| 9 | A | B | C | D | E | F | G | H | I | J | K | L | M | N | O | P | Q | R | S | T | U | V | W | X | Y | Z
INDEX


69 CHAMBERS - "War On the Inside"
(CD 2009 / Silverwolf Productions)
Na początek pytanie: co może grać trio dowodzone przez dziewczynę? W dodatku śpiewającą i grającą na gitarze. Na myśl niewiele przychodzi, prawda? Też byłem ciekaw co kryje się pod nazwą 69 CHAMBERS i kim jest od strony muzycznej szwajcarska kobitka urodzona w Południowej Korei, a która zwie się Nina Treml. Okazało się, że wraz z basistą Maddy Madarasz'em i perkusistą Michi Bruggers'em łoi kawał ciężkiej muzy, a debiut "War On the Inside" to 13 konkretnych kawałków łączących różne elementy ciężkiego rocka i metalu. W otwierającym płytę "The Day of the Locust" dość niebezpiecznie zbliżają się do typowych nu-metalowych rozwiązań w rytmice i melodyce, ale to w sumie niezły kawałek na sam początek. W dodatku Nina ma ciekawą barwę głosu - potrafi zaśpiewać słodko i czysto, czasem coś wrzaśnie, lecz chyba najważniejsze, że ta barwa przykuwa uwagę i wyróżnia ją spośród dziesiątek modnych rockowych kapel z panną na wokalu. Właściwie to ciśnienie trochę puszcza po pierwszym utworze i jest typowo i dość szablonowo, trochę za bardzo schematycznie. Słychać fascynację kapelami pokroju GUANO APES, EXILIA, NICKELBACK, SOUNDGARDEN, ALICE IN CHAINS, SLIPKNOT czy KYUSS. Piorunująca mieszanka, swoją drogą. Ale to, co najważniejsze, dzieje się od około połowy krążka. Piąty "Ex Nihilo" przytłacza mrocznym klimatem i wgniatającym ciężarem, podobnie jak szósty "Return of the Repressed" (tu mamy nawet prawie death'owe przyśpieszenie) oraz inspirowany ciężkim doom metalem "Judas Goat", natomiast "The Collapse of Time And Space" i "Wind Feeds Fire" to przeplatane ze sobą mocne riffy i lekko psychodeliczna aura. Tak jakby 69 CHAMBERS czuło, że Szwajcaria słynie właśnie z takich różnych raczej niewesołych formacji, jak CELTIC FROST, HELLHAMMER, SAMAEL czy THE YOUNG GODS. Aż chce się rzec - gdyby tak brzmiała przynajmniej większa część płyty... Bo reszta służy raczej chęci przypodobania się bardziej mainstreamowym odbiorcom, którzy lubią klarowne sytuacje (czytaj: niezbyt skomplikowane kawałki o rockowo-metalowym charakterze). Jako gitarzystka Nina sprawdza się całkiem nieźle. Wycina może wtórne, ale charakterne riffy i chociaż unika solówek jak diabeł święconej wody, to nie można jej wytknąć prymitywizmu czy dosłownego kopiowania innych gitarników. Zresztą należy podziwiać, że sama napisała wszystkie kawałki, a kwestie soundu powierzyła Tommy'emu Vetterli (ex-CORONER i KREATOR). Pomijając kwestie pójścia za panującymi trendami, naprawdę bardzo dobry debiut! A to już coś. Choć punkt lub dwa muszę za to ująć.
ocena: 7/10
www.myspace.com/69chambers
www.silverwolf-productions.com
autor: Diovis


