| 9 | A | B | C | D | E | F | G | H | I | J | K | L | M | N | O | P | Q | R | S | T | U | V | W | X | Y | Z
INDEX

- A   [1  2   3   4   5   6    7] -   

SOLSTAFIR

“Beydreyminn”

Season Of Mist Records (CD 2017) 

Pomijając fakt, że osobiście uważam większość stuffu nagranego SOLSTAFIR za szczyt nudziarstwa i smęcenia, w którym nawet ANATHEMA w swoich najsłabszym okresie była lepsza, potrafię docenić to, że ktoś słucha ich płyt, chodzi na ich koncerty, a wedle świadków ich tegoroczny występ w Polsce z OPETH i RIVERSIDE był naprawdę udany. Nie zmienia to postaci rzeczy, że zwyczajnie stronię od tego zespołu i uważam, że Islandia ma wiele bardziej godnych zespołów, które nie osiągnęły takiego sukcesu, jak ten działający już kilkanaście lat band. Na „Beydreyminn” starałem się jednak patrzeć bez większych uprzedzeń i wsłuchać się w ten materiał dokładnie i kilkukrotnie. I to nie jest już ten smucący i rażący monotonnością zespół, ani też w jakikolwiek sposób nawiązujący do black metalowej przeszłości. Przynajmniej chwilami obok melancholijności i jednostajności pojawiają się zrywy złości, inne spojrzenie na post-rockowe czy czysto atmospheric rockowe dźwięki. Typowo chwytliwym (bo i takie rzeczy zdarzają się Islandczykom) jest numer otwierający płytę, a zatytułowany „Silfur-Refur”, ale już na przykład „Hula” jest czymś, co łączy ze sobą dość odmienne światy majestatu COLDPLAY i takiej melancholijno-metalowej kapeli z Norwegii BEYOND DAWN, o której pewnie większość już zdążyła zapomnieć. To utwór, w którym rocka praktycznie nie ma, a całość opiera się na tonach pianina, delikatnych ‘dęciakach’, muśnięciach orkiestralności i eterycznych wokalizach, a dopiero pod koniec pojawia się więcej silniejszych emocji, ale głównie w wokalu Aðalbjörna Tryggvasona. Podobnie brzmi smyczkowy i minimalistyczny kawałek „Hvít Sæng”, który też w swojej pierwszej części opiera się głównie na niepokojącym klimacie, ale z czasem przeistacza się w coś bardziej żywiołowego i bardziej gitarowego. Jeszcze inaczej, choć w zbliżony sposób przedstawia się to w „Ambátt”, w którym dostrzegam elementy zbliżone do tych spokojniejszych dokonań TYPE O NEGATIVE, tyle że w zimniejszy sposób i przy użyciu nieco innych środków. Klawiszowe momenty na pianinie Rhoadesa przybliżają SOLSTAFIR na moment do klimatu lat 70-ych, ale . Najbardziej majestatycznym i dramaturgicznym fragmentem albumu jest jego zakończenie w postaci ośmiominutowego „Bláfjall”. Całość nie jest tragiczna, ale i tak wciąż nie rozumiem fenomenu popularności tej grupy.     
 

ocena:  5/ 10

www.solstafir.net


www.facebook.com/solstafirice


www.season-of-mist.com


autor: Diovis



<<<---powrót