| 9 | A | B | C | D | E | F | G | H | I | J | K | L | M | N | O | P | Q | R | S | T | U | V | W | X | Y | Z
INDEX

- A   [1  2   3   4   5   6    7] -   


ANCIENT RITES - "Rubicon"
(CD 2006 / Season Of Mist)
Przyznam się bez bicia, że jeszcze pół roku temu miałem poważne wątpliwości co do egzystencji ANCIENT RITES. Okazało się jednak, iż kapela istnieje i co ważniejsze, ma się całkiem dobrze. Cóż, Belgowie nie od dziś należą do ścisłej czołówki moich ulubionych mrocznych załóg, toteż nie ukrywam, że w przypadku hipotetycznego zgonu, odczułbym ową stratę bardzo boleśnie. Wiem, że najprawdopodobniej nie byłbym w swoich odczuciach osamotniony, gdyż pomimo braku bardziej wymiernego sukcesu, Pradawne Obrzędy mają bez dwóch zdań status formacji kultowej, będąc pod tym względem co najmniej czymś w rodzaju europejskiego odpowiednika ACHERON. Analogia taka wydawałaby mi się trafna chociażby dlatego, iż Günther Theys, podobnie jak Vincent Crowley, ciągnie swój wózek ruskie lata i podobnie jak jego amerykański kolega nie dorobił się na graniu willi z basenem, najnowszego modelu mercedesa ani kupy szmalu na kontach szwajcarskich banków. Szanuję i zawsze szanować będę upór i determinację takich osobowości jak wyżej wymienieni panowie, a już szczególnie pierwszego z nich, który po kilku latach milczenia postanowił po raz kolejny pokazać, co znaczy mieć głęboko w dupsku trendy i czym jest pielęgnowana latami pasja. Choć fakt, iż od wydania ostatniej płyty ANCIENT RITES minęło pięć bitych lat może lekko przerażać, świadomość tego, iż mroczny zastęp z Diest po rozbracie z Karmageddon (wcześniej jeszcze jako Hammerheart) i obecnie w barwach Season Of Mist powraca dziś z cholernie mocnym i diabelnie dobrym materiałem, jest bardzo budująca i przede wszystkim powodująca miłe łechtanie w serduchu oraz w żołądku. Gdy wódz Theys zatrąbił po latach na zbiórkę, na placu apelowym stawili się prawie wszyscy wojownicy, którzy umoczyli w krwi swoje miecze zarówno we wcześniejszych, jak i w późniejszych latach walki i tym sposobem zespół pozostaje na dzień dzisiejszy septetem (nie licząc gościnnego udziału śpiewającej pani w osobie Rute Feveiro), mając w składzie aż trzy wiosełka! No, cóż - skoro taki IRON MAIDEN daje radę, czemu miałby jej nie dać ANCIENT RITES? Inna sprawa, że Herr Theys zajął się tym razem wyłącznie śpiewem (w dosłownym tego słowa znaczeniu), rezygnując tym samym z rwania czterech strun, które maltretuje obecnie Domingo Smets. Nie ukrywam, że już dziś mam chętkę przekonania się na własnej skórze jak band w siedmioosobowej konfiguracji prezentuje się w wersji live, choć mając zaliczone dwa doskonałe występy tej nieświętej hordy w nieco szczuplejszym składzie personalnym, przypuszczam, że wrażenia byłyby również co najmniej pozytywne... Pożyjemy, zobaczymy, może dojdzie to kiedyś do skutku, teraz jednak warto skrobnąć co nieco o zawartości szóstego długograja Belgów, bo "Rubicon" jest płytką świetną i nie ma żadnych wątpliwości co do tego, że opłacało się czekać pół dekady na godnego następcę równie znakomitego, choć spieprzonego lekko w materii brzmienia garów albumu nr 5 "Dim Carcosa". Zapytacie zaraz zapewne, dlaczego w czymś co uważam za znakomite doszukuję się jednocześnie mankamentów, ale czy jest na tym nędznym świecie choćby jedna rzecz doskonała od a do z? Pewnie, że nie, więc nie są wolne od wad także i płyty AR, jednakże całokształt twórczości grupy, jej specyfika, podziemny staż, kultowość, w pewnym sensie oryginalność, no i w ogóle tak zwane "to coś", co wyróżnia ją spośród setek, jeżeli nie powiedzieć, że tysięcy kapel i kapelek spod znaku black/death (będąc szczerym, to sam już nie wiem, czy w niniejszym przypadku słowa te w całości oddawać mogą charakter muzyki, choć bez wątpienia z owego nurtu wzięła swój początek, ulegając po drodze małym ewolucjom), powoduje, że zespół ten zawsze przykuwać będzie moją uwagę, bez obaw przed zeszmaceniem się i całkowitym zejściem na psy. Inna sprawa, iż jako historyk z wykształcenia zawsze odczuwać będę lekki dreszczyk pozytywnych emocji, obcując z lirykami trącającymi o dzieje średniowiecznej Europy czy historii w ogóle, a że Günther nigdy nie krył swoich fascynacji, które w umiejętny sposób potrafił przelać na papier, to już (jak dla mnie) w ogóle miód na uszy! Nie inaczej jest i tym razem, gdyż "szóstka" Pradawnych Obrzędów to kolejna podróż wehikułem czasu. Rozpoczynamy ją od monumentalnego intra "Crusade", w którym od razu wychwytujemy echa patentów znanych już z pewnych wcześniejszych studyjnych albumów formacji, a ściślej ujmując - dwóch ostatnich: "Fatherland" i "Dim Carcosa". Orientalny akcent zawarty w aranżacji jest zabiegiem dobranym dosyć trafnie, tym bardziej, że następujący po intro "Templar" traktuje o znanym tu i ówdzie zakonie rycerskim, chroniącym pielgrzymów udających się na mentalny i duchowy podbój wyznawców wiary Mahometa. Mamy także wyskoki w nieco odleglejszą przeszłość, dzięki czemu dane jest nam poznać "theysowską" interpretację historii 300 Spartan ("Thermopylae") oraz bohatera utworu tytułowego, mającego wypowiedzieć słynną sentencję, iż "kości zostały rzucone"... Ale nie tylko, gdyż za sprawą "Ypres" możemy znaleźć się także w 1915 r. na rozrzuconych wokół małego miasta we Flandrii polach walki, gdzie w kwietniu tegoż roku pełznąca z niemieckich transzei ku francuskim okopom żółta, z pozoru niegroźna mgła, uśmierciła setki zgromadzonych w nich żołnierzy. Okazało się bowiem, iż mgła owa była gazem bojowym, który od nazwy miejscowości, pod którą wydarzenie to miało miejsce, przyjął nazwę iperytu. Pamiętajmy jednak, że w tym wypadku bez maski ani rusz! O tekstach małe pojęcie zatem już macie, powiem wam więc jeszcze, dziatki kochane, że muzyka z "Rubiconu", przyrządzona przez mistrza kuchni Olivera Philippsa smakuje wyśmienicie, gdyż nie jest ani przesolona ani przesłodzona, nie ma za dużo przypraw korzennych i jeśli łykaliście bez popitki wszystkie wcześniejsze potrawy z logo ANCIENT RITES na talerzu, jest duża szansa, że zasmakuje wam także i ta zrobiona według dzisiejszego przepisu. Zresztą - spróbujcie sami. Myślę więc, że puentę swojego elaboratu uwieńczę w sposób taki, że wzorując się na tym, co powiedział boski Juliusz, przytoczę osobistą wersję "veni, vidi, vici", która w mojej interpretacji brzmi: "kupiłem, posłuchałem, pokochałem". Bo to po prostu cudeńko!
ocena: 15(!!!)/10
www.ancientrites.be
www.season-of-mist.com
autor: Mikołaj "Manstein" Kunz


