| 9 | A | B | C | D | E | F | G | H | I | J | K | L | M | N | O | P | Q | R | S | T | U | V | W | X | Y | Z
INDEX

- A   [1  2   3   4   5   6    7] -   

VANDERBUYST

"In Dutch"

Van Records (CD 2011) 

Byłem i nadal jestem pod dużym wrażeniem debiutanckiego albumu VANDERBUYST sprzed niespełna dwóch lat. Zagrali archaiczny w sumie hard rock z odniesieniami do wczesnego heavy metalu i tego mniej żenującego glam metalu, którym MTV katowało widzów na przełomie lat 80-ych i 90-ych. Holendrzy uderzyli po raz kolejny płytą zatytułowaną "In Dutch" i chociaż po holendersku nie śpiewają, to może i dla nich lepiej. Kiedy słucha się tych numerów, ma się raczej wrażenie, że to jakiś zapomniany zespół działający co najmniej 20 lat temu (o ile nie 30), a jego pochodzenie wskazuje raczej na Stany Zjednoczone, ewentualnie Wielką Brytanię. Już otwierający płytę "Black And Blue" to krótki, przebojowy numer, który mógł powstać prawie wyłącznie w kraju "płynącym wolnością i demokracją". Prosta linia melodyczna nadaje się do przytupu i bujania się na krzesełku, tylko trzeba uważać, by z niego nie spaść hehe. Następny na liście jest "Into the Fire" (czyż skojarzenia nie wędrują ku DEEP PURPLE?), a tu muzykanci dość perfidnie nawiązują do gitarowych motywów, których autorem mógłby być nie kto inny, a Eddie Van Halen i jego band VAN HALEN. Znowu mamy łatwy do wyśpiewania refren i chwytliwą linię melodyczną. Wymieniać dalej? Proszę bardzo. "Anarchistic Storm" to zaśpiewany ze specyficzną chrypką kawałek, w którym odbijają się jak w zwierciadle pewne motywy znane ze starych płyt THIN LIZZY, IRON MAIDEN czy nawet UFO. Taka klasyczna konwencja, z ognistymi solówkami zagranymi na tle mocnej sekcji rytmicznej, konkretnymi refrenami (chórki rządzą!) i nie unowocześnianym w żaden sposób brzmieniem płynie z głośników aż do końca tego albumu i chociaż Holendrzy praktycznie nic nie zmienili od czasu swojego debiutu, to chce się tego słuchać i słuchać. "String of Beads" nie powstydziłoby się THIN LIZZY, bo ten kawałek kąsa tak samo jak "The Boys Are Back In Town" czy "The Rocker", podobnie jak "Leaving the Living". Wszystko to jest oczywiście nieco zmiękczone przez melodyjne, typowo amerykańskie brzmienie z lat 80-ych, choć akurat w tym przypadku nie jest to jakimś przytykiem skierowanym wobec VANDERBUYST. Bo jak tu nie lubić tak rasowego, motorycznego grzańska jak w "KGB", które wyrywa z butów i nakazuje szaleć jak w amoku? Albo umieszczonego na samym końcu, a różniącego się od pozostałych "Where's That Devil", który w równej mierze mógłby być zaśpiewany przez Iggy Popa, Glena Danziga czy Chrisa Cornella, a sama muza to już czyste lata 70-te i zahacza o wówczas modne "pieśni drogi" w blues czy hard rockowym stylu. No bo tak po prawdzie, to tworzący jako klasyczne trio VANDERBUYST to zaiste porządny rockowy zespół, żadne tam retro czy neo. I niech tak pozostanie.

ocena:  8/ 10

www.vanderbuyst.com


www.myspace.com/vanderbuyst


autor: Diovis



<<<---powrót