| 9 | A | B | C | D | E | F | G | H | I | J | K | L | M | N | O | P | Q | R | S | T | U | V | W | X | Y | Z
INDEX

- A   [1  2   3   4   5   6    7] -   

URO

"Uro"

własna produkcja zespołu (MCD 2011) 

Wnioskując po tym, co wyświetla pewna popularna przeglądarka internetowa, debiutanckie mini formacji URO nie cieszy się raczej zbyt wielkim zainteresowaniem w sieci, a znaleźć bez linków stronę tej grupy, profil Facebook czy jakiś MySpace to wręcz gehenna. Internet nigdy nie był dla mnie tlenem ani wykładnią życia i nie przypisuję mu podobnej roli również teraz. Wspomniałem o nim natomiast dlatego, że z czysto internetowym wydawnictwem mamy w tym miejscu do czynienia. "Uro" miałem przyjemność posłuchać już wiele miesięcy temu, gdy zespół strumieniował za darmo album na swojej stronie internetowej i ci, którzy pilnie śledzili to co dzieje się w newsowym dziale powyższego Serwisu, na pewno dostali stosowny 'cynk'. Dla formalności dodam tylko, że obecnie można za darmo pobrać stamtąd ten materiał i przechodzę czym prędzej do tego, co najważniejsze. URO to nowy projekt trzech muzyków hiszpańskiego ATSPHEAR: śpiewającego basisty Carlosa Delgado, również nie stroniącego od mikrofonu gitarzysty Sergio Lary oraz siedzącego za zestawem Manuela Probanzy. Zespół reklamuje swój nowy materiał jako koncept album, co w zestawieniu z pięcioutworowym EP i jego czasem trwania wypada nieco karykaturalnie, choć pod względem rozpiętości gatunkowej można tu spokojnie używać jednostek muzycznej makroskali. Nie będę owijał w bawełnę: "Uro" nie brzmi jak najbardziej profesjonalna produkcja XXI wieku (choć warto zaznaczyć, że mixem muzycy zajęli się sami) i życzyłbym tym panom trochę większego obycia aranżacyjnego, ale nawet gdybym wypisał sobie te zarzuty na kartce i przykleił ją u góry monitora, wątpię, by po przesłuchaniu tych pięciu kawałków były one dokładnie tym co chodzi mi po głowie. Nie brakuje tym ludziom ambicji. Cóż innego można stwierdzić gdy ma się przed sobą rozbujaną, jakby nie było, elektronikę, na którą nachodzą parasymfoniczne skrzypki i mrocznie brzmiące klawisze, a po wejściu gitar sypią się tak wyśmienite solówki, że kończy człowiek z 'powietrzną' gitarą w łapie? Stylistycznie jest to coś na kształt pewnych utworów z dyskografii niejakiego Steve'a Vaia, bardziej trafnym nazwiskiem będzie chyba nawet w tym miejscu Steve Hackett. Nie odnotujemy tu raczej podobnego warsztatu (jakkolwiek biedy pod tym względem również nie ma), ale URO nadrabiają emocjami, które od zawsze były dla mnie wartościowym kruszcem przetargowym. Ten instrumentalny kawałek to jednak dopiero początek, bo później zespół zaczyna romansować z takimi stylami jak funk ("The Cloud's Edge" brzmi podobnie do tego, co pod koniec minionej dekady prezentował w tej kwestii SATELLITE), stary, dobry progres ("The Merry Crowd" może podobać się fanom KING CRIMSON czy YES) lub blues rock ("My Burden"). Nie brakuje niespodzianek. W takim "The Merry Crowd" - w którym, nawiasem, można by doszlifować backing vocal - pojawia się zdecydowanie mocniejsze, hard rockowe wejście i podobnie drapieżne solo, a "My Burden" to tak naprawdę rodzaj suity z symfoniczną klamrą, w której mieści się klasycznie brzmiący blues rockowy pochód, który później zdecydowanie przyspiesza. Z początku myślimy więc o Joe Bonamassie, później wchodzi solówka przypominająca o tym, jak konwencję wykorzystywali PINK FLOYD (ja od razu powiedziałem sobie w myślach: "Money"). Mały album, małe uchybienia, duży rozmach, jeszcze większy feeling. Równanie rozwiązuje się samo.

ocena:  8/ 10

www.theuro.com/


autor: Kępol



<<<---powrót