| 9 | A | B | C | D | E | F | G | H | I | J | K | L | M | N | O | P | Q | R | S | T | U | V | W | X | Y | Z
INDEX

- A   [1  2   3   4   5   6    7] -   

CONTROL DENIED

"The Fragile Art of Existence"

Relapse Records (3 CD 2010) 

"To nie będzie zwykły projekt solowy, to będzie projekt co najmniej tak ważny jak DEATH, być może nawet ważniejszy, albowiem będzie on zdolny pójść dalej w kwestii tego, co chciałbym muzycznie dokonać, a co nie mogło zostać zrobione pod szyldem DEATH..." - powiedział Chuck Schuldiner w wywiadzie dla magazynu "Altars Of Metal" i jakem świadom sceptycyzmu jakim wielu pewnie obdarzyło te słowa, tak recenzji "The Fragile Art of Existence" w inny sposób według mnie zaczynać się nie godzi. Ponoć genialny Amerykanin nosił się od czterech lat z zamiarem urzeczywistnienia swojej wizji i powodem, dla którego zrezygnował on ze starego, kultowego szyldu, mogły być moim zdaniem obawy, że fani DEATH nie zrozumieliby tak radykalnego odejścia od, nomen omen - death metalu, jakie na "Kruchej sztuce egzystencji" Chuck nam zaserwował. Ale kto tak naprawdę oczekiwał od tak wizjonerskiego artysty ślepej wierności raz obranej ścieżce? Przecież droga, jaką przebył on od oldschoolowego (acz niezwykle w dniu premiery świeżego) "Scream Bloody Gore" do recenzowanej właśnie płyty jest drogą nie tyle konsekwentną, ile wręcz logiczną. Choć z drugiej strony, taki "The Sound of Perseverance" to, nie oszukujmy się - absolutny szczyt tego, co w gatunku zwanym death metalem można osiągnąć. To poziom, który wyznacza górną granicę podnoszenia poprzeczki każdego jednego aspektu nagrywania takich płyt i bez względu na to, ile procentowo mieliśmy tam czystego deathu, ile thrashu, a ile jazzu - był i jest to absolut, który zdaniem niżej podpisanego nikłe ma szanse na detronizację. Potrzeba nowej krainy do podbicia pchnęła naszego wielkiego wodza w rejony prog/power metalowe i myślę, że powyższa szufladka trafnie styl CONTROL DENIED skategoryzuje. Wiekopomna tu rola Tima Aymara, wokalisty, który bez żadnej trudności stanąłby za mikrofonem w każdej jednej kapeli z gatunku heavy/power. Pokręcone, acz mocno precyzyjne partie basu wydudnił pan DiGiorgio, a Shannon Hamm i Richard Christy (znani ze składu jaki wygenerował "The Sound...") uzupełnili rzecz, odpowiednio - o riffy drugiego wiosła i perkusję. Tak powstało ponadgatunkowe arcydzieło, które niezależnie od ruchu wskazówek zegara i wszelkich innych czynników obiektywnych, zawsze będzie w cenie, aktualne i na miarę bieżących czasów. Próżno faworyzować tu tytuły, bo każdy jeden cios wymierzony tymi dźwiękami powala już w pierwszej sekundzie. "Consumed"; "Breaking the Broken"; "Expect the Unexpected"... - znajdźcie mi choćby jeden RZECZYWIŚCIE słabszy numer... Mieszanka melodii, warsztatu, feelingu i progresji o idealnie wyważonych proporcjach musi niszczyć przy każdym przesłuchaniu. Wrzucałem już "The Fragile ..." na playlistę foobar'a, w gardziel discmana na oryginalnej płycie audio, płycie mp3, na laptopie w formacie audio, można wręcz powiedzieć, że słuchałem tej płyty na wszystkie chyba możliwe sposoby i za każdym razem byłem uraczony jak król. Tym razem wrzuciłem na ruszt materiał z reedycji jaką Relapse świeżo wypuściło, więc mogę się dodatkowo nacieszyć wersjami demo prawie wszystkich utworów, jakie na płycie się znalazły i których wydanie było anonsowane od dłuższego już czasu. Jestem pewien, że każdy sympatyk tej muzyki ucieszy michę słysząc historyczne już teraz wersje tych absolutnie wyjątkowych numerów. Szkoda tylko, że nie mam wglądu w pełne wydanie, bo nie mam możliwości porównania wersji Relapse z tą, jaką sam posiadam... Słowem podsumowania - "The Fragile Art of Existence" to płyta dla każdego, kto ceni sobie ambitne metalowe granie. To jeden z tych albumów, dzięki którym możemy dumnie powiedzieć, że metal to prawdziwa sztuka. Dobrym kontrargumentem dla oponentów może być również fakt, że płyta została opatrzona dużo bardziej organicznym brzmieniem niż krystalicznie niemal klarowny w tej płaszczyźnie "The Sound of Perseverance". No i nie można również powiedzieć, że duch muzycznej ekstremy poszedł tutaj tak do końca w las (choćby "Believe"). No i teksty gospodarza imprezy, które pokazują, że nie każdy, kto gra power śpiewa o smokach, rycerzach i cycatych dziewojach. Dzieło skończone, dojrzałe, doskonałe. Koniec rozprawki.

ocena:  10/ 10

www.emptywords.org


www.myspace.com/controldeniedusa


www.relapse.com


autor: Kępol



<<<---powrót