ATOMIC ANTS - "Keep Dry and Cool"
(CD 2005 / Casket Music)
Ależ mnie ta płyta pochłonęła! Uwielbiam takie totalne niespodzianki, zwłaszcza że nie spodziewałem się tego po kapeli, która ma taką arcydziwną nazwę - Atomowe Mrówki - też coś... Włosi tworzą wspaniały, wręcz idealny muzyczny konglomerat z pogranicza rocka i nowofalowych brzmień. Znajomy chcąc jakoś opisać to, co dzieje się na "Keep Dry and Cool" posiłkował się bardziej znaną marką, czyli H-BLOCKX, ale wierzcie mi, że to tylko mały fragment tej jakże wciągającej układanki dźwięków. Samo wejście mają dość mocne - akordy "Porcupine Lips" przypominają ten przytłaczający klimat znany z płyt KATATONII, a to wszystko tylko po to by zwieść słuchacza. Nieco później muzyka ewoluuje w kierunku bardziej radosnego i spontanicznego grania, nie jest już tak mroczna i ciężka. Moim zdaniem zespół idealnie wstrzelił się w ten letni okres kanikuł - płytę można zabrać praktycznie wszędzie: na basen, plażę, imprezę, do samochodu, w podróż. Co z tego, że to bardzo softowy materiał - takiego stuffu nie trzeba się wstydzić, bo na dzień dobry kasuje kilka czołowych produkcji takich sław, jak RED HOT CHILLI PEPPERS czy powracający po latach z bardzo chill out'owym albumem DOG EAT DOG. Poza tym ATOMIC ANTS lubią zabawę dźwiękami, kochają eksperymentować. Momentami chłopaki dają odpocząć tym prześmiewczym osobowościom i ni z tego ni z owego ujawniają swoje romantyczne oblicza - ciągotki do sentymentalnego grania pojawiają się sporadycznie, ale gdy już zabrzmi taki "Fly" lub jeszcze bardziej chwytliwy i niemniej ujmujący "Through The Barricades", to naprawdę robi się P-I-Ę-K-N-I-E! Dla zrównoważenia poziomu hałasu buźkę obijają nam: szybki i skoczny "John G.", utrzymany w tonacji znanej z płyt SOAD bądź też FAITH NO MORE "The Real Sport" czy na dobitkę "Shitman" - takie muzyczne "pół żartem, pół serio". Obracająca się płytka nakręca atmosferę, a mnie (pomijając fakt, że jako całość, jest to album bezbłędny) i tak najbardziej rajcują: krótka piosenka o miłości zapodana w dość nietypowy, bo bardzo żywy sposób, czyli "Mariah" albo taki prawdziwie crossoverowy "Fidji" - w tym numerze czuć lato, po prostu! ATOMIC ANTS dostarczają rozrywki na wysokim poziomie, postarajcie dorwać ten album na okres wakacji - czasem fajnie posłuchać sobie czegoś świeżego, podczas gdy radio funduje nam wciąż tę samą beznamiętną i ogłupiającą playlistę...
ocena: 9/10
www.coprorecords.co.uk
www.alkemist-fanatix.com
www.atomicants.it
autor: KaReL


ATROX - "Orgasm"
(CD 2003 / Code666 & Foreshadow Productions)
Norweski ATROX zdążył już wszystkich przyzwyczaić, że twórczość prosta, łatwa i przyjemna nie leży w gestii zespołu. Nieszablonowa, awangardowa muzyka ATROX stała się znakiem rozpoznawczym grupy. Trudno słowami opisać osobliwe dźwięki wykreowane przez tych czterech panów i jedną panią. Jest to muzyka ze wszech miar ambitna, i co ważne, nie pozbawiona metalowego ciężaru. Została dokładnie przemyślana i starannie zaaranżowana. "Orgasm" nie stanowi przypadkowo zebranych patentów. Nie jest również wyrazem poszukiwań zespołu, lecz dojrzałym owocem rzetelnej pracy i dużej muzycznej kreatywności. Podoba mi się granie ATROX, choć nie będę ukrywał, że pierwsze godziny spędzone z muzyką Norwegów pozostawiały po sobie znaki zapytania w mej głowie. "Nowe" dzieło ATROX jest propozycją dla ludzi poszukujących w muzyce metalowej niestandardowych rozwiązań i sprzecznych emocji tworzących paradoksalnie muzyczny konsensus. Wielbiciele muzycznych pejzaży THE 3RD AND THE MORTAL łykną "Orgasm" ze smakiem i obliżą się jęzorami. Metalowi ortodoksi niech obchodzą ten krążek szerokim łukiem. Obecnie w zespole nie ma już wspomnianej pani w osobie Moniki Edvardsen (wokal i keyboard), która w dużym stopniu wpływała na muzyczny wizerunek zespołu... Jestem ciekaw jak chłopaki zaprezentują się bez koleżanki na nowym albumie, który ponoć jest już gotowy. Póki co sprawdźcie "Orgasm". Może będziecie szczytować zgodnie z tytułem...
ocena: 9/10
www.atrox.biz
www.code666.net
www.foreshadow.info
autor: Warzych


