| 9 | A | B | C | D | E | F | G | H | I | J | K | L | M | N | O | P | Q | R | S | T | U | V | W | X | Y | Z
INDEX

- A   [1  2   3   4   5   6    7] -   


ABLAZE IN HATRED - "The Quietude Plains"
(CD 2009 / Firebox Records & Foreshadow Music)
Nie pamiętam już, czy pisałem recenzję poprzedniego albumu ABLAZE IN HATRED, ale trochę zaczęła mi się rozmywać twórczość co poniektórych fińskich kapel z kręgu doom metalu i podobnych stylistyk. Sądząc po "The Quietude Plains" była to płyta zrobiona z rozmachem, ale nie tak znowu odległa od tego co nagrywają między innymi TERHEN, MY SHAMEFUL lub DEAD IN THE WATER. Finowie z Turku dobrze odzwierciedlają pewien schemat: mrok + melodia + melancholia + smutek. Używają do tego nie tak znowu bogatych, lecz adekwatnych środków. Ciężkie lub łkające partie gitar, powolna sekcja rytmiczna, oszczędne plamy klawiszy, które brzmią albo orkiestralnie, albo prawie ambientowo i growlujący wokalista. Nie ma co liczyć na przyśpieszenia, solówki i fajerwerki. Utwory budowane są wokół przewodniego motywu i to na nim skupia się uwaga słuchacza. Aranżacje nie są bogate i koncentrują się na swoistym improwizowaniu na bazie głównego wątku. Teksty, oszczędne w swojej formie, w poetyckiej manierze opowiadają o odczuciach, emocjach i są swoistymi impresjami na temat życia i śmierci. Nie ma tu ulicznego gwaru, pogoni za dobrami materialnymi i nawet zawoalowanej radości oraz szczęścia. Mimo to jest tu wszechobecne swoiste piękno i próba zrozumienia dlaczego każdy z nas czuje się (przynajmniej czasami) zagubiony na tym świecie. Przez tę muzykę przemawia pewne takie współczucie, współodczuwanie targającymi każdego z nas dylematami, cierpieniami i bólem istnienia. "The Quietude Plains" ABLAZE IN HATRED nawet nie waży się poprawiać zastanej rzeczywistości, godzi się z koleją losu, nieuchronnością śmierci, żalem za czymś nieokreślonym. Bez patosu, bez zbędnego filozofowania, bez retoryki. Jeśli to wszystko jest wam bliskie, wierzycie choć trochę w istnienie duszy i potraficie w ciszy nastrajać się na chłonięcie smutnych dźwięków, ta płyta przemówi do was głosem wewnętrznej refleksji. A na limitowanej edycji znajdziecie dodatkowo między innymi cover "Out of Hand" ENTOMBED. Sam jestem ciekaw, jak to brzmi w wykonaniu tak pesymistycznego bandu jak ABLAZE IN HATRED...
ocena: 7,5/10
www.ablazeinhatred.com
www.myspace.com/ablazeinhatred
www.firebox.fi
www.foreshadow.pl
autor: Diovis


ABUSED MAJESTY - "...so Man Created God in His Own Image"
(2 CD 2009 / Witching Hour Productions)

Można by się zastanawiać, czy ABUSED MAJESTY jest tak znaczącym zespołem, by na tym etapie swojej historii zasłużyć na tak wypasione wydawnictwo: dwupłytowe, zapakowane w gruby digipak i z dwiema konkretnymi książeczkami. Fakt jest faktem, że Witching Hour Productions nie żałowało na swoich ziomków kasy. Na pewno idzie to na plus wydawcy i pozwoli to zwrócić większą uwagę na ten jeden z ciekawszych black/death metalowych bandów w naszym kraju. Pierwszy dysk to najnowszy album popularnych "Arbuzów" opatrzony tytułem "...so Man created god in his own image". Wcześniej wypuszczony przez Empire Records przeszedł praktycznie niezauważony (patrz: recenzja "Constant Flow" NON OPUS DEI) i dopiero teraz można docenić jego siłę albo wtórność. Jedni przychylą się do opinii, że to znakomite i niewymuszone połączenie elementów symfonicznego black metalu, bardziej surowego oblicza tego gatunku i death metalu, inni dopatrzą się nadmiernych podobieństw do twórczości BEHEMOTH czy HERMH. Prawda leży jak zwykle pośrodku... ABUSED MAJESTY kontynuuje to, co zaczęło się już wcześniej na demówkach, a zostało w najlepszy sposób przedstawione na szybkim i interesująco poukładanym albumie "Serpenthrone". Z drugiej strony rację mają poniekąd ci, którzy twierdzą, że istnieją pewne podobieństwa białostockiej ekipy do dwóch bardziej uznanych krajowych kapel. Cóż, taka to jest ta konwencja i nie da się uniknąć pewnych zbieżności... Zresztą część muzyków tworzących ABUSED gra na co dzień w HERMH, ale działa to przecież w obie strony. Na nowym krążku jest też nieco więcej deathmetalowych naleciałości i niestety, jakby przy okazji wyziera pewna przykra prawda, że Hertz Studio jest nadal superprofesjonalnym miejscem do nagrywania, ale nie jest już tak kreatywne jak wcześniej. Bębny i gitary na "... so Man created..." faktycznie brzmią jak na wielu innych produkcjach, które powstały u braci Wiesławskich. Nie wpływa to jednak aż tak negatywnie na odczucia względem tego materiału, który jest przemyślany i stanowi jedną całość. Parę numerów wyróżnia się in plus i chciałbym w tym miejscu zwrócić uwagę choćby na niezwykle bogaty, a przy tym intensywny "I Am Destroyer of Gods". Inną frakcję prezentuje najbardziej oryginalny i dotąd niespotykany w wykonaniu tego bandu kawałek, jakim jest "Omnivorous Sonatina" oparta głównie na dźwiękach klawiszy, pianina, perkusji i demonicznych wokaliz. Oprócz tego dość udanego eksperymentu, na większej części tej płyty zostały skondensowane wszystkie dotychczasowe cechy charakterystyczne dla ABUSED MAJESTY. Dużo dobrego wnieśli też dwaj sesyjni klawiszowcy: Flumen (HERMH, ASGAARD) i Vac-V (CRIONICS). Płyta obfituje w wiele smaczków, kosmicznych lub orkiestralnych wtrętów. Szkoda, że ginie to gdzieś później w wersji koncertowej... Myślę, że tak czy (p)siak, jeśli ktoś polubił "Serpenthrone", będzie usatysfakcjonowany najnowszą produkcją białostockiej formacji.
Czas wyjawić co kryje się na drugim krążku wchodzącym w skład tego swoistego kompendium muzycznej wiedzy na temat ABUSED MAJESTY, a zatytułowanym "Worship Gods of Immortality". Otóż mamy tu zebrane na jednym dysku trzy wcześniejsze materiały demo i promo tej hordy. Chronologicznie zaczyna się od końca, czyli od najświeższego promo "Crusade For Immortality", które przygotowywało podwaliny pod opisywany przeze mnie chwilę wcześniej nowy długograj. Tu między innymi znajdują się wcześniejsze wersje dwóch utworów: "Soul of the Beast" i "Immortality Crusade Part II". Sound nie zachwyca przyzwyczajonych do tego, że pełne albumy były nagrywane w profesjonalnym studiu, ale nie chodziło tu o efekt estetyczny, a pewne przetarcie szlaku i zainteresowanie ze strony potencjalnych wydawców. Pomijając taki sobie cover "The Night of the Triumphator" SATYRICON, który pierwotnie miał się ukazać na polskim trybucie dla Norwegów, reszta, łącznie z instrumentalnym prologiem i dostępnym tylko na tym promo numerem "Viperion Ardant" brzmi ciekawie i jest dobrym uzupełnieniem głównego dania tego podwójnego albumu. W chwilę potem cofamy się o kilka lat wstecz, do 2001 roku, kiedy to powstało i ukazało się demo "Gods Are With Us". Nagrany w wówczas jeszcze nie tak obleganym Hertz Studio materiał przedstawia bardziej nieokrzesane oblicze "Arbuzów", nie pozbawione jednak melodyjnych, melancholijnych i klimatycznych akcentów. Na przykład w numerze tytułowym oraz w "Valley of Speechless Dusk" gościnnie udzielają się: wokalistka i wiolonczelistka VIA MISTICA Kaśka oraz grający na gitarze akustycznej Paweł. Obok takich fragmentów ABUSED MAJESTY realizuje się głównie w black metalowym graniu zakorzenionym w polskich i norweskich tradycjach tego gatunku, z lekkimi folkowymi naleciałościami. Jest może i bez fajerwerków, ale całość trzyma się przysłowiowej kupy. Rdzeń zespołu był wówczas podobny do obecnego, ale zespół miał jeszcze wówczas innego wokalistę, Gunnara. Jeszcze jednego frontmana można usłyszeć na najstarszym, zresztą pierwszym demo grupy pt. "Thee I Worship", które powstało w 1999 roku. Tu mamy już bazowe black'owe dźwięki z pogańskim przesłaniem tekstów, jest jeszcze nie do końca równo, ale jak na tak krótki staż i pierwszą wizytę w studiu (Hertz oczywiście) grupa próbuje kombinować ze zmianami tempami, akustycznymi wtrętami i typowo słowiańską, nacechowaną folkiem melodyką. Najsłabszym ogniwem tej demówki są skrzekliwe wokalizy Khopika.
Co więcej dodać? Jeśli ktoś chce mieć u siebie na półce prawie kompletną dyskografię ABUSED MAJESTY i ma ochotę prześledzić rozwój tej kapeli od początków do obecnych czasów, to okazja ku temu jest. A, byłbym zapomniał... We wkładce do drugiego dysku znalazło się mnóstwo archiwalnych zdjęć zespołu, a niektóre po prostu powalają... ;)

