TRIARII i wielki to błąd, gdyż muza po prostu zabija! Niestety, po raz kolejny Eternal Soul zawalił nieco promocję, przez co trudno było dotrzeć do tego albumu, ale upór i determinacja została nagrodzona. Gwoli formalności, "Piece Heroique" jest drugim pełnym albumem tego niemieckiego projektu i zarazem sporym krokiem naprzód w porównaniu z "Ars Militaria". Muzycznie w dalszym ciągu mamy potężny military industrial / martial z dudniącymi kotłami, elementami symfoniki oraz męskim wokalem, którego brakowało na debiutanckim albumie. Wszystkie kompozycje wręcz powalają energią, mocą i swoistym patosem. Obok bowiem bardzo potężnych kawałków mamy także bardziej nastrojowe i podniosłe utwory uatrakcyjnione chóralnymi śpiewami z dodatkiem nieco wagnerowskiej atmosfery. Nieco to wszystko może przypominać nieco dokonania np. KARJALAN SISSIT, SOPHIA, czy ARDITI, ale mimo wszystko wciąga jak cholera i brzmi znakomicie. Momentami mamy także wplecione tu i ówdzie sample z jakimiś niemieckimi wojennymi przemówieniami, jak w kawałku "Kameraden", co jeszcze tylko wzmacnia efekt. Rewelacją jednak i najlepszym utworem na tym krążku jest "Roses 4 Rome" z gościnnym udziałem Tomasa z ORDO ROSARIUS EQUILIBRIO na wokalu oraz z wykorzystaniem gitary akustycznej, co w połączeniu z klawiszami oraz kotłami wyszło znakomicie. Śmiem nawet twierdzić, że Tomas nagrał lepsze wokale niż na "Apocalips", ale może jest to tylko moja opinia. Krótko mówiąc płyta brzmi znakomicie i podejrzewam, że spodoba się nie tylko zatwardziałym militarystom, ale także wielu innym osobom. Mnie ta płyta pochłonęła maksymalnie i przynajmniej jak dla mnie jest jedną z najlepszych, jakie ukazały się w minionym roku. Szkoda tylko, że dostęp do zakupu tego krążka może być nieco utrudniony w naszym kraju, ale naprawdę warto poszperać tu i ówdzie. Jeśli lubicie wymienione wcvześniej projekty, to TRIARII jest zdecydowanie dla Was. Taki właśnie militarny industrial lubię najbardziej!! Pełna rekomendacja!!
ocena: 9/10
www.eternal-soul.de
autor: Tomasz Lewicki


THEE MALDOROR KOLLECTIVE - "Pilot (Man With the Meat Machine)"
(CD 2006 / Code 666 & Foreshadow Production)
Kto by pomyślał, że z takiego sobie, jednego z wielu okultystyczno-blackmetalowych zespołów startującego pod nazwą MALDOROR zrodzi się kiedyś tak nieobliczalny i awangardowy twór, jak THEE MALDOROR KOLLECTIVE? I że zawędruje gdzieś, gdzie już nie wystarcza żadna konkretna szufladka, do której można by wrzucić tworzone przez ten band dźwięki. O ile jeszcze "New Era Viral Order" z 2002 roku było po prostu elektronicznym eksperymentem ze współczesną, ekstremalną muzyką, tak na "Pilot (Man With the Meat Machine)" twórcy zawędrowali w rejony co najmniej dziwne i prawie że nienazywalne. Nie miałem okazji słyszeć powstałego między tymi dwiema pozycjami albumu "A Clockwork Highway", więc nie mam pojęcia, kiedy THEE MALDOROR KOLLECTIVE zrobiło tak radykalną woltę i zaczęło klecić aż tak eklektyczne dźwięki. Na nowym albumie mamy przegląd dosłownie wszystkiego, co powstało w świecie muzyki w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat. Bo czego tutaj nie ma? Jest muzyka filmowa, rock progresywny, eksperymenty a la nowy KING CRIMSON, jazz, symfonika, blues i rock 'n roll, są nowe trendy w muzyce elektronicznej, awangarda, a nawet muzyka klezmerska (lub jak kto woli, dancingowa). Głowa może rozboleć od tego rozstrzału stylistycznego i na pozór lub naprawdę nijak pasujących do siebie elementów tej układanki (nawet okładka nie daje kompletnie żadnej podpowiedzi co