| 9 | A | B | C | D | E | F | G | H | I | J | K | L | M | N | O | P | Q | R | S | T | U | V | W | X | Y | Z
INDEX

- A   [1  2   3   4   5   6    7] -   


ARATHYR - "Mourning Voices"
(Demo-CD 2006)
Jest to drugi materiał warszawiaków, jaki wpadł mi w ręce. Pierwsza płytka doszła doszczętnie zdewastowana przez jakiegoś fizola na poczcie, który tak skutecznie zapierdzielił datownikiem, że z koperty wysypały się tylko kawałki plastiku. Na szczęście kapela wysłała drugi egzemplarz do redakcji i w końcu mogę posłuchać. Materiał nagrano wcześniej niż "Path of Abomination", który to - nie powiem - przypadł mi do gustu. Kapela jednak chce, aby te dwa numery traktować jako najnowsze. Rzeczywiście mamy tu do czynienia z nieco innym obliczem zespołu. Pierwsze, co rzuciło mi się w uszy, to krok w kierunku dokonań DARK FUNERAL, czyli szybko, melodyjnie, z łatwo wpadającymi w ucho liniami melodycznymi wokalu. Szczególnie słychać te naleciałości w drugim utworze "Heritage of the Damned". Ostra sieczka od samego początku przechodząca w średnie tempo i gitary rodem z "The Secrets?" Szwedów. W sumie nie jest to wielkim minusem, bowiem zawsze w muzyce znajdą się jakieś wpływy. Kapel grających w ten sposób jakoś niewiele w tym kraju. Zastanawia mnie jednak fakt, jaką drogę obierze ARATHYR w przyszłości. Dwa materiały, nieco inne, w dodatku wcześniejszy ma być traktowany jako najnowszy? może czas się w końcu zdecydować, w którą stronę pójść. Takie skakanie niczego dobrego nie wróży, pomimo tego, że kapela osiągnęła swój nawet niezły poziom. Pozostaje zatem czekać na trzecie podejście, które mam nadzieję w pełni pokaże potencjał drzemiący w tym zespole.
ocena: 7/10
www.arathyr.pl
autor: sThor


ARCTIC CIRCLE - "Forcing the Astral"
(CD 2006 / Profound Lore Records & Foreshadow Productions)
Kanada? wiadomo z kim kojarzy się na metalowej mapie świata. Niestety nie wszystko, co pochodzi z kraju klonowego liścia musi być kultowe hehe. Niestety ARCTIC CIRCLE nie będzie należał do moich faworytów. Zespół podobno gra black / thrash metal. Nie wiem gdzie i jak, ale ja na pewno nie słyszę w ich muzyce niczego sensownego. Odpaliłem płytę i słyszę jeden wielki łomot. Beznadziejna produkcja, nieciekawe patenty, beznadziejna nawet okładka. Ciężko napisać coś sensownego o takiej "perełce". Nuda i nic się nie dzieje. Walenie w werbel dla samego walenia? niby jakieś klimatyczna zagrywka jak w numerze czwartym, zresztą najlepszym na tej płycie i na tym się kończy. Nuda, nuda i jeszcze raz nuda. To tyle. Oby jak najmniej takich płyt w tym roku.
ocena: 3/10
www.profoundlorerecords.com
autor: sThor


ABUSED MAJESTY - "Crusade For Immortality"
(Promo-CD 2006)
Chodziły słuchy, że ABUSED MAJESTY dokonało żywota, a muzycy postanowili skupić się wyłącznie na grze w bardziej renomowanym HERMH. Tymczasem, po kilku przetasowaniach w składzie i przerwie w działalności, białostocka formacja powróciła, a dowodem na to jest promocyjny materiał o tytule "Crusade For Immortality". Przemeblowania w składzie da się odczuć, bo ze starej ekipy pozostali jedynie basista i wokalista Hal oraz bębniarz Icanraz, a pozostałymi muzykami u popularnych "Arbuzów" są już wyłącznie nowe twarze: gitarzysta Rob-D (CINIS), klawiszowiec Vac-V (CRIONICS) oraz drugi "wioślarz" Yanuary (CRIONICS). Ten ostatni nie brał jednak udziału w sesji nagraniowej tego promo. Już przy pierwszym odsłuchu brakuje trochę tych różnorodnych, tworzonych przez trzech muzyków ABUSED MAJESTY wokali, choć Hal stara się jak może, by ten niedostatek pokryć. Reszta na pozór pozostała bez zmian, bo promo-CD, będące kontynuacją debiutanckiego albumu "Serpenthrone", nie mogło się objawić w postaci radykalnych zmian w muzyce. Dlatego zmiany są raczej kosmetyczne i poza wokalną stroną tego stuffu białostoczanie nadal kierują się w stronę symfo-black metalu z silniejszymi może niż wcześniej akcentami deathmetalowymi. Tych ostatnich pozbawiony jest jedynie cover SATYRICON "The Night of the Triumphator", ale nie mogło być inaczej, bo ABUSED MAJESTY starało się odegrać ten kawałek dość wiernie trzymając się wersji oryginalnej. Muzycy pozwolili sobie jednak na pomysłowe wtrącenie w końcówce fragmentu "Mother North". A co do autorskich numerów, to należy je na razie traktować li tylko jako zajawkę nowego pełnowymiarowego materiału. Bo słychać, że jeszcze nie do końca to wszystko brzmi jak powinno, choć udało się muzykom osiągnąć pewną taką głębię soundu i zbalansować ciężkie gitary z melodyjnymi klawiszami. Drażnią może jedynie zbyt wysunięte stopy i mimo wszystko radziłbym też, by rozwiązać kwestię wokali, bo na razie trudno się przyzwyczaić do tego, że w składzie jest w tej chwili tylko jeden krzykacz. Nie pozostaje więc nic innego, jak czekać na duży materiał "Arbuzów", który zweryfikuje ich wartość. Na pewno powinien on pobić bardzo dobry album, jakim był "Serpenthrone", co będzie rzeczą niełatwą, ale być może się mylę, hę?...
ocena: 7/10
www.abused-majesty.pl
abusedmajesty@wp.pl
autor: Diovis