ANATA - "The Conductor's Departure"
(CD 2006 / Earache Records & Mystic Production)
Ciekawy album... Tak najprościej określić "The Conductor's Departure". Lubię progresywne, techniczne death metalowe granie nie pozbawione pazura. Panowie z ANATA znają się na swojej robocie. Na nowym krążku wygrzali mnóstwo wartościowej muzyki. Bogactwo dźwięków jest imponujące. Muzyka Szwedów stanowi alternatywę dla bezpośredniego, ekstremalnego grania. Nie znajdziecie na tej płycie ani jednego przypadkowego dźwięku. Bardzo podobają mi się osobliwe melodyjne pasaże, które są wizytówką "The Conductor's Departure". Pomimo bardzo precyzyjnego, gęstego aranżu, album nie traci zadziorności. ANATA nagrała rasowy death metalowy krążek, choć daleki od klasycznego amerykańskiego łojenia. Mam świadomość, że nie każdemu spodoba się ten stuff. Na płycie znalazło się sporo łamanych, technicznych partii i przeciwtaktów. Obce jest chłopakom z ANATA jednowymiarowe granie na trzy czwarte. Nie jest to twórczość prosta, ekstremalna, przeznaczona do machania banią, raczej do kontemplacji. Spodoba się metalowym koneserom lubiącym smakować dźwięki jak dobre francuskie wino. Nie będę rozpisywał się o wysokich umiejętnościach i technice gry poszczególnych muzyków. I chyba najważniejsza sprawa. Na "The Conductor's Departure" znalazły się kompozycje, a nie warsztaty gry na instrumentach, bądź popisy techniczne!!! Utwory posiadają logiczną strukturę, muzyczny koncept. Smakuje mi ta nietuzinkowa twórczość. Delektuję się nią już od jakiegoś czasu i nie stwierdzam żadnych dolegliwości natury gastrycznej. Pomimo, że zaserwowano mi danie bogate w różne smaki, przyjmuje się znakomicie. Od czasu do czasu warto zajrzeć na salony i chapnąć co nieco. Szczególnie tak smacznie podane.
ocena: 7,5/10
www.anata.se
www.earache.com
autor: Warzych


AVULSED - "Reanimations"
(CD 2006 / Xtreem Music & Pagan Records)
Pomimo całego mojego szacunku i podziwu dla konsekwencji, z jaką od kilkunastu już lat Dave Rotten z kolegami gra pod szyldem AVULSED, to tylko jedna z wielu drugoligowych drużyn europejskich, jeśli już użyć terminologii sportowej. Pomijając ten fakt, zdarzają się im pomysły, które wykraczają poza schemat "kolejna nowa płyta, kolejna trasa" i w kółko Macieju... Przed niemalże dekadą AVULSED zszokował lub zniesmaczył eksperymentalnym krążkiem "Cybergore" z elektronicznymi remiksami swoich "hiciorów", a w 2005 roku postanowił wcielić w życie ideę nagrania płyty AVULSED, która... nie do końca jest płytą stworzoną przez AVULSED. Ponoć przypadek sprawił, że nie powstał album z coverami i może nawet lepiej, bo dzięki temu "Reanimations" to nie tylko ożywianie trupa lub - już mówiąc wprost - powielanie tych samych pomysłów i odświeżanie tych samych starszych lub młodszych klasyków. Z jednej strony mamy tu 3 przeróbki i od nich może zacznę. Wybór "Mental Misery" GOREFEST jest w sumie oczywisty, bo obie grupy zaczynały w podobnych klimatach i w podobnym czasie. Dlatego Hiszpanie poradzili sobie z tym kawałkiem doskonale. Co do "Piranha" EXODUS, to nie przypominam sobie żadnej innej przeróbki i nie zawiodłem się, bo nieco bardziej deathmetalowe spojrzenie na świetny utwór thrasherów wyszło bardzo dobrze. No i trzeci cover-rower - "I Wanna Be Somebody" W.A.S.P. To na pewno klasyk lat 80-ych, ale przekuwanie go na death metal nie udało się specjalnie AVULSED. Chociaż w porównaniu do oryginału mam wrażenie, że więcej się w tym kawałku dzieje i ożył na nowo. Reanimacja zakończona sukcesem? Częściowo tak... Jedźmy dalej! Dostajemy też od Dave'a i jego czterech ziomków dwa premierowe kawałki, ale oba brzmią jak niezłe odrzuty z sesji do poprzedniego studyjnego krążka "Gorespattered Suicide". Sporo brutalności, trochę zmian w rytmice, charakterystyczne orientalne ozdobniki - taki był i jest od zawsze ten zespół. Trzeci z "nowych" kawałków to nowa wersja "Unconscious Pleasure" umieszczonego na debiutanckim demo "Embalmed In Blood" z 1992 roku. Ostatnim przejawem twórczości AVULSED na płycie jest video clip do "Let Me Taste Your Flesh" nagrany na żywo w Paryżu, jednakże nie miałem okazji go obejrzeć, bo nawet najnowszy Windows Media Player nie potrafi go odczytać. No i na koniec czas wyjaśnić dlaczego ten album nie do końca został stworzony przez Espaniolców. Swego czasu na swojej stronie www ogłosili, że czekają na wersje ich utworów wykonywane przez inne kapele. Z dużej ilości nadesłanych propozycji wybrali dziewięć i teraz parę słów o efektach. "Powdered Flesh" w wykonaniu TERRORISTARS jest spojrzeniem zespołu, który na co dzień para się chyba bardziej thrash-core'ową muzą, więc brutalny numer stał się nieco bardziej miękki, ale wyszło to dość interesująco. Argentyński IN ELEMENT zabrał się za "Devourer of the Dead" i tu też mamy ciekawą, nieco lżejszą wersję, w której jest sporo smaczków wygrywanych przez klawisze. Pochodzący z Algerii (!) CARNAVAGE nagrał "Stabwound Orgasm" i wszystko byłoby ok, gdyby nie słabiutkie brzmienie. "Blessed By Gore" przerobiło WITCHES' SABBATH i jak na death/blackmetalową ekipę z Wysp Kanaryjskich rozczarowali, gdyż nie ma w tym odpowiedniego powera. Kolejne cztery zespoły nie wniosły już praktycznie żadnej inwencji twórczej i po prostu odegrały numery AVULSED i dla porządku podam, że są to kolejno: FLESH EMBRACED, KAOTHIC, BYLETH i ABYFS. Może jeszcze ci ostatni, poprzez dodanie żeńskich wokali nadali "Sick Sick Sex" pewnego indywidualnego charakteru. Na zakończenie jest jeszcze bardziej eksperymentalny, nasycony elektroniką "Zardonic Remix" kawałka "Stabwound Orgasm", który przypomina to, co zawierała wspomniana przeze mnie na początku płyta "Cybergore". "Reanimations" jest ogólnie mówiąc ciekawym wydawnictwem, mającym chyba za zadanie pokazać na co stać nie tylko samych pomysłodawców, co pomóc w zaistnieniu młodym kapelom. A to się chwali!
ocena: -/10
www.xtreemmusic.com
www.avulsed.com
autor: Diovis


AJATTARA - "Apare"
(CD 2006 / Spinefarm Records & Mystic Production)
Nowy album AJATTARA... no wiadomo, Finlandia, patrząc na okładkę już mam pewność z czym mam do czynienia - to musi być black metal. Kobietka wyjąca do księżyca, w wampirycznych spazmach... to już wskazuje, że będzie ostro, albo, że przynajmniej takie było założenie :) AJATTARA to kapela, której założycielem jest Pasi Koskinen (ex-AMORPHIS), powstała gdzieś około '93 roku, a która inspiracje czerpie w fińskich wierzeniach. Stąd nazwa AJATTARA - imię Ducha lasu. Następca "Tyhjyys" w sumie nie przynosi wiele nowego, klimat nie bardzo uległ zmianie, AJATTARA kontynuuje swój styl, nie wychyla się za bardzo poza ramy black metalu, lekko wampirycznego, z posmakiem świeżej krwi :) Na "Apare" znajduje się dziesięć kawałków, spójnych i rytmicznych dzięki sekcji gitarowej i perkusyjnej. Typowo black'owy wokal, fińskie teksty. Całość w sam raz na ścieżkę dźwiękową do filmu grozy. Dominującymi w utworach są ciężkie gitarowe riffy, niemałą rolę pełnią klawisze, nadające schizofrenicznej atmosfery, zadziwiającej i przerażającej. Dla maniaków takich klimatów płyta jak znalazł :).
ocena: 7/10
www.spinefarm.fi
www.ajattara.com
autor: Trinity