tutaj znajdziemy). THEE MALDOROR KOLLECTIVE poszło na całość i postanowiło złożyć z tego płytę, która będzie twardym orzechem do zgryzienia nawet dla wytrawnych muzykologów. Jeśli chodzi o odkrywanie i wynajdowanie nowych rzeczy, płyta to iście fascynująca i naprawdę muzyczna przez duże M, ale czy będzie ona zrozumiała dla większości słuchaczy? Szczerze wątpię. Bo co sobie ktoś pomyśli, kiedy na przykład usłyszy wyłaniające się znienacka z gąszczu na wskroś nowoczesnych dźwięków melodie rodem z lat 60-ych (choćby "Stand By Me" gdzieś pod koniec "Zombie Children Do Synthetic Dreams") lub bluesowe faktury? Że to płyta dziwaczna, niestrawna, zbyt ekstrawagancka? Chyba tylko tyle. Bo kto znajdzie na tyle czasu w tym zagonionym świecie na dogłębną analizę tak powikłanej muzyki? A tutaj nic nie jest pewne i do przewidzenia. Jak w kalejdoskopie co rusz zmieniają się nastroje i stylistyki, po długich, instrumentalnych fragmentach pojawia się męski lub żeński głos, który śpiewa coś na podkładzie z innej bajki, przesterowane gitary grają tam, gdzie ich logicznie rzecz biorąc być nie powinno, a wbrew pozorom elektronika nie przeważa nad tradycyjnym instrumentarium. Jestem po kilku uważnych przesłuchaniach i wciąż nie wiem, które fragmenty są samplami, a które są jedynie wariacją na ich temat i o co chodziło artystom, że zaszli tak daleko tworząc ten dźwiękowy kolaż. I naprawdę nie potrafię wam napisać, czy jest to płyta genialna i wizjonerska czy też nie. Mam mętlik w głowie, ale coś mnie ciągnie, by posłuchać tego jeszcze raz. I jeszcze raz, i jeszcze raz... "Welcome to fascinating world of audio frequency equalization"...? .
ocena: 9/10 (głównie za oryginalność)
www.code666.net
autor: Diovis


THE MOON AND THE NIGHTSPIRIT - "Of Dreams Forgotten And Fables Untold"
(CD 2005 / Equilibrium Music & Foreshadow Productions)
THE MOON AND THE NIGHTSPIRIT to węgierski duet Mihaly Szabo - Agnes Toth. Ten pierwszy gra na gitarze akustycznej, basie i różnych instrumentach dętych, a pani śpiewa, gra na skrzypcach, pianinie i fletach różnego typu. Dodatkowo akompaniuje im jeszcze gościnnie Gabor Vegh na instrumentach perkusyjnych i przeszkadzajkach. Ta trójka nagrała w 2005 roku kawałek przyjemnej, lajtowej muzyki, którą można określić jako neo-folk, z tym że to "neo" należy odczytać zdecydowanie w cudzysłowie. Węgierska para postawiła po prostu na spokojne, wyważone i proste piosenki, które opierają się na tym, by łatwo wchodziły w ucho. Nie wiem, na ile powstały one pod wpływem tradycyjnej węgierskiej muzyki ludowej, bo z niej kojarzę jedynie czardasza ;), ale mój słuch wyłapał nuty proweniencji bardziej celtyckiej. Coś raczej bliższego twórczości RITCHIE BLACKMORE'S NIGHT, niż dziedzictwa przodków z krwawym Attylą na czele ;) Z Hungarią ma ten materiał cechy wspólne głównie w dwóch kawałkach z węgierskim tekstem ("Egi Taltos" i "Holdanyank"). Innymi słowy wszystko to wygląda następująco: pani ładnie śpiewa i sobie przy tym przygrywa na skrzypcach, a gdzieniegdzie i na pianinie, towarzyszy jej pan, a całość jest bez zbytecznych dziwactw. Te dźwięki mają swój urok, nadają się do romantycznego wieczoru przy świecach i lampce wina i tak jak to określił mój kumpel, "można sobie to zapuścić do posiedzenia z panienką" :) Faktycznie, "Of Dreams Forgotten And Fables Untold" to raczej tak zwana "pościelówa", aniżeli muza do tańca, harcowania i analizowania nuta po nucie. Ale i takie płyty muszą powstawać, by była równowaga w przyrodzie ;) Dodam, że krążek został wydany w ładnie wykonanym digipaku.
