| 9 | A | B | C | D | E | F | G | H | I | J | K | L | M | N | O | P | Q | R | S | T | U | V | W | X | Y | Z
INDEX

- A   [1  2   3   4   5   6    7] -   


ALARUM - "Eventuality"
(CD 2005 /Willowtip/Earache & Mystic Production)
Muzyka, którą prezentuje australijski kwartet na "Eventuality" nie należy do tej z gatunku "łatwa i przyjemna", więc maniacy old skula już teraz mogą zacząć czytać kolejną recenzję. Wspólnym mianownikiem dla 16 kawałków zamieszczonych na płycie jest na pewno technika i wirtuozeria pisane przez wielkie T i W. Płytka ta jest bardzo gęsto zaaranżowana. Mnóstwo tu połamanych struktur dźwięków z charakterystycznie wyeksponowanym basem. Propozycja ALARUM skierowana jest dla ludzi poszukujących w muzyce metalowej wszystkiego co wymagające, bardzo technicznie zaawansowane i obliczone z matematyczną dokładnością. Zespół czerpie garściami z twórczości takich klasyków jak YES czy KING CRIMSON. Metalowa estetyka obecna jest jednak w każdym kawałku i ewidentnie wskazuje z jakim gatunkiem muzycznym zespół chce być identyfikowany (blast w "Inertial Grind"). Umiejętności gry każdego z muzyków ALARUM pozazdrościłby nie jeden band. Bogactwo aranżacyjne, wysublimowane dźwięki, wyszukane harmonie... Wydawać by się mogło że nic nie brakuje tej płycie... Niestety. Grając tak technicznie zaawansowaną muzę bardzo łatwo zapomnieć o emocjach, którymi powinna emanować muzyka, uzależniając od siebie słuchacza. Chłopaki wyraźnie ulegli tej właśnie przypadłości. Poza wymienionymi gdzieś powyżej cechami, kolejnymi są wszechobecny chłód, emocjonalny izolacjonizm, które powodują, że brak tej muzyce czegoś, co powoduje, że muzyka na dłużej pozostawia ślad w naszej pamięci, tego czegoś co posiada np. THEORY IN PRACTICE - łączenie techniki, muzycznego wyrafinowania z emocjami. Zawartością "Eventuality" zainteresowani mogą być fani CYNIC, ATHEIST, wyżej wspomnianego THEORY IN PRACTICE, SADUS, szczególnie z czasów "Vision of Misery" oraz YES, KING CRIMSON czy starego PORCUPINE TREE.
ocena: 7/10
www.alarum.com.au
www.earache.com
autor: Warzych


AZAGHAL - "Codex Antitheus"
(CD 2005 / Avantgarde Music)
O ile się nie mylę jest to chyba piąty krążek fińskich bluźnierców. Poprzednie płyty, choć były naprawdę niezłe, to nie były bynajmniej dla mnie czymś wyjątkowym, do czego bym z chęcią wracał. Tym samym nie spodziewałem się, że opisywana w tym miejscu płyta rzuci mnie na kolana. Pierwsze co niemiłosiernie daje po uszach to bardzo dobra produkcja płyty. No ale te dziesięć lat na scenie do czegoś już zobowiązuje, hehehehe. Szczerze mówiąc nie za bardzo wiem jak podejść do tej płyty. Nadal jest to bowiem black metal pełen terroru, wojny z pewnym brodatym gościem na krzyżu, do którego tępe masy wznoszą swoje ręce. Niestety jest to tylko black metal, jakiego jest wiele. Płyta zaczyna się naprawdę ciekawie, "Agios o Baphomet" naprawdę robi wrażenie, później jest już gorzej - kolejny numer w niczym nie wybija się ponad przeciętność. Następny utwór i znowu niezła sieczka z głośników: tytułowy "Codex Antitheus" utrzymany w szaleńczym tempie. Właściwie tak jest do końca płyty. Poza wspomnianymi dwoma utworami nic nie zapadło w moim chorym łbie na dłużej. Sporo w muzyce AZAGHAL elementów charakterystycznych dla zespołów z lat 90-ych. Każdy numer zaczyna się właściwie ostra napierdalanką od początku do końca, z jakimś mniej lub bardziej ciekawym zwolnieniem w środku. To trochę za mało aby zainteresować słuchacza na dłużej. Gdzieś tam pobrzmiewają klawisze, na szczęście tylko pobrzmiewają, gdyż nie lubię muzy, w której wiodą one prym. Reasumując, "Codex Antitheus" jest płytą dobrą, ale tylko dobrą. Jak dla mnie zbyt schematyczną.
ocena: 7/10
autor: sThor

Hell yeah! Totalne zaskoczenie, bo zupełnie nieznana mi wcześniej fińska grupa blackmetalowa AZAGHAL zadaje ciosy z siłą odpowiednią dla kilkutonowego kafara. Natomiast w śmiganiu po gryfie i wyciskaniu na garach nie można im również odmówić zwinności psotnego diablika - słowem: miazga! Punktują niemalże pod każdym względem, na wstępie już samym pochodzeniem, co ma odzwierciedlenie w języku w jakim spisane zostały wszystkie teksty na "Codex Antitheus". Muzycznie, kurwa, zatkało mnie po kilku taktach - old school'owy feeling, naprawdę wyśmienita praca wiosłowego (chociażby to niosące w sobie ducha rock 'n rolla solo w "30 Hopearahaa (30 Silver Coins)" lub zakręcony wstęp "Viha Veresta (Hate From Blood)" rozpierdala w drobny maczek). Do tego konkretna sekcja i niemiłosiernie charczący i plujący flegmą Varjoherra. Ten koleś jest niesamowity - nie dość, że wygląda jak Darth Vader (czy te oczy mogą kłamać? :), to jeszcze posiada piekielnie doskonałe warunki głosowe. Kiedy trzeba wznosi się na wyżyny i wyciąga góry godne samego Diamentowego Króla, czego dowodem niech będzie zdecydowanie najlepszy na płycie "Kumarra Petoa (Bow To The Beast)". Od samego początku słychać, że to Finlandia jest właśnie w natarciu, a jednak płyta powinna przypaść do gustu również wszystkim zwolennikom wschodnich, litewsko-łotewsko-estońskich produkcji, których ostatnio całkiem sporo wypłynęło na szersze wody. Pierwszorzędna mikstura zawierająca w sobie wyłącznie wybuchowe składniki w postaci black i thrash metalu z pewnością sprawi, że wokół AZAGHAL jeszcze nieraz się zakotłuje. Zresztą, nie tylko zwolennicy takich klimatów odnajdą na "Codex Antitheus" coś dla siebie. Nieśmiałe akcenty epickich naleciałości ozdabiają kilka kawałków (numer tytułowy czy "Aigos o Baphomet"), natomiast obszerniejsza dawka epickiej szkoły w postaci powolnego hymnu ku czci wojowniczych ludów to cecha charakteryzująca wieńczący ten interesujący krążek utwór utrzymany w klimacie typowym dla BATHORY - "Sieluton (Soulless)". Podobnie rzecz się ma w końcóweczce "Raatosielu (Carcase Soul)" wypełnionej akustycznym podkładem, spokojną grą perkusisty oraz rozbudowaną, trwającą ponad minutę partią solową. Zupełnym przeciwieństwem jest dla tych kawałków najbrutalniejsza część płyty, w której prym wiedzie krótki, acz treściwy "Kuningas Saatana (King Satan)". Brzmieniowo album wypada zadowalająco, zamiast wypucowanego soundu mamy do czynienia ze stosownie przybrudzonym, chropowatym dźwiękiem, będącym naturalnym dla tejże właśnie stylistyki. Z pełną świadomością polecam wszystkim wielbiącym muzyczne starocie pokroju MOTORHEAD oraz takie perełki współczesnej sceny, jak DISSIMULATION, OBTEST czy szwedzki DECEIVER - proste, kipiące energią i wypełnione po brzegi Szatanem i pianą na dwa palce granie. Bez cienia przesady: kult!
ocena: 9/10
www.avantgardemusic.com
www.blacterrormetal.cjb.net
autor: kaReL