ANIMA DAMNATA - "Tormenting Pale Flesh of the Syphilic Holy Whore"
(MCD 2006 / Morbid Moon Records & Pagan Records)
Jeśli ktokolwiek powątpiewał w umiejętność przesuwania granic ekstremy przez ten band, to będzie musiał się pogodzić z tym, że najnowszy mini-album ANIMY DAMNATY to naprawdę niecna prowokacja. Już sam tytuł wydawnictwa, jak i bluźniercza okładka, na której kult maryjny potraktowano wybitnie bluźnierczo, powinny przestrzec, że to nie jest płyta dla mięczaków, a na pewno już nie dla wielbicieli moherowego szaleństwa. O ile muzyczne i pozamuzyczne ekscesy tej formacji dało się poznać wcześniej, to teraz panowie o dłuuugich pseudonimach podjęli się dwóch nowych rzeczy. Po pierwsze - część tekstów napisali w ojczystym języku, a po drugie - liryki owe są szczególnie dosadnie, a ciekawskich zapraszam do lektury wewnątrz książeczki. Dla porządku zacytuję dwa podtytuły z pierwszego utworu na tym krążku: "Ciasna Pizda Maryji" i "Sraj Na Grób". Dla kogoś może się to wydać zabiegiem nieco przesadnym lub z lekka pretensjonalnym, ale tak bezpośrednio chyba jeszcze nikt w naszym kraju nie przedstawił swojego punktu widzenia wobec jedynej "słusznej" religii panującej w Rzeczpospolitej Polskiej i symboli, za które wielu da się bez słowa pokroić. Słowa to jednak nie wszystko, bowiem "Tormenting Pale Flesh..." to przede wszystkim nowe i długo oczekiwane przez fanów dźwięki spreparowane przez ANIMA DAMNATA. Po krótkim, lekko industrialnym wstępie mamy gęste jak smoła gitarowe riffy i skuteczne bębnienie kontynuujące to, co Wrocławianie pozostawili po sobie na swoim debiucie dla Pagan Records. Odniesienia do INCANTATION, IMMOLATION czy ANGEL CORPSE są nadal mocno słyszalne, ale kwadrans muzy stworzonej na potrzeby tego mini-CD może zadowolić każdego maniaka satanicznego death metalu. No właśnie, to tylko kwadrans i ten punkt programu pozostawia pewien niedosyt. Na pocieszenie krążek zawiera dodatkowe siedem numerów koncertowych w postaci video z dwóch koncertów, jakie ANIMA DAMNATA zagrała w 2003 i 2004 roku w Tarnowie i Wrocławiu. Jakość obrazu i dźwięku daleka jest od idealnej, ale jako że wiadomo, iż koncerty to prawdziwy żywioł dla tej kapeli, jest tu wszystko z czego zasłynęli "na żywo": jest siara, jest demolka, jest 666% Diabła. Teraz pozostaje tylko czekać na kolejne studyjne dokonania, a póki co musi wystarczyć powrót do przesłuchiwania "Agonizing Journey..." oraz zapoznanie się z "Tormenting Pale Flesh...".
ocena: 7/10
www.animadamnata.com
www.morbidmoonrecords.cjb.net
autor: Diovis


ABANDONED - "Thrash Notes"
(CD 2006 / Dockyard1 & Mystic Production)
Niemiecka maszyna wojenna spod znaku ABANDONED w natarciu. Powstali w 2000 roku, aby machnąć szybko dwie demówki do roku 2003, z których druga została demosem roku w Niemczech. Oto mamy w tym roku pełnowymiarowy album. Zespół hołduje staremu łojeniu w klimatach Bay Area z domieszką typowego niemieckiego thrash metalu z połowy lat osiemdziesiątych. Słychać tu zarówno nieco starego FLOTSAM AND JETSAM, EXODUS czy chociażby FORBIDDEN, jak i odrobinę DESTRUCTION czy KREATOR. Nie powiem, taki patent na muzę bardzo przypadł mi do gustu, bo jako obsrajtas biegałem w thrasherkach i katanie z płótnem na plecach, oczywiście w obowiązkowych białych adkach. Wychowałem się na takiej muzie i sentyment zawsze gdzieś zostanie na zawsze. ABANDONED ma głęboko w dupie wszelkie trendy, kolejne fale, powroty różnych gatunków metalu. Grają tak, jakby czas dla nich zatrzymał się dawno temu. Muzyka na tym materiale to typowy rytmiczny thrash, zmany tempa i chwytliwe refreny. Kapela sporo koncertuje i to na imprezach typu Open Air, takich jak Rock Hard czy Wacken. Płytka raczej dla miłosników starej dobrej szkoły niż dla maniaków wszelakiej maści ekstremy. Ewentualnie można posłuchać w towarzystwie starych ramoli takich jak ja przy dobrym browarze ;).
ocena: 8/10
www.dockyard1.com
autor: sThor


