| 9 | A | B | C | D | E | F | G | H | I | J | K | L | M | N | O | P | Q | R | S | T | U | V | W | X | Y | Z
INDEX

- A   [1  2   3   4   5   6    7] -   

NADER SADEK

"In The Flesh"

Season Of Mist Records (CD 2011 ) 

Pięknie obrodziło nam w tym roku 'morbidowe' drzewko. Nie dość, że do składu samego MORBID ANGEL powrócił jego dawny, owiany niemałą legendą frontman, robiąc wszystkim duże kuku najnowszą produkcją kapeli, nie dość, że Erik Rutan podniósł "Feniksa z Popiołów" w barwach kolejnego wydawnictwa HATE ETERNAL, to jeszcze dla Steve'a Tuckera, pośród projektów sygnujących muzyczne wydawnictwa roku 2011, znalazło się miejsce. Jest w czym wybierać i mówiąc szczerze niezmiernie się cieszę, że zastępca słynnego Vincenta, który przez tyle lat grzał mu miejsce pod kultowym szyldem, ma okazję skonfrontować swą kondycję z dokonaniami innych, czy to obecnych, czy to byłych członków MORBID ANGEL. Zanim dojdzie do nieporozumień, z góry zaznaczam, że nie chodzi mi o żadną konkurencję, bo wątpię, by którykolwiek z wyżej wymienionych traktował sprawę w kategoriach wyścigu szczurów. Mimo pewnych osobistych uwag pod adresem "Illud Divinum Insanus" nie podpisuję się też pod jękami adwersarzy owej płyty, którzy za sam fakt wykorzystania elektroniki skazali Vincenta na wieczne potępienie i nie mam zamiaru ukrywać, że "I Am Morbid", czy "Destructors Vs the Earth / Attack" codziennie rano, z lubością sobie nucę. Wydaje mi się jednak, że bardzo wielu starych fanów, którzy na tak absolutnie wybitne płyty MA z Tuckerem w składzie jak "Gateways To Annihilation" patrzyli nieufnie, może w obliczu zaistniałego status quo zmienić punkt widzenia. Facet podpisał się bowiem pod wokalami jednej z bezapelacyjnie najlepszych death metalowych płyt tego roku, która do czysto 'anielskiego' stylu spośród towarzystwa z jakim ją uprzednio zestawiłem, nawiązuje w stopniu chyba największym (posłuchajcie przykładowego "Of This Flesh", w którym nawet smyczkowy wstęp i obecność chórków nie są w stanie zburzyć wspomnianego wrażenia). NADER SADEK to jednak nie tylko Steve, ale przede wszystkim czuwający nad całością przedsięwzięcia artysta egipskiego pochodzenia, który użyczył projektowi imienia i nazwiska. Perkusista Flo Mounier, znany choćby z CRYPTOPSY, czy obsługujący gitary Rune Eriksen, mający w życiorysie praktykę w MAYHEM bądź AURA NOIR i zagrzewający obecnie etat w AVA INFERI, to równie ważne nazwiska, jakie odcisnęły swe piętno na "In the Flesh". O ile bowiem jednych można kojarzyć bardziej, innych mniej, o tyle każdy odwalił tutaj jednakowo oszałamiającą robotę! Ten perfekcyjny pod względem technicznym monolit wręcz kipi pomysłami, wcielonymi w życie z paranormalnym polotem ludzi, którzy woleliby chyba umrzeć niż złapać za instrument dla pustego rzemiosła. Zrobiło się patetycznie, ale po wysłuchaniu tego albumu nie przychodzą mi do głowy żadne inne wnioski. Wystarczy nadstawić ucha przy "Soulless", gdzie "Heretic'ową" rzeź urozmajca Schuldinerowki przerywnik i meloblackowe tornado, nie narażając kompozycji na utratę spójności. "In the Flesh" ma generalnie sporo wspólnych cech ze wspomnianym krążkiem klasycznej nazwy. Nie wiem, czy Flo celowo naśladuje grę Sandovala, lub czy Nader z premedytacją 'zamówił' u nich taką płytę, ale brzmi ona tak, jakby połączyć właśnie "Heretic" ze schizofrenicznymi solówkami ("Petrophilia"), dodając co nieco ze stylu MAYHEM tak z okresu "Chimery" mniej więcej, co również słychać we wspomnianym numerze. Nie wspominając już o teledyskowym "Sulfer", w którym Blasphemer ładuje 'na dzień dobry' charakterystycznymi gitarowymi zgrzytami, gdzie 'funkuje' on sobie też w najlepsze, gdzie wybrzmiewają trąby, a klimat idzie w parze z ekstremalnymi tempami i brutalnością, co zdaje się być domeną największych w gatunku. Na deser jest również klipowy, instrumentalny "Nigredo In Necromance", wlokący się ociężale, choć z drugiej strony wzbijający się w powietrze na błoniastych skrzydłach mroku. Ludzie mogą sobie marudzić, że facet, który dekorował scenę takiemu MAYHEM, nabrał ochoty by samemu podpisać się pod jakimś cięższym graniem, że wykorzystał znajomości by zaistnieć, tym razem jako autor muzyki w owym biznesie, co ani na chwilę nie zmieni faktu, że "In the Flesh" to album miażdżący i niezwykle intrygujący, który tak czy inaczej obroniłby się sam. Rzućcie okiem na wspomniane teledyski, a zrozumiecie o co chodzi. Sam koncept, na jakim płyta bazuje, odnoszący się do zależności między błędnymi kołami destruktywnej działalności gatunku ludzkiego a naturalnym paliwem, które je napędza, o ile dobrze odczytałem go rzecz jasna (śmiech), to rzecz jakże daleka od tendencyjnego mruczenia o tym, że ktoś broczy posoką, albo, że wielki koniec pochłania wszechświat. No i to, co szalenie podoba mi się w tej płycie, czyli fakt, że ekstremie pozwolono na niej wybrzmieć, że mimo dusznej brutalności znajduje na niej, paradoksalnie, wiele miejsca na oddech, na delektowanie się tzw. metalem. Spokrewniony z pewnymi tytułami, acz niezwykle unikalny, blackened death?owy majstersztyk, pod każdym względem bliski absolutu.

ocena:  9,5 / 10

www.season-of-mist.com/bands/nader-sadek


www.facebook.com/pages/Nader-Sadek-In-the-Flesh/167847703264578


www.myspace.com/seasonofmist/blog/542401510


autor: Kępol



<<<---powrót