1969 WAS FINE - "1969 Was Fine... But 666 Is Alright"
(CD 2009 / Season Of Mist Records)
W dziwne rejony prowadzi nas muzyka 1969 WAS FINE. Z jednej strony słychać fascynację hałaśliwym industrial rockiem z lat 90-ych (MINISTRY, REVOLTING COCKS i KILLING JOKE przede wszystkim) i psycho rockiem WHITE ZOMBIE i MONSTER MAGNET, z drugiej inspiracje latami 80-ymi (ALIEN SEX FIEND, SKINNY PUPPY, SIGUE SIGUE SPUTNIK, ZODIAC MINDWARP, BAUHAUS), a nawet horror rockiem i space rockiem lat 70-ych (ALICE COOPER, HAWKWIND) i w pewnym stopniu punk rockiem oraz tym, z czego zrodził się cały ten ruch (THE STOOGES, MC5, MISFITS). W "La Muerte Hotel" cofają się jeszcze bardziej w historii, bo to swobodna i pełna niepokoju wersja "Heartbreak Hotel" Elvisa Presley'a. Jest jeszcze trzecia strona tego projektu stworzonego przez muzyków innej francuskiej industrialnej kapeli PUNISH YOURSELF: nieprzypadkowo w nazwie użyto daty 1969. To wówczas na dobre rozkwitał hippisowski ruch, zrodzony w dużej mierze z reakcji na wojnę w Wietnamie, to w tym roku odbył się jeden z najważniejszych rockowych festiwali w Woodstocku, rok wcześniej, w Europie doszło do zamieszek, a cały świat żył w owym czasie wydarzeniami w Altamont i zamordowaniem przez bandę Charlesa Mansona pierwszej żony Romana Polańskiego - Sharon Tate. Taki misz-masz różnych posklejanych w dowolną całość kawałków można znaleźć na "1969 Was Fine... But 666 Is Alright". Mnóstwo mniej lub bardziej znanych sampli (ten z początku i zakończenia "Spiders 375 Necromancer" można usłyszeć w eksperymentalnym instrumentalu z "Into the Pandemonium" CELTIC FROST), nieustająco obecna atmosfera zagrożenia, niepokoju i czarno-białych horrorów klasy B, psychodeliczna otoczka, gitarowe ściany dźwięku... Można by przy tej okazji wymienić jeszcze co najmniej kilkanaście nazw i nazwisk, które wywarły wpływ na ten zespół, ale ważne jest, że udało się tym Francuzom uchwycić pewne wydarzenia (muzyczne i nie tylko) z przeszłości i przekazać to za pośrednictwem prostych, ale opartych na emocjach i dobrych wzorcach dźwiękach gitar, basu, perkusji, klawiszy, sampli i saksofonu. Zwłaszcza ta jazgotliwa i jednocześnie mroczna strona tego krążka dzięki opatrzeniu specyficznym brudem i nieładem sprawia wrażenie, że ten zespół chce wyróżniać się spośród wszystkich tych zespolików, które korzystają z trwających sezon lub dwa trendów i na tej fali sprzedają się jak tanie uliczne dziwki. 1969 WAS FINE nie pojawi się na listach przebojów, nie będą się o nich bić nafaszerowani kasą właściciele dużych koncernów płytowych, ale za to zarażą kilka osób, które zainteresują się tym, co kiedyś i obecne dzieje się na obrzeżach oficjalnej sceny muzycznej.
ocena: 7/10
www.myspace.com/1969wasfine
www.season-of-mist.com
autor: Diovis