ocena: 6,5/10
www.equilibriummusic.com
www.foreshadow.pl
autor: Diovis


THE PROTAGONIST - "Songs of Experience"
(CD 2005 / Cold Meat Industry)
W domowym zaciszu i przy dziennym świetle takich płyt słucha się bez jakichkolwiek obaw. Ale gdy nadchodzi noc wypełzają z tych dźwięków demony, a w człowieku narastają lęk i alienacja, które doprowadzają do stanu skrajnego strachu. THE PROTAGONIST nieczęsto raczy nas swoimi nagraniami i dlatego z ciekawością sięgnąłem po najnowszy krążek zatytułowany "Songs of Experience". Na początek Magnus Sundstrom serwuje znaną już z innych wydawnictw kompozycję "The Sick Rose", która obraca w perz sławne łacińskie zdanie rozpoczynające edukację tego języka w szkole średniej "Rosa pulchra est" (róża jest piękna). Oprócz pełnej niepokoju atmosfery kreowanej przez syntezatory pojawia się tu fragment poematu Williama Blake'a deklamowany przez Jonathana Grieve'a. A to tylko zapowiedź tego, co nadchodzi... Z każdym kolejnym tonem ciemność się pogłębia i orkiestralne podkłady zaczynają wkradać się do świadomości i podświadomości słuchacza, wnosząc ogromną dozę apokaliptycznego przerażenia. Pulsująca rytmika i pozorne chwile spokoju zdają się wciągać coraz głębiej, wszystko zaczyna wirować, porażać i paraliżować. W pewnym momencie cielesność staje się tylko pustym słowem. Ale jest w muzyce THE PROTAGONIST swoiste perwersyjne piękno, choć na przykład "Strife" z gościnnym wokalnym udziałem Tomasa Petterssona z ORDO ROSARIUS EQUILIBRIO niebezpiecznie zbliża się do regionów eksplorowanych przez piewców Apokalipsy z PUISSANCE, co oznacza, że to już nie zabawa i wszystko dzieje się naprawdę. Następujący po tym utworze "La Fin de la Journee" tylko na moment daje nadzieję, że jeszcze nic nie jest stracone i że w tym tunelu, w którym jesteśmy już tylko duszą, nie ciałem, zapłonie dalekie światełko, ku któremu będziemy brnąć, by liczyć na ratunek. Jednak w pewnym momencie ponownie widzimy tylko bezkres mroku i otchłań okazuje się czymś nieskończonym...
Polecam ten album osobom odważnym, które potrafiły przetrwać zgubny wpływ dokonań PUISSANCE, IN SLAUGHTER NATIVES czy nawet naszego krajowego PROFANUM... I tym, których zawsze pociągał klimat kultowego horroru "Hellraiser" i ścieżki dźwiękowej do niego...