ARSENIC - "Seeds of Darkness"
(CD 2006 / Baphomet Records & Red Stream)
Ostatnimi czasy obrodziło wydawnictwami z muzą różnych "wynalazków" sprzed lat. Przoduje w tym hiszpańska Xtreem Music, ale także inni wydawcy nie zostają w tyle i odgrzewają zapomniane kapele. Pewnie mało kto pamięta pochodzący z nowojorskiego Bronxu ARSENIC, który działał w latach 1984-89, a potem odszedł w niebyt, nie pozostawiając po sobie nadmiernej ilości wydawnictw, bo tylko trzy lub cztery demówki (różne źródła podają różną ilość). I ten oto band postanowił odświeżyć Killjoy z Baphomet Records, twierdząc, że to jego ulubiony thrashmetalowy zespół z tamtych czasów. "Seeds of Darkness" zostało zbudowane dość ryzykownie, bowiem pierwsze osiem numerów pochodzi z próby z 1985 roku i nie można powiedzieć, by wszystko to brzmiało dobrze. Ma się wręcz wrażenie, że słuchamy starej taśmy, na domiar złego słychać wszystkie błędy i potknięcia. Chociaż z drugiej strony ma to swój urok, zwłaszcza, gdy ktoś nie przepada za wygładzonym soundem i chce poczuć, jak ARSENIC prezentował się w sali prób. Sama muza to z jednej strony lekko chaotyczny thrash metal inspirowany przez POSSESSED, a z drugiej można wyczuć pewne wpływy HELLHAMMER. Moim skromnym zdaniem te utwory mogły zostać umieszczone w drugiej części płyty, bo dopiero sześć ostatnich numerów na płycie daje jako takie pojęcie, jak ARSENIC brzmiał w studiu nagraniowym. Kolejno mamy trzy kawałki z demo "Souls Lie Screaming" z 1988 roku i trzy z rok późniejszego demosa "Hallucinations". Tu już jest znacznie lepiej, choć nie można spodziewać się produkcyjnego majstersztyku. Obcowanie z pewnymi niedociągnięciami i brudami wynagradza na szczęście dzika i drapieżna muza spod znaku POSSESSED i DARK ANGEL, która stanowiła wówczas pewną przeciwwagę dla bardziej czytelnego thrash'u tworzonego w latach 80-ych w głównej mierze w rejonie Bay Area (Kalifornia) przez takie kapele jak EXODUS, METALLICA, FORBIDDEN i wiele innych. ARSENIC może nie był jakimś wyjątkowym zjawiskiem na podziemnej scenie, ale nagrania demo są strawne dla ucha, a dzięki wydaniu ich po latach na kawałku srebrnego krążka nie pozwalają odejść w niepamięć jednej z kapel, które nie miały szczęścia wypłynąć na szersze wody.
ocena: -/10
www.redstream.org
autor: Diovis


ADULTERY - "Age of Rebirths"
(CD 2006 / EastSide)
Najnowsza, jeszcze ciepła płyta czeskich folkmetalowców spod znaku ADULTERY ukazała się w Polsce nakładem East Side. Sympatyczni skądinąd Czesi od początku atakują bardzo zacnym połączeniem black metalu i folku z gatunku słowiańsko-fantastyczno-rycerskiego. Dzięki temu płyta jest ciekawa od samego początku - kurde, to lubię, dwa walnięcia w gary, dwa zaśpiewane słowa i od razu wiadomo, że to ADULTERY! Black blackiem, a słowiańska ludowość tu jest obecna w prawie każdym riffie i bez strat dla brzmienia czy to w temacie folk czy metal - więcej, z korzyścią dla obu. A już wspólne śpiewanie charkotem i rycerskim chórem w jednym kawałku to jest to. Mało tego, ADULTERY na tej płycie robią ten sam numer, który wykonali na "Mistycznej" w Katowicach - w pewnym momencie, ni stąd, ni zowąd, po zdrowej dawce energetycznego blacku zaczynają grać czysty folk (od siódmego kawałka) i robią to doskonale. Pod koniec płytki następuje powrót do rzeźnickiego blacku. W ogóle cała "Age of Rebirths" zagrana jest z charakterystycznym czeskim zacięciem, z pomysłem, bez zbytniego zadęcia, za to z solidną dawką szacunku do tradycji. Sporo tu też nawiązań do rycerskiego fantasy. Generalnie - pełnia szczęścia jak tę płytka wpadła w moje ręce. Taki folk metal to podstawa!
ocena: 10/10
www.adultery.cz
autor: V.Ziutek


AMBRAZURA - "Life & Death"
(CD 2002 / produkcja własna zespołu)
AMBRAZURA to rosyjska formacja deathmetalowa z Jekaterinburga. Nagrania grupy trafiły w me ręce dzięki temu, że znajomi ze stołecznej formacji ACRIMONIA grali na pewnym metalowym festiwalu w białoruskiej Rieczicy i stamtąd przywieźli m.in. właśnie tę płytkę. "Life & Death" (nagrana w jekaterinburskim Solaris Studios) to deathmetalowa rzeźnia w starym stylu momentami podchodząca pod grind. Wściekłe gitary, klasyczny growling (jak w starych Cannibal Corpsach), sporo solówek bliższych europejskiemu thrashowi czy Vaderowi a.d. 1992... Pamiętać należy, że to jednak wschodnia kapela, tak że swoistą, wschodnią melodyjność posiada - oczywiście w znaczeniu deathmetalowym. "Life & Death" to dziewięć numerów trzymających styl i poziom, dobrze słyszalny, prujący powietrze bas, konkretny wokal, miażdżące riffy - tak wolne jak i szybkie. Nie zabrakło połamanych, momentami jazzujących rytmów (zwłaszcza w siódmym "The Last Line")... Słowem - jak to już wielokrotnie stwierdzałem osobiście naoczno-nausznie rosyjski metal ma się doskonale i trzyma poziom. Słowianie potrafią ;-) AMBRAZURA ma coś w sobie - aż szkoda, że w Polsce bardzo słabo znana. Gdy rozpoczął się ósmy kawałek - rozpoczął się od klimatu... flamenco ("The Way") i okazał się prog-deathmetalową balladą z elementami doomu i atmospheric blacku (z deathowym growlem). Znaczy się zespół nie ogranicza się w swych działaniach, co się bardzo chwali. Na tej płytce zwraca uwagę też solidny warsztat techniczny muzyków. Płyta kończy się thrashowo-grindowym uderzeniem "Thrashold". Bardzo zacna płyta!
ocena: 8,5/10
autor: V.Ziutek


ARALLU - "The Deamon From the Ancient World"
(CD 2005 / Epidemie Records & Pagan Records)
Izrael raczej nie słynie z metalowego grania, sytuacji tej nie uratuje też trzecia już płyta tamtejszego ARALLU. Egzystencja tych diabłów na świętych ziemiach zaowocowała wcześniej krążkami, z których jedynie wydany dla Raven Music "Satanic War In Jerusalem" obił mi się o uszy, ale to i tak tylko z nazwy. "The Demon From the Ancient World" w pewien sposób zaspokoił mój muzyczny głód, a jednocześnie oszczędził mi kłopotu związanego z dotarciem do wcześniejszych nagrań Izraelczyków. Teraz już wiem, że byłaby to kompletna strata czasu, nawet zważywszy na fakt, iż ostatnio podobne nutki w wykonaniu fińskiego AZAGHAL sprawiły mi nieopisaną radochę. Z ARALLU mam jednak mały problem, bo nijak ich muzyka potrafi do mnie dotrzeć. Wszystko na czele z brzmieniem jest takie płytkie, tak wręcz tendencyjnie obrzydliwie, że nie mogłem tego krążka zbyt długo słuchać, bo miałem wrażenie, że znacząco nadwerężam wyrobiony przez lata własny gust muzyczny. Lubię wszelkiego rodzaju orientalne zboczenia, ale sposób w jaki zabrał się za to ARALLU całkowicie mi nie podszedł. Co z tego, że raz na jakiś czas do głosu dojdzie jakiś wschodni patent, skoro przez większość numerów rżną z Norwegów ile wlezie. Poza tym album jest jak dla mnie za skoczny i chyba jednak zbyt prosty. Irytują mnie nawet wysokie rejestry, w które wchodzi wokalista, a które w przypadku wcześniej wymienionych autorów "Codex Antitheus" poczytywałem za atut. Niestety odgłosy bitewne, tamtamy, jakieś mroczne wersety odtwarzane od tyłu nie uczynią tej płyty kultową. Niestety, ARALLU zbyt głęboko siedzi w prymitywizmie i to moim zdaniem zgubiło ich tym razem. Komuś kto chłonie egzotykę w każdej ilości (choć tu ona jest nieco naciągana) album może się spodobać, ale nie oczekujcie po tym wydawnictwie rewelacji na miarę portugalskiego THE FIRSTBORN. Płytę mogę polecić także z czystym sumieniem każdemu entuzjaście prostego thrash/blackmetalowego grzmocenia na starą modłę, choć z drugiej strony wydaje mi się, że zamiast wydawać kasę na przeciętne ARALLU lepiej sięgnąć po pierwsze pozycje szwedzkiej legendy na literkę B...
ocena: 5/10
www.arallu.com
butchered@arallu.com
www.epidemie.cz
info@epidemie.cz
autor: kaReL