ocena: 7,5/10
www.abused-majesty.pl
www.myspace.com/abusedmajesty
www.witchinghour.pl
autor: Diovis


AGORAPHOBIC NOSEBLEED - "Agorapocalypse"
(CD 2009 / Relapse Records & Rockers Publishing)

Scott Hull jest już legendą na grind'owo-podobnym poletku. Nagrywa w różnych składach, produkuje płyty innym - prawdziwy pracoholik z niego. Od lat około piętnastu działa również pod szyldem AGORAPHOBIC NOSEBLEED, który zajmuje poczesne miejsce w katalogu Relapse Records. "Agorapocalypse" to kolejny wyziew tej brygady, która zmienia często skład, ale cel za każdym razem jest podobny - zmiażdżyć brutalną, piekielnie szybką i zeschizowaną muzyką. W przeszłości zdarzało się tej kapeli umieścić 100 utworów na jednej płycie, tym razem jest tych cięć 13 lub 14 (nie wiadomo do końca ile naprawdę jest tu utworów). Przez pierwsze minuty mamy do czynienia z dość typowym, klasycznym i masakrującym grind'em wywodzącym się w prostej linii choćby od BRUTAL TRUTH, więc wiadomo: krzyki, wrzaski (jeden z trzech wokali należy do niejakiej Kat z SALOME), dużo baaardzo szybkiego hałasu, różne wstawki... Gdzieś tak w połowie wszystko zaczyna robić się jakieś takie powyginane, schorowane i halucynogenne. Dalej jest hałaśliwie, ale już nieco inaczej. O dziwo zdarza się AGORAPHOBIC nieco zwolnić, co brzmi jak naćpany HELLHAMMER. Wydawca odnajduje tu wpływy DARK ANGEL z "Darkness Descends" i "Pleasure To Kill" KREATOR'a... Może i jakieś riffy mają thrash'owe konotacje, lecz przede wszystkim mamy tu do czynienia z pokrętnym i bezkompromisowym grind'em z szalonym automatem perkusyjnym oraz chorą otoczką. Nie ma letko - powiadam Wam.

ocena: 7/10
www.agoraphobicnosebleed.com
www.myspace.com/agoraphobicnb
www.relapse.com
autor: Diovis


ALASTOR - "Spaaazm"
(CD 2009 / Metal Mundus Records & Fonografika)

Nie nazwałbym ALASTOR'a legendą polskiego metalu. Ba, nawet nie nagrali dotąd swojej "płyty życia". Jeśli zapytać przeciętnego metala, z czym mu się kojarzy ten zespół, nie będzie w stanie podać tytułu konkretnego albumu lub utworu, choć pewnie obiła mu się o uszy ta nazwa. Może więc pierwszy pełny album po reaktywacji w 2004 roku będzie nowym początkiem lub przełomem dla tej kapeli? Kto wie, zobaczymy... "Spaazm" jest na pewno materiałem "na czasie", bowiem przynosi kawał rasowego i mocarnego thrash metalu. Umownie i bardzo powierzchownie można by rzec, że mieszają się tu elementy rozpropagowane przez EXODUS i TESTAMENT z jednej strony, a z drugiej przez PANTERĘ i MACHINE HEAD, gdy były bliżej klasycznego thrash'u. Trzeba jednak odnotować, że ALASTOR nie zamierza grać pod kogoś i upodabniać się do młodych kapel, które czerpią garścią ze starych załóg lub filtrują to przez inne, nowsze odmiany metalu, bo doświadczenie, jakie stoi za kutnowską ekipą powiedziało im co grać, by być wiernym swoim korzeniom, a jednocześnie podnieść młodzieży wysoko poprzeczkę. Utwory zawarte na tym krążku są urozmaicone, od dobrej strony pokazują się w odpowiednim momencie gitarzyści, sekcja rytmiczna i wyrazisty wokalista. ALASTOR jest tutaj jak monolit, ponieważ kawałki mają przysłowiowe ręce i nogi, większość z nich ma odpowiedniego pałera, charakterne linie melodyczne i sporo gitarowych smaczków. Obfituje w nie na przykład "Nienasycenie", z kolei "To Czego Nie Wie Nikt" czy "Dosyć" są z cyklu numerów uderzających prosto w ryło. W kilku innych, zwłaszcza w "ciężarówach" pokroju "Od Zawsze Tutaj" da się wyczuć sabbathowskie wpływy. Nawet maniera wokalna Roberta Stankiewicza kręci się gdzieś wokół interpretowania Ozzy Osbourne'a. Gdzieniegdzie da się też odnaleźć pewne podobieństwa z KAT-em z okresu "Oddechu Wymarłych Światów" czy "Szyderczego Zwierciadła", ale przynajmniej ja odbieram to jako całkowicie przypadkowe. Szczęśliwie "Spaazm" nie ma aż tak mocnych odchyłów w stronę hard-core'a, tak jak to było na dobrej, lecz nierównej płycie "Żyj, Gnij i Milcz". Za to uważam, że ten krążek jest nieco za długi i zamiast pakować na niego aż 13 numerów całość mogła zamknąć się w dziesięciu, może jedenastu. Mimo tej drobnej wady jestem bardzo ciekaw, jak ten materiał zostanie odebrany wśród metalowej braci, choć może to być rzeczywiście miłe zaskoczenie dla wielu, gdyż nie ma wobec ALASTOR'a takich oczekiwań, jak choćby wobec prawdziwych klasyków wokół thrash'owej muzy, jak na przykład TURBO, wspomnianego KAT'a czy nawet ACID DRINKERS. I mam nadzieję, że nie będzie to ostatni album tej kapeli po jej powrocie na tak zwaną scenę metalową i entuzjazmu wystarczy im na co najmniej kilka kolejnych. Warto też odnotować fakt, że płytę zapakowano w pokaźny rozkładany digipak, choć wydawca promocję na razie najzwyczajniej w świecie położył i przegwizdał... :/