ACRIMONIA - "Parasite"
(Demo-CD 2005)
Gdyby tak warszawskie (choć nie tylko) zespoły promowały się lepiej w mediach poza Stolycą i nie bazowały tylko na lokalnej "sławie", bo zagrali raz czy dwa w "Progresji" czy innym modnym i aktywnym obecnie klubie, to może poznalibyśmy więcej takich kapel jak ACRIMONIA. Tylko dzięki koledze (nota bene Warszawiakowi ;) dane mi było posmakować ich muzy i zrobić z nimi wywiad, który też możecie sobie poczytać w naszym serwisie klikając na "Wywiady". A "Parasite" to 12-utworowy materiał, który smakuje mi bardzo. Nawet pomijając, że mi osobiście się podoba, to powinien się spodobać każdemu, który lekko zakręcone granie spod znaku thrash metalu wymieszanego z elementami death metalu, jazzu, progresji i cholera czego wie jeszcze. Nade wszystko jednak takie granie kojarzy mi się z innymi niedocenionymi i nieistniejącymi już kapelami z naszego kraju (hehe, znowu mowa o warszawskich kapelach, ale one się starały promować), czyli GEISHA GONER, SPARAGMOS i VIOLENT DIRGE oraz z niemieckimi awangardzistami thrash metalu z MEKONG DELTA (kto ich jeszcze pamięta...?). Bo ACRIMONIA duży nacisk kładzie na gitarowy riff, który tylko z pozoru jest zwyczajny, jednak w połączeniu z dziwnymi harmoniami i urwanymi dźwiękami bębnów nadaje muzie charakteru "inności". Sporo świeżego powietrza wnoszą też wyeksponowane partie basu i różne smaczki wygrywane przez ten instrument. Osobno należy potraktować wokale, które nie są ani typowymi growlami, ani też nie są do końca "czyste". Stanowią one jakoby jeszcze jeden instrument, tak jak to było w zespołach typu ATHEIST czy CYNIC. A wszystko współgra i harmonizuje z sobą, co zdarza się dość rzadko ostatnimi czasy. Wszystkie numery są na równym poziomie i może tylko trzy trochę odbiegają. Bardzo pozytywne wrażenie robi na pewno otwierający płytkę, bardzo hiciarski i pewnie sprawdzający się na koncertach "Under the Wall" oraz chyba najbardziej nietypowy z wszystkich "Don't Fuck With Me" (z rock 'n'rollową wstawką pośrodku). Po drugiej stronie stoi instrumentalny "Disaster", do którego osobiście nic nie mam, ale moim zdaniem ustawiony na "Parasite" jako drugi jest falstartem, bo lepiej go było wcisnąć gdzieś dalej. W pozostałych, tak jak wspomniałem, dzieje się bardzo dużo i tu chciałbym jeszcze wyróżnić "On High", bo tam pięknie wyeksponowany jest bas, a i solówki brzmią jak stary dobry IRON MAIDEN ;). "Parasite" to materiał długi, ale godny szczególnej uwagi. Na pewno jeden z najlepszych punktów na krajowej scenie tego roku.
ocena: 9/10
www.acrimonia.net
peter@acrimonia.net
autor: Diovis


AMEN - "Gun of a Preacher Man"
(CD 2005 / Snapper Music & Mystic Production)
Tej płyty to się trochę obawiałem. Nazwa mi nieznana, na okładce kolo siedzący na wieżyczce czołgu, w tle barwy amerykańskiej flagi, krople krwi, a na okładce lista utworów świadcząca o zaangażowanych politycznie tekstach. Odpaliłem krążek w odtwarzaczu, po czym usłyszałem syreny alarmowe i ludzi skandujących "Ej-men, ej-men, ej-men". Jak zaczęli grać, to od razu stwierdziłem, że to jakiś lekko zmetalizowany punk, choć wokalista wybitnie rozkrzyczany i miota się między wrzeszczącymi metal-core'owymi gówniarzami, a barwą głosu typową dla punkowych klasyków w typie Jello Biafry (DEAD KENNEDYS). Gościu zowie się Casey Chaos i jest podobno uznaną personą w środowisku amerykańskich punko-metalowców (to jest coś takiego? nie wiedziałem ;) Bardzo mocno atakuje w swoich wypowiedziach i tekstach George'a Busha, ale tamten pewnie i tak ma go głęboko w dupie. Cóż, w każdym razie jak bunt przeciwko sytuacji politycznej, to bunt. Tak piszę i piszę, a nic nie wspomniałem, że "Gun of a Preacher Man" to krążek koncertowy. Takie "best of" pewnie i w sumie rzecz dobra, by zapoznać się po raz pierwszy z twórczością AMEN. Da się tego nawet słuchać i wyczuwalne jest, że nic nie majstrowano przy tym materiale, bo zdarza się usłyszeć błędy, nieczystości dźwięku, no i bezpośredni kontakt wokalisty z publicznością. Jedzą mu prawie z ręki, wołają za nim "Piss Virus", albo "George Bush is a killer!". Bo na tym koncercie Casey Chaos jedzie równo na prezydenta USA, a i z tekstów, które da się zrozumieć, wynika to bardzo jasno. Pewnie i tak to nie przekona zbyt wielu czytelników naszego serwisu do sięgnięcia po ten album, a i ja jakoś szczególnie nie będę do tego namawiał. Tak czy siak, nie jest tak źle jak myślałem na początku i AMEN może być niezłą odskocznią od typowego metalowego grzańska czy "klimatów".
ocena: 6/10
www.snappermusic.com
autor: Diovis