A TRAITOR LIKE JUDAS - "Nightmare Inc."
(CD 2005 / Dockyard 1 & Mystic Production)
No i oto kolejna grupa młodzieńców, którzy chcą zrobić karierę grając modnego ostatnio metal-core'a. Ich najnowsze dokonanie nie jest taką całkowitą porażką, ale też nie powala na kolana. Tak ostatnio zastanawiałem się nad tym kierunkiem w muzyce ekstremalnej i doszedłem do wniosku, że pozostanie po nim najmniej płyt, do których będzie się kiedykolwiek wracało po latach. Fani takiej muzy przerzucą się na inny "trendy" gatunek, a reszta... będzie i tak słuchała innych dźwięków. Ale tak jak napisałem, niemiecki A TRAITOR LIKE JUDAS nie wypada aż tak tragicznie, biorąc pod uwagę ile pozycji z metal-core'm pojawiło się w ostatnich miesiącach czy latach. Nasłuchali się kolesie IN FLAMES, "Roots Bloody Roots" SEPULTURY, pewnie death i thrash metal też im nie jest obcy, bo parę patentów może się spodobać miłośnikom takiego grania. Najsłabiej wypada jednak na "Nightmare Inc." wokalista, bo non-stop drze japę i nic poza tym. Przez to może umknąć kilka ciekawych patentów gitarowych, choć i tu jest bez rewelacji. Cięte riffy, melodyjne zagrania - wszystko to można znaleźć na płytach innych zbuntowanych metal-core'owców czy u szwedzkich melo-deathmetalowców i nic tak naprawdę nie zostaje w pamięci nawet po kilku przesłuchaniach. Również sample powrzucane tu i ówdzie też nie robią żadnej rewolucji. Chcieli w ten sposób wzbogacić swój przekaz i nic ponadto. To ja już też nie ma nic więcej do napisania. Łykniecie ten album lub nie... to już tylko od was zależy...
ocena: 5/10
www.dockyard1.com
autor: Diovis


AD HOMINEM - "Climax of Hatred"
(CD 2005 / Avantgarde Music)
AD HOMINEM to dosyć barwna ikona na tle blackmetalowej surowizny jaka jęła ostatnio zalewać rynek. Pośród ogólnej tandety i bezpłciowości wielu zaistniałych zjawisk zawartość "Climax of Hatred" nie wywołuje skurczów żołądka, czego następstwem byłby odruch wymiotny. Mało tego, płyty tej da się słuchać i jednocześnie czerpać z tego pewnego rodzaju przyjemność. Co z tego, że duet Kaiser W. - Altar życzy wszystkim śmierci, skoro mnie właśnie chce się żyć i machać na dodatek baniakiem w rytm takiego killera, jak szósty w kolejności "Join Or Perish"! Tak swoją drogą zupełnie nie wiem, dlaczego tekst do "Death To All" jest we wkładce nieczytelny - czyżby się obawiali reakcji niektórych ludzi? Ładni mi twardziele, phi... Ale nie jest to na tyle istotne, by rzutowało na ogólną ocenę wydawnictwa. A to, przynajmniej pod względem muzycznym, prezentuje się bogato. Nie mam na myśli instrumentarium (pod tym względem jest bowiem tradycyjnie), chodzi mi jednak o aranże. Materiał jest rytmiczny, chłodny, chwilami tylko z łatwością wślizgujący się w uszko, więc można nucić wedle uznania motywy czy to z "The Upper Art", czy z "Achtung!". Tylko achtung, achtung! - to nie żadne wyczesane i wygłaskane melodyjki przeznaczone do tupania nóżką, dużo w tym brudu zmieszanego z krwią, siarczystego smrodu, mnóstwo szaleństwa i nieokiełznania, a najwięcej jest samej nienawiści, co zresztą słychać w każdej sekundzie "Climax of Hatred". To niezła szkoła dla tych wszystkich skrzatów, co to dopiero zaczynają swoją przygodę z czarną sztuką. Bez zdziwiania, kombinowania, zamiast tego pełen profesjonalizm i opanowanie - nie porywają się panowie z motyką na słońce, grają to co potrafią, a że wychodzi im to świetnie, pozostaje mi już tylko pogratulować i czekać na kolejne wydawnictwa wypełnione klasycznym black metalem z drobnymi, acz zauważalnymi wpływami thrashmetalowej stylistyki, co reprezentują przykładowo porywające riffy będące ozdobą "My Loudest Scream of Hate". Na dokładkę otrzymujemy jeszcze cover MYSTICUM "Crypt of Fear", który tylko udowadnia, że AD HOMINEM potrafi zwolnić, wypracować odpowiedni klimat (tu pomaga klawiszowy prolog), czy w końcu odwzorować nawet tak bardzo chorą i lodowatą atmosferę, którą tworzą pozbawione ludzkiego pierwiastka wokalizy oraz hipnotyzujące, zapętlone gitary. Solidna i autentyczna produkcja - więcej nam takich trzeba, by wyplenić pseudogranie!
ocena: 7,5/10
www.adhominem.fr.st
www.avantgardemusic.com
autor: kaReL