ocena: 8/10
www.alastor.pl
www.myspace.com/alastorkutno
www.metalmundus.pl
www.fonografika.pl
autor: Diovis


AMESOEURS - "Amesoeurs"
(CD 2009 / Code 666 & Foreshadow Music)

AMESOEURS rozpadł się tuż po wydaniu lub nagraniu (różnie mówią różne źródła) swojego debiutanckiego albumu ze względu na różnice muzyczne między członkami zespołu. Prawdą jest, że słychać to już po zawartości tego debiutanckiego i zarazem jedynego krążka, który z jednej strony nie chce do końca uwolnić się od black metalowego feelingu i pojawiających się tutaj od czasu do czasu skrzeczących wokaliz, a z drugiej pragnie koniecznie wpasować się w nurt emocjonalnego grania w stylu KATATONII, KLIMT 1918 i... THE CURE. Stąd na tym krążku częste wpadanie na mielizny powielania pewnych schematów, a jednocześnie gwałtowne przeskoki stylistyczne i brak konsekwencji, przez co całość sprawia wrażenie robionej naprędce, bez myśli przewodniej. Owszem, parę fragmentów robi wrażenie i trzeba przyznać, że na przykład otwierający płytę instrumentalny "Gas In Veins", który przeistacza się z leniwego post-rockowego grania w furiacką ścianę dźwięku, jest niezłym wprowadzeniem. Potem jednak następuje dość miałkie powielanie schematu emo-piosenek z kobitką na wokalu na przemian z post-black'owym rzeźbieniem i dosłownie jednym ("Trouble (Éveils Infâmes)") przejawem wierności black metalowym korzeniom. To, co przez kilka minut jeszcze zaciekawia, potem staje się już nudne i mało twórcze. Nie ratują tego niestety przebłyski w postaci szybkiego, a jednocześnie klimatycznego "Heurt" i może jeszcze przebojowego, ale mającego w sobie duże pokłady energii "Amesoeurs". Jeden z twórców tego albumu, Neige, znacznie lepiej prezentuje się w ALCEST, natomiast pozostałe kapele, w których macza swoje palce z kolegami i koleżanką z AMESOEURS też w większości nie są jakimiś wybitnymi przedsięwzięciami, co ma swoje odbicie na tej płycie. Cóż tu więcej dodawać? Może nikt nie miał szczególnych oczekiwań wobec tego zespołu, jednak zapowiadało się nieźle, a jest w najlepszym przypadku nijako i przeciętnie.

ocena: 5/10
www.code666.net
www.myspace.com/amesoeurs
www.foreshadow.pl
autor: Diovis


ANTIGAMA - "Warning"
(CD 2009 / Relapse Records & Rockers Publishing)
Choćby nie wiem jak się wyginać - trudno doczepić się do ANTIGAMY za cokolwiek. Od dziewięciu lat konsekwentnie rozwijają się jako muzycy, nagrywają kolejne materiały, a każdy z nich jest utrzymany na bardzo wysokim poziomie, do tego "grzeszą" techniką oraz pokrętnymi pomysłami i stanowią elitę już nie tylko polskiego grind-core'a. "Warning" to rzeczywiście ostrzeżenie dla wszystkich pewnych siebie kapel z tego kręgu. ANTIGAMA już teraz może stanąć w szranki z legendami pokroju NAPALM DEATH i BRUTAL TRUTH oraz ze swoimi rówieśnikami z CEPHALIC CARNAGE czy PIG DESTROYER, którzy mieli prędzej okazję się pokazać również z racji swojego pochodzenia. Ale nigdy nie jest za późno - już drugi album Polaków w barwach Relapse Records przynosi cholernie intensywne odczucia u słuchacza. Dźwięki rzeczywiście nie dają wytchnienia - krążek jest nagrany tak, by nie było między utworami praktycznie żadnych przerw. Tym różni się od poprzednich, w których po kilkuminutowej nawałnicy następowało lekkie zwolnienie tempa. Warszawiacy nie czerpią już też praktycznie z dokonań NAPALM DEATH i GODFLESH, do których byli porównywani w recenzjach (również przeze mnie ;). Przez ten okres w swojej działalności już przeszli i na "Warning" grają po swojemu, opatrując krótkie i szybkie kawałki rytmicznymi ozdobnikami, połamanymi riffami, chorymi wokalizami Patryka "Nicka" Zwolińskiego (głos znany z BLINDEAD zastąpił jakiś czas temu na tym stanowisku Łukasza Myszkowskiego) i tylko gdzieniegdzie eksperymentują z dźwiękiem. Pierwszy taki przerywnik mamy pod numerem 9. "Sequenzia Dellamorte" to elektroniczna schiza, która przygotowuje do kolejnego ataku ANTIGAMY. Podobne, ale bardziej jazzująco-awangardowe rzeczy znajdują się w dwunastym na płycie "Paganini Meets Barbaplex". Trudno wyróżnić tu jakiekolwiek kawałki, gdyż tak jak wcześniej wspomniałem, krążek składa się z szesnastu praktycznie połączonych fragmentów. Praktycznie tylko wspomniane dwa interludia i zamykający album, mroczny, ambientowy "Black Planet" odbiegają od tego monolitu. Cały materiał wymaga skupienia, ale bez wątpienia efekt końcowy wgniata w fotel i jeśli lubicie powyginane i powykręcane na różne sposoby, a jednocześnie pędzące na złamanie karku granie spod znaku inteligentnego grind-core'a - nie pożałujecie tego spotkania. Dotychczasowi fani powinni też zachować status zadowolenia, że mamy tak wyśmienity band, który reprezentuje nas na arenie międzynarodowej o piekło lepiej niż nasza piłkarska reprezentacja na przykład ;)
ocena: 9/10
www.antigama.net
www.myspace.com/antigama
www.relapse.com
www.rockers.pl
autor: Diovis