ocena: 8/10
www.coldmeat.se
autor: Diovis


THELEMA - "Information Symphony"
(CDR-box 2005 / Steinklang Distribution)
Niestety, THELEMA to jeden z tych krążków, których oprawa graficzna zdecydowanie przewyższa zawartość muzyczną. Płyta została bowiem wydana w bardzo gustownym, dużym drewnianym boxie, co trzeba przyznać robi duże wrażenie, jednak jeśli chodzi o dźwięki zawarte na "Information Symphony" jest już znacznie gorzej. W skład owej płytki wchodzą zaledwie cztery utwory, lecz to, co prezentuje nam ten projekt jest jak dla mnie bardzo, ale to bardzo mizerniutkie. Sporo na "Information Symphony" bowiem minimalistycznych dźwięków, które z czasem przekształcają się w elementy bardzo eksperymentalnego ambientu, industrialu, a nawet power electronics. Sam nie wiem jak mam określić tę muzykę, całość jak dla mnie jest zrobiona jakby bez pomysłu, a pojedyncze odgłosy wokalne ciągle powtarzające "We Want Information!!" doprowadzają mnie co najwyżej do irytacji. Tym bardziej nie potrafię zrozumieć co kierowało Steinklang do wydania tego co tu dużo ukrywać cieniutkiego krążka. THELEMA po prostu nudzi i męczy, a to nie jest dobry objaw, szczerze przyznam, ze wynudziłem się potwornie przy wysłuchiwaniu dźwięków płynących z "Information...". Każdy dźwięk na tym wydawnictwie jest jak dla mnie chaotyczny, niedopasowany i po prostu nudny. Można odnieść wrażenie, że ten album to jedna wielka pomyłka lub improwizacja, przy czym miałem przyjemność w życiu wysłuchać wiele o wiele ciekawszych eksperymentalnych płyt. Odnoszę wrażenie, że twórca sam do końca nie wie w jakim kierunku chcę podążać, gdyż tak chaotycznego materiału nie słyszałem już dawno. Niestety, po raz kolejny potwierdziła się opinia, że znakomita oprawa wizualna płyty zastępuje warstwę dźwiękową. Absolutnie nikomu nie polecam materiału THELEMY, gdyż po prostu całość jest do szpiku kości nudna, przeżyta i męcząca.
ocena: 4/10
www.steinklang-records.at
autor: Tomasz Lewicki


TUNER - "Totem"
(CD 2005 / Unsung Records & Kool Music)
Według informacji prasowej, do spotkania muzyków tworzących ten projekt doszło całkiem przypadkowo w pociągu relacji Monachium - Wurzburg w Niemczech. Jako że ktoś mądry kiedyś powiedział, że "nie ma przypadków", tak też i w tym przypadku można dojść do takiego wniosku. Gitarowy wirtuoz Markus Reuter (znany z gry na recenzowanej w naszym serwisie płyty formacji CENTROZOON) oraz mistrz perkusyjnych brzmień Pat Mastelotto mieli pisane w gwiazdach nagranie wspólnej płyty. Stało się to w 2005 roku pod szyldem TUNER, a efektem tej współpracy jest niezwykle nowatorska i oryginalna muzyka zawarta na krążku opatrzonym tytułem "Totem". Jeśli kojarzycie Pata Mastelotto z jego gry w KING CRIMSON i cenicie sobie jego dokonania w tej legendarnej grupie, to jestem przekonany, że ten album przypadnie wam do gustu. Pomimo tego, iż "Totem" jest w prawie w całości instrumentalnym wydawnictwem, to bogactwo pomysłów i dźwięków po prostu przytłacza. Czy są to rytmiczne kompozycje w rodzaju "Flinch" lub "Mouth Piece" (na płycie znajduje się również interesujące video ilustrujące ten muzyczny fragment), czy eksperymentalne "A Test of Faith" i "Hands", czy eteryczny "The Morning Tide Washes Away", czy też przerażający wręcz numer tytułowy, wciąż coś ciekawego się tutaj dzieje i nawet fakt, że chwilami muzyka jest odhumanizowana i dziwaczna, to jest w niej mnóstwo magii i swoistego uroku. Ciekawostką jest fakt, że gościnnie pojawili się na tym krążku między innymi Adam Jones z TOOL, czy też Robert Fripp oraz Trey Gunn z KING CRIMSON. I z tej "Crimson'owatości" z awangardowego okresu lat 90-ych ubiegłego stulecia jest wiele na "Totem". Czasem słychać też inspiracje współczesną elektroniką i rytmami drum 'n bass. Mnóstwo tu dysharmonii, arytmiki, zakręconych plam dźwiękowych, niespodziewanych zmian klimatu, a czasem wręcz szokujących, bardzo mrocznych pomysłów (co jest zadziwiające zważając na to, że w muzyce prawie wszystko już było!). Nawet samo użycie na co dzień całkiem zwyczajnych instrumentów, jak gitara (Markus gra na czymś co nazywa się "touch guitar" i nie mam prawdę mówiąc pojęcia co to ;), bębny, bas czy organy Hammonda nabiera tu nowego znaczenia, dodając kolorytu tej przemyślanej muzyce. Muzycy użyli też wielu sampli, głównie ludzkich głosów, i nawet one zostały przetransportowane na użytek TUNER'a w sposób dotąd znany jedynie z płyt awangardowej artystki Laurie Anderson, czy z albumu Jean Michel Jarre'a "Zoolook". Jedynym wyjątkiem od tej reguły jest gościnny występ niejakiej Sirenee w "The Morning Tide Washes Away", ale i tutaj nie spodziewajcie się smętnych zawodzeń, czy przystępnej linii melodycznej. "Totem" to album na wiele przesłuchań, fascynujący, porażający i nieobliczalny.
