| 9 | A | B | C | D | E | F | G | H | I | J | K | L | M | N | O | P | Q | R | S | T | U | V | W | X | Y | Z
INDEX

- A   [1  2   3   4   5   6    7] -   

(ECHO)

"Devoid of Illusions"

BadMoodMan Music & DarkZone Productions (CD 2011) 

'Pieniądz robi pieniądz' to powiedzenie, wydawałoby się, oklepane i też takie, które prędzej niż w świecie fonografii, znajdzie zastosowanie w innej, dowolnie wybranej gałęzi przemysłu. Otóż nic bardziej mylnego. Właściciele wyrobionych marek dobrze wiedzą, że przykleiwszy do czyjegoś czoła godło ich własnego interesu, bez problemu na spoconą ich szyję mogą wrzucić i chomąto i tutaj wystarczy zerknąć na plebiscyty z rodzaju 'płyta tego czy innego roku' organizowane przez najbardziej poczytne pisemka. Jeśli nie mówimy o wyklinanych dla zasady wydawnictwach typu "Lulu", to wystarczy by jakiś zespół przekroczył określony próg popularności (nieważne czy mierzalny w ilości ożenionych kółek, czy w innych wartościach), a kwestia czy świeży jego tytuł znajdzie się w pierwszej trójce sprowadza się do tego, czy będzie mu się chciało wejść do studia. W listopadzie minionego roku ukazał się debiutancki album włoskiej formacji (ECHO) i odnoszę wrażenie, że nawet gdyby ci muzycy zapukali osobiście do takiego Kowalskiego, który klimatycznego metalu lubi sobie posłuchać - i który potencjalnie jest ich zagorzałym fanem - to i tak "Devoid of Illusions" przegrałby w tym starciu z byle pierdnięciem dużo słynniejszych reprezentantów stylu. Prawda natomiast jest taka, że tak absolutnie genialnych płyt z umownie wydzielonej, stylistycznej grządki, jaką w tym wypadku będzie świeży, atmosferyczny gothic/funeral doom metal, ten rynek nie widywał w ostatnich latach zbyt często. Gitary (Mauro Ragnoli, Simone Saccheri) i growling (Antonio Cantarin) płożą się przy samej murawie, ocierając grzbietami o wyrosłą na zapomnianych mogiłach roślinność i nie odpuszczając prawie ani jednej, zewidencjonowanej na trackliście, pieśni. Klawisze Simona Mutolo to narzędzie bardzo sugestywnego zilustrowania totalnej apokalipsy i jeśli nie jest to delikatna - jak w "Unforgiven March" - pianinowa robota, to swym charakterem przypominają mi one trochę ścieżkę dźwiękową do filmu "Terminator 2: Dzień Sądu" [śmiech], co możecie sprawdzić wrzucając cyferkę podpisaną jako "Omnivoid". Niekiedy na spółkę z wiosłami (a chwilami i smyczkami), wydają one przeróżne, nieartykułowane (przynajmniej dla statystycznego wyjadacza) dźwięki sypiąc piskami, wyjąc, łkając, delikatnie muskając, ewokując cały wszechświat emocji. Rozpoczynające przedstawienie "Intro" i "Summoning the Crimson Soul" tworzą razem wyśmienity wjazd, który wcale nie wali po uszach prostackimi aranżacyjno-warsztatowymi fajerwerkami. Jest trochę połamanych, technical metalowych rytmów, mamy piękne, solowe, gitarowe pejzaże a la PINK FLOYD i o ile chwilami można się domyślać, że obdarzeni wyobraźnią muzycy mogą w takie rejony, z gothic/doom/death metalu przeskakiwać, o tyle odbicia w kierunku atmosferycznego czy progresywnego rocka w guście KATATONIA, GREY WATERS, a niekiedy, jak w "Once Was a Man", nawet PORCUPINE TREE i RIVERSIDE, to ja się raczej nie spodziewałem. To mniej więcej tak, jakby Darren White został w ANATHEMIE, a wspomniany szyld, zachowując obecny kierunek rozwoju, nie pożegnał się z manierą "Serenades". Wspomniany "Unforgiven March" czaruje klimatem "Lepaca Kliffoth" samego maestro Johnssona. Silnie zapachniało mi w przypadku tego numeru zarówno nastrojem "The Beauty In Black", jak i coveru CELTIC FROST "Sorrows of the Moon", ale to tylko przystawki, nie stanowiące absolutnie żadnych sztywnych ram i to co w dalszej części numeru robią klawisze i czysty wokal, z pewnością tę opinię potwierdzi. "Disclaiming My Faults" to przecudowny utwór, który pokochają fani brytyjskiej klasyki takiego grania, rozbujany pod koniec w nieco bardziej skoczny, rasowy sposób. W kończącym "Sounds From Out of Space" Cantarino udowadnia, że bez wstydu mógłby postarać się o posadę zastępcy frontmana w grupie OPETH. Paolo Copeta jazzuje sobie za zestawem niczym Johan Langell, a jego kamrat za basem w osobie Agostino Bellini'ego, jeździ po swoim gryfie jak przeciętny Polak dupą po nieheblowanej desce w czasie urlopu. Składa się to wszystko na ponad godzinną porcję muzyki wybitnej i gdyby tylko 70% odbiorców nie wychodziło z założenia, że świat dzisiejszej muzy zaczyna się na IRON MAIDEN, a kończy na DREAM THEATER, można by wywróżyć "Devoid of Illusions" miano klasyka, które to po upływie jakiejś dekady, bacząc na jego wartość właściwą, wydawnictwo osiągnąć winno. Jak widzicie - nawiązując do tytułu - jestem wszakże "Pozbawiony Złudzeń" i po prostu wiem, że w sprzedażowym kombacie z okazjonalnym DVD PARADISE LOST, czy braćmi Cavanagh, udającymi że pamiętają o swych korzeniach, ta płyta niestety polegnie.

ocena:  10/ 10

www.facebook.com/pages/EchO/141116903052


solitude-prod.com/blog/tag/badmoodman-music/


autor: Kępol



<<<---powrót