| 9 | A | B | C | D | E | F | G | H | I | J | K | L | M | N | O | P | Q | R | S | T | U | V | W | X | Y | Z
INDEX

- A   [1  2   3   4   5   6    7] -   


ANTIGAMA / DEFORMED - "Roots of Chaos"
(Split-CD 2006 / Deformeathing Production)
Ani się obejrzeliśmy, a ANTIGAMA wyrosła na jedną z eksportowych dum polskiego metalu. Pewnie gdyby grali bardziej przystępnie, to wkrótce występowaliby na całym świecie i stali się jedną z większych atrakcji letnich festiwali w Niemczech czy Stanach. Taki scenariusz z pewnością im nie grozi, ale dołączenie ANTIGAMY do Relapse Records to już i tak duży zaszczyt i sprawa bardzo prestiżowa. Mocnym punktem tego zespołu jest jego nieprzewidywalność. Niby reprezentują zakręcone oblicze death/grindu, ale właściwie każda kolejna płyta nie jest tylko i wyłącznie rozwinięciem poprzedniej. Po bardzo energetycznej "Discomfort" była pokręcona "Zeroland", a przed debiutem w Relapse, który zaskoczył bezpośredniością, powstał między innymi dwunastominutowy numer zatytułowany "Psicobambola" i właśnie on znalazł się na splicie z innymi polskimi grindowcami z DEFORMED. Wspólny projekt powstał pewnie dzięki przyjaźni między obiema formacjami, bo każda z nich prezentuje tu odmienne spojrzenie na ekstremalne dźwięki. ANTIGAMA zawzięcie eksperymentuje, dlatego też nie należy się spodziewać po "Psicobamboli" mocnych riffów i szybkich temp, a w zamian za to otrzymujemy kawałek innowacyjnej, industrialno-psychodelicznej muzyki, zahaczającej też o awangardę i dark ambient. To taki miks chorych wokali, tworzącej przestrzenne tło elektroniki oraz odjechanych partii perkusji. Z kolei DEFORMED stawia na bardziej przejrzyste granie spod znaku grind-core'a. Jeśli znacie któryś z ich poprzednich materiałów, to tutaj nie czeka na Was żadna znacząca niespodzianka. Ekipa z Suchej Beskidzkiej dalej preferuje undergroundowo brzmiącą siekę z rozszalałym i nieobliczalnym automatem perkusyjnym, dzikimi wokalizami oraz dość prostymi i niestety powtarzalnymi riffami gitarowymi. Zresztą sound gitary nie podoba mi się na tym materiale, bo zanadto "pachnie" nagraniem w sali prób, a chwilami bardziej kojarzy się ze starym dobrym HELLHAMMER, niż nawet z najbardziej surowym grind'em. Pomijając ten drobny, acz istotny szczegół, DEFORMED jest już o krok od znalezienia własnego specyficznego stylu, a pojawiające się tu i ówdzie industrialne smaczki to ciekawe novum w twórczości tej trzyosobowej formacji. Mimo wszystko wolę jednak poprzednie rzeczy nagrane przez DEFORMED.
ocena: 8/10 (Antigama), 6/10 (Deformed)
www.deformeathing.com
www.deformedgrind.com
www.antigama.net
www.myspace.com/antigama
autor: Diovis


ABSENT - "Audi... Vide... Sile"
(CD 2005 / Redrum 666)
Materiał ten posiada już dwuletnią brodę, jest jednak na tyle interesujący, że warto o nim napisać. ABSENT to zespół ze Strzegoma, a "Audi... Vide... Sile" to ich pierwszy duży krążek. Muzyka zespołu to brutalny, techniczny death metal zrobiony na bardzo wysokim poziomie, wedle najlepszych amerykańskich wzorców. Jest cholernie intensywna i miażdżąca. Już na wstępie wypada wspomnieć o baaardzo wysokich umiejętnościach technicznych muzyków, dzięki którym ABSENT prezentuje światowy poziom. Mają chłopaki diabła w łapskach i to wyraźnie słychać. Destrukcyjny charakter ich muzyki potęguje znakomita produkcja i brzmienie, wykute w metalowej kuźni zwanej Studiem Hertz. W zasadzie do niczego nie można się przyczepić. Miała być zagłada i jest. Niestety równie efektywnego zniszczenia dokonało już trochę zespołów w kraju i za granicą. Wiem, że są maniacy którzy doznają ekstazy przy dźwiękach z "Audi... Vide... Sile", mnie jednak na tej i kilku podobnych płytach brakuje jakiegoś szaleństwa aranżacyjnego, czegoś co spowoduje, że muzyka odciśnie na mnie swe piętno, będę o niej pamiętał i chciał jej często doświadczać, a nie odkładać po paru odsłuchach na półkę. Tak stało się z niektórymi płytami w mej kolekcji i "Audi... Vide... Sile" niestety podzieli ich los. Słyszę na tej płycie wiele znakomitych patentów i zawodowych aranży, mam więc nadzieję, że ABSENT w przyszłości spowoduje, że stanę się dobrowolnym niewolnikiem ich muzyki. Stałaby się tragedia, gdyby muzycy z TAKIMI umiejętnościami i talentem nie wykorzystali swojego potencjału. Przeczytałem na ich stronie www, że dołączył do zespołu Heter, znany wcześniej z DISSENTER. Zauważyłem również, że zespół pragnie nawiązać współpracę z osobą tworzącą muzykę industrialną... Te wieści napawają mnie optymizmem...
ocena: 7,5/10
www.absent.pl
www.redrum666.risp.pl
autor: Warzych