ASSAULTER - "Salvation Like Destruction"
(CD 2009 / Pulverised Records)
Z Australii wszystko dociera do Europy (o ile w ogóle) z dużym opóźnieniem. Nic dziwnego, bo nawet lot z tego dalekiego lądu na Stary Kontynent zabiera wiele godzin, choć globalna sieć internetowa przybliżyła - przynajmniej wirtualnie - Antypody do reszty świata. Mimo to trudno się przebić Australijczykom w jakiejkolwiek dziedzinie, włączając w to muzykę. Stąd znamy niewiele kapel z tamtego regionu, a tylko nielicznym było dane zagrać koncerty w USA czy w Europie. DESTROYER 666 znają pewnie prawie wszyscy maniacy ekstremalnego metalu i już niebawem będzie okazja usłyszeć ich długo oczekiwany, czwarty album. Zanim to nastąpi, jest okazja poznać via singapurska Pulverised Records hordę ASSAULTER, z której to kapeli imć Simon Berserker grał wcześniej w DESTROYER 666. Tak właściwie to niedaleko pada jabłko od jabłoni, bo "Salvation Like Destruction" to black/thrash metal w czystej oldskulowej postaci, nie tak znowu odmienny od dokonań ich nieco starszych kolegów. Na bazie starych kawałków i brzmień SLAYER, POSSESSED, CELTIC FROST czy KREATOR powstało 7 dość złożonych numerów pełnych wściekłości, nienawiści, zła i chaosu. Najbardziej archaicznie brzmi VENOM'owski "Between Gods And Men". Niezwyczajne brudu i obskurności w muzyce ucho nie od razu przyzwyczai się do specyficznego soundu gitar, który daleki jest od przyjętych standardów. To, co było normą lat temu 20 i więcej, teraz często jest inaczej odbierane, dlatego przestrzegam przed tym wszelkich wielbicieli wycyzelowanych produkcji z wielkich stajni w rodzaju Nuclear Blast czy Century Media. A mimo to, jest na "Salvation Like Destruction" masa energii bijącej z thrash'owego łojenia jakby rodem z "jedynki" KREATOR'a, piskliwe solówki a la wczesny SLAYER, specyficzne, mroczne i ciężkie riffy z wczesnych płyt CELTIC FROST czy HELLHAMMER oraz wściekłe wokalizy charakterystyczne dla pierwszej fali black metalu. ASSAULTER nie jest może tak ekspresyjny i totalnie szybki jak na przykład NIFELHEIM, BESTIAL MOCKERY czy nasz WITCHMASTER, ale świetnie rozumie istotę ducha i grania sprzed ponad dwóch dekad. Stara się to robić po swojemu, z australijskim feelingiem i brytyjską flegmą, co jednak dobrze rokuje na przyszłość. Szkoda by było przegapić kolejny band z dalekiego kontynentu z tak nielicznej ilości objawiającej się całemu metalowemu światu.
ocena: 7,5/10
www.myspace.com/burningfront
www.pulverised.net
autor: Diovis


AUSTERE - "To Lay Like Old Ashes"
(CD 2009 / Eisenwald Tonschmiede)
Zaczyna się ciekawie. Trochę epicko i podniośle, klimatycznie, a jednocześnie mrocznie. Po krótkim intro w postaci "Down" następuje utrzymane w średnim tempie "To Fade With the Dusk", które silnie nawiązuje do tych bardziej atmosferycznych dokonań BURZUM, a trochę również do wczesnej KATATONII. Do tego czytelny sound i już wiadomo, że da się tego słuchać, chociaż AUSTERE stawia raczej na minimalizm i nie epatuje dziesiątkami zmian czy gwałtownymi zwrotami akcji. Gitarowe akordy snują się konsekwentnie rozwijając główny wątek, a desperackie wokalizy stanowią bardziej kolejny instrument niż środek przekazu mniej lub więcej ważnych treści. Ściśle dozowane i równie oszczędne są klawisze, a także równo tykająca perkusja. Mimo to nie ma się wrażenia nudy, monotonii i klonowania BURZUM'owskiej twórczości. Ja bym opisał to jako bardzo sugestywną próbę wskrzeszenia monumentalnych płyt BATHORY wymieszaną z bardziej wisielczą atmosferą. "This Dreadful Emptiness" jeszcze bardziej wgłębia się w nastrój znany z krążków KATATONII. Trochę więcej tu przestrzeni, tak zwanego "powietrza" i ekspresyjnych przyśpieszeń. W końcu może się wykazać perkusista Tim, podczas gdy gitarzysta Mitch trzyma się określonego kierunku swojego gitarowego grania, a klawisze to już nie tylko tło dla muzyki, bo jest miejsce i na brzdąknięcia pianina i ambientowe pasaże. Pod koniec utworu jest też kilka fraz wyśpiewanych czystym głosem. Kontynuację tych nowych elementów można usłyszeć również w numerze tytułowym, choć na dobrą sprawę nie wnosi on nic nowego i zaskakującego. Tak jakby zabrakło AUSTERE pomysłów i odwagi, by oddalić się od głównego black metalowego nurtu. Szczególnie da się to odczuć w szóstym i ostatnim, trwającym ponad 20 minut "Coma II". Tu już niestety króluje ohydna monotonia i motyw, który z początku wydawał się interesujący z każdą minutą staje się coraz bardziej męczący. A starzy i mądrzy ludzie mawiają, że od nadmiaru dobrego wcale nie jest dobrze... Po raz któryś tam mają rację. Gdyby nie ten ostatni długi fragment i pewna powtarzalność pomysłów, byłoby świetnie. A tak to jest tylko częściowo bardzo dobrze, reszty zaś mogłoby nie być. Ale AUSTERE to jeszcze stosunkowo młoda kapela, więc prawie wszystko jeszcze przed nimi.
ocena: 6,5/10
www.myspace.com/bandaustere
www.eisenton.de
autor: Diovis


AZARATH - "Praise the Beast"
(CD 2009 / Agonia Records)
Dość długo trzeba było nam czekać na czwarty album tej tczewskiej machiny zagłady. Do tego atmosferę podgrzewała kampania promocyjna. Gdzie się wać panie nie spojrzałeś, tam widniały już wszelakie hasła. I jak pokazała przyszłość wszystkie te zdania okazały się...................prawdą!!!! Na "Praise the Beast" mamy do czynienia z cholernie wyrafinowanym death metalem, momentami przesiąkniętym typowo black metalowymi zagraniami. AZARATH niejako wyzbył się tego bezgranicznego "prucia", znanego z poprzednich materiałów grupy. Tym razem panowie postawili na klimat, i co muszę przyznać, wyszło im niemal idealnie!!! Te inkantacje wygłaszane przez Barta po prostu zniewalają!!! Tego do tej pory w ich muzyce nie było!!! Pojawia się również sporo nawiązań do IMMOLATION. Mam na myśli tą typową dla Amerykanów gęstość. Poza tym wszystko jest na swoim miejscu i pełnym błyskiem świeci, że tak powiem.
ocena: 9/10
www.azarath.tcz.pl
www.myspace.com/azarath666
www.agoniarecords.com
autor: Narmer


