| 9 | A | B | C | D | E | F | G | H | I | J | K | L | M | N | O | P | Q | R | S | T | U | V | W | X | Y | Z
INDEX

- A   [1  2   3   4   5   6    7] -   

MURKRAT

"Drudging the Mire"

Aesthetic Death (CD 2011) 

Czasem mniej znaczy więcej. Takie były moje pierwsze myśli po przesłuchaniu albumu "Drudging the Mire" australijskiego duetu MURKRAT. Są takie płyty, które z miejsca się ceni albo nienawidzi i ten projekt jest właśnie tego formatu. Dwie Australijki bezbłędnie wyczuły potrzebę szarego śmiertelnika na przeoszczędny w formie, ale obfitujący w głębię przekazu dźwięk. Niełatwo słucha się takiej płyty. Powiem więcej - to nie jest muzyka dla każdego. Gdybym zamknęła oczy tak bardzo mocno jak tylko potrafię i spróbowała sobie wyobrazić, co drzemie w głowach dziewczyn z Antypodów, to chyba znalazłabym wiele ze sobą wspólnego. Co urzekło mnie w tej produkcji? Przesugestywne, stonerowe wokale Mandy, które kreują świat odległy tak bardzo i tak dalece iluzoryczny, że mogę tylko chcieć się nurzać w tym wąskim strumieniu lamentu. Lamentu z pogranicza depresji, psychodelicznej rozpaczy. Utwór "I, Rodent" jest dla mnie kluczowym na tej płycie i jak dotąd chyba najbardziej przekonującym mnie do takiej specyficznej ekspresji wokalnej. Przedziwne wokalizy, barwa, łudząco przypominające Dolores O?Riordan czy wielką Diamandę Gallas. Cała "Drudging the Mire" jest bardzo niepokojąca, budząca w człowieku pokłady egzystencjalnego i emocjonalnego rozedrgania, wizja świata ukazana w krzywym zwierciadle śpiewającej czarownicy. To świetny album dla kogoś, kto znajduje się na rozstajnych drogach i zastanawia się - dokąd prowadzi ta droga?. "Faceless"... przezmyślnie przeciągnięte wokale dziewczyn. Niespokojny i transowy klimat podrasowują oszczędne partie gitar. Sucha, powolna i z nabożną czcią zacierająca granice pomiędzy poszczególnymi sekwencjami perkusja. Misterium niepokoju, lekko mechaniczne, ale nasiąknięte ciepłym na swój przewrotny sposób głosem Mandy. Chce się tego słuchać - na bogów wszelakiej maści - tak, tak, tak. Jest w tym wszystkim jakaś prastara, alchemiczna poezja, klimat ARCTURUS'a "La Masquarade Infernale", a dalej... dalej już tylko mrok niezgłębiony skrywa wszystko - poczynając od muzyki, a skończywszy na sponiewieranej mojej duszy. Dla fanów MORDOR, KYUSS, SADNESS, no i przede wszystkim dla dozgonnych wielbicieli MY DYING BRIDE, co słychać kiedy Mandy wpada w Aaronowskie tonacje i lekko przyśpiesza na wydechu, improwizuje i sączy do uszu więcej i więcej. Złowieszczo brzmiące, otwarte akordy, przerysowane zwolnienia tempa, zgniatają nas w tej cmentarnej machinie, a atmosfera robi się gęsta niczym podczas obrzędów ku czci Belenosa, a odsłuch albumu zbiega się niemalże czasowo z celtyckim Beltane. Coś w tym musi być:). Bardzo surowa produkcja, ograniczająca do minimum środki wyrazu, pełna negacji życia, nihilizmu. Kompilacja skargi, cierpienia, nienawiści, płaczu... samo życie, czyż nie? Chóralne głosy, szepty, krzyki, śpiew tak cichy momentami jak szum skrzydeł nocnego motyla. Ezoteryczny wizerunek człowieka pędzącego na zatracenie niczym ćma - wpadającego w płomień tylko po to, by przez ułamek sekundy dotknąć światła. Apokryficzne teksty jedynie podkreślają cały ten sakralno - obrzędowy obraz, który wsiąka w ucho niczym krew z kielicha ofiarnego. Niesamowite jest to, co dla mnie w muzyce nie ma ceny - "Drudging the Mire" to wyprawa w inny świat - bez rezerwacji miejsc - all inclusive.

ocena:  9/ 10

www.dust-to-dearth.com/page2.htm


www.aestheticdeath.com/home.php


autor: LUNA



<<<---powrót