AFTER ALL - "This Violent Decline"
(CD 2007 / Dockyard 1 & Mystic Production)
Ciężki mam orzech do zgryzienia, bo sam już nie wiem jak powinienem ustosunkować się do AFTER ALL. Nie wiem, skąd pochodzą, nie wiem jaki charakter posiada niniejsze wydawnictwo, no i też nie kumam walca, co tak naprawdę oni grają - melodic death, heavy, thrash? Rzadko kiedy jestem chyba już zblazowany do tego stopnia, aby nie napisać choćby jednego pozytywnego słowa o recenzowanej płytce. Ja wiem, że tak gra dzisiaj dużo kapel i muza ta trafia na bardzo podatny grunt, ale to co ma do zaprezentowania AFTER ALL nie potrafiło spowodować u mnie niczego, poza tym, że przy słuchaniu po prostu zasnąłem. To wszystko już gdzieś słyszałem, nawet w dużo lepszym wykonaniu, w końcu takie zespoły jak IN FLAMES czy SOILWORK mają jakąś moc przyciągania i spędzania przy ich dźwiękach czasu w przyjemny sposób, choć day by day człek żyje raczej bardziej tradycyjną rzeźnią... AFTER ALL jakoś do mnie nie przemawia, choć nie kwestionuję wcale faktu, że dla rozkochanych w bardziej melodyjnym obliczu metalowych dźwięków, szczególnie spod znaku dwóch wymienionych wcześniej kapelek, muza ta będzie prawdziwym miodziem na uszy. Niby coś jest w tym, że płytka posiada mocne brzmienie, gdyż info na odwrocie okładziny wyraźnie donosi, że całość powstawała w trzech aż miejscach (belgijskie Hype, szwedzkie Fredman i duńskie Antfarm), co zresztą jest też wyraźnie słyszalne w każdym zawartym na owym wydawnictwie utworku, ale generalnie to wszystko jest takie nijakie, oklepane i nudne jak flaki z olejem. Nie wiem, może mój błąd polegał na tym, że słuchałem tej płyty bez odpowiedniego nastroju, może gdybym walnął lufę, to dostając kopa miotałbym się po pokoju niczym lew po klatce, będąc utwierdzonym w przekonaniu jakie to wspaniałe, a tak tylko leżałem na kanapie zwinięty w kłębek, wiedząc jedynie, że cosik tam w głębi gra... Gdyby mi to wciskano nawet za 5 zika, nie kupiłbym tej płyty za nic w świecie, niekoniecznie dlatego, że jest wieczny melanż z tą kapustą i już na wszystkim trzeba szczędzić, ale tylko dlatego, że po prostu szkoda by mi było miejsca, w którym mogłaby przecież stać inna, dużo bardziej wartościowa pozycja. Eeeh, lepiej skończyć ten wywód, zamiast pogrążać się jeszcze bardziej w tym wisielczym nastroju. Słabiutko. Marna trója.
ocena: 3/10
www.dockyard1.com
info@dockyard1.com
autor: Mikołaj "Manstein" Kunz Syllus


ALCEST - "Souvenirs d'un Autre Monde"
(CD 2007/ Prophecy Productions)
Każdy młody człowiek pragnie szybko być dorosłym. Chce poczuć wolność i niezależność. Z czasem dorastając i dojrzewając zaczyna uświadamiać sobie, że życie dorosłego człowieka nie jest usłane różami, pełne jest zakrętów i przeszkód. Upragniona wolność jest złudna, rozwiewa ją pasmo obowiązków, problemów życia codziennego i smutków. Wtedy to zaczyna tęsknić za czasami dzieciństwa, okresem beztroskim, radosnym i wolnym od zobowiązań. Właśnie tę tęsknotę w swej twórczości ujawnia zespół ALCEST. "Souvenirs d'un Autre Monde" jest krążkiem niejako debiutanckim po wydanym w 2005 roku mini-albumie "Le-secret". Płyta klimatycznie nawiązuje do coraz bardziej popularnego w klimatycznej muzyce gatunku indie-rock, znanego choćby z twórczości OF SINKING SHIPS. Jest to muzyka niebanalna i niezwykle emocjonalna. Odnajdujemy w niej całą paletę uczuć, dominuje optymizm, nadzieja, ale i tęsknota za czasami dzieciństwa, strach przed dorastaniem. Francuski zespół serwuje nam więc wycieczkę w przeszłość. Włączamy płytę i równocześnie przenosimy się do jakiejś małej wioski w górskiej dolinie. Przyroda budzi się do życia, w powietrzu unosi się zapach wiosny. Na jednej z zielonych łąk bawi się gromadka dzieci. Słychać śmiechy, beztroskę i szczęście. ALCEST pozwala więc słuchaczowi uciec na chwilę od codziennych problemów, jakie dosięgają dojrzałego człowieka. Główne muzyczne tło stanowią czyste i akustyczne gitary. W tle mruczą przesterowane gitary, które stanowią jedynie domieszkę do tych pięknych melodii. Ograniczono także partie wokalne, stawiając w dużym stopniu na instrumentalizm. Wokale zlewają się z muzyką, są spokojne i stonowane, ale i emocjonalne i melodyjne, co nie burzy melancholijnego nastroju tego albumu. Dostajemy do rak album przemyślany i dojrzały. Dawno tak dobrze nie wypocząłem przy muzyce. Krążek pozwala pozbierać myśli, wyciszyć się, rozpłynąć w marzeniach i zabrać do serca jakąś "pamiątkę z innego świata". Jednocześnie nasuwa się pewien kontrast album przenosi nas w czasy dzieciństwa, ale żeby w pełnie zrozumieć przekaz płyty należy do niej dojrzeć. Niemniej w każdym z nas jest coś z dziecka i niech tak już zostanie.
ocena: 9/10
www.prophecy.cd
autor: Tomasz Powrózek


ARKHON INFAUSTUS - "Orthodoxyn"
(CD 2007 / Osmose Productions)
Trzy pieprzone lata kazali nam czekać Francuzi na swój kolejny bluźnierczo - obskurny akt. Nie ukrywam, że lubię tę kapelę przede wszystkim za swój unikalny styl, plugawy do szpiku kości, dziwny, nieco zakręcony. Poprzednia płyta była dość zróżnicowana, przede wszystkim szybka, poprzeplatana wolniejszymi partiami. Nowy krążek jest nieco inny. Przede wszystkim cholernie wolniejszy. Już od pierwszych dźwięków zostałem wbity w glebę potężnymi riffami, przypominającymi walenie wielkiego młota w kowadło. Tak, produkcja tej płyty jest nieomal doskonała. Osmose nie wydaje byle czego i byle jak nagranego. Wracając do samej płyty, odnoszę wrażenie, że kapela postawiła tym razem bardziej na klimat całości, niż dewastację blastami. Nie oznacza to oczywiście, że na płycie nie ma szybkich partii. Są, ale w porównaniu do poprzedniczki jest ich chyba mniej. Kapela poszła bardziej w kierunku rozbudowanych, wolniejszych fragmentów. Nie powiem - ja to łykam bez popitki. Totalnie zniszczyła mnie ta płyta, ale zaznaczam, że nie jest to materiał łatwy i przyjemny. Aby wyłapać wszystkie smaczki trzeba tego posłuchać co najmniej kilka, jak nie kilkanaście razy. Cóż, black matal dla ludzi myślących... być może. Przede wszystkim nakleiłbym tej płycie slogan antymelodycznej. To chyba najbardziej właściwe określenie. Zero normalnych melodii, sporo dysharmonii, która jednak trzyma się kupy, tworząc monolityczną całość. Płyta ta jest taką wypadkową tego, co kapela stworzyła na poprzednich albumach, z tym wyjątkiem, że zostało tutaj wszystko dopracowane do perfekcji, tworząc unikalną synthezis obskuranctwa, perwersyjnej nieczystości ku chwale Diabła. Wszystko to zostało zawarte w dziewięciu długich, bo ponad 5 - 6 minutowych hymnach. Jeżeli jesteście gotowi na 49 minut obcowania z całym syfem tego świata, to zapraszam do lektury.
ocena: 9,5/10
www.osmoseproductions.com
www.arkhon-infaustus.com
autor: sThor