ARSIS - "A Celebration of Guilt"
(CD 2005 / Willowtip Records & Earache Records & Mystic Production)
Gdy ujrzałem na okładce złowieszcze logo oraz jakiegoś kozłosmoka, byłem pewien, że mam do czynienia z debiutantem ryjącym swym old blackiem otchłanie metalowego podziemia. Jakież było moje zdziwienie kiedy moje oczy ujrzały logo Earache na odwrocie okładki. Położyłem się wygodnie na posłaniu z kolczastego drutu, odpaliłem CD i zacząłem kontemplować muzę z "A Celebration of Guilt". Popłynęły pierwsze takty "The Face of My Innocence ' i po raz drugi zostałem zaskoczony. Spodziewałem się ciosów kozłosmoka, a zeszła na mnie lawina melodii. Właśnie ta forma ekspresji jest głównym nośnikiem emocji na tym albumie. Pierwszy kawałek zapowiadał ciekawą podróż z ARSIS, jednak mą duszą targały obawy... Jak się później okazało - w pełni uzasadnione. Jak powszechnie wiadomo z melodią w metalu bardzo łatwo przedawkować. James Malone - twórca wszystkich piosenek i tekstów na płycie - uzależnił się od melo-pasji na maksa. Nie można odmówić facetowi talentu i negować jego wysokich umiejętności w posługiwaniu się gitarą, basem i gardłem. Słychać, że James spędził dobrych kilka milionów godzin z gitarą w ręku. Kolo wycina naprawdę niezłe, ostre, melodyjne patenty przecinając je solówkami, zagranymi na wysokim technicznym poziomie. Zdziera swe gardło z blackową manierą, że aż miło. Kapela (kolegę uzupełnia bębniarz Michael Van Dyne) proponuje melo - death. Chyba ze względu na pochodzenie zespołu (USA) stylistycznie daleko im do szwedzkich kolegów po fachu, co można uznać za atut. Odmienność ową podkreśla również podziemna, brudna produkcja albumu. Na plus kapeli zapisać można fakt, iż swe ukochane melodie budują na agresywnej, szczerej i bezpośredniej strukturze... Wszystkie te pozytywy twórczości Amerykanów burzy jednak do bólu spójny, jednowymiarowy aranż, pozostawiając pustkę! Totalną emocjonalną pustkę! Nie da się wpieprzać codziennie tego samego dania gdyby nawet nie wiem jak było zajebiste. Zawsze taka praktyka kończy się jednym... Marazm aranżacyjny i jednowymiarowość środków wyrazu tego stuffu zabija wszelkie oznaki radości po wysłuchaniu 1, co najwyżej 2 kawałków. Jedynym antidotum dla zespołu jest chyba poszukanie w knajpach Virginii kolesi, którzy mają odmienne spojrzenie na metalową (i nie tylko) sztukę i połączyć swe artystyczne moce. Wtedy może być naprawdę extra!!!!
Póki co płytkę tę uroczą polecam wszystkim nastoletnim panienkom, rozkochanym w dźwiękach CHILDREN OF BODOM, wrzucającym zdjęcia Alexi Laiho i spółki do szuflady z bielizną. Reszta niech zrzuci na kompilację pierwszy kawałek i zapoda go na metalowej biesiadzie piwnej przy kotlecie. Tyle naprawdę wystarczy.
Acha.... Jeszcze jedna kwestia. Ta grafika na wszystkich stronach okładki.....dżiiiizas.... ja nie wiem... może nie doceniam geniuszu mistrza, ale mnie w podstawówce za malowanie takich kozłosmoków i trupiaków pani nauczycielka od plastyki stawiała w kącie, a gdy to nie przynosiło skutku prowadziła do szkolnego pedagoga...
ocena: 5/10
www.willowtip.com
www.earache.com
autor: Warzych


ASTROFAES - "...Those Whose Past is Immortal"
(CD 2005 / Supernal Music)
ASTROFAES to trójosobowy skład: Thurios (gitara, wokal), Khorus (bas) oraz Amorth (perkusja), który na najnowszej swej płycie stworzył siedmioutworowy, blackmetalowy monolit oddający to, co w klasycznym black metalu najlepsze. ASTROFAES zdecydowanie różni się muzycznie od innych charkowskich grup - co oczywiście jest zjawiskiem bardzo pozytywnym. Sami zresztą zaznaczają, że nie są projektem Nokturnali. "...Those Whose Past ia Immortal" brzmi bardziej w stylu skandynawskim, bliższe jest stylistycznie DARKTHRONE czy CARPATHIAN FOREST - dominują angielskie teksty (na okładce tłumaczone także na rosyjski), natomiast elementów folkowych jest tu malutko - raczej jest to tylko intro i niektóre wstawki bliższe ogólnopogańskim brzmieniom blackmetalowym (zwłaszcza w otwierającym płytę "The Proinciple of Existence", trzecim z kolei utworze "The Depths of the Past" i piątym "The Abyss - The Edge of Eternity"), niż folkowi z konkretnego regionu Ukrainy czy Słowiańszczyzny. Nie jest to oczywiście zarzut z mojej strony - u ASTROFAES nie chodzi aż tak bardzo o folkowe wpływy tak jak to ma miejsce u Nokturnali czy DUB BUKA - co nie zmienia faktu, że wprawne ucho słuchacza z folkiem zaznajomionym folkowe wtręty wyłapie bez większego problemu (zwłaszcza w szóstym kawałku "Soul of the Black Forest"). Ta płyta ASTROFAES to przede wszystkim monolityczny, posępny i patetyczny black metal, przede wszystkim dla wiernych fanów gatunku i oczywiście przy dokładniejszym wsłuchaniu się w muzykę bardzo ciekawy. Na uwagę zasługuje także bardzo oryginalny, instrumentalny i wręcz symfoniczny utwór "Glacial Darkness".
ocena: 6,5/10
www.astrofaes.com
autor: V.Ziutek


ABSCESS - "Damned and Mummified"
(CD 2005 / Red Stream & Pagan Records)
Nie ukrywam, że byłem i jestem fanem dokonań AUTOPSY. Ostatnia płyta tego obleśnego bandu, "Shitfun", zraziła mnie jednak, bo nie spodziewałem się, że Chris Reifert i spółka skierują się w stronę bardziej punkowego, choć nadal chaotycznego grania. To było chyba powodem, że dopiero po latach zapoznałem się z dorobkiem sukcesora AUTOPSY, czyli ABSCESS (bo w skład tego bandu wchodzi prawie cały skład legendarnej "Sekcji Zwłok"). Na całe szczęście amerykańskie oryginały w pewien sposób nawiązują do perwersyjności dźwięków z "Mental Funeral" czy "Acts of the Unspeakable", a na przykład przedostatni w dyskografii album "Through the Cracks of Death" jest wręcz ich swoistą kontynuacją, a nawet zaskakuje swoistymi smaczkami, których wcześniej nie dało się usłyszeć w twórczości obu tych bandów. Wcześniejsze płyty wydało Season Of Mist, które poza MAYHEM wydaje po jednym krążku każdemu z zespołów, po czym wysysa z nich kasę i na tym kończy sprawę, więc w sumie ucieszyłem się, że ABSCESS trafił najpierw do Peaceville (przy okazji płyty "Through the Cracks of Death"), a potem do rzeczywiście właściwej sobie wytwórni, czyli Red Stream. Dla nich nagrywa już inny projekt z byłymi muzykami AUTOPSY - THE RAVENOUS i tego typu granie mimo wszystko powinno pozostać w podziemiu, a nie stawać się narzędziem, dla którego jakiś "żabojad" postawi sobie willę na przedmieściach Paryża lub innego Le Merde (znacie francuski, to wiecie o co chodzi ;) A wracając do sedna sprawy, to mimo wszystko liczyłem na ciekawszą płytę stworzoną przez ABSCESS. Owszem, słychać na "Damned and Mummified" to, za co się ich szanuje, bo są i mięsiste riffy, i szaleńcze "wycieczki" solowych partii, a wszystko to opatrzone surowym brzmieniem, które zawsze było takim "trademark" wszystkich projektów Chrisa Reiferta i jego wesołej kompanii. Tym razem jednak całość za bardzo podchodzi pod THE RAVENOUS, za dużo jest nawiązań do sabbathowskiego grania, przez co ABSCESS bliżej teraz do wszystkich tych zespołów określanych mianem stoner rockowych, aniżeli do death metalu,z którego wywodzą się przecież korzenie ABSCESS. Także przywoływany tutaj wielokrotnie Chris Reifert skupił się bardziej na swoim zestawie perkusyjnym, bo jego wokale pojawiają się rzadziej i tę rolę przejął nie do końca przekonujący gitarzysta Clint Bower, ale słysząc chore wokalizy Krzysia R. (i widząc jego równie chore obrazki w książeczce) nastrój może się na chwilę poprawić. To odnośnie wad i zalet tego albumu, które tak naprawdę wadami nie są, bo po kilku przesłuchaniach można powiedzieć jedynie, że tak porąbane i gęste, oparte wyłącznie na gitarach, basie i bębnach granie ABSCESS zdarza się na scenie metalowej równie rzadko, jak narobienie kupy na wycieraczkę sąsiadce ;). Może i za dużo wymagam od tej płyty, bo i tak zapuszczam ją sobie częściej niż wiele innych, przereklamowanych krążków.
ocena: 7/10
www.redstream.org
autor:Diovis