AS WE FIGHT - "Midnight Tornado"
(CD 2006 / Dockyard 1 & Mystic Production)
"Już jest! Drugi album duńskiego AS WE FIGHT... powracają ze świeżym i odmiennym albumem zawierającym metalowe riffy i rock'n'rollową jazdę!". W ten oto sposób wydawca zachęca do zapoznania się z muzyką na "Midnight Tornado". Jak myślicie, można zaufać cytowanemu przeze mnie twierdzeniu? Czy rzeczywiście nowy krążek AS WE FIGHT poraża świeżością? Nic podobnego! Nie znajduję w muzyce Duńczyków nic, czego nie poznałbym podczas mojej dotychczasowej edukacji muzycznej. Mogę się zgodzić, że na płycie znalazły się metalowe riffy i rock'n'rollowy filing. Ten konglomerat znakomicie zrealizował w przeszłości THE CROWN, więc o żadnym nowatorstwie nie ma co mówić. Na "Midnight Tornado" obecne są również neotrashowe wypierdy a la THE HAUNTED. Do wskazanych elementów dorzućcie jeszcze hard core'owe wokalizy i co wtedy otrzymamy? A jakże, metal core pełną gębą! Co prawda więcej w muzyce AS WE FIGHT metalu niż core'a, jednak przynależność do tej hybrydowej konwencji jest dobrze słyszalna. Muzycznie, brzmieniowo i produkcyjnie jest bez zarzutu. Mając na względzie estetykę w jakiej porusza się zespół można rzec, że jest zawodowo. Entuzjaści łączenia wspomnianych gatunków łykną ten stuff jak zimnego browarka w upalny dzień. Moje łaknienie na tego typu dźwięki znakomicie zaspokaja muza z "jedynki" SOILWORK. AS WE FIGHT postrzegam jako jeden z ciekawszych objawień sceny metalcore'owej. Ich wartość, jak i wszystkich zespołów tego nurtu zweryfikuje czas. Wszak kiedyś ssanie na taka muzę ustanie, a na placu boju pozostaną najlepsi...
ocena: 6/10
www.aswefight.com
www.dockyard1.com
www.mystic.com.pl
autor: Warzych


ASTROFAES - "The Attrattion: Heavens And Earth"
(CD 2006 / Battlelord Productions)
Najnowsza płyta charkowskiej formacji ASTROFAES przynosi z sobą pewną subtelną zmianę stylistyki brzmienia zespołu. Dotychczasowe wolne i ciężkie brzmienie typowego black metalu przeszło subtelnie i bezboleśnie w bardziej dopracowane i klarowniejsze brzmienie oparte na metalowej symfoniczności. Jest to na pewno wynik naturalnego rozwoju zespołu, brzmienie "The Attrattion..." to na swój sposób wypadkowa surowego blacku i metalu symfonicznego, dodam, że bardzo ciekawa to kompilacja. Wokalizy utrzymane są w starym, typowo blackowym stylu (choć uzupełniane śpiewem zwykłym, np. w drugim utworze "The Unity (Space of Unconsciousness)"), ale muzyka to skomplikowane i rozbudowane utwory, które po pierwsze stanowią swoisty monolit, a po drugie wymykają się jednoznacznej klasyfikacji. Muzyka ASTROFAES to pewna przestrzeń, skojarzenia z kosmosem i jego ogromem są jak najbardziej prawidłowe (patrz okładka). Bliżej stąd już do np. "Nocy na Łysej Górze" (oczywiście w wersji metalowej) niż do garażowych paru riffów na krzyż. Dużo dobrego do brzmienia wniosły partie klawiszowe, które wspaniale wkomponowane są w gitarowe riffy i znakomicie pracującą perkusję. Nie dziwią też częste zmiany tempa i nastrojów, które podkreślają wrażenie niesamowitości i ogromu. Co ważne, blackowe wokalizy są tu schowane w tle, nie atakują uszu, a stanowią jakby jeszcze jeden instrument, momentami schodzą w tło pozwalając mówić muzyce. "The Attrattion: Heavens And Earth" to sześć metalowych hymnów - różnych od siebie, ale w całościowym spojrzeniu stanowiących nierozerwalną całość. W czwartym, "Omnis Fortasse Moriar", zespół na chwilę powraca do swych muzycznych korzeni kładąc nacisk na brzmienie blackowe, choć oczywiście z pięknymi klawiszowymi elementami. W "Darkness (Maid of Midnight)" pojawiają się także motywy ludowe. Do płyty w ramach bonusu dołączone jest video utworu "The Eyes of the Beast". Kończące płytę "Ad Infinitum" odbiega od całości, jest swoistym epilogiem muzycznym i nawiązuje nieco do legendy tego typu muzyki - do nieżyjącego już szwedzkiego BATHORY.
Podsumowując - ASTROFAES przeszli podobną ewolucję stylu jak inny charkowski wykonawca tego nurtu - MUNRUTHEL czy też polskie HELLVETO. Nie ukrywam, że mnie miło zaskoczyli, a na pewno nowa płyta ASTROFAES skierowana jest do tych, którzy od black metalu oczekują więcej niż tylko szybkości i sfuzzowanych gitar. Warto dodać, że i okładka płyty, choć wydana bardzo oszczędnie, to podkreśla charakter płyty i, podobnie jak u wspominanego Munruthela nastąpiło odejście od typowo blackowej czerni/bieli.
ocena: 8/10
autor: V.Ziutek


AGRO - "Ritual 6"
(CD 2006 / Armageddon Music & Mystic Production)
Jak często zdarzyło się wam do tej pory obcować z kapelami pochodzącymi z Czarnego Lądu? Myślę, że wyliczenie choćby kilku nazw afrykańskich bandów będzie prawie niemożliwe, a już na pewno sprawi praktycznie każdemu trudności, ale nic dziwnego - tradycji metalowych nie ma tam żadnych. Dlatego byłem ciekaw cóż to za AGRO pochodzące z RPA. Pomijając już "rolniczą" nazwę nie wypadli sroce spod ogona, bo za sobą mają już pięć albumów, a "Ritual 6", zgodnie z podpowiedzią w tytule, jest szóstym. Nie będę ściemniał, że zetknąłem się z ich muzą, bo tak nie jest. I pragnę wam rzec, że AGRO tworzą naprawdę sprawni instrumentaliści, którzy gdyby pochodzili z któregoś z europejskich krajów, może nie zawojowaliby list przebojów i nie dołączyli do stadka dojnych krów Nuclear Blast czy innego Century Media, ale potrafiliby dostarczyć solidny kawał melodyjnego metalu. Na "Ritual 6" pobrzmiewają echa wygładzonego i mniej drapieżnego FEAR FACTORY, ostrzejszej wersji SAVATAGE, chwilami miałem też skojarzenia z naszym krajowym AION lub duńskim MERCENARY. Ot, taki dość "poprawny politycznie" metal z klawiszami - zgrabnie zagrany, ładnie brzmiący, z nietrudnymi do zapamiętania refrenami i inspirowanymi klasyką solówkami gitarowymi. Niemcom się to pewnie spodoba. Mnie po którymś kawałków zaczęło to granie nużyć i zdaje się, że Armageddon Music postanowiło zainteresować się AGRO głównie ze względu na egzotykę pochodzenia zespołu, choć może się mylę? Nie wiem też, jaki sens miało umieszczenie czarnoskórego szamana na okładce, bo w żaden sposób nie wiąże się to ani z muzyką, ani z samym klimatem płyty. AGRO to nie południowoafrykański odpowiednik SEPULTURY, a jak najbardziej uniwersalnie grający band na niezłym poziomie. Po prostu.
ocena: 4,5/10
www.armageddonmusic.de
www.agro-metal.com
autor: Diovis