16 - "Bridges To Burn"
(CD 2009 / Relapse Records & Rockers Publishing)
W Stanach, gdzieś obok polityków i ekonomistów wieszczących, że USA to kraj mlekiem i miodem płynący oraz elitarnego towarzystwa milionerów, aktorów, muzyków i łasych na kasę skandalistów, egzystuje spora grupa osób sfrustrowanych sytuacją polityczną i społeczną państwa, w którym dane jest im żyć. Jedni wychodzą z założenia, że wyjdą z karabinem na ulice lub do szkół, by w ten sposób zamanifestować swoje poglądy i wyrzucić całą swoją złość, inni biorą w ręce instrumenty muzyczne i grają dla podbnych ludzi jak oni. W taki sposób przed kilkunastoma laty narodziły się dźwięki znane między innymi jako sludge-core czy sludge metal. Żadne tam sztuczne emo coś tam czy wrzaskliwy metal-core, a muzyka wywodząca się z jednej strony bezpośrednio od praojców hard rocka BLACK SABBATH, a z drugiej strony z amerykańskiego HC. Brudna, nieposłuszna, wściekła, mocarna i bezkompromisowa. 16 to zespół z samego serca kalifornijskiej metropolii Los Angeles. Działają od 1992 roku, ale znały ich dotąd małe klubiki w smrodliwych dzielnicach i grupa japońskich maniaków, bo dla nich grywali w przeszłości koncerty, co zaowocowało między innymi singlem "Japanese Tour". Nagrali trochę stuffu wydanego na różnego rodzaju płytkach, łącznie z pełnograjami, a parę lat temu postanowili zaprzestać działalności pod szyldem 16, by skupić się na innych projektach. Coś nie poszło tak jak trzeba, panowie zadzwonili do siebie, wysłali trochę e-maili i wskrzesili wypróbowany przez lata zespół. Od razu zainteresowała się nimi znana ze swojej sympatii do obskurnych i szczerych dźwięków Relapse Records i oto jest "Bridges To Burn". Krążek ten idzie w ślady najlepszych dokonań EYEHATEGOD, MELVINS, DOWN i innych hałaśliwych tworów opierających swoje utwory na prostych gitarowych riffach, wrzaskliwych wokalach i łupiącej niemiłosiernie głośno sekcji rytmicznej. Można by rzec, że rozpiera ich tu wręcz punkowa energia uzupełniona hardcore'ową, nieco połamaną rytmiką, świadomie brzydkim, drażniącym uszy brzmieniem i prawie mantrycznym powtarzaniem gitarowych patentów. Tak jest od pierwszego na płycie "Throw In the Towel", aż po ostatni "Missed the Beat". 16 nie sili się na oryginalność, nie odczuwa potrzeby nagrywania zaskakujących motywów, jest może przewidywalne, ale za to szczere do bólu. I jeśli czujecie się tak samo wściekli i sfrustrowani jak oni, a codzienność nie pozwala wam na głośny okrzyk buntu, to na "Bridges To Burn" znajdziecie z pewnością ujście dla swoich negatywnych emocji.

ocena: ocena: 7/10
www.myspace.com/16
www.relapse.com
autor: Diovis


731 - "Demo 2008"
(Demo-CD 2008)
Wydanie tej demówki to taki oldskul. Papierowa okładka z wydrukowaną na jego przedzie listą utworów oraz logo, a na tylnej części już nieco bardziej współczesny wydruk z biografią, składem zespołu, adresem www oraz historią obozu 731 (o tym ostatnim nieco później). Podoba mi się, że nie wszyscy starają się upchać swojego demosa w prześlicznym, wycackanym opakowaniu, zwłaszcza, że nie każdy materiał jest na dobrą sprawę godny uwagi. Nad tą płytką "ochów" i "achów" nie ma i nie będzie, bo to nic wybitnego, ale przynajmniej da się wyczuć, że panowie grają to, co lubią i na tyle, na ile ich stać. Proponują dość przyzwoicie zrobiony death metal w jego brutalistycznej formie z nielicznymi thrash'owymi akcentami i kilkoma chorymi motywami, nie starając się przy tym zamęczać słuchacza jedynie szybkimi tempami, tak więc jest tu kilka zwolnień, a nawet kilka naprawdę nie najgorszych solówek. Warto jednak popracować nad gładszym przechodzeniem z tych szybszych partii do kolejnych, nad jakimiś konkretnymi łącznikami, by nie było tak wielu rwanych i nijakich wtrętów gitar. Tematykę tekstów do tych czterech kawałków też obrali odpowiednio ekstremalną, ponieważ w "Handcuffs On Hands", "Atrocity", "Fuck Your Bloody Bowels" i "Bloody Image" opowiadają swoją wersję historii japońskich eksperymentów z bronią biologiczną na jeńcach i cywilach, co doprowadziło do śmierci setek tysięcy osób. Efekt lekko "grobowych" wokali (nawiasem mówiąc brzmią ciekawie) wzmacniają jeszcze bliżej nieokreślone sample wypowiedzi w języku angielskim, co też ma pewnie związek z konceptem tekstowym demówki. Świadomie nie piszę nic o podobieństwach do innych bardziej znanych kapel i domniemanych inspiracjach, w końcu czasem warto dać szansę, by zespół z tak krótką, bo dwuletnią historią, dojrzał w sali prób i znalazł swoją małą niszę dla tego typu grania. Oby tylko starczyło im samozaparcia i pomysłów.