AGE OF AGONY - "Follow the Way of Hate"
(CD 2008 / No Colours Records)
AGE OF AGONY to węgierski zespół, specjalizujący się w napierdalaniu brutalnego death metalu mocno zakorzenionego w amerykańskiej stylistyce. "Follow the Way of Hate" jest już drugim pełno wymiarowym materiałem kapeli z Zalaegerszeg. Biorąc pod uwagę zaledwie sześcioletni staż zespołu, ten fakt jest przynajmniej warty odnotowania. Z kolei muzycznie chłopcy wiosny nie czynią. Sprawnie zagrany, solidny i sprawdzony "amerykański" death metal na drugoligowym poziomie. Tu i tam pobrzmiewają echa MALEVOLENT CREATION, CANNIBAL CORPSE czy też INCANTATION. Poza tym nie uświadczymy niczego szczególnego. Materiał jest dość "skostniały" i przewidywalny, co niewątpliwie jest sporą wadą. Lecz jak twierdzę, dla koneserów mięsistego śmierć metalu i to i tak w zupełności wystarczy...

ocena: 4,5/10
www.angelreich.com
www.myspace.com/ageofagony
www.no-colours-records.de
autor: Narmer


ANGELGOAT - "U Slavu Satane"
(MC 2009 / Strigoi Records)
Początek 2009 roku przyniósł dwa kasetowe wydawnictwa Strigoi Records z nagraniami hord z byłej Jugosławii. Jedną z nich znajdziecie pod literką "T" (THE FROST), druga objawia się właśnie tutaj. ANGELGOAT pochodzi z Serbii i jest duetem w składzie: Unholy Carnager - wokale, gitara, bas oraz Occultum Malleus - bębny. Jeśli już trzymać się faktów i chronologii, to "U Slavu Satane" jest pierwszym po demówce i splicie pełnym materiałem tej formacji. Na okładce wszechobecna czerń, łańcuchy, gwoździe, odwrócony drewniany krzyż i dwie postaci wizualnie przypominające wybranych muzyków IMMORTAL i BEHERIT, ale muzycznie Serbowie bliżsi są tej drugiej opcji. Grają szybko, zadziornie, można by rzec, że w prymitywistycznym thrash'owym duchu. Tyle że jest to thrash z piekła rodem i sięgający korzeniami do natury nihilistycznych dokonań rzeczonego BEHERIT czy BLASPHEMY. Wyjątkiem od reguły ultra-szybkiego napierdalactwa jest nawiązujący do wczesnego BATHORY numer "Armageddemonia", który zresztą z czasem też nabiera szybkości - na kasecie kończy on stronę A. Jeszcze tak ze trzy-cztery lata temu, gdy wielu black'owców dosięgły macki trendu na takie granie, ANGELGOAT byłby wymieniany w jednym rzędzie co najmniej z BLASPHEMY RITES, MORBOSIDAD czy BLACK WITCHERY (to takie pierwsze z brzegu przykłady), teraz zaś ten złożony z dziewięciu konkretnych uderzeń materiał dotrze wyłącznie do zagorzałych poszukiwaczy zniszczenia. Mimo pewnych mankamentów i powtarzalności pewnych zagrywek nie należy jednak przechodzić obok niego obojętnie. I jeszcze jedna uwaga dla lingwistów - część tekstów nie jest wyskrzeczana w języku angielskim, a w serbskim.

ocena: 7/10
www.angelgoat.cjb.net
www.strigoirecords.com
autor: Diovis


ANGELREICH - "The Plague"
(MCD 2009 / Spook Records)
Moje zdanie na temat metal-core'a niektórzy już znają. Dla mnie to najmniej kreatywny z podgatunków metalu, a już na pewno nie rozpoczynający zupełnie nowej epoki w historii tego stylu. Większość kapel z tego kręgu (nawet tych najbardziej uznanych) miesza po prostu trochę melodyki IN FLAMES, agresję hard-core'a i dorzuca do tego na tyle długi tekst, by wokalista mógł powrzeszczeć jak najwięcej i zakryć niedostatki muzyczne oraz aranżacyjne. Wiem, to schematyczne określanie metal-core'a, jednak zgodzicie się, że w większości przypadków mam rację. Dlatego poraziło mnie trochę zrzucenie na mnie opisu ostatniego albumu naszego krajowego ANGELREICH, o którym słyszałem wiele dobrego, ale i opinie, które utwierdziły mnie w przekonaniu, że to klon najbardziej modnych metal-core'owych kapel z zagranicy. Nie dziwcie się więc, że z takim dystansem podchodziłem do "The Plague". Na szczęście obawy nie sprawdziły się do końca. Ten materiał brzmi, owszem, Inflejmsowsko i nosi wszystkie cechy typowe dla grania będącego skrzyżowaniem melodyjnego death metalu i hard-core'owej rytmiki. Takim przykładem jest choćby "The Face of Your Fear", do którego nakręcono obrazek, również zamieszczony na tej płytce. Na drugim biegunie są następujące po introdukcji "I Am Plague" i "In the Hands of the Unknown" z pokombinowanymi harmoniami i ciekawymi rozwiązaniami we w sumie krótkich kawałkach. Podobać się może także to, że szczecinianie na siłę nie chcieli upychać tego materiału bliźniaczo podobnymi numerami, stąd przykładowo z czwórką jest instrumentalny, elektroniczny "We Are Plague", co daje wytchnienie przed kolejnym atakiem metal-core'a. Z kolei siódmy na krążku "When It Rains, It Pours" po nieco ponad trzech minutach przeistacza się w elektroniczno-industrialny kawałek, który następnie gładko przechodzi w krótkie outro pod tytułem "Contamination". Wokal na krążku również nie jest standardowy i Mateusz Argasiński raczej woli stonowany growl od dzikich wrzasków. Co do samych umiejętności i brzmienia, to wychylają się ponad przeciętną, choć akurat sound, szczególnie bębnów, jest zanadto nienaturalny. Można tego uniknąć przy kolejnych nagraniach, które już podobno powstają, a poza tym rozwinięcie tego, co znalazło się na początku "The Plague" jest jak najbardziej wskazane. Jest szansa, że ANGELREICH stanie się wyjątkiem od niechlubnej reguły metal-core'a i pójdzie na przykład tropem muzyków z mojego rodzinnego miasta, grających pod szyldem FAUST AGAIN.

ocena: 7/10
www.angelreich.com
www.myspace.com/angelreich
www.spookrecords.com
autor: Diovis