ALLFADER - "At Least We Will Die Together"
(CD 2006 / Osmose Productions & Mystic Production)
Nowa, świeża krew w szeregach Francuzów. Tym razem padło na norweski ALLFADER. Kapela szczerze mówiąc kompletnie mi nieznana. Podobno kiedyś grała bardziej w klimatach black, ale obecnie nie ma z tym nurtem nic wspólnego. Debiutancka płyta zawiera bowiem 53 minuty rasowego death metalu. Oczywiście słychać sporo różnych wpływów, jak chociażby lekko szwedzkie brzmienie, a raczej charakterystyczny dla tamtejszej sceny "brud" w brzmieniu. Zespół prezentuje spore zróżnicowanie, jeśli chodzi o tempa. Potrafią nieźle przyładować, a także ciekawie zwolnić, bez popadania w skrajna nudę, czy bezsensowna młóckę. Wokale nie wybiegają ponad przeciętną, aczkolwiek potrafią momentami dość miło połechtać narząd słuchu czystym śpiewem. Właśnie numer z tymi popisami wokalnymi najbardziej zapada w głowie po wysłuchaniu całego materiału. Generalnie cała płyta właśnie taka jest. Niby dobra, rzetelna robota, ale z drugiej strony bez zachwytu, po prostu solidnie odstawione rzemiosło. Fanatykom death metalu, ale tego bardziej melodyjnego, wręcz "lightowego" pewnie się spodoba. Maniacy KRISIUN wypróżnią co najwyżej pęcherz podczas słuchania w przerwie pomiędzy kolejnymi browarami. Czas pokaże, jakie będą dalsze losy tej kapeli. Dla mnie to wszystko trochę za miłe dla ucha, takie cukierkowe.
ocena: 7/10
www.allfader.cjb.net
www.osmoseproductions.com
autor: sThor


ARATHYR - "Path of Abomination"
(Demo-CD 2006)
ARATHYR usłyszałem po raz pierwszy jakoś tak wiosną tego roku, kiedy to podesłali dwa z powstałych nieco wcześniej utworów wchodzących w skład pełnego materiału "Mourning Voices". Brzmiało to bardzo "po skandynawsku", a wyczuwalne silnie wpływy to IMMORTAL, DARK FUNERAL i wcześniejszy EMPEROR. Mocnym punktem tych utworów były partie perkusji i niezłe opanowanie pozostałych instrumentów. To samo tyczy się demówki zatytułowanej "Path of Abomination", która dotarła do mnie jesienią tego roku. Wedle słów muzyków, to trzy numery skomponowane na samym początku działalności ARATHYR w pierwszej połowie 2004 roku, tuż przed zawieszeniem działalności na czas jakiś, a ponieważ nie pamiętam już jakie utwory znalazły się na wspomnianym na samym początku recenzji materiale, tak też podejdę do nich jak do oddzielnego wydawnictwa. Zaskakująca jest różnorodność tych kawałków, bo obok "Dark Funeralowskiego" "Voice From Profanated Grave" jest też utrzymany w raczej średnio-szybkich tempach "Rotting Whore", w którym odzywają się echa tak odmiennych stylistycznie kapel jak BOLT THROWER, MARDUK, DARK FUNERAL i ROTTING CHRIST, ale nie brakuje też elementów bardziej melodyjnych i kilku thrash'owych riffów. Mieszanina wybuchowa i niezwykle ekspresyjnie podana, choć wokale mogłyby być nieco bardziej urozmaicone. Trzeci z numerów, "Revenge", to podobnie jak "Rotting Whore" black/deathmetalowa jazda, ale żeby nie wrzucać ARATHYR do żadnej z szufladek dodam, że w pewnym momencie wyskakuje niczym diabeł z pudełka iście heavymetalowa solówka gitarowa, a chwilami miałem też skojarzenia z CHRIST AGONY. Na koniec informacja, że w skład zespołu wchodzą muzycy znani z HATE, CHAOSPHERE i DAMNED. Podsumowując, ARATHYR to obiecująca formacja, która porusza się z gracją wśród różnych stylistyk metalowych i obok BLOODWRITTEN i może jeszcze MOLOCH LETALIS robi to w naszym kraju w taki, a nie inny sposób. Warto przypatrywać się kolejnym krokom tego warszawskiego bandu.
ocena: 7/10
www.arathyr.pl
arathyr@op.pl
autor: Diovis


