| 9 | A | B | C | D | E | F | G | H | I | J | K | L | M | N | O | P | Q | R | S | T | U | V | W | X | Y | Z
INDEX

- A   [1  2   3   4   5   6    7] -   

LODY KONG

"Dreams And Visions"

Mascot Label Group & Mystic Production (CD 2016) 

Mimo, iż teoretycznie ocena czyjejś twórczości winna odbywać się wyłącznie w oparciu o samą twórczość, skład akurat tej formacji może nań w praktyce mocno rzutować. W przypadku pewnej grupy odbiorców personalia muzyków LODY KONG okażą się zapewne skuteczną reklamą, dla kolejnej będą one ostrzeżeniem, a dla jeszcze innej wręcz czynnikiem determinującym negatywną opinię o muzycznej zawartości wydawnictw tego aktu wyrabianą bez względu na ich wartość rzeczywistą. LODY KONG to bowiem zespół założony przez dwóch synów samego frontmana SEPULTURY z minionego, choć niewątpliwie najważniejszego okresu dla legendy thrash metalu oraz SOULFLY, czyli oczywiście Maxa Cavalery. Jego pociechy noszą imiona Zyon (perkusja) oraz Igor (wokal, gitara), stanowiąc główny trzon kapeli, jaką powołali do życia w 2011 roku w Arizonie oraz jedyną niezmienną od tamtego czasu jej frakcję personalną. Niemal błyskawicznie podpisali się pod pierwszym materiałem demo i to właściwie wystarczyło by wysyłać ich w rozległe (z tego co podają źródła) trasy koncertowe u boku głównych szyldów ich taty, o których wiele porządnych kapel z kilkoma pełnymi albumami na koncie może co najwyżej pomarzyć. Pachnie to artystycznym nepotyzmem, ale co tam - najważniejsza w końca jest muzyka, prawda? A tutaj nie jest wcale aż tak źle. LODY KONG nie oferuje co prawda na dzień dzisiejszy niczego szczególnie oryginalnego. Mimo inspiracji, do których przyznają się na swoim profilu facebookowym (m.in. BLACK SABBATH i GODFLESH) osobiście byłbym skłonny opisać ich łupaninę jako rzecz pośrednią między tym, co robi –(16)– a dokonaniami DOCTOR MIDNIGHT AND THE MERCY CULT, a to ostatnie ze względu na wokal Igora, nieodparcie przywodzący na myśl emisję głosu Hanka von Helvete (również TURBONEGRO), ale nie tylko, bo ten charakterystyczny rodzaj fuzji metalu z punkiem, jaki na "I Declare: Treason" mogliśmy uświadczyć wyznacza również standardy "Dreams And Visions". LODY KONG to jednak granie mniej melodyjne, a bardziej zorientowane na sludgemetalową masywność i elementy psychodelicznego grania, które nie zawsze stanowią li tylko przyprawę do tego strawnego co by nie powiedzieć dania (patrz: "Some Pulp"). Być może jest to album zbyt jednolity, za bardzo pozbawiony wyróżniających się momentów i zróżnicowania, ale młodzi świetnie operują na nim muzycznym ciężarem. Brzmienie gitar przywołuje na myśl flagowe kapele amerykańskie wykonujące staroszkolny sludge metal, takie jak BLACK TUSK, LORD DYING czy GODHUNTER, choć znacznie mniej tu nutki doommetalowej czy stonerowej, jakże często pobrzmiewającej w muzyce ich starszych kolegów, a więcej punka. Zdecydowanie czuć tu również gruz na modłę klasyki deathmetalowego oldschoolu ze szwedzkich ziem rodem, a że na zręcznym kręceniu potencjometrami i dociskaniu pedałów gitarowych efektów ich kreatywność się nie kończy, dostajemy na debiutanckiej ich płycie tak dobre numery jak choćby "Pig In the Pen", "The Dangerous Quest" lub pędzący na złamanie karku, mocno metalowy "Venomous Kool-aid". 
 

ocena:  7/ 10

en.wikipedia.org/wiki/Lody_Kong


www.facebook.com/lodykong7/


lodykong.bandcamp.com/


www.mascotlabelgroup.com


autor: Kępol



<<<---powrót