| 9 | A | B | C | D | E | F | G | H | I | J | K | L | M | N | O | P | Q | R | S | T | U | V | W | X | Y | Z
INDEX

- A   [1  2   3   4   5   6    7] -   

SPACE MIRRORS

"Majestic 12: A Hidden Presence"

Sleaszy Rider Records (CD 2008) 

Może najpierw małe info odnośnie samego zespołu. SPACE MIRRORS to formacja powołana do życia w roku 2001 z inicjatywy stojącego za klawiszami, basem, gitarą, perkusją oraz wokalem, rosyjskiego muzyka płci żeńskiej nazwiskiem Alisa Coral. Niewielu muzycznych odpowiedników posiada ta kobieta, coś tak mi się zdaje i trzeba przyznać, że czego jak czego, ale ambicji i determinacji jej nie brakuje. Rok później dołączył do niej niejaki Michael Blackman, który miał przejąć od niej wówczas (przynajmniej częściowo) instrumenty szarpane. Od tej chwili można mówić o uformowaniu się aktualnego rdzenia grupy, która w roku 2004 zadebiutowała albumem "The Darker Side of Art". Omawiany tutaj "Majestic 12: A Hidden Presence" to trzeci album w ich dorobku. Powiadają, że do trzech razy sztuka, i że to trzecia właśnie płyta jest dla zespołu największym sprawdzianem. Moim zdaniem w przypadku SPACE MIRRORS może wyglądać to inaczej. Na pewno jest to muzyka, w której słychać niemałe aspiracje jej twórców. Gdy po raz pierwszy usłyszałem tę płytę, pomyślałem sobie w duchu: "wow, pierwszy raz słyszę coś takiego...". Istotnie - dźwiękową ucztę celebrowaną pod powyższym szyldem ciężko porównać do czegokolwiek innego. Perkusja pracuje tutaj tak, jakby ktoś, kto za nią odpowiada, pochodził wprost z innego świata. Nie trzeba tu nawet wnikać w kwestię, czy jest ona "żywa", czy syntetyczna, albowiem rytmika całości jest tu po prostu szalenie ciekawa. Gitary i wokal kojarzą mi się miejscami bardzo wyraźnie z dokonaniami klasyków cold wave'u takimi jak JOY DIVISION, czy SISTERS OF MERCY i owych skojarzeń nie burzy fakt, że tam za mikrofonem mieliśmy panów, a tutaj panią. Kilka chwil później spotykamy nieco cięższe, bardziej heavy metalowe partie wioseł, a improwizacje na saksofonie (autorstwa Nika Turnera), czy na flecie, sprawiają, iż muzyka ta może przywołać w pamięci dokonania THE LEGENDARY PINK DOTS. Klawisze to również przykład tego jak można nietuzinkowo zabrzmieć. Czasami aż chciałoby się zamknąć oczy. W odbiorze tych dźwięków jest to wręcz wysoce wskazane. Psychodeliczny charakter materiału gwarantuje naprawdę niezłe doznania i to bez użycia jakichkolwiek, że tak to ujmę: środków dopingujących. Wokale są niesamowicie zróżnicowane i w ich nagrywaniu Alisę wspomogli Amber oraz Lucifer Martyr. Do tego drugiego należy na przykład growling, oraz wszelkie partie krzyczane, choć nie tylko, albowiem często śpiewa on czysto. Jest to jednak płyta, której ze swojej strony mógłbym co nieco zarzucić. Pierwsza rzecz tyczy się bowiem samych wokali, które miejscami sprawiają wrażenie wręcz niedbałych. Nie chcę wyrokować i oskarżać kogoś o fałszowanie. Zdaję sobie sprawę, że niekiedy jest to kwestia stylistyki, w jakiej mieszczą się czyjeś dokonania, ale gdy pierwszy raz odpaliłem wrzucony na otwarcie "Tunguska", nie mogłem oprzeć się wrażeniu, iż obecne w partiach Amber nieczystości, nie są tak do końca zamierzone. Na płycie często pojawiają się melodeklamacje i najróżniejsze zawodzenia, wycia, itp. i w moim prywatnym odczuciu, zamiast budować odpowiedni