ARKONA / BESATT / THIRST - "Holokaust Zniewolonych Mas" / "Diabolus Perfectus" / "Raise the Blasphemer"
(Split-CD 2006 / Alles Stenar)
Trzy czołowe blackmetalowe hordy z naszego kraju na jednym krążku. W sumie bardzo ciekawy pomysł, tym bardziej, że każda z nich obraca się od wielu już lat we własnym świecie i gra po swojemu. Split pokazuje ciekawe oblicza wszystkich tych kapel, bo obok utworów typowych dla nich można usłyszeć kilka ciekawostek. ARKONA dla przykładu zaskakuje swoją wersją "Opętanego Bluźniercy" BESATT, który brzmi bardzo "arkonowsko", a kilka dźwięków klawiszy tu i ówdzie tylko wzbogaca ten dość surowy w formie numer. Również "Holokaust Zniewolonych Mas" to rodzaj rzadko tworzonego przez ARKONĘ utworu: nasycony akcentami militarystycznymi, chwilami wręcz industrialny... Trzeci z kawałków to remiks "Gdzie Bogowie Są Jak Bracia i Siostry", znanego z CD "Konstelacja Lodu". Niewiele różniący się co prawda od oryginału, ale jakby masywniej brzmiący.
BESATT może nie tyle zaskakuje, co postanowił nagrać nieco agresywniej brzmiące numery ze swojego repertuaru. Są to po kolei: "Revelation", "Ave Master Lucifer" (istny hymn tej śląskiej hordy) oraz "The Kingdom of Hatred". Fani BESATT będą na pewno zadowoleni, a ci, dla których jest / będzie to pierwsze z nimi spotkanie, mogą zainteresować się twórczością tej zasłużonej formacji.
No i na koniec jest jeszcze trzyutworowa prezentacja w miarę świeżych dokonań THIRST. Każdy z utworów powstał w 2004 roku i ukazuje, że wracająca po latach kapela jest silnym krajowym reprezentantem grania w norweskim stylu sprzed prawie dekady. Może nie do końca słusznie określa się tę grupę jako polską odpowiedź na EMPEROR, ale coś w tym jest. Masywne partie klawiszy, rzężące gitary i wokal umiejscowiony nieco bardziej w tle przypominają zespół Ihsahna i Samotha z okresu choćby "Anthems To the Welkin At Dusk" lub nawet wcześniejszego.
Niespodzianką może być cover BATHORY "Raise the Dead", bo brzmi bardziej surowo od oryginalnej wersji, ale oddaje przy tym ducha czasu, w jakim powstał. Generalnie ciekawy split utwierdzający w przekonaniu, że ARKONA, BESATT i THIRST trzymają się wysoko w rankingu najlepszych kapel BM w naszym kraju.
ocena: 8/10 (Arkona), 7/10 (Besatt), 7,5/10 (Thirst)
www.allesstenar.za.pl
autor: Diovis


AUTOPSY - "Dark Crusades"
(DVD 2006 / Peaceville Records)
Aaaaale nam niespodziankę przygotowało Peaceville w tym roku. Plapa rozciągnęła mi się od ucha do ucha, kiedy wziąłem w łapy to wydawnictwo :) Czy ktoś spodziewa się, ze zobaczy koncert nagrany kilkunastoma kamerami i dodatkowo opatrzony dźwiękiem w systemie dolby surround??? Pewnie, że nie... przecież w czasach AUTOPSY takich bajerów nikt nie znał. I bardzo dobrze, bo materiały takie jak ten mają swój niepowtarzalny charakter. Na "Dark Crusades" składają się dwa krążki, na których znalazła się pokaźna kolekcja amatorskich nagrań, dokumentujących historię AUTOPSY. Od razu zaznaczę, że jakość tych nagrań wbrew pozorom wcale nie jest fatalna, więc można dużo zobaczyć i usłyszeć. Na dysku pierwszym umieszczono nagrania z próby, zarejestrowane w kwietniu 1988 roku w domu ówczesnego basisty grupy Kena Sorvari. Rejestracji dokonano ponoć całkiem przypadkowo... Już to pierwsze nagranie ukazuje nam duży potencjał zespołu. Na dysku pierwszym zobaczycie również koncert, który odbył się w Los Angeles (Hong Kong Cafe) dnia 12 czerwca 1993 roku. Na drugim cede zamieszczono: dwa koncerty z San Francisco, z 13.06.1993 r. oraz 29.07.1994 r., materiał ekstra w postaci ujęć z trasy koncertowej po USA, na którym można zobaczyć urodziny Erica Cutlera (gitara, wokal), obejrzeć wnętrze busa, którym podróżowali po Stanach, martwego kota, ładny wodospad, różne praktyki zielarskie i inne, a także kower TERRORIZER ("Corporation Pull-In") z koncertu w Holandii z 1990 r., oraz fragment koncertu zagranego w pianie piwa z udziałem publiki.... istne szaleństwo :) Każdy szanujący się fan śmierć metalu powinien zaopatrzyć się w to DVD, że o fanach AUTOPSY nie wspomnę. Po obejrzeniu "Dark Crusades" moja tęsknota za tym wielkim bandem stała się jeszcze większa. Warto wydać złocisze za te dwie godziny i dwadzieścia minut filmów dokumentalnych o legendzie amerykańskiego death metalu. Klimat tamtych lat, pełen spontan, życie ludzi oddanych scenie - to wszystko tu jest. Is all about... is all about... jak mawiają jankesi.
ocena:
www.peaceville.com
http://mysite.wanadoo-members.co.uk/autopsy/index.html
autor: Warzych


AXEGRINDER - "Rise of the Serpent Men"
(CD 2006 (re-edycja) / Peaceville Records)
Łezka kręci się w oku, gdy słucha się dźwięków z przeszłości. Nieco zapomnianych, zakurzonych, ale wciąż oddziaływujących na wyobraźnię. Tym bardziej, gdy wiążą się z tym wspomnienia cotygodniowych wędrówek do stoiska z kasetami firmy Baron, MG lub Takt i odkrywanie kolejnych nieznanych zespołów oraz wydawnictw. Z AXEGRINDER i ich jedyną dużą płytą "Rise of the Serpent Men" kojarzy mi się zaskoczenie podczas odsłuchiwania taśmy posiadającej tylko okładkę i tytuły utworów, hen, 17 lat temu. Bo ta angielska ekipa nie przypominała właściwie żadnej z innych działających ówcześnie kapel. Pamiętam, że wtedy określałem tę muzę jako "coś w rodzaju BATHORY". Ten potężny bas, proste gitarowe solówki, wokal... Tak to wyglądało w 1989 roku i do dziś dnia to skojarzenie mi towarzyszy przy słuchaniu AXEGRINDER. Dopiero dużo później dowiedziałem się, że grupa zaczynała od grania crust-punka, czego na "Rise of the Serpent Men" kompletnie nie słychać. Może jeszcze prostota dźwięków i pewne brzmieniowe "brudy" mogą to sugerować, ale już swoista epickość, fragmenty zagrane na organach i pianinie to zupełnie inna bajka. Mimo wszystko AXEGRINDER przeszedł do historii jako kapela z krwi i kości metalowa. Ci, którzy nigdy nie słyszeli (o) tej formacji, a lubią granie w średnich tempach z wykrzykiwanymi refrenami i smaczkami, które w latach 80-ych były prawdziwą rzadkością, powinni się zapoznać z tą płytą, tym bardziej, że wzbogacono ją o cztery bonusowe nagrania. Co prawda powstały one ciut później, już pod nazwą WARTECH i z zawartością właściwego albumu nic nie mają wspólnego, to warto wiedzieć, że na demo muzycy odkryli, że mogą zagrać żywcem jak kultowy VOIVOD. Cztery rozbudowane numery brzmią prawie jak utwory Kanadyjczyków z okresu "Nothing Face". Może to i nic oryginalnego, ale okazuje się, że kopiści byli z nich nieźli ;) Dalsze losy WARTECH (a w konsekwencji też i AXEGRINDER) to zawieszenie działalności, a szkoda, bo ciekawe byłoby poznanie ich kolejnego wydawnictwa. Od jakiegoś czasu co prawda słychać o powrocie AXEGRINDER, ale póki co nie ma żadnych konkretów i pozostaje wsłuchanie się w "Rise of the Serpent Men", do czego usilnie namawiam!
ocena: -/10
www.peaceville.co.uk
autor: Diovis