ABSCESS - "Damned & Mummified"
(CD 2004 / Red Stream)
Nie będę bił pokłonów przed ABSCESS, bo zwyczajnie laik jestem i takie słowa jak: 'AUTOPSY' czy 'kult' mało mnie w tyłek ruchają. Pewnie mi się za to oberwie, ale twardym być trzeba, nie 'miętkim', więc wszelkie ataki na moja osobę przyjmę z godnością pierwszego lepszego posła Samoobrony i "nie dam sobie napluć w twarz". Niejednemu dzieciakowi mina zrzednie jak posłucha rekomendowanego jako death metalowy old school krążka. Ale, co dla kogo znaczy death metal i jakie definicje retro-stylu zakorzeniły się poszczególnych umysłach to już osobna kwestia. Liczy się tu i teraz, a skoro tak się sprawy mają, to ABSCESS może kogoś, kto przeżywał swoje pierwsze orgazmy w towarzystwie dźwięków DISMEMBER i im pochodnych, wprawić w zakłopotanie. No bo jak tu nie rozdziawić paszczy na takie nieprzystające do obecnych realiów dźwięki. Ani tu wykopu nie ma, tempa jakieś markotne, perkusista jakiś chyba z częściowym niedowładem kończyn, bo blastów też nie uświadczysz, w dodatku to stęchły i obskurny sound oraz prymitywizm spotykany na każdym kroku. Czy tak ma brzmieć płyta wydana na początku XXI wieku? Mózg całego przedsięwzięcia - Chris Reifert - uparł się przy takich a nie innych klimatach i trudno go teraz winić za ten stan rzeczy. Każdy kto rozpływa (lub raczej rozkłada;) się przy takim specyficznym, podpartym klasycznymi fundamentami graniu znajdzie tu sporo zgnilizny dla siebie. Horror'owata otoczka, pijackie, czasem naprawdę wściekłe i chore wokalizy, zupełnie banalne riffy i jak już wspomniałem oszczędna gra sekcji mogą okazać się zarówno haczykiem jak i ciężarkiem i albo złapiecie przynętę, albo pójdziecie na dno z kamieniem w postaci "Damned & Mummified" uwiązanym do szyi. Mnie, wychowanym w głównej mierze na szwedzkiej szkole death metalu twórczość Amerykanów nie ugrzęzła w przełyku, ale też nie powiem żebym odczuwał wzmożone uczucie podniecenia przy przesłuchiwaniu tego albumu. Po prostu odnoszę wrażenie, że trzeba siedzieć w klimacie by cokolwiek zakumać z tych dwunastu dziwnych, jak na mój gust, utworów. Z pozoru to wszystko wydawać się może jakieś niedopracowane, chaotyczne i w ogóle bez żadnego pomysłu, ale nie dajcie się zwieść tym dźwiękom. Zresztą przekonać się lub zrazić do takiej twórczości możecie w jeden tylko sposób - zaopatrując się w ten krążek. Po dłuższym namyśle, co i tak jest sukcesem, bo ja rzadko myślę, postanowiłem docenić tę 'niedzisiejszość' muzyki ABSCESS. Przyznam, że parę utworów z początkowo danzig'owatym ale nieco dalej motorycznym i dynamicznym "Inferno of Perverse Creation", zróżnicowanym "The Dream is Dead" czy szybkim i przebojowym kawałkiem tytułowym na czele postawiło mnie na równe nogi. Mieszane uczucia mam w stosunku do zanadto pancurskiego "Tattoo Collector", ale generalnie jest w tym charakterystycznym dla minionej epoki feelingu coś absorbującego. Może nie na maksa, ale jednak!
ocena: 7/10
autor: kaReL
redstream@aol.com
www.redstream.org


ANGST- "In Hoc Signo Vinces"
(CD 2005 / Black Attakk & Pagan Records)
No i mamy coś dla miłośników szwedzko-norweskiego grzania ku chwale ciemności. Płytka dotarła do mnie dzięki uprzejmości naczelnego ;). Wydała ją dotąd nieznana mi wytwórnia Black Attakk. Pewnie nie zwróciłbym na nią uwagi w zalewie płyt jakie niemalże codziennie wychodzą na świecie, a byłaby to wielka strata. Muza to przednia i szkoda by było, aby takie pozycje znikały gdzieś na scenie bez odzewu. Płyta ma nieco ponad 32 minuty i słucha się jej z przyjemnością. Zarówno produkcja krążka, jak i sama muza to black metal z wyższej półki. Szybkie tempa, szalone riffy i opętańcze wokale, to wizytówka ANGST. Wystarczy powiedzieć, że przez zespół przewinęło się kilku znanych muzyków, aby wspomnieć tylko gościa z NAGLFAR - vokale na demówce "Divine Wrath". Utwory są raczej proste i jak to w przypadku kapel ze Skandynawii bardzo melodyjne. Nie jest to jednak wesołe granie w stylu IN FLAMES i tym podobnych pierdół. Najczystszy black metal zagrany z charyzmą i odpowiednim kopem. Pomimo prostoty, muzyka ANGST ukazuje spore umiejętności muzyków, co w przypadku black metalu często jest rzadkością. Z płyty bije chłód i specyficzna hipnotyczna atmosfera. Gdzieś tam przebija duch lat 90, co absolutnie, bynajmniej dla mnie, jest ogromną zaletą tej płyty. Muzyka Szwedów ociera się o dokonania CRAFT i ARMAGEDDA, ale bez żadnego plagiatu wyżej wymienionych. Płyta naprawdę warta zachodu, warto poszukać w dystrybucjach lub zamówić w Black Attakk.
ocena: 8/10
www.black-attakk.de
www.angstband.cjb.net
autor: sThor


