| 9 | A | B | C | D | E | F | G | H | I | J | K | L | M | N | O | P | Q | R | S | T | U | V | W | X | Y | Z
INDEX

- A   [1  2   3   4   5   6    7] -   

SPOCK?S BEARD

"X"

Mascot Music Productions & Mystic Production (CD 2010) 

Można było odczuć pewien niesmak gdy osiem lat wstecz założyciel, mózg i frontman tej utalentowanej amerykańskiej grupy, z powodu przemiany duchowej postanowił ją opuścić. Nie bardzo rozumiem w jaki sposób muzyka wczesnego SPOCK'S BEARD mogła kiedykolwiek wchodzić w konflikt z przekonaniami osoby nawet głęboko wierzącej i gorliwie praktykującej, ale Neal Morse z cała pewnością lepiej wie, co dla niego najlepsze, a nam, decyzję owego multiinstrumentalisty, pozostaje taktownie uszanować. Tak się ironicznie składa, że ostatnim albumem studyjnym kapeli, jaki słyszałem był wydany w 2002 roku, dwupłytowy i jak można się domyślić - koncepcyjny "Snow", czyli ostatni krążek zespołu, jaki pod batutą Neal'a został wytłoczony i kolejny, z jakim już z racji pewnych recenzenckich obowiązków się spotykam, to właśnie najnowsze dzieło tej czteroosobowej obecnie formacji. Tak się niekiedy składa, że pewne przeciwności losu wpływają na zespół wręcz zbawiennie i po wysłuchaniu albumu "X" do takich właśnie zespołów SPOCK'S BEARD bez zastanowienia zaliczam. Nie umniejszając niczyjej roli myślę, że ta grupa nigdy jeszcze nie brzmiała w sposób tak obłędnie przekonujący jak teraz. Wszystko - począwszy od samego brzmienia, przez stronę kompozycyjną oraz partie wokalne na tekstach kończąc zgadza mi się tu o wiele bardziej niż na jakichkolwiek znanych mi albumach nagranych w oryginalnym składzie. Tym co od razu zwraca uwagę słuchacza jest idealny wręcz balans pomiędzy wszelkimi ukłonami w stronę protoplastów takiego grania z przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, a świeżym podejściem do pisania muzyki. "Kamikaze" to przecież ewidentny KING CRIMSON z okresu z Wettonem na wokalu, ale... nie do końca. Tak zwany 'drive' utworu (zwłaszcza podczas zwrotek) to zdecydowanie bardziej rock'n'rollowa szkoła jazdy i gdyby kawałek ukazał się na krążku takiego powiedzmy Slasha, czy Kid Rocka zdziwienie nie byłoby chyba aż tak duże. Z elementów charakterystycznych dla dokonań Frippa i jego spółki mamy jeszcze partie instrumentów smyczkowych oraz melotronu, jak te w rozbudowanym i na cztery części podzielonym - "From the Darkness". Reszta wpływów na płycie dzielona jest niemal równo między YES i GENESIS. Instrumentalny "Emperor's Clothes" to rozdział płyty, w którym znajdziemy jawne nawiązanie do klawiszowych pasaży Wakeman'a z okresu "Fragile". Jest tu również jakby rockowy odpowiednik słynnego fragmentu "Fortune In Lies" DREAM THEATER, a w dalszej części numeru odezwie się jeszcze "Metropolis Part II" i myślę, że nie ma sensu dochodzić, czy to syndrom, że tak to ewolucjonistycznie ujmę - wspólnego, muzycznego przodka, czy może wynik inspiracji bezpośrednich. Na tej płycie po prostu dzieje się zbyt wiele i słuchając albumu niekoniecznie mamy czas i chęć analizować w sposób chłodny jego zawartość. Oczywiście można ciągnąć dalej, że fortepianowe wyciszenia to szkoła wczesnego GENESIS ("From the Darkness", "The Quiet House"), albo, że w tym pierwszym przewija się ewidentne zapożyczenie fragmentu "Lavender" MARILLION. Są to jednak smaczki, o których zapomnicie już po kilku sekundach, albowiem niemal zawsze eksplodują one zupełnie nowymi, własnymi pomysłami muzyków. Jest to, a i owszem, płyta przesiąknięta charakterystycznym klimatem wiadomego okresu w historii wiadomo jakiej odmiany rocka, przepełniona hammondowymi brzmieniami, skomplikowanymi wokalizami (odwołania do lat pięćdziesiątych w "Kamikaze") i brzmieniem instrumentów dętych; wypełniona rozbudowanymi kompozycjami, w których popisy instrumentalne (z którymi na szczęście nikt tu nie przesadził) równoważone są atmosferycznymi wyciszeniami. Jest to jednak tylko surowiec, z którego Alan i reszta ekipy ciosają swoje własne, głęboko przemyślane formy. Jak na prawdziwe arcydzieło przystało - najlepsze dostajemy na końcu. "The Man Behind the Curtain" to ostoja ekstrawaganckiej wręcz przebojowości, a "Jaws of Heaven" to istne apogeum, gdzie dynamizm bije się o złoty laur z monumentalnymi orkiestracjami i zapierającą dech w piersi melodią. Oprócz SPOCK'S BEARD, również takie zespoły jak BEARDFISH, czy EUROPE, niejednokrotnie wcześniej pokazały, że czasem należy zrobić krok do tyłu, by pójść naprzód i choć ujmującego klimatu tak przeuroczych ballad pióra Neal'a jak choćby "Solitary Soul", czy "Goodbye To Yesterday" jakby tutaj mniej, brat słynnego wirtuoza może spać spokojnie ze świadomością, że zespół nie spocznie na swej dawnej legendzie.

ocena:  9,5/ 10

www.spocksbeard.com


www.myspace.com/spocksbeard


www.mascotrecords.com/index.php


autor: Kępol



<<<---powrót