ABUSIVENESS - "Krzyk Świtu"
(MC 2007 / Strigoi Records)
Żeby nie było niedomówień - opisywany tytuł to nie ten najnowszy album ABUSIVENESS, który dołączono do numeru 13 magazynu "Mega Sin". Tamten nosi tytuł "Hybris" i pewnie go niedługo opiszemy, zaś rzeczone wydawnictwo to kasetowa re-edycja wydanego samodzielnie przez zespół albumu z 2002 roku (a nagranego w 2000 roku). Nie znając jeszcze zawartości nowego krążka, może uda mi się uniknąć wytykania palcami niedoskonałości, bo znając choćby postępy perkusisty Wizuna i jego popisy choćby w DEIVOS czy na koncertach AZARATH mogłoby się to skończyć całkiem niepotrzebną krytyką "Krzyku Świtu". A ten materiał nie jest wcale taki najgorszy, choć przez to, że swego czasu był niezauważony przez wielu, pozostawia wrażenie niedocenionego, ale też nie chciałbym tu wynosić go pod piekłosa. Zasadniczą wadą jest niestety nie do końca czytelne brzmienie, które w momentach, gdy grają wszystkie instrumenty (włączając w to wokale) zanadto się zlewa. Przypomina ono wcześniejsze produkcje NOKTURNAL MORTUM, zresztą nie tylko ta kwestia łączy Lublinian i Ukraińców, ale o tym za moment. Bo gdy przedrzeć się przez ten gąszcz niedoskonałego soundu można się przekonać, że ABUSIVENESS nagrało naprawdę ciekawy stuff. Ogólnie można go zaklasyfikować jako pogański (słowiański) black metal z klawiszami, powtykanymi tu i ówdzie folkowymi melodiami i akustykami, co prowadzi ponownie do stylistycznych koneksji z wymienionym przed chwilą NOKTURNAL MORTUM. Prosto pisząc, Mścisław i kompani nagrali album, który jest swoistą odpowiedzią na dokonania Kniazia Vargotta. W dużej mierze ABUSIVENESS gra tu bardzo szybko, ale nie zapomina o melodiach budowanych głównie przez klawisze, ale swoje trzy grosze dodają tu gitary. To stanowi o tym, że ten krążek wybija się w tłumie przeciętnych wydawnictw i można by rzec, że dopiero ABUSED MAJESTY i ŚWIATOGOR umiały w naszym kraju rozwinąć tę stylistykę jakby pełniej, ale stało się to dopiero po tym, jak ukazał się "Krzyk Świtu". Do tego wszystkiego ABUSIVENESS postawiło wyłącznie na polskojęzyczne teksty, co dla kogoś będzie dowodem na grafomanię ich autora. A wcale tak źle nie jest, choć w tym momencie warto wspomnieć, że najsłabszym ogniwem tej płyty są wokale, które nie dość, że brzmią niezbyt czytelnie, to daleko im od doskonałości. Zwłaszcza czyste zaśpiewy niebezpiecznie zbliżają się do fałszów, ale na szczęście są nieliczne. Na opatrzonej zmienioną okładką kasecie znalazł się również bonusowy track, którym jest "Wieczny Powrót" z rzadkiego singla wypuszczonego przez sam zespół w 2001 roku.
Jeśli jesteście przekonani, że takie granie lubicie, a przegapiliście płytowe wydanie "Krzyku...", bez obaw. Naprawdę nie jest źle, ale oceny nie wystawiam, bo to re-edycja. Ale pośpieszcie się, bo taśma jest limitowana do 200 sztuk.
ocena: -/10
www.myspace.com/strigoirecords
www.myspace.com/abusiveness
autor: Diovis


ANGELCORPSE - "Of Lucifer And Lightning"
(CD 2007 / Osmose Productions)
ANGELCORPSE powrócił! Jest znowu wśród żywych i nie ma chyba na świecie prawdziwego fana death metalu, który nie czekał na powrót tego znakomitego bandu. Po 8 latach oczekiwania na nowe studyjne nagrania Amerykanów, kompletnie nie wiedziałem czego się spodziewać. Jednego byłem pewien, a mianowicie tego, że usłyszę dźwięki dewastujące, zdecydowanie nie głaszczące me narządy słuchu, tym bardziej gdy przeczytałem, że zestaw perkusyjny obsługuje John Longstreth, znany ze swych szalonych partii dla ORIGIN. Nie pomyliłem się, "Of Lucifer And Lightning" to bezlitosny, bezbożny atak, jednak nie tak ekstremalny jak "Exterminate" i "The Inexorable". Nie oznacza to jednak, że ANGELCORPSE stworzył muzykę niedostatecznie intensywną. Materiał ten nie jest po prostu tak obłędny i opętany jak dwa poprzednie albumy, które po dziś dzień stanowią jedne z najbardziej ekstremalnych wyziewów w historii śmierć metalu. Nie wszystkim zapewne spodoba się brzmienie tego krążka, bardzo brudne i garażowe. Dźwięk na "Of Lucifer And Lightning" nie powinien jednak aż tak bardzo dziwić, wszak produkcje tej diabelskiej hordy nigdy nie grzeszyły czystą i nieskazitelną produkcją. Sound przypomina mi trochę ten znany z płyty "Covenant", którą popełnił swego czasu inny zespół posiadający anioła w swej nazwie. Niektóre patenty również przywołują skojarzenia z twórcami "Przymierza", związki te są jednak zdecydowanie luźne. Czwarty bękart ANGELCORPSE nie jest dziełem wybitnym, jest natomiast wystarczająco trupi i szatański, by uznać go za godnego uwagi.
ocena: 7,666/10
www.geocities.com/angelcorpse2003
www.myspace.com/angelcorpse666
www.osmoseproductions.com
autor: Warzych


