| 9 | A | B | C | D | E | F | G | H | I | J | K | L | M | N | O | P | Q | R | S | T | U | V | W | X | Y | Z
INDEX

- A   [1  2   3   4   5   6    7] -   

EPITAPH

"Fire From the Soul"

MIG-Music & Mystic Production (CD 2016) 

Kartografia rocka progresywnego lat 70. nie zamyka się bynajmniej w konturach Wielkiej Brytanii czy amerykańskiego kontynentu. Nawet jeśli artyści o rzeczonym pochodzeniu wyznaczyli współrzędne najważniejszych dla wyprowadzenia ewolucji tej konwencji punktów, w Polsce mieliśmy już przecież w tamtym okresie SBB czy EXODUS (nie mylić z legendą thrash metalu z amerykańskiego Bay Area), w Holandii w najlepsze praktykował już wtedy FOCUS, a Niemcy mogli pochwalić się choćby BLACKWATER PARK czy będącym bohaterem tej recenzji EPITAPH. Po wydaniu kilku krążków formacja z Dortmundu zwróciła uwagę Irvinga Azoffa - menedżera choćby THE EAGLES czy JOURNEY oraz Seymoura Steina - producenta dokonań FLEETWOOD MAC, współpracującego nawet swego czasu z samą MADONNĄ i jej kariera nabrała rozmachu. EPITAPH ma za sobą liczne zmiany nazwy, gdyż początkowo wołano ich FAGIN'S EPITAPH, a gdzieś po drodze zdarzyło im się nawet wypuścić trzy regularne krążki pod szyldem DOMAIN, z uwagi na dość śmiałe poszukiwania stylistyczne, w jakie się wówczas zapuścili, choć gitarzysta/wokalista Cliff Jackson i basista Bernd Kolbe, którzy założyli ten ansambl w roku 1969 ostali się w składzie do czasu sesji nagraniowej "Fire From the Soul", czyli płyty najświeższej. Nowe rzeczy od aktów tak zasłużonych budzą zazwyczaj dość wyśrubowane oczekiwania, albowiem podpisują się pod nimi muzycy doświadczeni, a często i w swej sztuce biegli, ale i obawy, bo jakże często takie orkiestry starają się walić w bezpieczny w kontekście danego czasu ton. Trzech ostatnich krążków OPETH nie określiłbym przykładowo mianem słabych czy nawet przeciętnych, gdyż ten jest zespołem tak wysokiej klasy, że nie zdziwiłoby mnie gdyby obronną ręką wyszli ze zmagań ze stylistyką disco polo (gdyby do tak zuchwałego eksperymentu oczywiście doszło). Słuchając ich najnowszych rzeczy ciężko pozbyć mi się jednak tego lekkiego uczucia niesmaku, bo Akerfeldt słynie co prawda z umiłowania art rocka lat 70., ale osadzenie takiego choćby "Sorceress" w vintage rockowo-stonermetalowej stylistyce na pewno nie pozbawiło ich starych fanów i z całą pewnością przysporzyło wielu nowych, jeśli wiecie, co chcę powiedzieć. Ostatni plastik EPITAPH startuje natomiast za sprawą "Nightmare", którego pierwsze takty mogą przywodzić na myśl manierę grania RUSH, lecz klawisze o tłustym brzmieniu bardzo szybko zaczynają flirtować z soczystymi, hard rockowymi riffami w stylu takiego choćby DEEP PURPLE z okresu "Machine Head" czy "Burn", czyli okresu niewątpliwie zacnego. Takiej sielanki na pewno nie burzą kolejne i równie udane "The Way It Used To Be" czy "Fighting In the Street". Zamiast oklepywać w nieskończoność te same patenty EPITAPH zręcznie czerpie z kolejnych odcieni rockowego grania. Na tyle rasowego by z ochotą machać głową, lecz na tyle umiarkowanie przebojowego zarazem by nie kręcić nosem. Zmienia się to bardzo drastycznie gdy czytnik wskakuje na ścieżkę numer cztery czyli "No One Can Save Me", gdzie zderzenie tego, co normalnie zespół gra tworzy na styku z folkowo (bluegrassowo?) brzmiącymi smyczkami i pracą dobywanych z akustyka akordów niczym z Wojewódzkiego Przeglądu Piosenki Żeglarskiej rodem, efekt co najmniej pokraczny. Być może miało być intrygująco, ale chyba nie do końca się udało. Świeżo po takim potknięciu EPITAPH brnie jeszcze bardziej tam, gdzie nie powinien, bo "Any Day" to bardziej akustyczna ballada, która nie dziwiłaby jak mniemam na krążku niekoniecznie wczesnego BON JOVI niż coś, co można by posądzić o związek z rockiem progresywnym, choć ten numer jakiś urok akurat posiada. W "Man Without a Face" znów pobrzmiewa ta folkowo-szantowa nutka w mocno kiczowatym wydaniu. Wpada to w ucho błyskawicznie, ale to puste muzyczne kalorie, podobnie jak naprawdę od czapy doklejony, czterdziestosekundowy cytat z Mozarta. W oparach wrażeń o silnie skontrastowanym zabarwieniu emocjonalnym zastanawiam się teraz nad notą, bo są tu zdecydowanie dobre numery, do których zaliczyć wypada jeszcze totalnie rushowy i tyleż smakowity "Spark To Start a Fire" czy zamykający "One of These Days" i w sumie szkoda, że tak potencjalnie dobre  wydawnictwo lekko pogrążają zabiegi z półki tak niskiej. Summa summarum bardzo mocne 6. 
 

ocena:  6/ 10

www.facebook.com/epitaphrocks/about/?entry_point=page_nav_about_item


www.mig-music.de/en/mig-music/


epitaph-band.de/


autor: Kępol



<<<---powrót