AUTUMN - "Altitude"
(CD 2009 / Metal Blade Records & Mystic Production)
Polityka wydawnicza dużych molochów może opiera się na jakiejś logice i marketingu, jednak często wychodzą pod ich szyldem rzeczy nie godne większej uwagi nawet u zagorzałych fanów konkretnego stylu muzycznego. Holenderski AUTUMN jest tu, jak sądzę, dobrym przykładem. No bo niby wszystko jest na swoim miejscu. Muzycy z doświadczeniem w innych mniej lub bardziej znanych kapelach, umiejętność komponowania zgrabnych kawałków, wyczucie muzyczne, zaproszenie do śpiewania utalentowanej wokalistki. Wydawać by się mogło, że taka formuła odniesie sukces i zrodzi co najmniej coś ponadprzeciętnego. Nic bardziej mylnego, bo chociaż wspomniane już umiejętności ta grupa ludzi ma, to chyba nie umieją się zrealizować w czymś, co próbuje być gotyckim metalem, a w rzeczywistości jest trochę ambitniejszą i mocniejszą odmianą klimatycznego rocka. AUTUMN tu i ówdzie ośmiela się wczepiać do swojego grania jakieś elementy bardziej progresywne, gdzieś tam pobrzmiewają nieśmiałe próby przetransponowania muzyki OPETH czy NOVEMBERS DOOM na własny grunt, ale na dobrą sprawę wszystko kończy się banalnym i nużącym już po kilku minutach graniem. Stosunkowo nisko nastrojone gitary na dobrą sprawę wycinają jednostajne akordy na przesterze, solówek jest niewiele i nie wnoszą niczego do całości, klawisze wygrywają nieciekawe melodyjki (o braku smaczków już nie wspomnę), sekcja rytmiczna po prostu jest, a wokalistka niczym specjalnym się nie wyróżnia. Ot, kolejna śpiewająca coś niby gothic metal dziewczyna w świecie takiego grania, która na dodatek nie ma talentu do wymyślania linii melodycznych, przez co niektóre kawałki przypominają nieco tylko zmienione wersje utworów umieszczonych wcześniej na tej samej płycie. Oczywiście, nie obyło się bez spokojniejszych, balladowych kawałków, jak "Synchro-Minds" czy "Answers Never Questioned", kopiowania pomysłów typowych dla NIGTHWISH i kilku podobnych zespołów ("The Heart Demands"), ale wszystko to na nic, bo ta płyta nie pozostawia po sobie niczego, dzięki czemu chciałoby się wrócić do zawartości "Altitude" po raz kolejny. Mam wrażenie, że o wydaniu tej płyty, jak i poprzedniej zresztą też, zadecydowało w głównej mierze to, że w składzie AUTUMN jest między innymi gitarzysta innej wydawanej przez Metal Blade Records kapeli GOD DETHRONED - Jens van der Valk. A to nie świadczy dobrze o strategii wydawcy, oj nie!

ocena: 3/10
www.autumn-band.com
www.metalblade.de
autor: Diovis


ANDROMEDA - "The Immunity Zone"
(CD 2009 / Silverwolf Productions)
Szwedzka ANDROMEDA błąka się - używając dalej tej astronomicznej terminologii - po galaktyce ziemskiego metalu od kilku dobrych lat. Nie zyskali wiele, jednak nie poddają się i już po raz czwarty próbują zainteresować więcej niźli tylko gromadkę wielbicieli matematycznego i przy tym melodyjnego prog-power metalu. Nieszczęściem dla nich jest to, że do ich niszy co rusz wpadają jak te kosmiczne asteroidy podobne kapele, które miotają się między muzyką opartą na wyrazistych melodiach a tymi bardziej złożonymi, często przestrzennymi dźwiękami z nieco pokrętną rytmiką. A wiadomo, że w takiej masie nie jest łatwo zostać zauważonym. Dla rasowych metali ich twórczość będzie zbyt lekka, dla tych wychowanych na cukierkowatym power metalu zbyt trudna, zaś dla prog-metalowców za mało typowa. To zasadniczy problem "The Immunity Zone", choć przy odrobinie szczęścia paru nowych koneserów powinno odnaleźć w tym krążku coś interesującego. ANDROMEDA, jak mało która z kapel, sięga do korzeni progresywnego rocka i metalu, a więc pobrzmiewają tu echa GENESIS, RUSH czy FATES WARNING, a więc coś, co ucieszy fanów naszego RIVERSIDE czy uznawanego w pewnych kręgach THRESHOLD. Dzięki wokalom i specyficznym refrenom zbliżają się też od czasu do czasu do estetyki święcącego swe komercyjne tryumfy w latach 80-ych tak zwanego amerykańskiego rocka w stylu JOURNEY czy FOREIGNER. To znak, że kierują się dobrymi wzorcami i szukają ich w różnych miejscach, a przykładem może być choćby trzeci na płycie - dobrze zbudowany i bardzo zwięzły "Ghosts On Retinas". Mniej tu metalowych dźwięków, a więcej ambitnego i zarazem przystępnego rocka sprzed wielu lat. Na upartego jest tutaj i coś z dokonań DREAM THEATER, ale bez tego przesadnego pokazywania własnych umiejętności posługiwania się instrumentami. Szwedzi czasem grają też nieco ostrzej, w czym przypominają inny opisywany przeze mnie w tym samym okresie czasu włoski ELDRITCH. Jednak poziom hałasu jest bardzo kontrolowany, sound trochę za bardzo wypieszczony i nie ma w tym zbyt wiele mocy, na czym tracą te w końcu dobrze poukładane i zaaranżowane kawałki. Bo przykładowo takie bogate w różne nastroje "Worst Enemy" czy łączące klimaty między innymi DEFTONES i FAITH NO MORE z ciekawymi partiami klawiszy "My Star" próbują odciąć się od tego krystalicznego i przewidywalnego brzmienia, ale ostatecznie nie bardzo mogą. Słówko jeszcze o okładce. Obrazek po prostu denny - jakieś namalowane ręką amatora pola i dymiące kominy. Brak podstaw perspektywy i pseudo-ekologiczne przesłanie. A mogło być tak pięknie...
ocena: 6/10
www.andromedaonline.com
www.silverwolf-productions.com
autor: Diovis