ANIME - "Cuts"
(CD 2005 / Redblack Productions & Foreshadow Productions)
Chcesz być modny i na czasie, a przy tym być przekonanym, że okrutnie hałasujesz na swoich instrumentach? Graj emo rock. Brzmi to jak jakaś reklama, ale podkreślam, że z mojej strony to raczej sarkastyczny żart lub wręcz kpina. Bo nie oszukujmy się - rockowe granie może jest ostatnimi czasy dobrą odskocznią od papki oferowanej przez większość stacji radiowych, ale jednocześnie zatraciło swoją pierwotną energię, buntowniczego ducha i ogólnie alternatywę dla wszelkiego chłamu i kiczu. Stąd pewnie powstały takie potworki jak emo, które nie wiadomo jak tak naprawdę brzmi, po co to i dla kogo. Dla znudzonych licealistów? Dla zblazowanych studentów? Bo na pewno nie dla gospodyń domowych oglądających polskie sit-comy. A już zdecydowanie nie dla maniaków siarczystego metalu. Pewnie domyślacie się do czego zmierzam? Czeskie ANIME to taki przykład jak się nie powinno grać, a jednak nie można się do nich doczepić na tyle, by opisać "Cuts" jako płytę słabą. Dobra, jest poprawnie i nie zrzygałem się po pierwszych pięciu minutach. A nawet wysłuchałem do końca z uwagą i po jakimś czasie powróciłem do słuchania. Na upartego tę młodą kapelę można polecić fanom KATATONII, bo w przeciwieństwie na przykład do włoskich kolegów z różnych bandów reklamowanych jako podobne do Szwedów, ANIME nie popada zbyt często w melancholię, wokalista nie miauczy, a gitary potrafią co jakiś czas eksplodować gejzerami mocniejszych riffów. Oczywiście trzeba sobie uświadomić, że KATATONIA jest o pięćdziesiąt kroków dalej na swej drodze do perfekcji.
"Cuts" może spodobać się od biedy również wszystkim, których gust krąży gdzieś po orbicie wokół TOOL'a. Może jacyś osobnicy znudzeni którymś tak odkurzeniem płyt NIRVANY też się skuszą. Innych skojarzeń nie odnotowałem, bo zwyczajnie pogubiłem się w tych wszystkim neo-rockowych podziałach na te kapele, których nazwy zaczynają się na "THE" i te, które wzorują się na przykład na PLACEBO czy MUSE. Tak mniej więcej przedstawia się to, co gra tutaj ANIME. Gitarowe granie poprzetykane melodyjnymi fragmentami, ładna produkcja, trochę różnych smaczków i "powietrza"... Jednak zdecydowanie bardziej lubię anime ;) .
ocena: 5,5/10
www.redblack.cz
www.animemusic.cz
www.foreshadow.pl
autor: Diovis


ANTIGAMA - "Resonance"
(CD 2007 / Relapse Records & Mystic Production)
ANTIGAMA spodobała mi się już przy pierwszym zetknięciu z "Discomfort" (CD wydane w 2004 roku). Niby typowy grind, ale panowie rzeźbili w tym sporo ciekawych i czasem dziwacznych rzeczy. Potem był split z THIRD DEGREE i HERMAN RAREBELL, kolejny, jeszcze bardziej nieokrzesany i nieprzewidywalny album "Zeroland", kilka pomniejszych wydawnictw i długo wyczekiwany debiut za Wielką Wodą, a co za tym idzie, na całym świecie. Mowa o pierwszym krążku ze znaczkiem bardzo utytułowanej i słynącej z odkrywania różnych ekstremistów Relapse Records, do której twórcy "Resonance" idealnie pasują. Byłem cholernie ciekaw, co przygotują na ten ważny moment w ich historii i nie zawiodłem się. ANTIGAMA już teraz właściwie nie ma sobie równych w naszym kraju, jak chodzi o taki rodzaj grindu, a teraz ma szansę dołączyć do światowej czołówki. Nie piszę tego jako Polak, ale patrząc na zawartość tego albumu bardziej obiektywnie, z punktu widzenia (i słyszenia) fana ekstremalnych dźwięków. Nowy materiał, nie dość, że świetnie brzmi, to przynosi kawał soczystego, wysokoobrotowego i nade wszystko inteligentnego grindu. Na początek mamy brzmiący jak nowsze nagrania NAPALM DEATH "Pursuit", po czym maszyna się rozpędza i bez chwili oddechu ANTIGAMA serwuje kolejne siedem krótkich i konkretnych numerów. Z pozoru prostych, ale wystarczy wsłuchać się uważnie w ten fragment, a wielu muzykom pospadają szczęki. Mi też i właśnie jej szukam ;) Ileż tam się dzieje w partiach gitar, basu i bębnów, a nawet w liniach wokalnych! Żadnych schematów i żadnych kompromisów! Z "ósemką" jest eksperymentalny, neo-jazzowy przerywnik "Barbapapex", a po nim kolejna wolta w postaci ciężkiego, wręcz klaustrofobicznego "Psychonaut". Tak chyba jeszcze nigdy ci panowie nie grali. Od dziesiątego "No" aż do końca płyty wracamy na tory szybkich ekspresów zbalansowanych psychodelicznymi zagrywkami i wszechobecnym industrialnym klimatem kawałków, w których jest miejsce na popisy perkusisty ("No"), punkujące, przypominające dokonania SIEKIERY motywy ("After"), mnóstwo łamańców rytmicznych ("By And By", "Types of Waste"), przestrzenne granie ("Shymrock") i właściwie każdy z pozostałych też przynosi masę dźwięków do odkrywania. Tu nie ma niczego podanego na tacy i dla tych, którzy uważają, że grind-core to tylko nawalanka do przodu i byle szybciej, "Resonance" może być szokiem. Chociaż jeśli ktoś zetknął się na przykład z CEPHALIC CARNAGE czy THE DILLINGER ESCAPE PLAN, to nie nowinka. Zaznaczyć jednak warto, że nasi rodacy nie zakręcają swojej muzy aż tak silnie jak wspomniane ekipy ze Stanów i starannie wyważają ekstremalną jazdę i różne smaczki. Co zaowocowało niezwykle spójnym materiałem, który można odkrywać przez wieeeele przesłuchań. I mam ogromną nadzieję, że także na świecie docenią to ludkowie słuchający nowatorskich rzeczy stworzonych na bazie grind-core'a.
ocena: 9/10
www.relapse.com
www.antigama.net
www.myspace.com/antigama
autor: Diovis


