| 9 | A | B | C | D | E | F | G | H | I | J | K | L | M | N | O | P | Q | R | S | T | U | V | W | X | Y | Z
INDEX

- A   [1  2   3   4   5   6    7] -   

MORBID ANGEL

"Illud Divinum Insanus"

Season Of Mist Records (CD 2011) 

Moja opinia na temat tego albumu jest z gatunku tych, które potrafią przyć w oczy, bo nie wiem czy odniosłem właściwe wrażenie, ale wydaje mi się, że obrzucanie "Illud Divinum Insanus" najwymyślniejszym błotem stało się ostatnio jednym z podstawowych podpunktów savoir vivre'u prawdziwego, szanującego się metalowca. O zawartości muzycznej płyty powiedziano wiele, acz nie wydaje mi się by wszyscy wysłuchali jej do końca. Podstawowym mitem na jej temat jest stwierdzenie, jakoby była ona zdominowana przez techno metal, choć utworów o przyjmijmy umownie - takim charakterze mamy tu jakieś 30 proc. "Too Extreme!" (tytuł, jak się okazuje, trafny), "Destructos Vs. the Earth / Attack" i "Profundis - Mea Culpa" to nawet mniej, a problem z nimi polega w mym mniemaniu na tym, że nowatorskich rozwiązań dostajemy w nich... za mało. Słychać, że "syn marnotrawny" zapragnął powrócić pod strzechę w niepokornym stylu i zamiast grzecznie z każdym się przepraszać, runąć z nieba niczym prawdziwie sprzeniewierzony bogu anioł. No i niby tak jest, bo brzmią te cięcia rzeczywiście intrygująco i prawdziwie ekstremalnie i żadnych szablonowych aranżacji w nich nie odnotujemy. Mierzi mnie natomiast fakt, że w pierwszym i ostatnim wymienionym ciosie, które wraz z intrem "Omni Potens" stanowią jakby prolog i epilog tej powieści, David śpiewa tak, jakby w Vorphalacka z SAMAEL się bawił. Całkiem słusznie mówi się o naśladowaniu stylu RAMMSTEIN w - miażdżącym skądinąd - "Destructos...", a ja od siebie mogę dodać jeszcze, że "Radikult" trąci mi strasznie MARYLIN MANSON. Utwory gadają u mnie bez problemu, ale szokować licząc się jednocześnie ze scenicznymi trendami? Bzdurą będzie zarzucanie tej grupie prób zintensyfikowania sprzedaży płyt, bo MA to już instytucja, a szczerze wątpię, by "Too Extreme!" przypadł do gustu miłośnikom parkietu w białych rękawiczkach, z przenośną apteczką pod pachą. Na upartego można dorzucić do tej kupki "I Am Morbid" a to z uwagi na melodic metalowy pre-chorus i tym oto sposobem zostaje nam co najmniej drugie tyle stuffu, utrzymanego w nieskażonej, "morbidowej" tradycji. "Existo Vulgore", "Blades For Baal" czy "Nevermore" to młodsi bracia takich wyziewów, jak "Rapture", "Immortal Rites" czy "Dominate", a "10 More Dead" czy "Beauty Meets Beast" mogły by gładko wślizgnąć się na miejsca takich walców, jak "World of Shit (The Promised Land)" czy "Where the Slime Live". I niech mi nikt nie smuci, że dzisiejszy MORBID ANGEL pachnie tanim hiciarstem, bo akurat tak się składa, że miałem przyjemność odfajkować ich na żywca w momencie, gdy Vincent był już z powrotem w szeregach i kiedy facet sypał tymi swoimi quasi chórkowymi, przebojowymi patentami wokalnymi, wszyscy machali łbami ile wlezie. Brzmienie nie zawsze topi się w smole, ale czuć tu rękę kogoś, kto zna się na rzeczy, jaka uczesała je pod włos i podkreśliła ewidentnie gitarowy charakter tej zrealizowanej z wielkim rozmachem płyty. No i to intro, które zakręciło w mym oku niejedną, przysłowiową łezką...

ocena:  8,5/ 10

www.morbidangel.com/mainindex.html


www.myspace.com/morbidangelofficial


www.facebook.com/officialmorbidangelpage


www.season-of-mist.com/bands/morbid-angel


autor: Kępol



<<<---powrót