| 9 | A | B | C | D | E | F | G | H | I | J | K | L | M | N | O | P | Q | R | S | T | U | V | W | X | Y | Z
INDEX

- A   [1  2   3   4   5   6    7] -   

PENSEES NOCTURNES

"Nom D'une Pipe!"

Les Acteurs de l'Ombre Productions (CD 2013) 

Nie wiem gdzie jestem ani też kiedy. To musi być dawno temu zważywszy na charakter docierającej do mnie muzyki. Szum ustępuje wszakże miejsca rozdzierającemu bębenki słuchowe jazgotowi trąbki, choć mogę się mylić? W każdym bądź razie ktoś musiał przepuścić przez nią całość powietrza, jakim dysponowały płuca? Nie widać wyraźnie, gdyż wszystko wokół mnie chowa się w gęstym półmroku, musiałem wychylić ponadto zawartość niejednego wysokiego kieliszka. Głowa pęka od myśli, a zmysły zdają się na nic. Zamknę więc lepiej oczy. Teraz widzę scenę po wewnętrznej stronie powiek, jakby ośrodki słuchu przekształciły się w kinowe projektory i widzę ją o wiele wyraźniej. Albo to cyrk, albo też kabaret, ale chyba jednak cyrk. Jakaś kobieta z pompą zapowiada wielkie widowisko, trzymając w górze grubą wstęgę z napisem: "Il a mangé le soleil". Performerzy wywijają akrobacje, ludzie klaskają, jednym bocznym wejściem wchodzi uroczysta defilada i wychodzi głównym. Teraz zaczyna stroić się zespół. Gitara, perkusja, bas, pandemonium. Złowrogie tremola wprawiają powietrze w rozedrgane delirium tremens. Może przed wojną znali już coś na kształt black metalu, tylko z pewnych przyczyn nie zachowały się nagrania? Jakiś smutny clown w czarno-białym makijażu zawodzi wniebogłosy, ale publiczność nie przyszła tu po to by lać gorzkie łzy. Niczym fontanny z góry i z dołu tryskają kolorowe światła, na niewielkim stoliku na środku techniczny postawił metronom. Siedzący na krześle pan o obfitych wąsach rozpina miech akordeonu niczym wielki wachlarz, kilka raptownych dźwięków, łapie rytm. Tuż zza niego wychodzi na scenę trębacz, za nim saksofonista. Obaj tanecznym krokiem. Perkusista wali w kocioł. Gitarzysta dostroił się na nowo. Gra zadziornie, ale starsi od niego muzycy, zamiast łypać z boku w geście dyskontentu, przełamują barierę pokoleniową odpowiednio zmieniając nastrój swej gry. Palce gitarzysty muskają delikatnie struny, a panowie w smokingach zwijają się. Estradę przejmują muzycy z Jamajki. Saksofonista buja swym instrumentem na lewo i prawo, reszcie również udziela się reggae. W zasuniętym teraz namiocie kotłuje się mętny dym, przez który ledwie prześwituje sylwetka wielkiej, groteskowej kukły, nad której linami czuwa rosły, barczysty lalkarz, czyli - po francusku - "Le Marionnettiste" ? i znów blackowe show. Po raz kolejny słychać dźwięki defilady, tym razem dużo wyraźniej. Niemal staranowała ona big band, ale ten, wydawszy z siebie kilka fałszywych dźwięków, przesunął się jak tylko mógł i uniknięto kolizji. Dobosze zwalniają grę, gdyż pochód przeradza się w żałobny kondukt żegnający kogoś wówczas znanego i szanowanego. Na wielkich linach wąsaci mężczyźni (w lokalnym dialekcie "Les Hommes a la Moustache") ciągną do góry portret z równie wąsatą podobizną, być może George'a Meliesa? Następny numer miał nazywać się "Le Berger" i mimo iż cyrkowcy dwoili się i troili by odwrócić od tego uwagę, czarno-biały clown i jego gitarzysta szli w zaparte by grać jedno, starsi panowie chcieli zaś drugie i jakby wbrew temu, że wszyscy grali świetnie, publiczność doznała niemałej konsternacji. Gdy usłyszałem zapowiedź "La Chimere" spodziewałem się niezłego freak show i nie myliłem się, na scenę wprowadzono bowiem zdeformowaną kobietę, nad której losem litował się każdy, ale tylko clown wylać mógł do mikrofonu swój żal. Gdy tylko umilkł, pozytywka, którą trzymała ona w rękach stała się świetnie słyszalna, gdyż nikt ze zgromadzonych ludzi nie ośmielił się ani klaskać, ani gwizdać. Jazz band odegrał swoje i wszyscy muzycy wrócili do poważnego tonu. Nawet saksofonista, który się zapomniał, grał teraz jakby na smutniejszą nutę, podczas gdy po obrzeżach sceny, w swych jaskrawych, przebogatych i niejednoznacznych strojach, paradowali transwestyci. Swoiste "L'Androgyne" Mesdames et Messieurs! Niemal umknęło to mej uwadze, lecz niekiedy da się usłyszeć puszczoną z gramofonu klasykę, chwilami zagłuszaną przez to, co grane jest na żywo. A na żywo nie grywa się tu, proszę Państwa, w zbyt poprawnie polityczny sposób. Wątpliwe by ktoś ze współcześnie żyjących twórców wpadł na pomysły, jakie mogłyby zaowocować taką prezentacją muzycznego chaosu, dźwiękowej anarchii, strukturalnego, merytorycznego i formalnego nihilizmu, jakim ociekało całe przedstawienie. Pod hasłem "La Sirene" krył się popis akrobatów w oprawie operowej diwy i nie wiadomo nawet kiedy dostarczonego tu pianina, którego delikatne stuknięcia przeszły w "Le Choeur des Valseurs" - inscenizację krwawej tragedii mającej miejsce podczas przyjęcia weselnego. Z takiego zamętu zaczęli wyłaniać się powoli muzycy i aktorzy, którzy wraz ze swymi instrumentami ustawiali się kolejno z przodu sceny. Nie wiadomo skąd wzięła się cała ich reszta, front estrady wyglądał bowiem tak, jakby ustawić w rzędzie małą orkiestrę. Nie szczędząca owacji publika nie marnowała już teraz ani chwili. Oto "Bonne Biere et Bonne Chere" - ostateczny akt. Blackmetalowcy schowali się za kulisami, reszta instrumentalistów ruszyła z czymś, co przypominało skoczne, cygańskie rytmy. Tempo rosło stopniowo, aż do ostatecznego taktu, po którym - pośród iskier i zasuwanej kurtyny - migotały już tylko bliżej nieokreślone, futurystyczne dźwięki dziwnej maszynerii. Takiej, której chyba jeszcze nie wynaleziono?

ocena:  10/ 10

www.pnrecords-music.com/


www.facebook.com/Vaerohn


soundcloud.com/pn-records xxx


autor: Kępol



<<<---powrót