AUTUMNAL - "Grey Universe"
(CD 2006 / Xtreem Music)
Długa jest lista zespołów, dla których inspiracją było i wciąż jest MY DYING BRIDE. Jest wśród nich również hiszpańska ekipa spod znaku doom/death metalu, ukrywająca się pod nazwą AUTUMNAL. Po nagraniu czterech demówek przyszedł czas na zademonstrowanie światu swojego debiutu na pełnoprawnym albumie "Grey Universe". Właściwie niczym tu nie zaskakują, bowiem jest po prostu przepisowo i wręcz podręcznikowo: doommetalowy walec, w którym mieści się mnóstwo (nie tylko smutnych) emocji, odpowiednia dawka ciężaru, rzewne zagrywki instrumentów smyczkowych (głównie wiolonczeli), sporo zmian nastroju i wręcz "Aaron'owski" wokal. Głos Javiera de Pablo chwilami wręcz "wchodzi" w manierę frontmana MDB, a dopasowują się do tego melancholijne gitary i potężnie brzmiąca sekcja rytmiczna. Stąd naprawdę bardzo blisko do pierwszych dwóch albumów Brytyjczyków, ale z drugiej strony nie chciałbym wrzucać AUTUMNAL do wora z napisem "klon MDB". Hiszpanie wnoszą w końcu sporo od siebie i z dużym namaszczeniem podchodzą do budowania dość barwnych i obszernych kompozycji. Pomimo wszelkich podobieństw, przez cały czas mam wrażenie, że doom'owcy świadomie brzmią staroświecko i z lekka archaicznie, bo w takiej estetyce czują się najlepiej. Nie starają się w ogóle unowocześniać swojego grania i nie poddają się wpływom przychodzących i odchodzących trendów. To oczywiście nie przysporzy im popularności i pewnie "Grey Universe" przejdzie bez echa. Bo raz - to muza dla smutasów, a dwa - mało kto spodziewa się takich dźwięków z logo bardziej deathmetalowo nastawionego labela Xtreem Music. Choć trzeba przypomnieć, że przed laty (jeszcze pod szyldem Repulse Records) zdarzyło się Dave'owi Rottenowi wydanie jednego z albumów hiszpańskiej GOLGOTHA.
AUTUMNAL zapewnia towar daleki od oryginalności, napiętnowany silnymi podobieństwami do legendy doom/death metalu, ale za to bardzo muzyczny, bogaty w dźwięki, pomysły i uczucia. I naturalny jak ta prosta, acz ciekawa fota umieszczona na froncie albumu, na której ubrana w białe szaty niewiasta stoi na skale i wpatruję się w szarą przestrzeń przed sobą... W szary wszechświat...
ocena: 7/10
www.xtreemmusic.com
autor: Diovis


ANTIMATTER - "Leaving Eden"
(CD 2007 / Prophecy Productions & Foreshadow Productions)
Po wydaniu ostatniego albumu grupy pt. "Planetary Confinement" z dalszej współpracy z Mickiem Mossem zrezygnował Duncan Patterson, który zajął się własnym, solowym projektem. Pan Moss jednak nie złożył broni i nagraniem krążka "Leaving Eden" zajął się samodzielnie. Wprawdzie Duncan pożegnał się z ANTIMATTER'em, ale za to na nowej płycie maczał swe palce jego przyjaciel z ANATHEMY - Danny Cavanagh. Stylistycznie "Leaving Eden" dużo czerpie ze swej poprzedniczki. Na krążku dominują głównie akustyczne gitary, które w głównej mierze kształtują smutny i melancholijny nastrój tego albumu. Usłyszymy tu także gitary przesterowane, które głównie odpowiedzialne są za uwypuklanie i podkreślanie danych emocji, towarzysząc ich wybuchowi i posępnemu przekazowi. Całości dopełniają ładne solówki, gościnnie usłyszymy także pianino oraz skrzypce. Wokal Micka w porównaniu z "Planetary Confinement" nie uległ znacznym modyfikacjom. Nadal stara się śpiewać emocjonalnie, wprowadzając słuchacza w świat jego wewnętrznego smutku. Nowy album pozwolił mu pod względem wokalnym nieco bardziej rozwinąć skrzydła. Dzięki współpracy z muzykami ANATHEMY w twórczości ANTIMATTER'a pojawiają się jej pozytywne echa, konstrukcja i aranżacja utworów. Akustyczne melodie i lekko monotonny wokal potrafią na chwile uspokoić słuchacza, pozwolić mu rozmarzyć się. Płynąc z melodią utworu napięcie wzrasta, emocje kumulują się w końcu wybuchają by znów się wyciszyć. Mick Moss podobnie jak na poprzednich albumach postawił na klimat. Udowodnił on, że bezradności wobec wszechobecnej niesprawiedliwości, upokorzeniu czy smutku wcale nie muszą odzwierciedlać wrzaski, growlingi czy miażdżąco przygniatające riffy. Tu odbiorca zachęcony zostaje do próby własnej interpretacji utworu i wynikających z tego przemyśleń. Nie jest to płyta na imprezę czy spotkanie towarzyskie. Według mnie wymaga wyciszenia - wygodny fotel, ogień w kominku i lampka wina w dłoni są tu jak najbardziej na miejscu. Mimo, iż ANTIMATTER nie jest na piedestale wśród moich ulubionych zespołów, to płyty tej słucham z dużą przyjemnością. Dla wrażliwych i smutasów pozycja obowiązkowa. Po kilku przesłuchaniach album "smakuje" lepiej. Nie mniej jest to muzyka swego rodzaju specyficzna i nie każdemu może się podobać.
ocena: 8/10
www.antimatter.tk
www.prophecy.cd
autor: Tomasz "Powróz" Powrózek


