| 9 | A | B | C | D | E | F | G | H | I | J | K | L | M | N | O | P | Q | R | S | T | U | V | W | X | Y | Z
INDEX

- A   [1  2   3   4   5   6    7] -   

DRAKKAR

"When Lightning Strikes"

My Kingdom Music (CD 2012) 

Po rewelacyjnych, opatrzonych pieczącią My Kingdom Music, plastikach EVERSIN i CROWN OF AUTUMN, które swego czasu miałem niekłamaną przyjemność testować, pozostał mi w ustach posmak ciekawości tego, co jeszcze włoska power metalowa scena może skrywać oraz trafności, jaką tamtejsza wytwórnia wykaże się w oddzielaniu szlachetnych ziaren od przysłowiowych plew. Nazwa DRAKKAR raczej nie zagrozi już pozycji, jaką rodacy z RHAPSODY OF FIRE ogniem i mieczem zdołali sobie wywalczyć, ale z drugiej strony, mimo mocno wybiórczego sympatyzowania mej skromnej osoby z power metalową sceną, nazwę tej grupy kojarzę. Być może więc stąd odnoszę wrażenie, że jakiejś rozpoznawalności udało się im dorobić. W końcu już od 1995 roku grzeją siodła swych rumaków... Najnowsza płyta formacji, "When Lightning Strikes", to rzecz przedziwna, a pod owym przymiotnikiem kryją się zarówno pozytywy, jak i te niekoniecznie pożądane cechy. Cudownie, że nie oklepują oni dalej totalnego, lirycznego banału spod znaku rycerskich turniejów i spuszczających się po sznurze z prześcieradeł księżniczek, gdyż to głownie dzięki popadnięciu w ich schemat power metal jest w moich oczach (zaokrąglając do dwóch miejsc po przecinku) najbardziej kiczowatą odmianą w historii ciężkiego grania. Obok standardowego arkusza info, znalazłem bowiem pełen opis historii, o której mówią teksty na płycie. Tutaj zdradzę tylko, że ich wyjątkowość polega na tym, iż owa opowieść osadzona jest na wylewce konwencji science-fiction - z którą spotykaliśmy się już wcześniej na genialnych krążkach Arjena Lucassena, a którą uprawiają dzisiaj jeszcze takie szyldy, jak choćby ASSIGNMENT - i stanowi tu pewną wariację na temat zaadaptowanej przez Spielberga "Wojny Światów". Kosmici egzaminują ludzkość badając, czy aby na pewno nasz chciwy i zepsuty gatunek nie zagraża czasem perturbacjom grawitacyjnym w pasie planetoid w układzie słonecznym, co podałem z pewnym przymrużeniem oka i w formie dalece skrótowej, bo w rzeczywistości DRAKKAR postarał się o koncept, na bazie którego słynny reżyser mógłby spokojnie nakręcić kolejny film. No i gdy dochodzimy do translacji tej epickiej literatury na język muzyczny, piętrzą się przed nami strome progi. Dobrze, że goście podeszli do tematu pomysłowo, omijając muzyczne futuryzmy i unikając tym samym skrętu w oczywisty dla takiego zamysłu obszar okupowany przez rzeczony AYREON, ale kuraż to nie wszystko. Odgłos maszerujących przez ulice maszyn słabo zgrywa się z metalowym przygrywaniem na przyłbicową nutę, do czego dochodzą hammondowe klawisze (pojawiające się już w "The Armageddon Machine", czyli pierwszym utworze właściwym), których odkurzone brzmienie nie dotarło chyba jeszcze tylko na płyty SLAYER... Szalenie miłym akcentem są klasycznie progresywne wtrącenia w "My Endless Flight", objawiające się głównie pod postacią art rockowo cykającej sekcji i melotronowych klawiszy, choć frontman PORCUPINE TREE, bądź panowie z BEARDFISH eksperckiego w tej dziedzinie tytułu Włochom oczywiście nie oddadzą. Przemiłym smaczkiem może się wydawać wstęp do "Revenge Is Done" z cytatem z obłędnego "V For Vendetta" i mimo, iż samo "Remember, remember the 5th of November..." nie wypada w tym utworze przekonująco, to muszę przyznać, że jego 'sammetowski' refren oraz klawiszowe solo zdecydowanie ratują sytuację. Obok niego wychyla się najlepszy moim zdaniem na płycie "At the Flaming Shore", energiczny i obrzydliwie, acz słusznie, melodyjny "New Frontier" i utwór tytułowy z uwagi na gitarowy galop i króciutki, acz doprawdy zacny, zadziorny syntezatorowy fragment przed połową. To, co zostaje to niestety muzyka, przy której rosły Leszko z Połańca może i poszedłby z buławą na siedmiu chłopa w karczmie 'Pod Lipowym Aniołem', ale ja przy tym szczękę mam na swoim miejscu. Mix Mattii Stancioiu z CROWN OF AUTUMN i mastering Jurgena Lusky'ego nie załatwią wszystkiego, bo nawet najlepszy realizator musi mieć najpierw co miksować! Szczytem absurdu jest tutaj jednak podwójne intro ("Hyperspace - The Arrival" / "Day of the Gods"), które zamiast umiejętnie zaciekawić i wprowadzić w cały ten teatrzyk, odwleka tylko w czasie kontakt z i tak kiepskim, rzeczonym pierwszym numerem. Do bardzo naciąganej piątki dokładam punkcik za naprawdę ciekawy koncept.

ocena:  6/ 10

www.myspace.com/drakkarweb


www.mykingdommusic.net/


autor: Kępol



<<<---powrót