AZAGHAL - "Luciferin Valo"
(CD 2006 / Avantgarde Music)
Przyznam się bez bicia, że każde kolejne wydawnictwo AZAGHAL nie wzbudza we mnie przyspieszenia bicia serca lub wypieków na policzkach. Ot, jedna z wielu kapel z Finlandii, a że jest wybitnie płodna (ilość splitów wręcz poraża!), to już inna sprawa. Mimo to, chociaż w zeszłym roku AZAGHAL'owi stuknęła dziesiątka lat działalności (na początku działali pod szyldem BELFEGOR, hehehe), to "Luciferin Valo" jest dopiero (hmm, dopiero?...) szóstym pełnym albumem, a drugim dla włoskiej Avantgarde Music. Dostrzegam, że z płyty na płytę muza Finów staje się coraz bardziej rock 'n rollowa i bliższa korzeniom ekstremalnego metalu. Podobnie dzieje się ostatnio z DARKTHRONE i grupką młodszych kapel w rodzaju omawianego gdzieś na naszej stronie OLD. Takie akcenty były słyszalne już na poprzednim longu "Codex Antitheus", ale na najnowszym tych naleciałości jest duuużo więcej. AZAGHAL gra co prawda specyficznie, wciąż oferując dużo Czarnego Metalu i takiego charakterystycznego stylu grania dla kapel z Suomi (tyczy się to melodyki), ale dużo tutaj nawiązań do wspomnianego już DARKTHRONE, a nawet do niemieckiego thrash metalu z lat 80-ych. Sporo riffów przypomina starego dobrego DESTRUCTION'a czy bardzo wczesnego KREATOR'a. Zresztą można pozazdrościć, że gro numerów z tej płyty jest zbudowanych na kilku riffach, niezbyt skomplikowanych biciach w perkusję (zmiany tempa da się jednak odczuć ;), mięsistym basie, lecz nie razi minimalizmem czy prostactwem. Trudno jednak po przesłuchaniu krążka przypomnieć sobie jakieś charakterystyczne motywy czy utwory. Mi pozostał w głowie pozornie monotonny i bardziej blackmetalowy "Olematon" (zaskoczeniem mogą być czyste wokalizy w paru miejscach), bardzo thrash'owy "Tuhoaja" i może jeszcze bardzo bujający "Black Terror Metal". To trochę mało na tak doświadczony band, choć nie odradzam zapoznania się z zawartością tej srebrnej blaszki.
ocena: 6/10
www.avantgardemusic.com
www.blackterrormetal.cjb.net
autor: Diovis


AZARATH - "Diabolic Impious Evil"
(CD 2006 / Pagan Records)
Czy po takich znakomitych płytach jak "Demon Seed" oraz "Infernal Blasting" spodziewał się ktoś, że nowy album będzie odstępstwem od tej reguły??? Jeżeli tak, to pragnę wyznać, że jego obawy były kompletnie bezzasadne!!! Dziś, po długich godzinach spędzonych z muzą AZARATH, stwierdzam wszem i wobec, że "Diabolic Impious Evil" jest najlepszym krążkiem tej znakomitej pomorskiej kapeli!!! Moje pierwsze odczucia po wysłuchaniu nowej płyty wcale nie wskazywały, że postawię taką tezę. Przed napisaniem tej recenzji postanowiłem poświęcić swój czas na odświeżenie zawartości poprzednich płyt. Dziś mogę powiedzieć z całą pewnością, że nowe dzieło AZARATH jest równie bezpośrednie jak debiut i tak samo masakrujące jak "Infernal Blasting". Na "Diabolic Impious Evil" zespół postąpił (na 100% bez jakiejkolwiek zimnej kalkulacji) wedle zasady złotego środka, wiążąc elementy charakterystyczne z poprzednich wydawnictw nicią muzycznej dojrzałości i kreatywności. Muzyka z tej płyty wybija zęby z taką samą skutecznością jak "Demon Seed" i niszczy słuchacza z taką samą siłą jak "Infernal Blasting", będąc jednocześnie wielowymiarową i bogatą w dźwięki. "Diabolic Impious Evil" jest płytą zróżnicowaną. AZARATH, potrafi mordować na różne sposoby, czego idealnym wyrazem jest nowa, niosąca śmierć płyta. Mam wrażenie, że dla przygotowania tego zabójczego stuffu użyto jeszcze większej ilości smoły niż to bywało w przeszłości... Jej woń czuć wyraźnie w powietrzu podczas obcowania z zawartością "Diabolic...". Największym dobrem naturalnym AZARATH jest jego kompozycyjny spontan, który odczuwam bardzo wyraźnie. Z taką łatwością, klasą i siarą tworzy już naprawdę niewiele zespołów. Za to im chwała, cześć i uwielbienie!!! Ekspansję ziem obcych czas zacząć Panowie!!! Jeżeli szukacie potwierdzenia dla powiedzenia: "Polacy nie gęsi, gitary mają i death metal zajebiście napierdalają", nie musicie daleko szukać. Wystarczy zakupić tę mega zajebistą płytę.
ocena: 9,69/10
www.azarath.tcz.pl
www.paganrecords.com.pl
autor: Warzych