APATHEIA - "Apatheia"
(CD 2006 / Redblack Productions & Foreshadow Productions)
Redblack to taki czeski Metal Mind. Próbuje mieć u siebie różne zespoły metalowe, ale szuka też artystów wykonujących nieco inne odmiany rocka. Nie idzie może na całość i nie ma u siebie odpowiedników Tomasza Stańki i "Tymoteusza", ale ostatnimi czasy wchodzi coraz bardziej w modne u studenciaków emo, a na przykład taka APATHEIA może, choć nie musi przyciągnąć do płyt ze znaczkiem Redblack tych wszystkich "trendy" inteligencików, co uważają, że słuchanie TOOL, A PERFECT CIRCLE i tym podobnych jest w dobrym tonie. A także tych, co sądzą, że wypada słuchać takich dźwięków, bo pojawiają się nawet w MTV czy innej "opiniotwórczej" stacji muzycznej. Nie powiem - uważam, że TOOL to zespół wybitny i wysoko go sobie cenię, ale nie cierpię, gdy tego typu wykonawcy stają się popularni dzięki akcjom promocyjnym nastawionych na kasę mediów. Co to ma wspólnego z czeską formacją APATHEIA? Ano to, że na swoim debiutanckim albumie Pepiki chcą udowodnić wszystkim, że ich muzyka jest ambitna, powstała pod wpływem ambitnych zespołów z Westu i że nagrali piosenki, które nie odstraszą generacji wychowanej na dennych rzeczach serwowanych przez 99% stacji radiowych i telewizji muzycznych. A w istocie nagrali rozmemłane, senne i nijakie kawałki, które może i w jakimś tam stopniu przypominają progresywnych rockmanów z Zachodu, ale nie mają w sobie ani odrobiny ich "muzycznego smaku". Wiem, to młody zespół i muszą od czegoś zaczynać, coś tam umieją grać na swoich instrumentach, próbują aranżować utwory, w których oprócz standardowych gitar i perkusji jest także miejsce na partie wiolonczeli, ale za nic nie przekonują mnie do siebie. Nie dlatego, że ich muzyka jest lajtowa, bo doceniam również dobrze zrobione kawałki, w których nie ma siary, diabła i blastów, jednak tutaj to wszystko jest takie jakieś bez ikry, bez pałera, ugładzone na maksa, a wokalista śpiewa czasem takim wysokim głosem, że lepią się do głośników owady wlatujące do mojego pokoju, bo wiosna w końcu nastała... I nie mam zamiaru pisać laurki tej płycie tylko dlatego, że koncertowali niedawno w Polsce i mają tu ponoć sporo oddanych fanów. Bo nie po to tutaj jestem i nie po to odsłuchuję godzinami wszystkie te krążki, które do mnie docierają.
ocena: 3/10
www.redblack.cz
www.apatheia.eu
www.apatheia.cz
autor: Diovis


ABSCESS - "Horrorhammer"
(CD 2007 / Tyrant Syndicate Productions & Peaceville Records & Mystic Production)
Hell yeah! Każda płyta współtworzona przez szaleńca Chrisa Reiferta jest dla mnie swoistym wydarzeniem. Nawet mimo tego, że większość fanów metalu przejdzie obojętnie obok kolejnego krążka oznaczonego logo ABSCESS i mimo tego, że ten koleś wciąż nie chce wskrzesić swojego najbardziej znanego tworu AUTOPSY (może to i dobrze?). Bo czy to będzie właśnie ABSCESS, czy THE RAVENOUS, czy nawet punkowo-prymitywistyczne EAT MY FUK, można być zawsze pewnym, że świat zostanie skażony kolejną dawką obrzydliwych, obskurnych i brudnych jak odchody dźwięków. Nieprzypadkowo przywołałem tutaj wszystkie trzy plugastwa, w których macza paluchy Chris. "Horrorhammer" przynosi bowiem wszystkie elementy charakteryzujące te projekty: nastrój horroru, muzyczną prostotę i wszechobecną zgniliznę. Wydatnie słychać to już w otwierających tę płytę, ordynarnym i niemalże punkowym "Drink the Filth". Kopniakiem w krocze są też nadzwyczaj krótkie i konkretne "New Diseases", "Another Private Hell", "Exterminate" i "Four Grey Walls", będące miksturą oldskulowego punka, brudnego rock 'n rolla i HELLHAMMER. Nieco innym językiem przemawiają te bardziej przypominające dokonania AUTOPSY numery "Poison Messiah", "Beneath a Blood Red Sun" i "Hellhole" z charakterystyczną, nieco połamaną rytmiką, oszalałymi solówkami i grobowymi, diabelnie ciężkimi fragmentami. Z kolei "When Witches Burn" to prostolinijne granie spod znaku stoner rocka. W tym kawałku, ale w ogóle na całym "Horrorhammer" po raz kolejny Chris z kolegami śmiało nawiązują do praojców heavy metalu - BLACK SABBATH. Pamiętam do dziś zdziwioną minę mojego kolegi z pewnej stacji radiowej, gdy próbowałem go przed laty przekonać, że AUTOPSY wywodzi się w prostej linii od zespołu Ozzy Osbourne'a, tyle że operuje nieco inną, bardziej współczesną estetyką i śpiewa o bardziej makabrycznych rzeczach. Teraz ten kolega już o tym wie ;)
Cóż, komuś może się to wydać dziwne, ale nowy album ABSCESS to pozycja wyjątkowa i w swojej prostocie genialna. Wielu próbowało grać w ten sposób, ale najczęściej kończyło się na niewypałach. A mistrzom ohydy wychodzi to cholernie naturalnie. I tak trzymaj, Chris! Hail Gore! Hail Horrorhammer!
ocena: 9/10
www.tyrantsyndicate.com
www.abscessfreaks.com
autor: Diovis