ANTIGAMA - "Discomfort"
(CD 2005 / Selfmadegod Records)
Hmmm, w sumie to nie wiem, w jaki sposób zacząć. Może po bożemu, bez owijania w bawełnę, w zasadzie nawet bez zbędnych słów. ANTIGAMA i jej ostatni chory twór nazywający się "Discomfort" rozpętał burzę mózgów u wielu z was. Nie ma co się oszukiwać. "Discomfort" to bardzo dobra płyta, jedyna w swoim rodzaju. Szalona, przegniła od porozrywanych ciał rozrzuconych dosłownie wszędzie, a przy tym pełna emocji i majstersztyku. W zasadzie, to taka mała perełka wśród wielu znakomitych, ekstremalnych zespołów budujących te parszywe dźwięki. Od pierwszych sekund ten miażdżący walec powoduje niepojętne uczucie szału, totalnej ekstremy, niczym nie okiełznanej furii. W rzeczy samej ANTIGAMA narzuca wstrętne, potęgujące tempo, które z każdą minutą staje się coraz bardziej bolesne. Uszy mają na tym krążku wyjątkową ucztę bezwzględnego grindowego szaleństwa. Wzrok również może wam się przydać, wiec nie zasłaniajcie oczu!!! Oprócz 12 obryzganych gównem songów znajdziemy również remix utworu "Fala" wykonany przez THE SEED. A to jeszcze nie wszystko. Na cd znajdziemy bonus multimedialny do teledysku "Flies" otwierającego całą to chorą zabawę. No cóż, nie samą muzyką człowiek żyje. Niczego sobie również jest okładka "Discomfort", moim zdaniem bardzo udana koncepcja, tylko pogratulować pomysłu. I właśnie takie krążki zawsze i najbardziej cieszą słuchaczy. Pozostaje wam zdobyć własną płytę i dać ponieść się grindowej toni.
ocena: 9/10
www.antigama.prv.pl
www.selfmadegod.com
autor: Małgorzata Genca


AGGRESSOR - "Demo 2005"
Najszczęśliwszej nazwy pod słońcem to ta czwórka muzyków ze Słupska sobie nie obrała. AGGRESSOR'ów z różnymi wariacjami w nazwie było już co najmniej kilka... no ale cóż, tak to sobie chłopaki umyśliły i niech tak pozostanie. Obwołali się dodatkowo "Alcoholic Noise Formation" i hałasują aż miło. Ale żeby nie było tak pięknie, to muszę zwrócić uwagę na jeden aspekt tego trwającego nieco ponad 10 minut demo. Uszy bolą przy jego słuchaniu, i to nie dlatego, że za głośno słuchałem, katowałem się tym na przesterowanych słuchawkach, czy też na przykład, bo grają głośniej od MANOWAR, hahaha. Nie, po prostu dźwięk nagrania jest źle ustawiony i wychodzi z tego takie stłumione, zduszone mono, a to naprawdę męczy już po dwóch minutach. A słychać z tego co słychać, że całkiem niezła to muza. Starają się grać piekielnie szybko, ale przy tym oddać na swój sposób i w miarę swoich możliwości feeling metalu z przełomu lat 80-ych i 90-ych. Przewija się przez te cztery numery sporo bezkompromisowych, deathmetalowych riffów, thrash'owe nawiązania do wczesnego SLAYER, DARK ANGEL czy całej gromadki polskich kapel z tamtych lat, nawet jakieś echa POSSESSED, jednak oczywiście do wymienionych im sporo brakuje, nie tylko pod względem brzmieniowym, ale też wykonawczym. Trudno przy tym jednoznacznie oceniać czy braki są aż tak duże, bo oddając sprawiedliwość, nagrań dokonano z dużym prawdopodobieństwem na próbie i cały czas mam w uszach ten dźwięk niczym ze starej, zaoranej już mocno kasety. Pamiętam przy tym na przykład pierwsze demo BLOODTHIRST (rodzimej załogi z Poznania) i też starali się oddać ducha dawnych czasów i dawnych mistrzów i wyszło im to o piekło lepiej. Nie przekreślam AGGRESSOR, ale panowie, na drugi raz zrzućcie się na jakieś zaimprowizowane studio, zwróćcie się na przykład do "Migdała" i wszystko będzie gites ;)
ocena: 5/10
www.aggressor.go.pl
aggressordeath@interia.pl
autor:Diovis



ABGOTT - "Fizala"
(CD 2005 / Conquer Records)
Siedem zakazanych ksiąg, których czarne karty pokryte są heretyckim kurzem i krwią chrześcijańskich pachołków. Ale co tam - nie będę was straszył, jeno pragnę zachęcić do dłuższego poobcowania z "Fizala" - czyli średnio kultowym, ale niebanalnym blackmetalowym albumem. Majestatyczne wojenne pochody perkusji pojawiają się z niemal tą samą częstotliwością, co szaleńczy pęd. ABGOTT poszedł jednak o krok dalej i nagrał album przełamujący pewne schematy, śmierdzący zgnilizną starych lochów, a jednocześnie na wskroś progresywny. Jak to możliwe? Ano jak widać na tym przykładzie zwyczajnie - wystarczyło ruszyć głową, połamać standardowe black'owe struktury, wyeksponować niekonwencjonalne zagrania, dodać odrobinę prymitywnej, ale jakże chwytliwej melodyki ("Book VI: Nominato Essere Deve Non Colui Htohatza") i oto mamy gotowy produkt. Zapomniałem także o bardzo ważnym aspekcie, jakim jest częste eksplorowanie syntetycznych, mocno zeschizowanych rejonów. Jednak dzieje się to poza jądrem poszczególnych kawałków, tak że nikt nie może mieć wątpliwości z jakim stylem mamy do czynienia. Jak na rasowy i bluźnierczy black metal przeważają wyścigowe tempa ("Book IV: From Thy Beyond Shub-Niggurath"), raz po raz poprzecinane nieoczekiwanymi przejściami, które miast kłócić się z ideą prostego i surowego black metalu, doskonale jego założeniami spełniają. Standardowemu, nieco enigmatycznemu skrzekowi a la Abbath, towarzyszy szereg innych, ulokowanych bardziej w tle, gardłowych wyziewów inspirowanych tym co skrywają najgłębsze zakamarki ludzkiej psychiki. Czasem brzmi to jak połączenie ARCTURUS z CELTIC FROST, innym razem starego IMMORTAL z ACKERCOCKE - słowem: jest ciekawie... Czyżby to był właśnie sposób na ogarniającą muzyczny światek stagnację, czy wręcz uwstecznienie? Być może - zobaczymy, jak to się dalej potoczy. Mimo iż nie jest to jakiś cholernie nowatorski stuff, krok do przodu został poczyniony, a po ABGOTT mogą sięgać zwolennicy zarówno eksperymentów, jak i tradycyjnego, black metalowego old skulu...
ocena: 7,5/10
agamoth666@hotmail.com
autor:kaReL


