| 9 | A | B | C | D | E | F | G | H | I | J | K | L | M | N | O | P | Q | R | S | T | U | V | W | X | Y | Z
INDEX

- A   [1  2   3   4   5   6    7] -   

VIRUS

"The Agent That Shapes the Desert"

Duplicate Records (CD 2011) 

Ten zespół nie cieszy się chyba jakimś zjawiskowym przyjęciem ze strony metalowo - rockowego audytorium i wątpię aby całe populacje muzycznego ludu z utęsknieniem wyczekiwały tego krążka. Ja się do nich jednak nie zaliczam i z premierą "The Agent That Shapes the Desert" wiązałem całkiem spore plany, że tak to ujmę - poznawcze. Po kilkunastokrotnym przeprawieniu się przez przedziwny świat albumu "The Black Flux" nie mogłem wręcz doczekać się dnia, w którym ostatecznie miało się rozstrzygnąć, w jakim kierunku zechcą podążyć jego autorzy. Nielicho ucieszyłem się gdy powierzono mi do zrecenzowania najnowsze dzieło norweskich wizjonerów, mających na swym koncie współpracę z prawdziwie światową (choć wywodzącą się również z Norwegii) czołówką w dziedzinie blackowo - awangardowego rzeźbienia w dźwiękowej materii i gdyby tak chcieć rzucić na muzyczną pracownię VIRUS 'kawałek reflektora', wystarczyłoby wymienić choćby ULVER, czy DIMMU BORGIR, a nawet jeśli mówimy tu o tak zwanych epizodach - nic już dodawać nie trzeba. Kiedy więc pogrążony w muzyce zastanawiałem się nad rozwojem stylistycznym twórczości tego znakomitego trio, doszedłem do prostego wniosku, że jest on po prostu konsekwentny. Nie rewolucyjny, nieprzewidywalny, nie wiadomo jak zaskakujący, ale po prostu konsekwentny, gdyż każdy, tak naprawdę, krążek jaki tylko wyszedł spod paluchów Czrala i Essa, to krok w stronę tego, co usłyszałem na najnowszym albumie kapeli. By w pełni zrozumieć to, co w dyskografii wspomnianych majsterkowiczów się dzieje, nie wystarczy przewałkować płyt VIRUS. Trzeba cofnąć się jeszcze o jeden krok wstecz w stosunku do "Carheart" i zaczerpnąć z prawdziwego źródła, zatytułowanego "Written In Waters", jakie jeszcze pod szyldem wcześniejszego swego zespołu - VED BUENS ENDE, wywołani wyżej muzycy ubrali w dźwięki. Nazwę zmienili może ze względów personalnych, może dlatego, że od premiery wspomnianej płyty do premiery debiutu VIRUS upłynęło jednak kilka ładnych lat... nie wiem. Wiem jednak, że wspomniane wyżej tytuły układają się w linii prostej niczym stadia ewolucji naczelnych, czy poszczególne odcienie tego samego koloru w próbniku programu graficznego. O ile na "Written In Waters" mieliśmy takie utwory, w których wyraźnie odzywa się tradycyjnie pojmowany 'czarny metal', jak "Den Saakaldte", czy "Remembrance of Things Past", o tyle na każdym kolejnym albumie wydanym pod szyldem VIRUS jest takiego grania co raz mniej. To samo tyczy się w zasadzie większości elementów rzeczonej układanki, które można by wpasować również między puzzle innych grup i moim zdaniem sprawa wygląda z grubsza tak, że ci kolesie oczyścili z naleciałości wszystko to, co nazwę ich zacną, w branżowym podwórku po prostu wyróżnia. Tak samo jak MESHUGGAH stworzył na własne twórcze potrzeby styl połamanego rytmicznie i skrajnie odhumanizowanego, technicznego cyber metalu, tak i VIRUS upatrzył sobie przytulny kącik znajdujący się dokładnie na styku blackmetalowej i jazzrockowej ściany dźwiękowej. Możemy zapomnieć o nuceniu tych utworów podczas jazdy samochodem, czy o tupaniu nogą w rytm. Totalnie jazzowa sekcja, rozlane gitarowe akordy, zawodzący wokal i przeraźliwie zimna estetyka melodyczna sprawiają, że VIRUS to nie jest muzyka do ściągania w charakterze dzwonków na telefon. I cóż zmieni to, że perkusja w "Chromnium Sun" naśladuje dance'owy beat? Albo, że brzmienie "The Agent..." to wynik eksperymentu z rockiem klasycznym? Ja nie wiem, czy fakt, że ta płyta brzmi cieplej, bardziej 'lampowo' (jakby takie AC/DC z "Highway To Hell", czy STONE TEMPLE PILOTS podczas nagrywania "Purple" przykręcili nieco gałki przesterów), wyłoni z grona maniaków mocniejszego rock'n'rolla tych, co będą zespół jeśli nie wielbić, to choćby częściowo rozumieć. To, że płytka otarła się o modny ostatnimi czasy post rock i że jest to granie dużo bardziej energiczne niż w przypadku "The Black Flux" również nie zmieni statystyk. Jeśli nie jesteście maniakami muzyki tłoczonej w oparciu o pomysł na pewną twórczość, w oparciu o jakąś wizję, jakiś zarys, jeśli nie jesteście w stanie docenić muzyki, w której pozorna monotonia użyta jest w sposób świadomy do ściągania was w otchłań, gdzie naszkicowany blastami świat jawi się niczym spokojna, górska osada, a zdecydowana większość pseudodepresyjnego grania jako kiepska muzyka weselna, to lepiej zaniechajcie kontaktu z tym krążkiem. Wymiękniecie bowiem już w połowie. I nie pomoże rozbujany "Red Sand". Nie pomoże chropowaty "Parched Rapids", w którym to Czral udowadnia, że nie trzeba wcale metalowego efektu gitarowego, by zabrzmieć ciężko jak sto piekieł. No i tym bardziej nie pomoże bezapelacyjnie najlepszy w całym zestawieniu, rozkładający zawodnika na macie "The Call of Tuskers" (czy ja tam słyszę Garma, czy tylko mnie się wydaje...), gdyż jest to numer, na rozpisce wydawnictwa, ostatni i jest on zarezerwowany dla śmiałków, którzy wytrwali w marszu przez tytułową, pustynną spiekotę. Nie jest to muzyka dla wszystkich i czasem dochodzę do wniosku, że chyba będzie najlepiej jeśli tak już zostanie. Słuchanie pewnych projektów winno mieć charakter elitarny ;]

ocena:  9,5/ 10

www.myspace.com/czral


www.duplicate-records.com


autor: Kępol



<<<---powrót