ANIMA DAMNATA - "Atrocious Disfigurement of the Redeemer's Corpse At the Graveyard of Humanity"
(CD 2007 / Morbid Moon Records & Pagan Records)
Czy ktokolwiek spodziewał się po tych przystojniakach grzecznych i melodyjnych piosenek? Jeśli nikt z czytających te słowa, to już wiadomo, że jesteśmy we właściwym miejscu i mogę napisać słów kilka o tym co znajduje się na krążku opatrzonym ponownie bardzo dłuuuuuugim tytułem, z którego zapamiętaniem będą spore kłopoty. Od czasu "jedynki" z grupy ubyło dwóch muzyków i upłynęło trochę czasu, który wypełniło mini z - a jakże! - natchnionymi tekstami i masakrującymi dźwiękami, a ANIMA nic a nic się nie zmieniła. Może jedynie okrzepła i zaprawiła się w bojach, jednocześnie stając się totalną maszyną do destrukcji wszelkich świętości i jakichkolwiek przejawów normalności. Po wysłuchaniu "Atrocious Disfigurement..." już chyba nikt nie przyrówna tego bandu do BLASPHEMY, bo tutaj jest już zdecydowanie czysty i dewastujący kawał death metalu. Pomijając instrumentalne intro "Proclamation of Reign of the Antichrist", industrialny przerywnik "Towards the Black Throne at the Centre of Chaos" i samo zakończenie krążka, czyli "Dawn of the Black Shining Moon" oraz zeschizowane solówki nie ma tu miejsca na dłuższe niż kilku- lub kilkunastosekundowe zwolnienia i zbędne kombinacje oraz udziwnienia. ANIMA DAMNATA trzyma się po prostu ram "śmiertelnego" gatunku, przy tym jednak unika powielania czyichś lub własnych pomysłów i choć może nie pozostają one na dłużej w pamięci, to mają w sobie coś charakterystycznego. Ja w każdym razie odnotowałem po pierwszych odsłuchach na przykład opatrzony polskim tekstem numer "Celebracja Ascezy" (nie tak wyrazisty jak "Ciasna pizda maryji" z mini, ale...), "Insulter of the Heavenly Whore" (ze względu na blackowe riffy), niemieckojęzyczny "Der Hurenbock von Sancta Sedes" i hiciarski (hehe) "Nuclear Lucifer". Od początku rzuciło mi się w uszy brzmienie werbla, zbliżone do tego, które pojawia się na płytach czeskich kapel grindowych (tzw. "garnek"), do czego trudno mi było się przyzwyczaić, ale z czasem okazało się, że to pasuje do tych nieprzekombinowanych riffów, zawrotnie dużych prędkości i bezkompromisowego przekazu. Fani debiutanckiego albumu ANIMY, miłośnicy blastów i amerykańskich brutalistów wszelkiego rodzaju wyjdą z konfrontacji z "Atrocious Disfigurement" niezmiernie ukontentowani, choć pozostali pewnie już mniej. Należy odnotować, że poziomem ekstremizmu w naszym kraju ANIMA DAMNATA dorównała już AZARATH'owi i jak to napisał poeta: "a za nimi daleko nic...". Ciekaw jestem, jak odbiorą tę płytę na tzw. Weście (ukazała się ona tak jak i przywoływane tu wiele razy mini nakładem kanadyjskiej Morbid Moon Records), bo to zweryfikuje ich prawdziwy status.
ocena: 8/10
www.animadamnata.com
www.morbidmoonrecords.com
autor: Diovis


ASTARTE - "Demonized"
(CD 2007 / Avantgarde Music)
A to mnie ASTARTE zaskoczyło! I pewnie niektórych z was też to spotka, bo "Demonized" to materiał naprawdę solidny i dojrzały. Po latach poszukiwań, zmianach w składzie (kobitki pokłóciły się ze sobą tak bardzo, że kwestia praw do nazwy rozegrała się w sądzie) i generalnie bytowaniu tego zespołu gdzieś na peryferiach sceny, wreszcie udało im się odnaleźć swój własny przepis na muzykę. Być może "Demonized" nie jest jeszcze mistrzostwem świata jak chodzi o oryginalność, gdyż można tu znaleźć nawiązania do wielu innych kapel, ale po kilku przesłuchaniach śmiem twierdzić, że jest dobrze. Naprawdę dobrze. Podobno zajawki tego, co mamy na tym albumie były słyszalne już na poprzednim, zatytułowanym "Sirens", ale nie wiem, nie słyszałem, a nie będę się podpierać kilkoma przeczytanymi recenzjami. Wiem tyle, że Tristessa i jej urodziwe koleżanki Katharsis i Hybris miały pomysł na płytę i go zrealizowały. Począwszy od samej muzyki, która zawiera w sobie wszystkie najlepsze elementy typowe dla greckiego metalu (ale nie tylko), a skończywszy na zaproszeniu do udziału gości. I to tak znakomitych, jak Attila Csihar z MAYHEM (w diabolicznym "Lycon"), Henri Satler z GOD DETHRONED (we wściekłym, ale też epickim "Queen of the Damned") czy Angela Gossow z ARCH ENEMY (w Black At Heart"). Ale to tylko smakowity dodatek, gdyż sama twórczość ASTARTE broni się tutaj sama. Zdziwko mnie chapło, ile w tych paniach jest werwy i potrafią pisać drapieżne, a przy tym różnorodne utwory nawiązujące tak do black, death i thrash metalu, jak i klasycznego heavy. Jak choćby agresywne "God I Hate Them All", bardziej melodyjne "Mutter Astarte" i "Black Star", zaskakujące zmianami nastroju "Everlast" lub udaną wersję heavymetalowego klasyka "Princess of the Dawn" ACCEPT. A uwierzcie mi - to tylko czubek góry lodowej. Do samego wykonania i brzmienia też nie można mieć zastrzeżeń i chciałbym tu zwrócić uwagę na ciekawe partie gitar i pracę perkusistki, która w kilku utworach kombinuje z rytmiką, co przypomina nieco wyczyny bębniarza MELECHESH. Zresztą orientalny klimat przewija się przez całe "Demonized" - "greckie korzenie" zrobiły swoje. Wokale Tristessy również dają radę - nie sili się na śpiewanie czystym głosem, po prostu wyraziście i wyraźnie skrzeczy po black'owemu. Kogoś może zmęczyć długość płyty, bowiem 64,5 minuty to dawka zaiste duża, a do tego trzeba wspomnieć o dołączonej do tej płyty prezentacji multimedialnej, w skład której wchodzi między innymi video clip do "Mutter Astarte". Ale ogólnie warto, bo "Demonized" to ze wszech miar jedno z pierwszych pozytywnych zaskoczeń w 2007 roku.
ocena: 8/10
www.avantgardemusic.com
www.astarteband.com
autor: Diovis