ADVENT - "The Dawn"
(CD 2004 / Golden Lake Productions & Conquer Records)
ADVENT to niezła grupa z włoskiej sceny metalowej, łącząca w swojej muzyce elementy gothic, doom, black, death i grania progresywno - symfonicznego. Płyta "The Dawn" pełna jest zderzenia melodyjnego, klawiszowego gothic'u z szybkim, technicznym black/death (z niezłymi wokalami) i odrobiną heavy dająca w efekcie niezłe, progresywne granie z odpowiednią mocą i, co ważne, nie nużące, a spójne jako całość. Zmienne tempo, zmienny tembr głosu, zmienny klimat w obrębie jednego kawałka - to normalka na tej płycie przewijająca się przez cały materiał. Nie zabrakło też klimatów okołofolkowych (zwłaszcza w melodyjnym heavy-blackowym "Valhall") oraz poczciwego, jazzującego nastrojowo pianina (w długim, melodyjnie blackowym "Shub-Niggurath"). Generalnie klimatów ambientowych i okołoambientowych w postaci kawałków (króciutkie "Beyond the Landscape" czy mroczne outro "A Closed Room"), intr, czy wstawek wszelakich krążek "The Dawn" zawiera sporo. Nie brak też ciekawych przejść stylowych (zwłaszcza w tytułowym "The Dawn"). Słowem: bardzo dobra płyta - progresywna, wysokoenergetyczna i z pomysłem. Wielki plus także za kawałek we własnym języku - "La Lama (The Blade)".
ocena: 8,5/10
www.adventcomes.it
autor: V.Ziutek


AVULSED - "Gorespattered Suicide"
(CD 2004 / Metal Age Production & Conquer Records)
Hiszpańska formacja AVULSED powraca na scenę metalową płytą "Gorespattered Suicide" wydaną na górzystej Słowacji. Materiał został jednakże zrealizowany na słonecznej Florydzie u niejakiego Erika Rutana (m.in. ex-MORBID ANGEL), przez co nie powinno dziwić, że "Gorespattered Suicide" ma brzmienie klasycznego, amerykańskiego death metalu. Ciężar i rytmiczność gitar, rzeźnicka technika oraz naprawdę niezły growling to klimaty przewijające się od a do z przez ten bardzo spójny materiał. Fani klasycznego death metalu spod szyldu Cannibali czy Morbidów będą/powinni być usatysfakcjonowani. Materiał ten słuchany na dobrym sprzęcie moc posiada odpowiednią i chociaż nie niesie ze sobą nic bardziej odkrywczego (w sensie gatunkowym), to jednak w wierności stylowi i brzmieniu jest to niewątpliwa perełka - death metal pełną gębą od tytułowego "Gorespattered Sicide" po końcowy "Ace Of Spades" (cover Motorheadów, a jakże). AVULSED na najnowszej płytce po prostu zebrał do kupy to, co najlepsze w death metalu, a i okładka stylowo mieści się w klimacie dawnych, mięsisto/krwistych okładek CANNIBAL CORPSE - z tym, że tu jest to po prostu zdjęcie (podrasowane w którymś z programów graficznych), a krew przepisowo leje się strumieniami (naga laska z siekierą i te rzeczy ;-) ). W brzmieniu jest cuś niecuś elektroniki (zwłaszcza w "Filth Injected"), a same teksty - jak sam tytuł powinien nadzwyczaj jasno i przejrzyście prezentować - osadzone są zasadniczo w klimatach gore i ekstremalnej medycyny sądowej (dla przykładu kilka tytułów: "Burnt But Not Carbonized", "Infernal Haemorrhoids" czy "Harvesting the Blood"). Cóż - konkretna, death'owa rzeźnia, technicznie bardzo dobra. Z ciekawostek odnotować należy także instrumentalny, dwuminutowy kawałek "Hoax Therapy" i wspominany piętnastosekundowy "Infernal Hemoroids" rodem ze starego NAPALM DEATH z czasów "Scum".
ocena: 7,5/10
www.metalage.sk
autor: V.Ziutek


AIRGED L'AMH - "The Silver Arm"
(CD 2004 / Black Lotus Records & Conquer Records Polska)
AIRGED L'AMH to jeden z przedstawicieli greckiego, melodyjnego i szybkiego power metalu z pewną domieszką brzmień folkowych, głównie z kręgów celtyckich i skandynawskich, co ujawnia się szczególnie w balladowym kawałku "Mourning Grief" i w mocno folkmetalowym (i najlepszym moim zdaniem na płycie) "The Arrival" - ale nie tylko, folkowe momenty przewijają się jeszcze w paru miejscach. Jest też trochę domieszek thrashu - szczególnie w utworze tytułowym. Całość "The Silver Arm" wyraźnie utrzymana jest w klimatach fantasy, dawni wojownicy, te rzeczy - wiadomo, powermetal. Riffy i brzmienie generalne dla nurtu typowe (wyraźna fascynacja Maidenami, co oczywiście nie jest zarzutem), słucha się jednakże bardzo miło, a to, że zespół jest z Grecji przy kolejnych słuchaniach da się wyłapać (zwłaszcza w sposobie śpiewania) - i bardzo dobrze, szkoda tylko, że ani jednego kawałka po grecku nie zaśpiewali... W "Dissention Seeds" panowie pewnie wmiksowali odgłosy antycznej walki. Sama muzyka nie jest może przełomem w historii metalu, ale AIRGED L'AMH to konkretny i solidny dowód na to, że stare, dobre heavy przeżywa obecnie drugą młodość. W Polsce mamy MONSTRUM i DRAGON'S EYE, w Szwecji walczy HATERUSH, a Grecy atakują z Morza Egejskiego za pomocą reaktywowanej SARISSY czy właśnie AIRGED L'AMH. W "The Silver Arm" podoba mi się także to, że muzycy grając gatunek metalu, w którym w zasadzie niewiele już można wprowadzić nowego, robią to na najwyższym poziomie, technika jest dopracowana jak trza i słucha się z przyjemnością. Cóż więcej powiedzieć - solidna stal, która oparła się trendom a i z folkiem weszła w komitywę. Nie zabrakło też tzw. instrumentala ("Armies Assemble"). Piękne, folkowe outro "Homeland" kończy płytę.
ocena: 8,5/10
www.airgedlamh.com
autor: V.Ziutek