A LOVE ENDS SUICIDE - "In the Disaster"
(CD 2006 / Metal Blade Records & Mystic Production)
A niech to! Kolejne odkrycie Metal Blade Records... A LOVE ENDS SUICIDE to według wydawcy połączenie "agresywnego hard'core'a oraz prawie Maiden'owskich partii gitar". W praktyce to kolejny nudny jak polskie sitcomy zespół, który w składzie ma pięciu krótkowłosych młodzieńców (głównie latynoskiego pochodzenia), a ci postanowili grać metal-core'a, by zdobyć popularność, a co najmniej pojechać sobie w kilka tras z podobnymi sobie bandami. Do Metal Blade dostali się dzięki muzykowi innego badziewia, które gra podobne dźwięki, czyli AS I LAY DYING. Nigdy nie zrozumiem fenomenu metal-core'a i całego zamieszania wobec niego, bo nawet pozornie schematyczny i ortodoksyjny odłam metalu jakim jest death jest bardziej progresywny i zróżnicowany. "In the Disaster" to 11 kawałków, które kompletnie się od siebie nie różnią. W każdym z nich gitary pykają parę oklepanych melodyjek w stylu starszego IN FLAMES, wokalista drze non-stop ryło, a jak już zaśpiewa, to jego głos brzmi jak "mało męskiego aniołka" ;) O pozostałych elementach nie ma co nawet wspominać, bo równie dobrze możecie wrzucić jakąkolwiek płytę KILLSWITCH ENGAGE i usłyszycie prawie to samo co tutaj. A zawsze przecież lepiej posłuchać (o ile w ogóle macie ochotę na takie dźwięki) tego, co nie jest tylko tępym naśladownictwem, bo taki KILLSWITCH ENGAGE przynajmniej próbuje odstawać od reszty przeciętniactwa w tym towarzychu. W przypadku A LOVE ENDS SUICIDE moja diagnoza jest następująca: znikną jak tylko ucichnie szum wokół metal-core'a. I bardzo dobrze, bo już nie mam ochoty pisać o nich, a płytę jak najszybciej schowam w najciemniejszy kąt, by kiedyś w przyszłości natknąć się na nią i zapytać siebie samemu: jak czegoś takiego dało się kiedyś słuchać?
PS. Dwa punkty dałem wyłącznie za okładkę, która akurat pozytywnie się wyróżnia.
ocena: 2/10
www.metalblade.de
autor: Diovis


ABSENTIA LUNAE - "In Umbrarum Imperii Gloria"
(LP 2005 / Serpenscaput Productions)
Po odpaleniu "In Umbrarum Imperii Gloria" wita nas nastrojowe, odrobinę niepokojące intro, w ramach którego wokalista na tle wojennych werbli i bębnów stara się naprowadzić nas na trop. Niestety, może być to trudne chyba, że znacie... włoski ;), bo właśnie stamtąd pochodzi ten band. Szczęśliwie jest to chlubny przejaw black metalowej sztuki na tych ziemiach, więc wszelkie obiekcje, jakie mieliście związane z miejscem pochodzenia ABSENTIA LUNAE powinny zniknąć raz dwa. Jeżeli nie ja, to już na pewno sama muzyka wszelkie wątpliwości rozwieje. Stojący za tym zespołem ludzie przyłożyli się podczas nagrań i w efekcie otrzymaliśmy zupełnie niewybitny, ale przynajmniej rzetelny, przemyślany materiał. Mało rzeczy na nim może zaskoczyć, bo to przecież nie pierwsza taka pozycja na rynku, ale dobrego black metalu nigdy nie za wiele... Coś dla siebie znajdzie tu każdy miłośnik prawdziwie norweskiej tradycji w postaci IMMORTAL, SATYRICON, ale także sporo tu przewrotności i nieobliczalności CARPATHIAN FOREST. Momentami album brzmi z deka po grecku, ale to także należy ocenić na plus. Sposób w jaki zrealizowano ten kr?żek może zrazić zwolenników totalnej surówki, ale to już ich problem - mnie się ta czytelna i mocna produkcja podoba. Krążek został wydany tylko i wyłącznie na winylu, więc powinien przysporzyć wszystkim maniakom wrażeń nie tylko muzycznych, ale i estetycznych. Jeżeli komuś nie przejadł się ten gatunek, może śmiało rozglądać się za tym czarnym (dosłownie i w przenośni) krążkiem.
ocena: 7/10
www.serpenscaput.com
moonblood@tiscali.it
autor: kaReL