ocena: 9,5/10
koolmusic@koolmusic.com
www.koolmusic.pl
autor: Diovis


TAGEZ - "Being Dysangelist And Lord Of Universal Rihilism"
(CD 2005 / N.C.U. Records)
Zapewne 99% z Was nie znało wcześniej tego projektu, ani firmującej go niemieckiej wytwórni N.C.U. Szczerze przyznam, ze ja również nie miałem wcześniej styczności z nazwą TAGEZ, ale tym bardziej jestem szczęśliwy, gdyż zespół ten okazał się naprawdę całkiem miłą niespodzianką. Pomimo tego, iż label N.C.U. jak udało mi się poszperać zajmuje się prawie wyłącznie wydawaniem płyt z kręgu NS Black Metal, to jednak odnalazł się tam również krążek, który z wymienionym wyżej gatunkiem nie ma wiele wspólnego (przynajmniej w kwestii muzycznej). Muzyka TAGEZ jest jednak diabelska i mroczna, mamy tu bowiem ponad 70-cio minutową dark ambientową jazdę, nie pozbawioną rytmiki, ale przy okazji także pełną strachu i grozy. Płyta jest naprawdę bardzo dobra i o żadnym pitoleniu nie ma mowy. Poszczególne kompozycje są poukładane i zrobione z głową, przez co ani przez chwilę nie odczuwa się znużenia. Całość jest urozmaicona i sprawia, że krążka słucha się bardzo miło i z zaciekawieniem. Momentami mamy bardziej wolne i spokojne fragmenty z wykorzystaniem instrumentów klawiszowych, uzupełnionych o wokal w języku niemieckim i angielskim, co wprowadza w bardziej refleksyjny nastrój, by po chwili do uszu dotarły o wiele bardziej mroczne i diabelskie dźwięki. Gdzieniegdzie mamy przeraźliwe krzyki i innego rodzaju wrzaski, co jeszcze bardziej wprowadza w nastrój strachu. Niektóre kawałki są bardziej rytmiczne i wzbogacone większą dawką elektroniki, co niewątpliwie sprawia, że muzyka nabiera jeszcze większej mocy. Nie będę silił się na porównania, ale zapewniam, że każdy fan mrocznych i rytmicznych dźwieków nie będzie zawiedziony. Mi osobiście słucha się tego albumu bardzo dobrze i tym bardziej się cieszę, że udało mi się dotrzeć do tego projektu. Dla wszystkich miłośników dobrej, mrocznej dark ambientowej muzy z pewnością TAGEZ okaże się nie lada kąskiem. Szczerze i gorąco polecam ten materiał i mam cichą nadzieję, że jeszcze nie raz dane nam będzie usłyszeć o tym zespole, bo naprawdę warto. Jak dla mnie odkrycie roku!!