ABOMINATTION - "Rites of the Eternal Hate"
(CD 2004 / Progress Music & Deadsun Records & Animate Records)
Jest wśród was na pewno kilka osób, które nie mogą odżałować REBAELLIUN. W każdym razie należę do tej grupy i szczerze żałuję, że kariera tego zespołu zakończyła się wraz z wyśmienitym krążkiem "Annihilation". Jasne, Fabiano Penna i reszta kolegów dalej działają pod tymi szyldami, ale to już jednak nie to. Chcąc nie chcąc, rozglądam się zatem za innymi brazylijskimi bandami, które ewentualnie mogą pójść w ślady wspomnianego zespołu. Dobrze zapowiadały się OPHIOLATRY, ABHORRENCE czy MENTAL HORROR, jednak po wydaniu jednej płyty ucichło o każdej z nich. Podobnie jest z naprawdę dobrymi formacjami pokroju IN HELL czy HEADHUNTER D.C. Z kolei przygarnięte przez Empire Records NEPHASTH ugrzęzło w deathmetalowej typówce. A KRISIUN, wiadomo, jest już poza wszelkimi klasyfikacjami... Co więc można powiedzieć o ABOMINATTION? "Rites of the Eternal Hate" to debiut tych Brazylijczyków, chociaż początki zespołu sięgają 1994 roku, kiedy to grali jeszcze pod inną nazwą ANASTHESIA. Cztery lata później przemianowali się na ABOMINATTION i podejrzewam, że zawartość nagranego już jakiś czas temu albumu to zbiór ich najlepszych nagrań. Słychać w nich oczywiście echa REBAELLIUN (budowa utworów, wokale, solówki), KRISIUN (solówki) i MORBID ANGEL (niektóre zagrywki i zwolnienia), jednak Luciano, Fabio, Cipriano i Daniel nie skupiają się wyłącznie na ponaddźwiękowych prędkościach i potrafią też od czasu do czasu nieznacznie zwolnić. Niestety, w odbiorze tej muzy przeszkadza daleka od doskonałości produkcja albumu. Wszystko brzmi dość płasko, bez tej niezbędnej w death metalu głębi i skomasowania dźwięków. Może i plusem jest, że przynajmniej nie ma tu zbyt wielu ingerencji technicznych wynalazków i jestem prawie pewien, że utwory z "Rites of the Eternal Hate" podobnie wychodzą na koncertach. A że grali już obok CANNIBAL CORPSE, KRISIUN i DISGORGE, a instrumenty dzierżą od ponad 10 lat, to mam odczucie, iż wiedzą o co w tym wszystkim chodzi. Brakuje jednak temu albumowi choć odrobiny oryginalności, a z takim doświadczeniem stać było na to tę czwórkę muzyków... Na koniec wyjaśnię jeszcze kwestię wielu wydawców tej płyty. Oryginalnie wydała ją portugalska Progress Music, ale słuch o niej zaginął, więc wydaniem "Rites of..." w Europie zajęła się niemiecka Animate Records (inna okładka + 2 bonusy), a ponieważ promo dotarło do mnie od Francuzów z Deadsun Records, to pewnie też maczali w promocji palce...
ocena: 5/10
http://deadsun.free.fr
www.animate-records.com
autor: Diovis


ANCESTRAL FOG - "Rid the Human Plague"
Demo / Battlesk`Rs Production 2004
Pierwsze demo tej francuskiej hordy to cztery utwory zabójczego, extremalnego black metalu. Bez zbędnych intr i outr, bez żadnych "smaczków" w postaci klawiszy czy zawodzenia smętnej "dziewicy". Rzeź od początku do końca. Od czasu do czasu jakieś zwolnienie. Wystarczy zerknąć do tracklisty aby od razu było wiadomo o co chodzi. Demówka ta ma wszakże jedną dość poważną wadę. Wrzuca się ją do magnetofonu - chwila i koniec strony. Za pierwszym razem nawet nie zorientowałem się, że rzeczywiście są na niej aż cztery numery... Cholernie krótki materiał, ale godny uwagi. Mój faworyt na tej taśmie... myślę, że otwierający stronę B "A Messiah Against the Human Plague"... zajebisty numer - bania aż sama zaczyna podskakiwać w rytm muzyki. Gwoli formalności na koniec napiszę, że kaseta ładnie wydana i co najważniejsze dobrze nagrana. Zresztą materiał nagrano w profesjonalnym studio i nie ma się naprawdę do czego przyczepić. Polecam ten materiał i czekam na debiut w postaci CD.
ocena: 8/10
http:/ancestralfog.satanslegions.com
www.battleskrs.com
autor: sThor


ARKONA - "Wozrożdżienie"
CD 2004 / SoundAge Productions & Pagan Records
Nie od dziś wiadomo, że nasi wschodni sąsiedzi potrafią nagrać kawał ciekawej muzy. Tyczy się to zarówno Litwy, Łotwy, Estonii, jak i Białorusi, Ukrainy czy Rosji. I właśnie z tego ostatniego mocarstwa (hehe) pochodzi zespół o dość znajomej nazwie ARKONA. Sam szyld został jednak zapisany na okładce płyty rosyjskimi znakami, więc chyba polska ARKONA nie będzie robić przykrości swoim rosyjskim braciom. A właściwie to siostrze, bo na czele projektu stoi Masza "Scream", śpiewająca (zresztą bardzo dobrze jej to wychodzi), obsługująca klawisze (też naprawdę nieźle jej to wychodzi) i tworząca w zespole całą muzykę oraz teksty. Utalentowana to niewiasta, bo płyta (prawdopodobnie debiut) nie nudzi, a o to przy tworzeniu pogańskiego black metalu nie jest trudno. Maszę wspomogła grupa przyjaciół (jak to stoi w książeczce "gostjewyje muzykanty"), którzy zajęli się akompaniamentem (gitara, bas i instrumenty perkusyjne), a jeden z nich (Lesjar) pomaga jej wokalnie, choć pomoc ta polega na przepisowych blackmetalowych rykach i monodeklamacjach. Nie zdziwiłbym się, gdyby część tych wrzasków była też autorstwa samej liderki ARKONY, bo Lesjar udziela się raptem w trzech numerach, a blackowych akcentów jest ciut więcej. Jeszcze co do samej muzyki, to ma ona w sobie niesamowitą dawkę melodii; tej specyficznej, w której czuć ducha wschodnich Słowian, cokolwiek wam się z tym skojarzy. Same utwory (w sumie 12) są zgrabnie napisane i wykonane, czasem błyśnie ciekawa gitarowa solówka, gdzieś zakracze wrona, a i same melodyjki na klawiszach też, choć mogą wydawać się czasami banalne, to mają w sobie spory potencjał. Tematyka tekstów obraca się oczywiście wokół pogaństwa, stąd wiele odnośników do Swaroga i pozostałych bóstw ze starosłowiańskiego Olimpu, sporo też nawiązań do historii Rusi, zapomnianych tradycji i zwyczajów. A Masza tak smutno (lub groźnie) spogląda ze zdjęcia, jak by chciała przekazać, że pewnie stanie się obiektem śmiechu i zaraz rzuci za to na swego oponenta klątwę Peruna. A nagrałaś, dziewczyno, naprawdę wart grzechu album, z którego możesz być naprawdę dumna, a do słuchania którego nie trzeba się zmuszać, bo jest on - między nami Słowianami - bardzo szwarny i, mówiąc bardziej współcześnie, po prostu zajefajny ;)
ocena: 8/10
pagan_arkona@mail.ru
autor: Diovis