ASYLUM - "Beyond Beliefs"
(CD 2008 / własna produkcja zespołu)
Zakopane to już nie tylko górska stolica Polski, górale sprzedający swój folklor w popowej formie i częste ostatnimi czasy wypadki konnych zaprzęgów tratujących turystów. Okazuje się, że i tam grają metal, co pewnie niejednego tubylca starej daty zbulwersuje i doprowadzi do ślepej zbójnickiej furii. ASYLUM pogrywa już od kilku lat (z początku pod innymi szyldami: LOUIS CYPHER i GUARDIAN OF SOULS), ale na dobrą sprawę debiutuje dopiero teraz i to z dość grubej rury, bowiem "Beyond Beliefs" to dysk prosto z tłoczni, co w przypadku pokolenia mp-trójkowiczów i "koperciaków" cdr jest przypadkiem rzadkim. Widocznie zakopiańczycy stwierdzili, że będzie to ich kartą przetargową przy negocjacjach z potencjalnymi wydawcami. I aż chciałbym pochwalić tych muzyków za zawartość tej srebrnej blaszki, ale mimo szczerych chęci za bardzo nie mogę. ASYLUM wciąż jeszcze miota się w tym, co chciałoby tworzyć. Z jednej strony pociąga ich thrash metal. Taki nawiązujący do starych tradycji, aczkolwiek ze spojrzeniem młodych muzyków, którym nie było dane obserwować narodzin i rozwoju pierwszej fali tego gatunku. Z drugiej strony wkrada się w te dźwięki fascynacja techniczną stroną death metalu, przez co przechodzi wiele innych kapel, które pojawiają się i nie wiedzieć czemu, prędzej czy później znikają. Zresztą to jakaś plaga, że około 7 na 10 polskich zespołów na początku gra coś w stylu death/thrash, po czym tylko niektóre dalej grają i ewoluują w coś brutalniejszego lub bardziej wyrafinowanego. I to niestety także problem ASYLUM, który brzmi bardziej niż poprawnie, lecz na razie jest na poziomie poszukiwań. Pierwszy na płytce i dość rozbudowany "The Beast" to thrash/death z operującym screamami i growlami wokalistą, z kolei w drugim "Unleash the Battle" przeskok jest dość spory, bo tu już dominuje thrash z core'owymi przebitkami i wrzeszczącym wysoko wokalem. Dalej jest tytułowy "Beyond Beliefs" z prawie Iron'owskim wstępem, natomiast reszta brzmi podobnie, jak w poprzednim kawałku. Z numerem 4 jest prosty numer "Chainsaw", nawiązujący zarówno do heavy metalu, jak i do oldskulowego thrash-core'a, a na koniec jest jeszcze nieco podobny do pierwszego na krążku "Antichrist". Całość jest jeszcze zanadto toporna i niepoukładana, ale nie chciałbym, by ktokolwiek ich przekreślił już na tym początkowym etapie działalności. Jeśli muzycy ASYLUM przemyślą co i jak chcą grać, może być dużo lepiej na kolejnym materiale.
ocena: 5,5/10
www.asylum.net.pl
www.myspace.com/asylumzakopane
autor: Diovis


AVIAN - "Ashes And Madness"
(CD 2009 / Silverwolf Productions)
Muzycy AVIAN koniecznie chcą osiągnąć popularność w heavymetalowych kręgach. Stosują wszelkie dostępne środki perswazji, by ten cel osiągnąć. W składzie utalentowany gitarzysta i główny kompozytor Yan Leviathan, na basie David Ellefson (ex-MEGADETH), za stronę wokalną odpowiada Lance King (m.in. BALANCE OF POWER i PYRAMAZE), a bębni Bill Hudson. Są odpowiednio zbudowane kawałki, łączące przebojowość, ani za ciężkie, ani nazbyt łagodne riffy, solidną sekcję rytmiczną oraz pewną dozę epickości. "Ashes And Madness" to także wirtuozerskie i przy tym melodyjne solówki, kilka akustycznych pasażów oraz przepisowe dla takiego grania wokale. Wszystko niby jest na miejscu, spełniając europejskie wzorce power/heavy metalu z mocnymi odniesieniami do IRON MAIDEN, EDGUY, STRATOVARIUS, FIREWIND czy HAMMERFALL, ale ni krzty w tym czegoś indywidualnego i oryginalnego. Słucha się tego materiału dobrze, bo brzmi tak jak potrzeba, a kilka kawałków wyróżnia się z całości. Na przykład melodyjny "Into the Other Side", nieco mroczniejszy "Beyond the Hallowed Grace" lub rozbudowany i monumentalny, ponad 10-minutowy "Time And Space Part II: Unlock the Mystery" na sam koniec płyty. Niestety, same utwory sprawiają wrażenie, że to powielone pomysły z przeszłości, które umieszczono już na wielu innych krążkach i za dużo tutaj średnich temp, a za mało żaru i mocy. Nawet wokale Lance'a Kinga nie dają słuchaczowi pewności, że dał z siebie 100% swoich możliwości. Takich z pozoru dopracowanych i opatrzonych bardzo dobrym soundem wydawnictw z heavy metalem pojawia się każdego roku kilkadziesiąt i mam obawy, że "Ashes And Madness" zatonie w tej masie i pozostanie niezauważona. W najlepszym razie zakupią ten album najbardziej zakochani w tego typu konwencji lub parę osób, które dadzą się skusić nazwiskami wokalisty i basisty. Pewnie nie pożałują, lecz za jakiś czas zapomną o tym wydawnictwie i powrócą do sprawdzonych krążków albo też będą poszukiwać nowych, godniejszych uwagi perełek.
ocena: 5/10
www.avianband.com
www.myspace.com/avianband
www.silverwolf-productions.com
autor: Diovis


A THOUSAND YEARS SLAVERY - "A Fury Named Spartan"
(CD-EP 2008, Conatus Records)
Okładka i tytuł tej epki cholernie zachęcają do zapoznania się z twórczością tej młodej, szwajcarskiej ekipy. Osobiście spodziewałem się brutalnego death metalowego łomotu, a jak się okazało, przypieprzyli czymś, co można nazwać metalcore/deathcore. Taką oto właśnie mieszankę proponują nam ci młodzieńcy. A takich rzeczy kolega Narmer z reguły nie trawi. Co prawda momentami osiągają zadawalający poziom, jak w rozpoczynającym tę epkę utworze pt. "Epicurean", ale czy nie uważacie, że ten "zadawalający poziom" to odrobinę za mało w dzisiejszych czasach? Niemal co miesiąc powstaje kilka tego typu produkcji i tylko nielicznym udaje się zrobić coś wartościowego dla tego gatunku. Do bólu powtarzane patenty a 'la THE BLACK DAHLIA MURDER czy THROUGH THE EYES OF THE DEAD mnie osobiście nie bawią, chyba że z Wami jest inaczej!? Jak dla mnie plasują się w środku stawki, a jak wiadomo o średniakach świat nie pamięta!!!
ocena: 2/10
www.myspace.com/athousandyearsslavery
www.conatusrecords.com
autor: Narmer


AGGRESSOR - "Live Eternally"
(CDR 2008 / własna produkcja zespołu)
Trzy lata minęły od poprzedniego materiału doświadczonych muzyków ze Słupska i zmiany takie, że ho ho! Wygląda na to, że muzycy przemyśleli to i owo i nagrali coś zupełnie innego niż w przeszłości, ale w takiej stylistyce czują się najwyraźniej wystarczająco pewnie. Oto bowiem "Live Eternally" jest zgrabnie zagranym materiałem zawierającym intro oraz osiem numerów łącznie trwających trochę ponad 22 minuty. Dla niektórych wyjaśnienie jest oczywiste: AGGRESSOR skręcił w stronę grind-core'a. Zgadza się, tu od początku do końca przeważa granie w inteligentnym i zakręconym stylu BRUTAL TRUTH czy naszej ANTIGAMY z pewnymi skłonami ku tradycyjnemu death metalowi czy industrialowi. Gdybym nie znał poprzednich dokonań tej słupskiej ekipy, nie okazałbym takiego zdziwienia, a raczej pochwaliłbym, że ten twórca radzi sobie w takiej estetyce. Tu wygląda na to, że ogranie i umiejętności pozwoliły na radykalne zmiany, które odbyły się stosunkowo bezboleśnie dla wszystkich. Ktoś na pewno się doczepi i powie, że nagle, po tylu latach AGGRESSOR'a oświeciło i postanowił narodzić się na nowo jako ktoś inny, ale moje zdanie jest takie, że "Live Eternally" świadczy tylko o tym, że na pozytywne zmiany nigdy nie jest za późno. Wreszcie ten zespół brzmi jak należy, wszystko sztymuje i pasuje, kawałki mają ręce i nogi, jest ekstrema i odjechany klimat. Czy potrzeba coś więcej? Taa, muzykom na pewno - kontraktu z jakąś małą, ale konkretną firmą wydawniczą. Niekoniecznie z Polski, gdzie takowych już praktycznie nie ma albo wspierają... znajomych i przyjaciół Królika ;).
ocena: 8/10
www.aggressor.go.pl
autor: Diovis