ocena: 8/10
www.n-c-u.de
autor: Tomasz Lewicki


TARDIVE DYSKINESIA feat. SIKHARA - "White Flowers / Branca Flora"
(CD 2005 / Dystonia Records)
Część osób zapewne kojarzy niemiecki projekt TARDIVE DYSKINESIA, przez swoją rytualność i mrok projekt ten uważany jest za jeden z ciekawszych i bardziej oryginalnych zespołów. Tym razem dzięki wypuszczeniu płyty przez własny label, mamy możliwość zapoznać się z kolaboracją TARDIVE... z innym rytualno - dark ambientowym projektem ze Stanów - SIHKARA. Sam krążek został bardzo ładnie wydany w rozkładanej tekturce formatu A-5, co również przy okazji cieszy oko. Na zawartość "White Flowers..." składa się tylko jeden stworzony wspólnie utwór, trwający ponad 45 minut. Podobnie, jak w przypadku poprzednich wydawnictw TARDIVE DYSKINESIA, mamy tu dark ambientowe, rytualne dźwięki, przyprawione sporą dawką psychodelii, poprzez co muzyka momentami może wydawać się nieco trudna w odbiorze. Całość do tego dopełniają różnego rodzaju wokale, które przechodzą w specyficzne piski, wycia i innego rodzaju dziwne odgłosy. Od czasu do czasu mamy do czynienia również jakby z bardziej etnicznymi klimatami, jednak wszystko to jest spójne i nie drażni podczas słuchania tego krążka. Gdzieniegdzie pojawiają się jakieś rytualne bębny, które wybijają rytm i przy okazji sprawiają, że mamy wrażenie cofnięcia się w czasie. Płyta jest naprawdę całkiem dobra, chociaż nie powiem, abym słuchał jej namiętnie często. Z pewnością krążek ten nie jest bardzo prosty w odbiorze i trzeba wejść w odpowiedni klimat, aby w pełni zanurzyć się w rytualno - mroczne dźwięki, jakie zaprezentowały nam oba projekty. Dla wszystkich szukających nowych, ciekawych, a przy tym psychodelicznych doznań powinien przypaść do gustu ten krążek. Z pewnością nie jest to materiał wybitny, ale warto posłuchać "White Flowers..." i samemu przekonać się co też ludzki umysł potrafi stworzyć przy pomocy narkotycznych używek. Płyta oficjalnie rozprowadzana w dystrybucji Steinklag Records.
ocena: 6/10
www.steinklag-records.at
autor: Tomasz Lewicki


THE GIALLOS FLAME - "The Giallos Flame"
(CD 2005 / Baphomet Records & Red Stream)
Do dziwacznych fascynacji Killjoya z NECROPHAGII zdążyliśmy się już chyba wszyscy przyzwyczaić. Ciekawe jak przyjmie się jedna z nowszych pozycji w katalogu jego firmy - enigmatyczny projekt THE GIALLOS FLAME. Jestem prawie na 100 procent przekonany, że przy powstawaniu tego całkowicie instrumentalnego krążka maczał palce sam Killjoy (a pewnie też klawiszowiec NECROPHAGII i SIGH, Mirai), choć brakuje na temat autorów jakichkolwiek informacji, tak we wkładce, jak i przykładowo w necie. A muzyka zawarta na tym krążku jest co najmniej ekscentryczna. Owszem, wkładka jest pełna zdjęć przedstawiających morderstwa, tytuły utworów wskazują na inspirację starymi włoskimi horrorami i krwawymi kryminałami, ale same dźwięki nawiązują do szeroko pojętej muzyki filmowej z lat 70-ych, a nawet 60-ych. Powiedziałbym nawet, że instrumenty brzmią klezmersko, tak jakbyśmy słuchali jakichś chałturników w knajpie przed trzydziestoma laty, a nigdy byście nie zgadli jakie jeszcze skojarzenie przyszło mi na myśl przy niektórych fragmentach tego krążka ;) Pamiętacie taki serial kryminalny "007 Zgłoś się" z porucznikiem Borewiczem w roli głównej? Tam pobrzmiewały podobne dźwięki tworzone przez prostą linie basu, "knajpiane" organy i perkusję, z której najbardziej słychać szeleszczące blachy. Na "The Giallos Flame" czasem dochodzi jeszcze gitara, ale i ona brzmi kulawo i staroświecko. Na takiej to bazie oparli swoją twórczość muzycy THE GIALLOS FLAME i naprawdę nie wiem jak traktować ten album złożony z ośmiu nowych miniaturek (można to tak określić, bo żadna nie trwa dłużej niż 3 minuty) oraz siedmiu kawałków opisanych jako "demos". Ta druga część to klimaty bardziej elektroniczne (ponownie lata 70-te się kłaniają, głównie dzięki brzmieniu melotronu), eksperymentalne i bardziej przerażające. Do kogo ma jednak trafić to wydawnictwo? Nie mam pojęcia, bo osobiście traktuję je jako ciekawostkę i kolejny przejaw ekscentryczności Mr. Killjoya.