APOSTASY - "Devilution"
(CD 2005 / Black Mark Records & Mystic Production)
Drugi album szwedzkich przedstawicieli symfonicznego black metalu. Słuchając takich płyt można odnieść wrażenie, że w rozdziale symfonicznego black metalu już nic ciekawego się nie wydarzy. Dlaczego?? A no choćby dlatego, że brakuje oryginalnych pomysłów, materiały się powielają, zespoły powtarzają, ścigając się jedynie w tym kto ma mroczniejszy wizerunek , a muzyka i tak wszędzie jak nie średnia. to "na jedno kopyto".
"Devilution" to, co tu dużo mówić, album-kopia DIMMU BORGIR. Właściwie to nie rozumiem jaki jest sens nagrywania płyt, które nic nie wnoszą do muzyki i są jedynie gorszą kopią muzyki tworzonej przez inną kapelę. Niestety tak jest, że jeśli można zarobić, to po co się wysilać, można naśladować, a nuż się spodoba.
Płyta nagrana przez APOSTASY zawiera osiem kawałków, jak już wiadomo, utrzymanych w symfoniczno-black'owym stylu. Jest charczący wokal a'la Shagrath (DIMMU BORGIR), jest symfonia, wiodące prym gitary. Tylko w tym wszystkim brak jakiejś świeżej krwi, energii. Czyli nic nowego, tylko powielanie. Może APOSTASY kieruje się w stronę naprawdę młodych ludzi, którzy dopiero co zaczynają swoją przygodę z taką muzyką, którzy właśnie twórczość APOSTASY będą uważać za kwintesencję symfonicznego black metalu. Ciekawe jaka byłaby moja reakcja gdybym nigdy wcześniej nie słyszała DIMMU BORGIR, czy płyta by się spodobała?... nie wiem.
ocena: 5/10
www.blackmark.net
autor: Trinity


ARAFEL - "The Second Strike: Through the Flame of the Ages"
(CD 2005 / SPG Releases)
Obserwuję uważnie ten izraelsko-rosyjski zespół od debiutanckiego długograja "The Way of Defender", wydanego przed ponad dwoma laty. Już wtedy ARAFEL pokazał, że bazując na dokonaniach innych (w tym przypadku naszej krajowej LUX OCCULTA oraz Norwegów z EMPEROR) można stworzyć coś w miarę oryginalnego i świeżego. Dodając do bliższej black metalowi muzie elementy ludowe w moim umownym rankingu zespołów tego typu zajęli poczesne miejsce i niecierpliwie czekałem na kolejny ruch z ich strony. Tak też się stało i po jakimś czasie dotarło do mnie promo zapowiadające następny album, a teraz mogę to już skonfrontować z wersją ostateczną i poszerzoną o zupełnie nowe kawałki, których na demo nie było. I ponownie, tak jak "The Way of Defender" ARAFEL eksploruje rejony agresywnego, ale nie pozbawionego elementów melancholii i folkloru black metalu. W stosunku do poprzedniej propozycji, Felius, Leshii, D. Varfolomeyev oraz sesyjny wokalista Miron z TVANGESTE, na pewno przyspieszyli, dodali też trochę smaczków kojarzących się z death czy death/black metalem (pewne nawiązania do BEHEMOTH), ale w dalszym ciągu jest w tej muzie klimat i przestrzeń. Tej ostatniej byłoby pewnie więcej gdyby nie to, że muzycy kurczowo trzymają się nagrywania z producentem w postaci Szymona Czecha, który obecnie preferuje jednak pracę z zespołami z deathmetalowego oraz grind'owego kręgu i produkcji drugiego albumu ARAFEL brakuje jednak trochę do takiego cacka jak "My Guardian Anger" LUX OCCULTA (za konsolą przy nagrywaniu siedział również Szymon Czech - wówczas jeszcze pracownik Selani Studio). Brzmienie straciło przez to na klarowności i momentami wszystkie ciekawe detale zlewają się w nieczytelną ścianę dźwięku. Na szczęście wprawne ucho wyłapie na "Through the Flame of the Ages" smaczki w postaci ciekawych partii skrzypiec (zagrała na nich gościnnie Monika Beszczyńska), fletów i gitar, bo w końcu to te ostatnie decydują o ostatecznym kształcie poszczególnych utworów. Dobrą robotę wykonał też wspomniany już wokalista Miron, który poradził sobie z różnego rodzaju wokalizami (przeważają jednak te blackmetalowe skrzeki) i artykułowaniem tekstów napisanych zarówno w języku Szekspira, jak i Gorkiego. Na koniec jeszcze mój podziw dla tego, że ARAFEL'owi udało się zbudować długie numery (najdłuższy, "The Saga of the Vengeance", trwa 11 minut), w których dzieje się jednak na tyle sporo, aby nie znudzić się nimi nawet po kilku przesłuchaniach. Oj, rośnie pomału konkurencja dla NOKTURNAL MORTUM... I tylko szkoda, że jak dotąd ten krążek jest w Polsce praktycznie niezdobywalny :(.
ocena: 8/10
www.spg-releases.com
www.arafel-band.com
info@spg-releases.com
autor: Diovis


AMORAL - "Decrowning"
(CD 2005 / Spikefarm Records & Mystic Production)
Kolejni mało znani Finowie w natarciu! AMORAL działa według różnych źródeł od 1997 lub 2000 roku, a panowie zaczynali od grania thrash metalu. Przez skład przewinął się znany między innymi z MOONSORROW Ville Sorvali, a "Decrowning" to drugi pełny album kapeli. Jako że od thrash'u skierowali się z czasem ku bardziej deathmetalowym dźwiękom, tak też faktycznie omawiany krążek wypełniają brzmienia bardziej agresywne, choć nie pozbawione specyficznej skandynawskiej melodyki, a i akcentów thrashmetalowych na nim nie brakuje. Już sam początek, czyli dość długi instrumentalny fragment "Showdown" może się nieco kojarzyć z dokonaniami grup kreujących przez kilkunastoma laty tak zwany "Bay Area Sound". Szczególnie TESTAMENT nasuwa się na myśl, gdy przesłuchuję "Decrowning". Mocne riffy, growlujący wokalista i sporo smaczków w części aranżacyjnej. Na uwagę zasługuje pełen zwrotów akcji numer tytułowy, w którym muzycy stawiają na szarpane riffy i sporo ciekawie wplecionych przyspieszeniem na przemian z melodyjnymi motywami. Dość podobnie zagrane utwory mogą z czasem nieco nużyć, choć trzeba przyznać, że na całe szczęście muzycy starają się trochę kombinować i motoryczna całość albumu może się spodobać fanom nieco lżejszych odmian death metalu, jak również thrash czy rasowego heavy metalu. Zwłaszcza solówki z każdym kolejnym utworem "zakręcają" coraz bardziej brzmienie, co wprowadza taki specyficzny posmak progresji w muzie tylko z pozoru prostej i nie zawikłanej. No i na całe szczęście AMORAL nie łagodzi granej przez siebie muzyki klawiszami i samplami, bo tych najzwyczajniej tu nie znajdziecie. Jedyne łagodne momenty tutaj to krótki, instrumentalny i zagrany na gitarach akustycznych "Warp" oraz kilka fragmentów w zamykającym całość "Bleeder". Może "Decrowning" nie jest jakąś rewelacją, ale słucha się tej płyty z przyjemnością, gdyż nigdy za wiele typowego gitarowego grania.
ocena: 6,5/10
www.spikefarm.fi
autor: Diovis