ARNOCORPS - "The Greatest Band of All Time"
(CD 2008 / Anticulture Records)
Tak "głupiego" zespołu jak ARNOCORPS moje zmysły jeszcze nie poznały. Nie wiem, czy oni tak na poważnie z tym Action Adventure Hardcore Rock and Roll!? Do tego ten ambitny tytuł. Nie mam pojęcia jak ich potraktować. Ganić czy chwalić? Ale jedno wiem na pewno - najlepszym zespołem na świecie ci Austriacy nie są i nie sądzę, aby kiedykolwiek takim się stali. Proponowana przez nich mieszanka hardcore'a a 'la stary AGNOSTIC FRONT ze szczyptą rock 'n rolla zupełnie na mnie nie działa. Utwory są bardzo zachowawcze, jedynym plusem jest całkiem ciekawy wokal. Ale sam śpiewak za dużo nie zdziała. Zapewne dlatego muzyczne braki postanowili uzupełnić totalnie kiczowatym wizerunkiem. Fanom takich hitów jak "Terminator" czy "Rambo" zespół ten może przypaść do gustu. Lecz zakładam, że większość zdrowo myślących wypnie się i potraktuje ARNOCORPS jako żart. Całkiem słusznie zresztą.
ocena: 2/10
www.arnocorps.com
www.myspace.com/arnocorps
www.anticulture.co.uk
autor: Narmer


ABIGAIL WILLIAMS - "In the Shadow of a Thousand Suns"
(CD 2008 / Candlelight Records & Mystic Production)
Pomyłki chodzą po ludziach. A może po prostu zmienił się profil opisywanego zespołu. Sam nie wiem. Bo co w sumie mogłem sobie pomyśleć czytając opisy zespołu ABIGAIL WILLIAMS i słuchając ich debiutanckiego albumu? Że coś, co zwie się deathcore, to w istocie symfoniczny black metal? Ktoś tu niezłą "siarę" odwalił albo muszę się już szykować do domu spokojnej starości ;) A głuchych podobno nie sieją... "In the Shadow of a Thousand Suns" to jedna z nielicznych produkcji "made in USA" tak mocno trącących dokonaniami EMPEROR z pewnym takim posmakiem "kredkowych" wokaliz, a przy tym wysoce zaawansowana aranżacyjnie i technicznie. Tych pięciu muzyków grających dotąd w różnych lokalnych kapelach od razu zainteresowało Samoth'a z EMPEROR i bossów angielskiej Candlelight Records, że postanowili szybciutko zainwestować w ten zespół i pewnie się nie pomylili. Te dźwięki wkradają się w duszę słuchacza powodując szybsze bicie serca. Pod warunkiem oczywiście, że nie zwraca się uwagi na wyraźne podobieństwo do rzeczonego EMPEROR. Amerykanie znają abecadło ich twórczości na wylot i wstecz, ale nie na opak. Klasycyzujące partie klawiszy i gitar uzupełniają potężnie brzmiące riffy i nieźle pracująca w szybkich momentach oraz przy przejściach perkusja, a oprócz tego są wspomniane, skrzeczące wokale na zmianę z mocnymi growlami. To ostatnie w pewien sposób odróżnia ABIGAIL WILLIAMS od typowych symfo-black'owych kapel. Muszę przyznać, że ten album brzmi bardzo bombastycznie i jest zbudowany z niezwykłym rozmachem. Ha, produkcją i miksami zajął się sam gitarowy mistrzu James Murphy! Gdyby nagrali taki materiał 10 lub więcej lat temu, dziś mówiłoby się o nich jako klasykach takiego grania. Mimo to, nie sposób przejść koło tego wydawnictwa obojętnie, bo zaskakuje może nie nowatorstwem, ale na pewno świeżością. Pierwotnie na bębnach miał zagrać tu Trym, znany z EMPEROR czy ZYKLON, co też jest niezłą rekomendacją, nawet jeśli był to tylko chwyt marketingowy.
ocena: 7,5/10
www.myspace.com/abigailwilliams
www.candlelightrecords.co.uk
autor: Diovis


ABOMINANT - "Warblast"
(CD 2008 / Deathgasm Records)
Ależ ci kolesie są uparci! Wciąż są znani tylko nielicznym, nagrywają płytę za płytę i nadal są wierni wytyczonemu przez siebie kierunkowi grania. Mam wrażenie, że z każdym kolejnym albumem coraz bardziej udaje im się oddać oldskulowy feeling w ekstremalnej postaci. Mają u mnie dozgonny szacunek za to, że nie próbują udziwniać tworzonych przez siebie dźwięków i naprawdę zajefajnie im to wychodzi. Po krótkim intrze nadchodzi niszczycielska nawałnica w postaci "Warblast". Tu nie ma "zmiłuj się" - death/black metalowe tornado wciąga w swój destrukcyjny wir. Gęste partie bębnów, bezkompromisowe partie gitar, rozszalałe solówki i wokale prosto z piekła. Nie mniej bestialsko brzmią pozostałe kawałki z tego ósmego już w dyskografii ABOMINANT albumu. Odniesienia do THE CHASM, ANGELCORPSE, MARDUK, IMPIETY czy BELPHEGOR są tu jak najbardziej na miejscu. Z drugiej strony Amerykanie momentami inspirują się dokonaniami mistrzów z (wczesnego) SLAYER'a i CELTIC FROST, chociaż na "Warblast" wpływy są bardziej ograniczone niż na poprzednich długograjach na rzecz bardziej brutalistycznych środków przekazu. Podejrzewam, że gdyby pochodzili z Europy i grywali tu trasy koncertowe, to tą płytą zwróciliby na siebie uwagę. Cierpliwość podobno popłaca i trzymam kciuki, by w końcu dostrzeżono ABOMINANT, bo to kapela grająca konkretnie, bezpardonowo i na temat. Żadnych "krzyżyków na drogę", po prostu jazda i do przodu! Warto zapolować na te nieco ponad 30 minut muzycznej rzezi.
ocena: 8/10
www.abominant.da.ru
www.myspace.com/abominant
www.deathgasm.com
autor: Diovis

- A   [1  2   3   4   5   6    7] -