ocena: -/10
autor: Diovis


THE MAGIC CARPATHIANS PROJECT - "Sonic Suicide Ethnonoise # 1"
CD 2005 / Vivo Records)
KARPATY MAGICZNE (czyli duet Anna Nacher i Marek Styczyński, plus tym razem w roli muzyka sesyjnego Tomasz Radziuk na basie) po raz kolejny mnie zaskakują, chociaż właściwie nie powinienem czuć się zaskoczony znając przynajmniej część wcześniejszych dokonań grupy. W każdym razie nowa płyta KARPAT jest zupełnie inna w klimacie od "Water Dreams" - i nie mam tu na myśli słów "lepsza" czy "gorsza" - po prostu inna. Czy jednak na pewno tak bardzo odbiega? Przy pierwszym słuchaniu lub nieobyciu z wcześniejszą twórczością grupy - na pewno tak i na pewno jest trudna w odbiorze. To nadal ambient, ale już psychodelia, jeszcze folk, ale już świdrujący mózg noizz... Melorecytacje Ani, podobnie jak na wcześniejszej płycie "Water Dreams", odkrywają swój pokrętny sens dopiero po jakimś czasie, przy kolejnych słuchaniach... Po pierwszym kawałku, który jest nieźle wykręconym zderzeniem neofolku i psychodelii, muza zgodnie z tytułem płyty jest coraz bardziej zawiła - ale jednocześnie coraz bardziej fascynująca, zgrzytające minimale wbrew pierwotnemu wrażeniu mają swój ukryty sens i swoją ukrytą melodię... I gdy już, przy piątym kawałku, "Asylum of the Moon", wrażenie, że nic nie może zdziwić, jest już mocno ugruntowane pojawia się kawałek szósty, "Warsaw Vibes", a potem siódmy... bluesowy, "2003", a jeszcze potem kosmiczna, krótka wersja "Om Ah Saravati Namaha". Zadziwiające - ile nietypowych dźwięków można wydobyć z typowych instrumentów - a z drugiej strony jak ciekawe dźwięki można wydobyć z nietypowych lub tych mniej znanych. Didgeridoo obok zgrzytającego odbiornika radiowego, elektronika obok etnicznego instrumentarium... Siła muzycznych improwizacji nie zna granic! Klimatu KARPATOM MAGICZNYM odmówić nie można, schizoidalne samobójstwo dźwiękowe przy kolejnych słuchaniach odkrywa swój sens. I w pewnym momencie podobieństwo (czy wręcz kontynuacja) płyty "Water Dreams" staje się coraz bardziej jasna. Swoiste piękno połączeń noizzowo-folkowych, industrialno-etnicznych, psychodeliczno-transowych i innych zaczyna nabierać realnych kształtów. Płyta ta, mimo, że każdy kawałek jest w zasadzie inny, jako całość jest jednością, a totalny odjazd tylko ją jednoczy w sobie. Podsumowując - KARPATY nie po raz pierwszy połączyły sprzeczności w zgodę, czystość ekologiczną etno z brudem industrializacji, poezję z hałasem i jeszcze parę innych rzeczy. Płyty można też słuchać z przesunięciem, tzn. nie od początku i nie kończyć na ostatnim kawałku - przy zapętleniu ósmy przechodzi w pierwszy bezboleśnie i niezauważalnie. Słowem - płyta mocno wykręcona, wymaga pokonania pewnej "bariery energetycznej", ale gdy to już nastąpi - odkrywa swój swoisty urok.
