| 9 | A | B | C | D | E | F | G | H | I | J | K | L | M | N | O | P | Q | R | S | T | U | V | W | X | Y | Z
INDEX

- A   [1  2   3   4   5   6    7] -   

BARONESS

"Yellow & Green"

Relapse Records (CD 2012) 

Pędzel amerykańskich mistrzów umoczył swe włosie w dwóch kolejnych farbach na muzycznej palecie. Po debiutanckim albumie 'Czerwonym' (nie mylić z przydomkiem największej dotychczasowej porażki artystycznej naszej łódzkiej COMY) - którego sam już tytuł nawet pobieżnie zorientowanym w dorobku rockowych klasyków co nieco podpowiedział - i wydanym po nim krążku 'Niebieskim', przychodzi kolej na malunki w odcieniach 'Żółci' i 'Zieleni'. Można to odebrać dosłownie, gdyż śpiewający gitarzysta formacji, John Baizley, jest tu nie tylko muzykiem, ale i grafikiem, którego okładki mogliście oglądać również na bookletach takich kapel, jak przykładowo BLACK TUSK czy KYLESA. Od strony dźwiękowej wygląda to natomiast tak, że na dwudyskowym wydawnictwie odfajkowano to, co jak mniemam, mogłoby spokojnie posłużyć za materiał na dwie kolejne, pełne płyty i powiem szczerze, że ja osobiście nie widzę większego sensu by opisywać je z osobna. Podział jest niby wyraźny, gdyż pierwszą otwiera nieco post rockowe intro pod tytułem "Yellow Theme", a drugą analogiczne, tylko że z kolorem zielonym, jakby bardziej uczuciowe i tym samym wręcz uzależniające! Czemu oba dziewięcioutworowe zestawy puszczono wszakże za jednym zamachem - nie domyślałem się zbyt długo, a to dlatego, że najzwyczajniej w świecie tworzą one przepięknie współgrającą całość. Mało tego - aż nie chce mi się wierzyć że aż tyle one trwają! Cóż takiego najlepszego może wyjść z połączenia tłustego, mocarnego, amerykańskiego sludge'u z obrzydliwie wręcz melodyjnym i przebojowym rockiem? Jeśli ktoś owej fuzji nie potrafi przeprowadzić należycie to pewnie i nic dobrego, z tym tylko że tutaj spotykamy sytuację dokładnie odwrotną. Ha! Już widzę ten jad ściekający po zarzutach, że 'pod komerchę', że 'na wysokość radiowych anten' BARONESS na tej płycie mierzy i że w ogóle, 'nie wiadomo kto ma tego słuchać'. Jakże się cieszę, że nie posiadam podobnych dylematów, gdyż w ten sposób mogę leczyć swą duszę przewspaniałą muzyką spływającą na nią niczym kojący balsam. Jest czasem tak, że ma człowiek ochotę przyjąć na klatę garść ołowiu, innym razem poczuć się jak rock'n'rollowiec sprzed czterdziestu lat, a jeszcze kiedy indziej schować się przed chłamem w dźwiękach atmosferycznego czy progresywnego grania. "Yellow & Green", doktor Kępiński przepisuje Wam, moi mili, na wszelkie powyższe stany człowieczego 'Ja'. Owszem - fani THE KILLERS czy GUN nie będą marudzić, że puściliście w ich towarzystwie którąkolwiek z tych płyt, a maniacy CROWBAR mogą trochę posapać, że za mało smoły tutaj się przelewa, ale wydaje mi się, że człowiek o minimalnej otwartości stylistycznej, który rozumie, że muzyka to przede wszystkim świetne kompozycje, nastrój i odpowiednio dobierane brzmienia doceni... doceni. Zespół zalicza tu taki wachlarz klimatów, że płyta mogłaby spokojnie robić za prawdziwą encyklopedię rocka w wersji audio, puszczaną 24h/dobę w Rock'n'roll Hall of Fame! Teledyskowy "Take My Bones Away" brzmi jak sludge zagrany przez KILLING JOKE czy PLACEBO. "March To the Sea" zaczyna się jak jakiś niesłusznie zawieruszony, spokojniejszy kawałek VELVET REVOLVER, po chwili wybucha jednak pozytywną energią, o jakiej natężeniu i sorcie zespoły reggae mogą tylko pomarzyć. Jest przebojowy, punkowy czad, motoryka, nośność, hard rockowe solówki i melodie, od których nie chce się odrywać uszu. Mamy tu również całą masę bardziej stonowanego, melancholijnego grania, czarującego w "Twinkler" przecudną melodią i napięciem, które niby narasta, choć w tym utworze zenitu nie sięga. Będzie to musiało poczekać aż do końcówki drugiego krążka w odbierającym mowę, elektronicznym, zadającym śmierć "Psalms Alive", tymczasem zaś czeka nas floydowy wstęp "Cocainium". "Board Up the House" brzmi w sposób mocno gospelowy i jest w nim coś z takich numerów PEARL JAM jak przykładowo "Who You Are", gdzie wyczuwało się podobny i też nie do końca przypadkowy klimat, gdyż rockowe wymiatanie ma całkiem gruby, filogenetyczny korzeń zrośnięty z bluesowym, a jak pamiętają najstarsi górale - bluesmanów co nieco z gospelem łączyło. "Stretchmarker" to chyba taka instrumentalna wariacja na temat "More Than Words" EXTREME z charakterystycznym, słyszalnym odrywaniem palców od strun... Po cóż ja to jednak wszystko wypisuję? Nie spiszę wszystkich zalet tej muzyki i nie zewidencjonuję wszelkich udanych momentów na tej płycie, gdyż jest to po prostu niemożliwe. Pozostaje mi tylko podsumować, że BARONESS powrócili z albumem, który na bardzo, ale to bardzo długo ustawi ten zespół w pierwszym szeregu przedstawicieli okołosludge'owego grania, choć dla mnie jest to już w tym momencie czołówka światowego rocka...

ocena:  10/ 10

baroness.bandcamp.com/


www.facebook.com/YourBaroness


www.myspace.com/yourbaroness


www.relapse.com/


autor: Kępol



<<<---powrót