| 9 | A | B | C | D | E | F | G | H | I | J | K | L | M | N | O | P | Q | R | S | T | U | V | W | X | Y | Z
INDEX

- A   [1  2   3   4   5   6    7] -   

BELLADONNA

"The Orchestral Album"

własna produkcja zespołu (CD 2016) 

Nie pamiętam już czy włoska BELLADONNA dotarła do mnie z radosną nowiną za pośrednictwem Facebooka czy e-maila. Gdzieś w wirtualnym świecie trafiłem, w każdym bądź razie, na anons, na który czekałem z zapartym tchem od ładnych paru lat i który głosił: "nagrywamy nowy album!" Nim podniecenie o narastającej intensywności sięgnęło zenitu oczom mym ukazało się jednak słowo, które skutecznie ostudziło atmosferę, a brzmiało ono 'orchestral'. Oczywiście wyrazem głupoty, czy wręcz aktem hipokryzji ze strony fana THERION bądź SEPTICFLESH byłaby próba diagnozowania u samego siebie alergii na metal czy rock symfoniczny, szczególnie bacząc na fakt, że topy prywatnych podsumowań człowieka obfitują w pozycje, których zarejestrowanie wymagało zaangażowania mniejszej czy większej orkiestry symfonicznej. Od beatlesowskich eksperymentów, przez albumy KING CRIMSON, YES, R.E.M. czy ostatnie dokonania RAYA WILSONA aż po kąski z katalogów takich kapel jak METALLICA, DIMMU BORGIR, ANATHEMA, PAIN OF SALVATION, PENSEES NOCTURNES, ORANGE THE JUICE, GREEN CARNATION i nie wiadomo jak daleko jeszcze rozciąga się spektrum szlachetnego gitarowego grania, któremu smyczki nie są bynajmniej zawadą. Błogosławieni, którzy wykorzystujecie takie połączenie z należytym smakiem i którzy chwytacie się takich rozwiązań z potrzeby artystycznej duszy, choć bardzo często wygląda to niestety w sposób mniej idylliczny. Podczas rozmów na ten temat zdarza mi się ostatnio żartować, że 'jeśli jakiś w miarę prężnie funkcjonujący zespół rockowy nigdy nie wydał płyty z akustycznymi aranżacjami swoich numerów, na pewno zagra kiedyś z orkiestrą symfoniczną'. Mało wyszukany już niestety dzisiaj pomysł przestał przyprawiać mnie więc o wypieki na twarzy, a fakt, że na najnowszym albumie BELLADONNY najzwyczajniej w świecie miały pojawić się, w symfonicznych aranżacjach, numery z krążków poprzednich przyjąłem ze sceptycznie wyszeptanym: 'wszystko jasne'? Przy pomocy kampanii crowdfundingowej piewcy noir rocka zdążyli wtedy zebrać środki na realizację "The Orchestral Album" i nim się obejrzałem tytuł ów trafił na moją listę wydawnictw do zrecenzowania, aczkolwiek śmiem twierdzić, że nawet w przeciwnym razie zdałbym sobie w końcu sprawę z poziomu zespołu, o którym mówimy i status perspektywy zapoznania się z najnowszym jego dziełem tak czy inaczej przedzierzgnąłby się z opcjonalnego w obligatoryjny. Co prawda wolałbym usłyszeć następcę rozbrajającego "Shooting Dice With God", ale sprawdźmy co też BELLADONNA wysmażyli wspólnie z muzykami sesyjnymi Ennio Morricone oraz kompozytorką Angeliną Yershovą przy aranżacyjnych sterach. Pierwszy i w sumie jedyny minus (który minusem nie koniecznie i nie dla każdego musi zresztą być) dostali ode mnie za to, że partie orkiestry tworzą w tych utworach litą, nieprzerwaną ścianę dźwięku. Wszechobecną i wieczną. Osobiście zdecydowanie wolę, gdy ktoś odczuwa (lub nie) potrzebę ich wykorzystania w zależności od potencjału danego fragmentu, choć muszę przyznać, że pani Angelina potrafiła ich warstwę odpowiednio wycieniować, więc tak naprawdę najpóźniej przy drugim przesłuchaniu przestaje to przeszkadzać. Małe wytchnienie od orkiestracji przynosi machający do nas na pożegnanie, dojmująco melancholijny "Morpheus", o ile rzecz jasna, przebrnąwszy przez choćby połowę wcześniejszych kawałków, ktoś będzie miał ich rzeczywiście dosyć. A już otwierający, zjawiskowo wykonany "Damn Your Love" pokazuje na co zespół stać. Pierwszy plan mimo wszystko należy do wokalu i spektakularnie pracującej sekcji rytmicznej. Symfoniczne tło, przybrawszy zaś na intensywności, obrysowuje grubą kreską dzikie emocje ściskającej mikrofon Luany Caraffy, skutecznie podkreślając to, co dzieje się w tekstach. Sposób, w jaki ilustruje ono sytuację przedstawioną w "Wonderlust" organizując jedno z najbardziej efektownych przejść, jakie było mi dane słyszeć, zostawia z otwartą buzią na równie długo. Całkiem bliskowschodni klimat udziela mi się w nie mniej zapierającym dech w piersi "Morning Star Blues". Nie zawodzi również "Abduction", od którego pierwszych sekund bije zawstydzająca wręcz wrażliwość, a momenty, w których milkną symfonizmy po to by po chwili uderzyć z zimmerowskim wręcz rozmachem po prostu wgniatają w fotel. Rzucający grę gitarzysty Daniego Macchiego w samo centrum uwagi, instrumentalny "Morpheus Rising" też nie brzmi w drewniany sposób, gdzie znaczącą rolę odegrał zapewne fakt, iż BELLADONNA nagrywała tę płytę studyjnie, lecz na żywo, czyli tak by było czuć w tym wszystkim i profeskę i spontan. Zespół po raz kolejny pokazał, że jego wielkości nie sposób mierzyć w metrach nad poziomem morza oddając w nasze ręce wydawnictwo, na którym dokonał kapitalnej, poruszającej, niebywałej reinterpretacji swoich wcześniejszych dzieł. Przesłuchałem już ten album tyle razy, że pierwotne ich wersje zaczynają brzmieć dla mnie w sposób kuriozalny i jeszcze mi mało. Jakby to powiedział Rocky Balboa: 'Much appreciated'!

ocena:  9/ 10

en.wikipedia.org/wiki/Belladonna_(band)


www.soundcloud.com/belladonnaband


www.facebook.com/belladonnaband


www.twitter.com/belladonnaband


autor: Kępol



<<<---powrót