| 9 | A | B | C | D | E | F | G | H | I | J | K | L | M | N | O | P | Q | R | S | T | U | V | W | X | Y | Z
INDEX

- A   [1  2   3   4   5   6    7] -   

KAMIKAZE KINGS

"The Law"

Limited Access Records (CD 2012) 

Wydawca anonsuje ten zespół jako 'rock'n'rollową ekstrawagancję wszech czasów' i z aż tak poważnymi hasłami byłbym w tym przypadku nieco powściągliwy, choć trzeba przyznać, że muzyka tej grupy potrafi bujnąć sufitem. Powiedzmy sobie otwarcie: granie KAMIKAZE KINGS ma w większości charakter wtórny, gdyż do mocno hermetycznej i sprecyzowanej, muzycznej estetyki się odnosi. W wielopokoleniowej popkulturze (pamiętna scena z "Terminator 2" z "Bad to the Bone" George'a Thorogooda) głęboko zakorzenił się archetyp prawdziwego rockowego twardziela, który woli się upijać niż golić, częściej niż przed telewizorem zasiada na siedzeniu swego wielkiego Harleya nie wykazując przy tym większej chęci by usprawiedliwić, tudzież oszczędzić kogoś, kto nawet niechcący nadepnął mu na odcisk. Z kimś takim od razu kojarzą się utwory MOTLEY CRUE, późniejszego oblicza DEF LEPPARD, poniekąd THE 69 EYES czy bardzo wczesnej IRY w odniesieniu do naszej ojczystej ziemi (tak, IRA grała niegdyś wyborną muzykę z pogranicza hard rocka i heavy metalu), choć wypadałoby się chyba odnieść bezpośrednio do kanonu takiego bujania riffem (LED ZEPPELIN, STEPPENWOLF). Taki właśnie klimat zamknięty został w czternastu kompozycjach KAMIKAZE KINGS, które pod wspólnym tytułem "The Law" ukazały się w roku ubiegłym. Słuchając ich przypominam sobie o przypadku płyty "Hysteria" - skoro o DEF LEPPARD nadmieniłem już wcześniej. Był to ich pierwszy album studyjny, na którym słynny Rick Allen zagrał na perkusji jedną ręką (wypadek w 1984 roku odebrał mu drugą), ale mniejsza z tym. Po przygodzie ze sceną NWOBHM muzycy brytyjskiej grupy mieli nagrać album, na którym uświadczenie choćby jednego utworu, o którym można by powiedzieć: 'to nie brzmi jak potencjalny hit' byłoby awykonalne. Choć to jednak troszkę inna odmiana rockowego grania, "The Law" brzmi dokładnie tak, jakby niemiecka ekipa miała podobny cel. Nie ma tu jednego kawałka, który nie byłby oparty na rytmicznie cykającej perkusji Raisa (ciekawie w tej płaszczyźnie robi się w "Just Dance") odmierzającej rytm wpadającemu w ucho riffowi Randy'ego, pulsującemu w zgodzie z nią basowi Keva i mocnemu, żywiołowemu wokalowi Elmo. No i właśnie podobnie jak na tamtym wydawnictwie, tak i tutaj warunkuje to jednak pewną jednostajność. Nie oznacza to, że nie ma tu wyróżniających się kawałków. Fenomenalny "Bible Black" to prawdziwy, stadionowo brzmiący hymn, który idealnie nadawać się będzie na ewentualne większe festiwale. Jest to rzecz dużo wolniejsza niż większość utworów z krążka, co zamiast usypiać słuchacza wręcz przeciwnie: daje uczucie majestatu, wielkości i w ogóle - grubszego klimatu. "The Dream Is Dead" to leniwie rozkręcająca się rockowa ballada. "All In Vain" jest całkiem rozbudowany jak na prawidła stylu. Świetny "Boys'n'Men" to akurat singlowy przedstawiciel szybszej części płyty. "In the Name of Tragedy" brzmi jak nawiązanie do średniotempowych rzeczy z repertuaru VENOM, więc argumentów przemawiających za tym, że jest ciekawie trochę się uzbiera. Nie sądzę poza tym, by docelowy słuchacz KAMIKAZE KINGS był osobą, która nie ma ochoty machać głową przy tak samo rasowych, rock'n'rollowych, energetycznych petardach, a że nie ma tu słodkich, radiowych refrenów? No cóż, ktoś musi chyba stać na straży przebojowości sprzed epoki plastiku, co? Warto nadmienić, że szeroko pojętą produkcją płyty zajął się Dirk Faehling, mający na koncie współpracę choćby z MOTORHEAD, co nie wygląda tu na zbieg okoliczności.

ocena:  7,5/ 10

www.kamikazekings.com/frontpage/


www.facebook.com/kamikazekings


www.la-records.com/


autor: Kępol



<<<---powrót