ocena: ocena: 6/10
www.myspace.com/731band
autor: Diovis


21 LUCIFERS - "In the Name of..."
(CD 2007 / Pulverised Records)
Obrazek z rubasznym koziołkiem w komży trzymającym otwartą księgę i lecącymi na pewno nie w pokojowych celach samolotami na tle krwistoczerwono-pomarańczowego nieba nie wieściło niczego dobrego. Aeroplanów nie naliczyłem dwudziestu jeden (jest ich tylko 9), ale za to tajemniczy wykonawca przy narodzinach został nazwany 21 LUCIFERS. Na debiucie, jak się okazuje, pięciu Szwedów, znalazło się 18 numerów łącznie trwających 33 i pół minuty. Tyle statystyki, bo ta i tak na razie nic nie wyjaśnia. Dopóki nie przebrnąłem przez drugi kawałek, dopóty też byłem "ciemny". A ta muza jest naprawdę całkiem, całkiem... Opatrzona świetnym "szwedzkim" brzmieniem i niezwykle żywiołowa. Jest prosto, konkretnie i z kopyta do przodu. Pierwsze wrażenie jest takie, że to taki ognisty death/grind, tymczasem Szwedzi nie ograniczają się do krótkich strzałów z karabinu, za to podsycają krótkie numery thrash'owym jadem a la THE HAUNTED czy HATESPHERE, do tego odrobina SLAYER'a oraz wczesnego VADER'a i wszystko jasne. "In the Name of..." to łojenie na tradycyjną nutę, chociaż ciut mniej wyrachowane niż w wielu szwedzkich przypadkach, a do tego niegłupie. Część kawałków pozostaje w pamięci, a zaskakujący zwrot akcji następujący w środku w postaci dziewiątego na płycie "Despair" sprawił, że poczułem się prawie tak, gdy pod koniec tytułowca z "Left Hand Path" ENTOMBED pojawia się ciężki, mroczny riff. Tu też nagle robi się mrocznie, melodyjnie i rzeczywiście desperacko. Potem wszystko wraca do rozpędzonych norm, ale ciekawy efekt pozostaje na długo w osobistym pentium zwanym mózgiem. Niespodzianka pojawia się jeszcze pod dwunastką, gdy 21 LUCIFERS zaczyna grać "Surprise You're Dead" FAITH NO MORE na death/grind'ową nutę. Fajnie się wtedy robi, bo to zacny kawałek zacnej grupy, a w nowym wykonaniu mieli równo. Nic dziwnego, że basistę Pera "Sodomizera" Erikssona zaproszono do nagrania partii jednej z gitar na nowym mini-albumie deathmetalowej supergrupy BLOODBATH.
Ogólnie nie zmoczyłem się w gacie, ale polecam zwłaszcza koneserom niezbyt skomplikowanych dźwięków spod znaku blastów, starej Skandynawii i grind/death/thrash'u. A wszystko to przecież dla tego z tytułu, co to w jego "in the name of..."...

ocena: ocena: 8/10
www.pulverised.net
www.21lucifers.com
www.myspace.com/21lucifers
autor: Diovis