ocena: 8,5/10
www.magiccarpathnians.com
autor: V.Ziutek


THE TIROLER HORN SECTION - "Almdudler"
(CD 2004 / Atacama Records)
No i mamy kolejna porcję hałaśliwych i drażniących dźwięków spod znaku niemieckiej wytwórni Atacama Records. Tym razem członkowie projektów ANTRACOT i BOLESKINE zabrali się za trzeci twór o nazwie THE TIROLER HORN SECTION. No i co my tutaj mamy? Na okładce zdjęcie krowy (!), a w środku zdjęcia tyrolskich mieszkańców, aczkolwiek jodłowania na tej płycie nie uświadczymy. Sami twórcy THE TIROLER... zaznaczają, iż jest to uboczny, eksperymentalny i zarazem ekstremalny projekt, co niewątpliwie jest prawdą. Płyta to straszny walec ciągnący się przez ponad 71 minut w klimacie industrialno - noise'owym. Mamy zatem momentami bardzo hałaśliwą i niestrawną dla wielu muzykę pozbawioną rytmiki, ot po prostu ściana hałasu. Są również fragmenty nieco spokojniejsze, bardziej industrialne. Nie jest to co prawda żadna rewelacyjna pozycja, która mogłaby na dłużej zaciekawić słuchacza. Jedynymi interesującymi akcentami są przemówienia pewnej uroczej damy w języku niemieckim, co sprawia momentami całkiem niezłe wrażenie, jednak na próżno szukać na tym krążku więcej ciekawych fragmentów. Wszystko jak dla mnie jest za długie i ciągnie się jak flaki z olejem, powodując chęć wyjęcia krążka z odtwarzacza. Nic, tylko kolejna kopia dokonań INSTITUT, czy też FOLKSTORM, co jak dla mnie jest zdecydowanie za mało na ogólną pozytywna ocenę. Posłuchajcie sobie lepiej twórczości wyżej wymienionych projektów, jeśli chcecie coś z noise'u rzecz jasna. Dla mnie THE TIROLER HORN SECTION nie jest płyta godną szczególnej uwagi.
ocena: 5/10
www.boleskine.net/horn.htm
info@boleskine.net
autor: Tomasz Lewicki


TURBUND STURMWERK - "s/t"
CD 2004 / Loki Foundation
Któż z maniaków militarno - wojennych klimatów nie zna TURBUND STURMWERK? Ta nazwa jest obecna na scenie już od wielu lat, tak więc chyba każdy miłośnik militarnego grania nie raz otarł się o ten zacny projekt. A jeśli są tacy, co nie mieli jeszcze styczności z TURBUND STURMWERK, niech lepiej jak najszybciej postarają się dotrzeć do albumów tego zespołu. Opisywany przeze mnie materiał jest reedycją albumu z 1995 roku, a wszystkie sześć kawałków zostało poprawionych i zremasterowanych, przez co uzyskały jeszcze większą moc. No właśnie - moc to chyba najbardziej pasujące określenie do muzyki tego niemieckiego projektu. Wyraźny nacisk trzeba także położyć na przymiotnik "niemiecki", bo to ważne w muzyce TURBUND STURMWERK. Wystarczy spojrzeć na tytuły utworów i wsłuchać się w poszczególne kompozycje, aby poczuć siłę i energię z jaką atakuje muzyka tego projektu. Krążek powala swoja intensywnością i sposobem przekazania emocji, które są od początku obecne w muzyce TURBUND STURMWERK. Szczególną uwagę przykuwa utwór "Lichtschlag!", który nie pozostawia żadnych niedomówień i pytań. Pozostałe kompozycje również powodują szybsze krążenie krwi w żyłach i nie pozostawiają wątpliwości, że TURBUND STURMWERK jest wielkim projektem. Jeśli mimo wszystko nazwa i muzyka tego zespołu są komuś obce, to radzę jak najszybciej naprawić swój błąd i sięgnąć po muzykę Niemców, w innym przypadku bardzo wiele stracicie. Mógłbym oczywiście szukać porównań z innymi projektami z tego nurtu, ale byłoby to kompletnie nie na miejscu. Co tu dużo mówić, pozycja obowiązkowa dla wszystkich wielbicieli wojenno - militarnego industrialu. Na zakończenie dodam, że samo wydanie płytki (bardzo gustowny digipack) oraz oprawa graficzna po prostu miażdżą, podobnie jak muzyka. Wstyd nie znać i nie mieć tego krążka.
ocena: 8/10
www.loki-found.de
autor:Tomasz Lewicki