AETERNUS - "HeXaeon"
(CD 2006 / Dark Essence & Karisma Records)
Cóż ja mogę napisać o AETERNUS? Ha, ano, że bardzo lubię tę kapelkę, bo ma w sobie duży potencjał ekstremy i przysłowiowe coś, dzięki czemu warto poświęcić jej choć trochę uwagi. Jako, że wszystkie wcześniejsze kompaktowe długograje tej norweskiej kohorty (i to oryginały, pochwalę się, hi, hi!) już od dłuższego czasu gniły na mojej długiej półce z ulubionym łomotem, nie widziałem jakichkolwiek przeszkód, aby ich towarzystwo zasilił kolejny, tym bardziej, że na następcę "A Darker Monument" czekać przyszło trzy lata. Mówi się jednak, że kto cierpliwie czeka, ten się doczeka, toteż krążek w końcu trafił na rynek. Pierwsze co już od razu rzuciło mi się w oczy, to nowy wydawca. Widocznie Samoth uznał, iż zainwestowanie w AETERNUS nie przyniosło oczekiwanych profitów, skoro chłopcy pokornie i bez zbędnych pyskówek opuścili Nocturnal Art., powierzając swoje interesy mało chyba znanej Dark Essence/ Karisma... Czy dobrze to, czy źle, zapewne wiedzą już oni sami, więc darujmy sobie dalsze dociekania i piszmy o płycie. Absolutnie nie obawiałem się jakichkolwiek zmian i na żadne ulepszenia/ pogorszenia (niepotrzebne skreślić) w muzyce tego zespołu się nie nastawiałem, gdyż dowodzona przez niezłomnego Aresa ekipa już od kilku płyt trzyma się obranego kursu, kiedy jeszcze zaś dojdzie do tego fakt, że pomimo długoletniego stażu pozostaje wciąż jakby nieco bliżej środka, aniżeli czołówki muzycznej ekstremy, staje się zupełnie jasne, że komercyjno - finansowy sukces nie jest i już nie będzie jej raczej pisany, przez co komponowanie muzyki pod publiczkę również nie wchodzi w grę. Z takim właśnie nastawieniem podszedłem do "HeXaeon", szóstej już dużej płyty w dorobku zespołu, która jest kolejnym ogniwem łańcucha, niespecjalnie zaskakującym, ale też i ani trochę rozczarowującym, jeśli łykało się bez popity wszystkie jego poprzednie propozycje. Choć najwyraźniej słychać, iż AETERNUS już ciężkie lata trzyma się uparcie linii programowej, polegającej na łupaniu niezbyt skomplikowanego, zazwyczaj średnio szybkiego lub wolnego metalu, którego styl pozostaje mimo wszystko nie do końca dającym się jednoznacznie zdefiniować, odnosi się wrażenie, że jakimś małym ewolucjom muza owa mimo wszystko uległa. Kto pamięta jeszcze mini CD "Dark Sorcery" oraz dwa pierwsze albumy, ten pamięta też i zapewne, że już wówczas w twórczości kapeli znaleźć można było elementy kilku odmian ekstremy, bynajmniej nie odpychające się, aczkolwiek w całkiem umiejętny sposób się zazębiające: black metalowy image, death metalowy wokal i ciężar kompozycji, podrasowany od czasu do czasu muśnięciem klawisza tudzież folkową wstawką, średnio szybkie bądź marszowe tempa utworów - wszystko to tworzyło mieszankę, która jednym mogła się podobać, innym nie, pewne jest natomiast, że dokonania grupy spasować mogły zwolennikom obu najbardziej ekstremalnych odmian metalu, gdyż zadowoliłyby zarówno miłośników blacku, jak i zatwardziałych deathowych ortodoksów... Wydawałoby się, iż właśnie na tym polegać powinien uniwersalizm muzyki metalowej, dzielącej się przecież na tyle odłamów, faktem jest jednak, iż w latach późniejszych twórczość AETERNUS wyraźnie zmierzać zaczęła ku zwiększeniu ciężaru i brutalizacji brzmienia, choć tak na dobrą sprawę muzycy nigdy nie opowiadali się po której stronie barykady konkretnie stoją, twierdząc przekornie, iż uprawiany przez nich styl nazwać można dark metalem, co zresztą wyraźnie zaznaczyli w booklecie swojego szóstego wymiotu, podkreślając nawet, że ni mniej, ni więcej. Nie oponowałbym, że określenie to w dużym stopniu odzwierciedla charakter muzyki kapeli, bo mrok oraz dołująca i niepokojąca atmosfera wyczuwalne były w niemal każdym utworze, bez względu na płytę. Jako, że w materii tej nic nie zmieniło się do dnia dzisiejszego, myślę, że moje słowa, zapewniające iż każdy, kto do tej pory delektował się muzyką Norwegów, także i tym razem nie powinien być zawiedziony, znajdą przynajmniej w jakimś małym stopniu potwierdzenie. Niewykluczone, że kapela ma specyficzne grono miłośników, którzy podobnie jak piszący te słowa, przed laty polubili jej styl, toteż słuchając nowej płyty będą w siódmym piekle, bez względu na to, czy leci właśnie "Godhead Charlatan", "In The 3rd...", czy też wolny i monumentalny tytułowiec... Nagrywając "HeXaeon", Ares i spółka po raz kolejny i tradycyjnie już chyba wybrali niesławne Grieghallen Studios z niemniej niesławnym Pyttenem. Czy słychać to w szczególny sposób także i tym razem, powinniście ocenić sami, choć jak dla mnie sound jest taki, jaki powinien być - jest ciężko, dołująco i na ogół czytelnie, więc uszczuplenie składowe niespecjalnie odbiło się na całości produkcji. Zainteresowanych informuję, iż z kapelą pożegnał się Radek, toteż działa on obecnie jako trio, ale wiadomo - w studio można wszystko, a koncerty to inna para kaloszy... Jak na razie na takowe się jednak nie zanosi, więc daruję sobie dalsze dywagacje, podobnie zresztą, jak i te dotyczące całokształtu "HeXaeon", bo jak już wspomniałem, jest to typowa dla zespołu płyta. I niech tak już pozostanie, bo ja osobiście niczego więcej nie wymagam od AETERNUS.
ocena: 8/10
www.aeternus-darkermonument.tk
www.karismarecords.no
www.darkessencerecords.no
autor: Mikołaj "Manstein" Kunz


AHAB - "The Call of the Wretched Sea"
(CD 2006 / Napalm Records & Mystic Production)
Dobrego doom metalu nie uraczyłem w swoim odtwarzaczu od bardzo dawna. Właściwie mogę śmiało powiedzieć, że poza klasyką gatunku nie słuchałem niczego nowego od bardzo, ale to bardzo dawna. Bardzo lubię takie granie, ale pod jednym warunkiem, warunkiem mianowicie, że nie są to flaki z olejem podane dodatkowo na zimno. Pierwszą rzeczą, jaka mnie zdziwiła to okładka tej płyty. Nie spodziewajcie się cmentarzy i tego typu klimatów. Jeśli mówią wam coś nazwy Moby Dick, to jesteście w domu, hehe. Ktoś, kto spędził w szkolnej ławce trochę więcej niż osiem lat na pewno zna tą książkę. Dlaczego o tym piszę?... cóż, opisywana płyta traktuje o tej historii. Materiał to zapewne wdzięczny, ale też szalenie odważny i oryginalny, jeśli chodzi o muzykę metalową. Niestety mam egzemplarz promocyjny, więc oczywiście tekstów nie uraczę ujrzeć, aby bardziej zagłębić się w klimat tej płyty. Muzycznie AHAB porusza się po najczystszym doom/death metalu, niektórzy nazywają to funeral doom metalem. Zwał jak zwał, to akurat jest nieistotne. Płyta trwa nieco ponad 67 minut i pomimo gatunku muzycznego, przy którym niejeden maniak opętańczych blastów, zasnąłby po kilkunastu minutach, nie nuży, a wręcz potrafi nieźle wciągnąć. Ma ona bowiem jakiś hipnotyczny klimat. Nie ma w tej muzyce wielkich ozdobników, klawiszy czy kobiecego zawodzenia. Jest trochę klasycznej gitary, wolnych, cholernie ciężkich, betonowych riffów, i co najważniejsze masa eterycznych, aczkolwiek prostych solówek, które czasami jakby zagrane tak od niechcenia w postaci pojedynczych dźwięków nadają mroczną atmosferę całości. Dla mnie jest to świetny materiał z dość oryginalną tematyką. Płyta zawierająca muzykę, jaką grało się na początku lat 90-ych. Kto zna początki doom metalu na wyspach, będzie wiedział o co chodzi.
ocena: 8/10
www.napalmrecords.com
www.ahab-doom.de
autor: sThor