ANNIHILATOR - "Schizo Deluxe"
(CD 2005 / AFM Records)
Tych różnych "wielkich" powrotów thrash'owych gigantów narobiło się nam w ciągu ostatnich kilku lat całe mnóstwo. A że było z tym różnie, sami wiecie dobrze... Może akurat nie należy mówić o comebacku w przypadku kanadyjskiego ANNIHILATOR, bo w dość różnych odstępach czasu dostarczali swoim fanom kolejne wydawnictwa, ale ich poziom był - co tu wiele mówić - bardzo nierówny. Pewnie jedną z przyczyn były częste zmiany składu, bo lider i naczelny gitarnik, Jeff Waters, nie należy do osób łatwych we współpracy, a i kolesiów dobierał sobie - po raz kolejny powtórzę to słowo - różnych. Wygląda jednak, że wraz z nowym albumem pt. "Schizo Deluxe" ANNIHILATOR wrócił do wysokiej formy. Już pierwszy na płycie "Maximum Satan" to mocny, oparty na zdecydowanych gitarowych riffach numer i o ile jest on utrzymany w średnio-szybkim tempie, to następny, "Drive", to prawdziwa tytułowa "jazda". Szybko nabijany rytm, wczesno-metallicowskie riffy, potężny wokala Jeffa Paddena i charakterystyczne dla Watersa gitarowe zagrywki. W tym momencie już prawie na 100 procent byłem przekonany, że żadnego gluta tym razem Kanadyjczycy nie zaserwowali. I tak też można mówić o każdym z dziesięciu umieszczonych na płycie kawałków. Są pewne nawiązania do kapitalnego debiutu ANNIHILATOR "Alison Hell", są utwory szybsze i te bardziej ciężkie, są drobne akustyczne wtręty, w każdym z kawałków roi się od gitarowych solówek, sekcja rytmiczna (partie basu nagrał sam Waters) stara się jak może, by budować fundament dla ciekawych aranżacji w partiach wokalu i gitar, ciekawie potraktowano też użyte na początku części numerów sample podkreślające często tematykę tekstu. Tu i ówdzie można mieć wrażenie, że ANNIHILATOR wyrósł z tych samych korzeni (muzycznie), co TESTAMENT, MEGADETH i METALLICA. I o ile te dwie ostatnie kapele później podążyły innymi drogami, to cieszy fakt, że ta jakby mniej doceniana formacja z Kanady wciąż stara się nawiązywać do najlepszych kanonów thrashmetalowego grania, a przy tym słychać, że jest na swój sposób oryginalna. Na koniec wielkie "fuck you" do wydawcy, bo w każdym numerze na promocyjnej wersji zamieścił gadkę Jeffa Watersa o tym, że właśnie słucham tej, a nie innej płyty. Szlag trafia, gdy właśnie zapowiada się świetne solo, a tu wyskakuje jak diabeł z pudełka kilkunastosekundowa (do tego ta sama) wypowiedź lidera ANNIHILATOR...
ocena: 8/10
www.afm-records.de
autor: Diovis


APOSTHATE - "First Born Evil"
(CD 2005 / TAF Production & Necrotorture Promotion Agency)
Zawiodłem się srodze na tym albumie. Już nie tylko na tych, którzy go stworzyli, ale również i na tych, co dopuścili do jego 'zwodowania' i wypłynięcia na szersze wody. Albo ktoś tam był kompletnie głuchy, albo miał zbyt wysokie mniemanie o swoich możliwościach, że puścił w obieg takiego gniota. Szkoda funduszy na tę kolorową okładkę i tłoczony CD - jak dla mnie kasa wyrzucona została w błoto, bo tego co znajduje się na srebrnym krążku nie da się słuchać. A szkoda, gdyż to co udało mi się wyłapać pośród miliarda szumów i trzasków i im podobnych zbędnych ozdobników wypluwanych przez membrany głośników całkiem nieźle o Włochach świadczy. W naszym kraju mogliby zrobić furorę z tym swoim bluźnierczym, horrendalnie naspeedowanym death/black metalem. Siedem krótkich, bezceremonialnych rzygnięć daje ostro po dupie, jednak oprócz nagłych zmian tempa dyktowanych naprzemiennie przez gitarzystów i perkusistę nie idzie w stanie nic więcej rozszyfrować. Ktoś zwyczajnie odwalił niezłą fuszerkę rejestrując te kawałki, bo brzmienie mają fatalne i dość jednoznacznie rzutujące na ocenę, jaką im postanowiłem wystawić. Sorry, ale odrobina szacunku jeszcze nikomu nie zaszkodziła, więc nie rozumiem, dlaczego ten cd znalazł się u mnie na półce - ja nie mam zamiaru się męczyć słuchając tego gówna, nawet jeżeli ma ono jakąś tam wartość muzyczną. Pomimo tego, w tym okropnym i praktycznie niezrozumiałym zgiełku można rozpoznać pewne pozytywne akcenty (nośny blasting, thrashowa rytmika, porywające sola), ale osobiście zadaję sobie pytanie: czy warto? Chyba jednak szkoda naszego zdrowia (czytaj: słuchu) i nerwów, bowiem słuchanie "First Born Evil" ubranego w tak paskudne jakościowo fatałaszki jest jak przedzieranie się przez kłujące zarośla - wyłącznie dla masochistów!!!
ocena: 3/10
aposthate@email.it
www.thyanthemfades/aposthate
autor: kaReL


ANOREXIA NERVOSA - "Redemption Process"
(CD 2005 / Listenable Records & Mystic Production)
"Redemption Process" to cios dla tych, którzy uważali ANOREXIA NERVOSA za gorszy klon DIMMU BORGIR. Tak więc Francuzi nie dają za wygraną i swoją nową, trzecią już płytą powalają wszystkich swoich przeciwników. Na "Redemption Process" mamy do czynienia z prawdziwym szybkim, symfonicznym black metalem. Muzyka, niczym huragan przewala się przez wnętrze słuchacza, pozostawiając przyjemne odczucia, może początkowo nie zrozumiałe, ale kolejnym razem już doskonale pojęte. Każdy utwór zaskakuje potężną siłą, symfoniczne smaczki takie jak partie instrumentów dętych, budują wzniosłą atmosferę, powodują niekiedy dość solidne dreszcze. Płyta nie może się znudzić, co jest jej wielkim atutem! Za każdym razem słuchając jej można odkryć coś nowego. Mnogość dźwięków, melodii, zróżnicowane tempa, wszystkie te elementy w połączeniu ze schizofrenicznymi wrzaskami Hredmarra i potęgą orkiestry, tworzą naprawdę kunsztowne dzieło, które wynosi zespół ponad przeciętność. Jeśli kolejny album będzie jeszcze lepszy, to szykuje się mała rewolucja na scenie blackmetalowej :) Co tu więcej dodać? Zachęcam do przesłuchania, myślę, że każdy maniak symfonicznych, metalowych klimatów przeżyje niezłą muzyczną, hmm... ekstazę.
ocena: 10/10
www.listenable.net
autor: Trinity

- A   [1  2   3   4   5   6    7] -