klimat, zwyczajnie niekiedy zgrzytają. Dużo lepiej prezentuje się jak dla mnie growling, choć i tutaj robi się czasem zbyt nachalnie jak na stylistykę, w jakiej zespół się obraca. Inną kwestią pozostawiającą wiele do życzenia jest sama produkcja, a ściślej - miks. Można było na przykład schować nieco gitary, a wysunąć lekko perkusję i bas, tym bardziej, że rytmika płyty sugeruje takie rozwiązanie. Basu nie słychać właściwie wcale, a całość sprawia wrażenie, jakby wszystkie instrumenty zostały wyrzucone na plan pierwszy i o ile w przypadku pewnych płyt może być to właściwe rozwiązanie, o tyle tutaj - niekoniecznie. Jest to muzyka, która moim zdaniem powinna brzmieć przede wszystkim przestrzennie. Ustawienie wszystkiego w jednym szeregu z miejsca takie brzmienie wyklucza. Na mastering również poświęciłbym ciut więcej czasu. Niektóre partie, zwłaszcza gitar często wydają się jakby stłumione i mało wyraźne... Może warto byłoby zasięgnąć pewnych porad od doskonałych przecież muzyków, z którymi SPACE MIRRORS kiedyś współpracował. W nagrywanie ich debiutanckiej płyty swój niebagatelny wkład miał na przykład Arjen Anthony Lucassen, który skomponował tam dwa kawałki, a w kilku innych zagrał na gitarze i zaśpiewał.. Również "Majestic-12: A Hidden Presence" nie pozostaje bez jego wpływów i w takim "Dreamland I: Time Warp" słychać wyraźnie klimat muzyki AYREON z okresu "Kosmicznego Podróżnika". Myślę po prostu, że frontmanka grupy bierze na swe barki zbyt wiele. Mogę się założyć, że gdyby taki wspomniany Lucassen usiadł przykładowo za konsoletą, ten album śmigałby przecudnie. Same kompozycje to również kwestia, w której niedużo, ale jednak coś tam jest do poprawienia. Utwory na tym albumie często sprawiają wrażenie za bardzo rozmytych i mało konkretnych. Jakby instrumenty przejęły kontrolę nad ludźmi, którzy zamiast realizować pewien muzyczny zamysł- pozwolili wprowadzić się w trans improwizacji i stracili kontrolę nad procesem powstawania płyty. Całkiem możliwe, że tak właśnie miało to wyglądać w samym założeniu. Że chodziło o spontan, o dźwiękowe szaleństwo, lecz doskonały wstęp do "Rosswell 47" ewidentnie pokazuje, że materiał zyskałby zdecydowanie na jakości, gdyby był ciut bardziej przemyślany. Druga część "Dreamland" - "Area 51" to również ujmująca rzecz i generalnie mamy tu wiele momentów, na których warto ucho zawiesić. "Majestic 12: A Hidden Presence" brzmi więc bardziej jak album, na którym projekt zaznaczył swój potencjał, niż arcydzieło w pełni dojrzałego progresywnego duetu. Ja osobiście myślę, że to właśnie następny w ich dorobku krążek może okazać się tym rozstrzygającym. W recenzowanym tu materiale słychać bowiem wyraźnie, że mimo mnogości wskazanych wyżej minusów - niewiele brakuje im do osiągnięcia naprawdę wysokiego pułapu artystycznego. Ta płyta to kawał niezwykle pomysłowego awangardowego space rocka, solidnie doprawionego heavy, a niekiedy wręcz pewnym rodzajem death metalu (pierwsza część "Dreamland", "Liars"). Ja osobiście mam miejscami luźne skojarzenia z CYNIC, czy szeroko pojętymi dokonaniami DEVINA TOWNSENDA. Ciekawe granie, czerpiące z najlepszych wzorców, które przy lepszej produkcji i większej uwadze poświęconej kompozycjom, może bardzo wiele zyskać.

ocena:  6,5/ 10

www.spacemirrors.com


www.sleaszyrider.com


autor: Kępol



<<<---powrót