ANCESTRAL VOLKHVES - "Son O Iriyi"
(CD 2004 / KRV Records & Forensick Music)
Recenzja będzie raczej krótka. Powody są dwa. Po pierwsze - Forensick to pierdolony RIP OFF, więc raczej nie polecam zakupu tej płyty u wydawcy. Przekręcił kilka osób na wymianach, więc tym bardziej nie polecam wysyłania mu kasy. Po drugie - jaki czeski black metal jest, wszyscy raczej wiedzą. Poza MASTERS HAMMER i ROOT, ta scena nie wypluła z małymi wyjątkami niczego interesującego. Podobnie jest z tą kapelą. Wtórny do bólu niby black, niby pagan metal, tak naprawdę nie reprezentujący niczego ciekawego poza bzyczącymi gitarami i darciem ryja. Kwadratowo i bez pomysłu do potęgi. Szczerze mówiąc dotrwałem mniej więcej do połowy płyty i poszedłem walnąć brovara, po czym wyjąłem płytkę z odtwarzacza, zapakowałem w opakowanie i czym prędzej odłożyłem na stos wysłuchanych krążków z nadzieją, że nigdy nie będzie mi dane słuchać ich wypocin. Oby jak najmniej takich płyt.
ocena: 2/10
www.forensickmusic.com
autor: sThor


AGABUS - "Last Way Left"
(CD 2005 / własna produkcja)
Włosi z AGABUS przejechali się po mnie całkiem konkretnie. Przyczynił się do tego ich ostatni mini-album, który roztarł moje i tak wątłe ciało na miazgę. Pamiętacie "Oszukać przeznaczenie"? Była tam taka scena z autobusem, który z impetem wjechał w twarz pewnej blondynie - więc, jak mniemam, musieli nim podróżować kolesie z AGABUS, hehe. Oni nie idą na żadne kompromisy i zwyczajnie robią, to co z pewnością wychodzi im najlepiej - grają wściekłego, zezwierzęconego hard-core'a na globalnym poziomie. Już okładka przedstawiająca zdeformowany przez grymas wściekłości pysk pewnego kolesia mogła coś sugerować, ale żeby byli aż tak bezlitośni? Totalna hatecore'owa rozwałka wypełnia praktycznie całą EPkę i jedynie pośrodku spotykamy dziwny song. Tytułowy "Last Way Left" to wyciszony, niemalże narkotyczny i raczej improwizowany kawałek zupełnie daleki od pozostałych sześciu klasycznych, choć momentami mocno szajbniętych petard. Na tę szóstkę składają się bardzo dobre numery, zagrane z charakterystycznymi dla tego nurtu werwą i polotem. Co ważne, każdy z nich wyróżnia coś innego, przez co efekt znużenia został praktycznie całkowicie zniwelowany. Album krótki, ale za to obfitujący w mocno odurzające motywy. Mają konkretnego wokalistę, który wie jak swój talent wykorzystać - kapitalnie wypada pod tym względem "The Hive of Damage", gdzie prezentuje on całe spektrum swoich możliwości, są też old scholowe chórki, tajemnicze szepty, a także coś, co brzmi jak wczesny Dani Filth - wysokie skrzeki na tle głębokiego growlu - to nieczęsto spotykane połączenie w HC. Jeśli nie znaliście do tej pory AGABUS, a kręci was taka właśnie nuta, najzwyczajniej w świecie polecam "Last Way Left". Nikt tu się z nikim nie pieści, nie ściska, a wycisk jaki sprawi każdemu ta hard-core'owa corrida będziecie jeszcze długo wspominać...
ocena: 8/10
www.agabus.org
info@agabus.org
autor: kaReL


A.I.D.S. - "Syndrome of the End Approaching"
(LP 2005 / Serpenscaput Productions)
Black metal na amerykańskich ziemiach jest zjawiskiem coraz bardziej powszechnym. Zwłaszcza te najbardziej ekstremalne odmiany tego gatunku cieszą się tam największym uznaniem. A.I.D.S. to bardzo młody przedstawiciel tamtejszej sceny black metal, ale to akurat o niczym nie świadczy. Kolesie bardzo dobrze czują TEN klimat, a ich brudny, śnięty, smrodliwy i chorowity black metal z pewnością niejednemu maniakowi sprawi wiele radości. Ponury, zgniły, przesycony diabelską atmosferą - ten album jest zapowiedzią mających nastać dni wypełnionych przez mrok i nocy rozświetlonych przez łuny unoszące się nad świątyniami stojącymi w płomieniach. Wizja kreowana przez ten wyklęty band jest tak samo paskudna, jak choroba, której nazwę przyjęli. Wydawca rekomenduje ten album ze względu na podobieństwo stylistyczne do takich kapel jak BLACK WITCHERY, CONQUEROR czy THORNSPAWN. Osobiście myślę, że nie zawiodą się na nim także fani wczesnego HOLY DEATH - gdyż zespół podobnie jak krakowska drużyna lawiruje pomiędzy sprintem a dostojnym marszem. Porównajcie tylko powolny i epicki "Noumenon Filter" z następującym tuż po nim tornadem w postaci "Necrovore". Podobnie obrót przyjmują sprawy w temacie nagromadzenia nietypowych, tzn. zupełnie nieklasycznych elementów, takich jak modulowane wokale czy jakieś elektroniczne wtrącenia. Jak niesamowity pod tym względem jest "Paranoia and Fevers in Sodom". Echa BATHORY znakomicie zostały odwzorowane w prawie ośmiominutowym, rewelacyjnym "Calling of Hounds" opartym tylko i wyłącznie na dwóch! riffach + oczywiście gitara prowadząca generująca bardzo nastrojową i melodyjną linię. Wydaje mi się, że w takich właśnie, wolnych i średnich tempach zespół czuje się najlepiej i ma najwięcej do powiedzenia. Ale również i tym szybszym, utrashowionym partiom "Mourning of Hadadrimmon", "Command to Serve" również nie można odmówić specyficznego uroku. Końcówka jest także udana, tworzą ją 3 utwory z pierwszego, wydanego w 2004 roku, dema oraz uzasadniony cover SEPULTURY - "Antichrist". Wiecie już z czym to się je, więc nic nie stoi na przeszkodzie, by spróbować tego może niezbyt świeżego, ale sycącego kąska. Może trudno w to uwierzyć, ale nie będziecie mieć po "Syndrome of the End Approaching" niestrawności - gwarantuję!
ocena: 7/10
www.serpenscaput.com
moonblood@tiscali.it
autor: kaReL

- A   [1  2   3   4   5   6    7] -