AN - "Revelation I: World Minus Population"
CD 2004 / Plague Productions
Ascetyczna wkładka może wprowadzić w błąd old skulowych black metalowców mających nadzieję, że to kolejny krążek z serii tych ze spierdolonym maksymalnie brzmieniem. Ale nie - nie dajcie się zwieść pozorom, bowiem AN to black metalowy akt ubierający stare nuty w zupełnie nowe szaty. Pokuszę się o stwierdzenie, że jest to na wskroś black metalowy album wyposażony w otoczkę charakterystyczną dla death metalu! Sound posiada potężny i mięsisty, wzbogacony o mroczne, elektroniczne pieszczochy nie kolidujące jednak z ostrymi gitarowymi kolcami czy perkusyjnymi obrożami. Bardzo mnie się taka forma wyrazu podoba, bo tym samym Finowie udowadniają, że nie trzeba grać po piwnicach, by uchwycić ducha wczesnych lat dziewięćdziesiątych i zabrzmieć nieco przestarzale, a jednocześnie mieć coś do przekazania ponadczasowego... Gitary są główną ostoją albumu - to one kreują taki apokaliptyczny klimat, raz zapachnie SATYRICON ("Let There Be Ebola Frost"), innym razem IMMORTAL (ta gitarka, ta rytmika w "Human Compost"). Ale co z tego, skoro i w jednym i drugim pojawiają się cannibal'owskie wokale, a dodatkowo w 'ludzkim kompoście' stykamy się z thrashmetalowymi solówkami i odhumanizowaną elektroniką charakterystyczną dla ostatniego okresu nowej fali tzw. neo black metalu (i nie chodzi mi wcale o DIMMU BORGIR ;) Ciekawostkę stanowić może tzw. klamra kompozycyjna, w którą zostały ujęte poszczególne kawałki. Otóż pierwszy i ostatni pełnią rolę odpowiednio intra i outra (i trwają równo po 3:33), a te znajdujące się pomiędzy, cztery black metalowe wyziewy, trwają dokładnie po 7:06. Ale to tylko tak na marginesie, bo gdyby nawet czasy te były zupełnie przypadkowe nie umniejszyłoby to w żadnym stopniu jakości proponowanej przez fińskie trio muzyki. Polecam wszystkim zwolennikom wymienionych gdzieś wcześniej hord plus może i naszego rodzimego MASSEMORD? Tak, z pewnością...
ocena: 7/10
www.anhq.cjb.net
info@plagueprod.cjb.net
www.plagueprod.cjb.net
autor: kaReL


ANTIGAMA/THIRD DEGREE/HERMAN RAREBELL - "The World Will Fall Soon And We All Will Die"
CD 2004 / SelfMadeGod Records
To wydawnictwo reklamowane jest jako 'najbardziej niszczycielski split wydany na polskiej scenie'. Jestem w stanie się z tym zgodzić, bo w pamięci mam jeszcze średniawy, również 3-way split PARRICIDE / PATOLOGICUM / DEFORMED, który pomimo swojego zróżnicowania (materiał live + klipy koncertowe) był raczej słaby. Tymczasem Selfmadegod uraczyła nas także splitem trzech kapel, z tą jednak różnicą, że kawałki mają studyjną produkcję i dzięki temu brzmią o wiele lepiej. ANTIGAMA pomimo swojego krótkiego stażu wycina będący chyba najlepszą częścią tego materiału grind. Bardzo szybki, rzeźnicki stuff nie pozbawiony jednak kilku muzycznych zakrętasów, objawiających się najczęściej w pracy wyśmienitego perkusisty, który płynie przechodzi o rytmicznego plumkania do obsesyjnych blastów. Mogący się poszczycić największym przebiegiem THIRD DEGREE nie pozostaje jednak w tyle i łoi nam dupska, wali po mordzie intensywnym grind corem osadzonym mocno w tradycjach kultywowanych przez NAPALM DEATH. W sumie kolejna kapela, z której możemy być dumni, ale razi mnie tutaj zbyt wielkie podobieństwo poszczególnych kawałków. Wiem, że przy grindzie ciężko mówić o polocie, finezji czy bardziej ambitnych partiach, ale brakuje mi w twórczości olsztyniaków jakiegoś wyraźnego urozmaicenia. HERMAN RAREBELL to z kolei projekt dwóch pozostałych zespołów będący wypadkową styli prezentowanych zarówno przez ANTIGAMĘ, jak i THIRD DEGREE. W sumie ciekawie rozwiązali to panowie, wyszło z tego coś bardziej klasycznego, prymitywnego, chorego (te pojechane wokale!), a także bardziej brutalnego. Nigdy nie byłem zwolennikiem tej odmiany ciężkiej muzy, przez co mogę podejść z dystansem do tego wszystkiego. ANTIGAMA - tak, reszta niekoniecznie. Ale wszyscy gustujący w takich dźwiękach powinni bez oporów sprawić sobie ten krążek.
ocena: -
karol@selfmadegod.com
www.selfmadegod.com
autor: kaReL


ARMINIUS - "Storms Below"
promo 2004
Holandia i wszystko powinno być jasne. Kraj od dawna death metalem stojący... No, może w ostatnim czasie raczej stojący kolejnymi rozpadami świetnych zespołów. Całkiem niedawno wpadło w moje ohydne łapska promo ARMINIUS, więc ku mojej uciesze i rozpaczy sąsiadów czym prędzej zapakowałem płytkę do odtwarzacza, szczerze mówiąc nie spodziewając się niczego ciekawego, bo i nazwa jakaś taka i okładka nasuwająca skojarzenia z jakąś pogańską hordą, co biorąc pod uwagę fakt skąd pochodzą nie wróżyło niczego dobrego. Ku mojemu zdziwieniu z głośników zamiast smętnego pitolenia o germańskich przodkach rzygnęło najprawdziwszym death metalem. Panowie van Balen (git), de Goot (git), v/d Heuvel (drums), v/d Berg (bass) i Philippo (voc) czerpią z najlepszych dokonań DEICIDE, momentami MORBID ANGEL (tego wcześniejszego, mniej pokręconego), odrobina thrashowego zacinania w kilku momentach. Sami zresztą podają w swoich inspiracjach wyżej wymienionych, plus CELTIC FROST, CARCASS, SLAYER, NAPALM DEATH (chociaż akurat tego w ich muzyce nie usłyszałem), a nawet MEGADETH... Materiał nie jest długi -nieco ponad 14 minut, ale w końcu jest to promo. Zawarte na nim sześć utworów nie nudzi - dużo zmian tempa, opętańcze riffy, konkretny growling, właściwie nie ma się do czego przyczepić - może do brzmienia, które akurat powinno być bardziej wyraziste. Dla maniaków death metalu na pewno będzie to ciekawa pozycja, aczkolwiek nie wnosząca nic nowego do gatunku. Nie jestem do końca przekonany czy znajdą dzięki tej promówce jakiegoś wydawcę, ale mam nadzieję, że los zespołu nie zakończy się na tym materiale. Słychać spore umiejętności i szkoda by było tej obiecującej hordy. Ciekawą genezę ma nazwa zespołu, ale tu odsyłam na ich stronkę w internecie - tam znajdziecie wszystkie informacje.
ocena:6/10
www.arminius.nl
autor: sThor

- A   [1  2   3   4   5   6    7] -