3 HEADED MONSTER "3 Headed Monster"
(CD 2007 / Melissa Records & Metal Mundus)
Od razu na początku rzuca się w oczy okładka. Dla jednych trzygłowy smok rodem z serii filmów o Godzilli będzie kiczowaty, dla innych - tak jak dla mnie - jest czymś innym od tego, co zdobi 99,99% metalowych front coverów. Dalej jest muzyka - pierwsze dźwięki numeru "Varan" to zapowiedź starego horroru, po czym zaczyna się kanonada riffów i solówek. Lecz co to?! Utwór jest instrumentalny i czegoś na tym obrazku brakuje... A no brakuje wokalisty, co jeszcze bardziej da się odczuć w klasycznie metalowo zbudowanym "Perfect Plex". Tak, ludziska - 3 HEADED MONSTER to zespół grający tylko i wyłącznie muzykę instrumentalną. Z tego typu kapelami jest taka historia, że trudniej im o atencję słuchaczy, bo jak by nie patrzeć, wokalista ma coś do powiedzenia i przekazania. Płyta z muzyką instrumentalną jest trochę jak radio - wymaga większej wyobraźni od słuchacza niż podane na tacy wizja i fonia w TV czy innych multimediach. Jak w takim razie wypada bez frontmana ten trzygłowy Potwór rodem ze Stanów? Ma całkiem sporo do zaoferowania i w szczególności tyczy się to gitarzystów wycinających całą masę często karkołomnych solówek, ale wypowiadających się również językiem nastrojowych akustyków wplatanych pomiędzy mocne riffy. Pod tym względem zadanie wykonane jest przez Chrisa Kessarisa i Chrisa Cecchiniego prawie że perfekcyjnie. Radzą sobie w konwencji tradycyjnego metalu a la IRON MAIDEN, graniu a la METALLICA z okresu "Ride the Lightning" czy "Master of Puppets" (czyż "Bitter End" nie brzmi chwilami jak legendarny "Orion"?) oraz bardziej progresywnego oblicza ciężkiej muzy. Wspierają ich basista Paul Muise oraz perkusista Andy, ukrywający się pod nickiem AK45. Przy pierwszym przesłuchaniu ci czterej kolesie trzymają w napięciu przez całe 40 minut i chwilami nawet zapomina się, że to muzyka bez głosu i bez tekstów. Problem w tym, że płyta jest również produktem i ma służyć swoistej konsumpcji, a my, przynajmniej większość z nas, jesteśmy przyzwyczajeni do metalu z wokalistą. I pomimo, że doceniam muzyczną stronę tego krążka, to wiele on traci na braku głosu (nie liczę tu użytych niewielu sampli) i to wcale nie jest takie "cool", jak twierdzą muzycy wedle opisu wydawcy.
ocena: ocena: 6/10
www.melissarecords.com
www.myspace.com/3headedmonster
www.sklep.metalmundus.pl
autor: Diovis


1349 - "Hellfire"
(CD 2005 / Candlelight Records & Mystic Production)
W końcu dotarło do mnie nowe dzieło Norwegów. Ciekaw byłem jaka będzie ta nowa płyta. Poprzednie materiały pomimo, że bardzo dobre, to poza doskonałą grą Frosta nie rzuciły mnie na kolana. Miewały momenty naprawdę świetne, ale także i te oklepane. Bardzo podobała mi się produkcja tamtych płyt, z charakterystycznym brudnym brzmieniem. Tym razem mamy czystą i klarowna produkcję. Słychać, że panowie spędzili sporo czasu nad wypieszczeniem jej przed wydaniem hehehe. Materiał zawarty na "Hellfire" różni się nieco od poprzednich wydawnictw w dorobku kapeli. Więcej tu elementów technicznych i zakręconych partii gitar. Słychać, że zespół zrobił krok naprzód nie zamierzając nagrywać kolejnej "Liberation" czy "Beyond...". Zatwardziali blackheads mogą kręcić nosami na wieść o większej ilości średnich temp. Pomimo tego płyta nie traci na agresywności. Dalej jest to dziki i agresywny black metal, dalej słuchając gry Frosta niejeden pałker dostanie kompleksów. Czerń, ogień i armagedon zieje z głośników przez ponad 52 minuty rozpierdalając wszystko dookoła. Genuine Fucking Black Metal!!!!!
ocena: 9/10
www.candlelightrecords.co.uk
www.legion1349.com
autor: sThor

INDEX