ASUNDER - "Works Will Come Undone"
(CD 2006 / Profound Lore Records & Foreshadow Productions)
Niech nie zwiedzie was kolorowa okładka tego albumu. "Works Will Come Undone" bynajmniej nie zawiera wesołej i skocznej muzyczki spod znaku power metal, ani też nie jest tworzona przez rozkrzyczane dzieciaki rozkoszujące się w bezpłciowym metal-corze. To najsmutniejszy z najsmutniejszych doom metali, jakie powstały kiedykolwiek na naszej brzydkiej planecie. Nie mam tu jednak na myśli funeral doom, lecz dźwięki bardzo mocno zainspirowane wczesną ANATHEMĄ. Na tyle mocno, że gdy włączyłem ten krążek redakcyjnemu koledze Warzychowi, ten od razu stwierdził: "to brzmi jak "Pentecost III"!". I rzeczywiście coś jest na rzeczy, bo ASUNDER to poniekąd kontynuatorzy tego, co Angole tworzyli na swoim mini-albumie, który powstał tuż po cudnej płycie "The Silent Enigma". Tyle, że na wokalu jest jakby młodszy brat Darrena White'a, a nie Vincenta Cavannagha. A podobieństwa do ANATHEMY są naprawdę silne, bo i gitary grają podobnie "płaczliwe" riffy z tym charakterystycznym wybrzmiewaniem na końcu prawie każdego z nich, i melancholijnego klimatu jest tu tyle samo, o ile nie więcej. Żałobny wręcz nastrój potęgują jeszcze partie wiolonczeli, na której gra znana z awangardowego bandu AMBER ASYLUM Jackie Gratz. O klimacie albumu może też świadczyć fakt, że na trwający prawie 73 (!) minuty krążek składają się tylko dwa (!) utwory, a drugi z nich, "Rite of Finality", to 50-minutowy (!) kolos. W drugiej połowie tej kompozycji gitary, bas i bębny oddają pole minimalistycznym, wręcz rytualistycznym dźwiękom, co zbliża ASUNDER do nurtu dark ambient. Chyba jednak ciut z tym przesadzili, bo przez te ostatnie dwadzieścia parę minut kompletnie nic się nie dzieje, brak jakiegoś suspensu na samo zakończenie i w ogóle motyw staje się z czasem po prostu męczący, przesłaniając naprawdę wartościową treść zawartą w poprzednich czterdziestu kilku minutach. Podsumowując już - oryginalnością ASUNDER nie grzeszy, przesadzili w końcowych sekwencjach płyty, ale summa summarum, jeśli ktoś lubuje się w tak przytłaczającej muzie, brakuje mu starych dokonań ANATHEMY, albo mało mu (lub jej) jeszcze dźwięków z płyt MY DYING BRIDE (mi tak :), to może śmiało sięgnąć po to wydawnictwo. Nie ręczę jednak, że dawka smutku nie zabije pozostałych emocji i nie odbierze do końca sił witalnych...
ocena: 7/10
www.profoundlorerecords.com
www.asunder.info
autor: Diovis


ABOMINANT - "Triumph of the Kill"
(CD 2006 / Deathgasm Records & Pagan Records)
Szacunek należy się kapelom, które z uporem maniaka nagrywają kolejne albumy, choć mimo to oszałamiającej kariery nie robią i z pozoru nic nowego swoimi dźwiękami nie wnoszą. Ktoś chce jednak w nie inwestować, a ktoś tych krążków chce słuchać, więc jest OK. Takim przykładem jest choćby amerykańska ekipa ABOMINANT. W 2006 roku wydali siódmego już pełnograja pt. "Triumph of the Kill", a mimo to pozostają w miejscu, w którym byli dotąd, czyli w undergroundzie i nikt nie mówi o nich jako o kultowej grupie. Można by rzec, że jest im tam wygodnie, bo od samego początku ta piątka muzyków chciała po prostu grać oldskulowy metal. Wiadomo, z każdym kolejnym wydawnictwem udawało im się to coraz lepiej, bo doświadczenie i ogranie robią swoje. Dlatego szaleńcza i klasyczna jednocześnie mikstura thrash, death i black metalu w wykonaniu ABOMINANT nie jest li tylko odgrzewaniem starych kotletów, lecz nosi wyraźne znamiona, że w takiej estetyce chcą utrzymywać swoją twórczość. Słychać więc na "Triumph of the Kill" odległe echa CELTIC FROST (wokale!), DARK ANGEL, POSSESSED, a wszystko to okraszone przekrojem osiągnięć sceny metalowej w latach 90-ych, stąd czujne ucho wyłapie i nieco skandynawskiego (szwedzkiego zwłaszcza) black metalu, deathmetalowe blasty i nieco opętańczej melodyki AT THE GATES czy późnego CARCASS. Niby nic odkrywczego, a generalnie cieszy. I pasuje ABOMINANT nowy image rock 'n rollowych kowbojów z piekła rodem: whisky w łapach, karabiny, pasy z amunicją, pieszczochy, tatuaże i kozie łby. Aaaaarrrrrgggghhhh!
ocena: 7/10
www.deathgasm.com
autor: Diovis


ABORTED - "Slaughter & Apparatus: A Methodical Overture"
(CD 2007 / Century Media Records & EMI Music Poland)
Oczekiwałem na premierę tego krążka. Poprzednia płyta Belgów, "The Archaic Abattoir", bardzo przypadła mi do gustu i długo nie opuszczała wnętrza mego odtwarzacza. W związku z tym mój apetyt na "Slaughter & Apparatus: A Methodical Overture" był naprawdę duży. Nie zawiodłem się. Moje łaknienie zostało zaspokojone w 100 %. Mam jednak świadomość, że nie wszystkim fanom ABORTED może on się spodobać w takim stopniu jak mnie. Styl zespołu ewoluował na przestrzeni lat, czego wymierny efekt już można było usłyszeć na poprzednim albumie. Tym razem zespół poszedł jeszcze dalej. Muzyka ABORTED na nowej płycie jest nowocześnie zaaranżowana. Oczywiście zespół nie wyzbył się swej tożsamości i nie zmienił drastycznie muzycznego kursu. "Slaughter & Apparatus?" jest intensywny oraz posiada gęstą i bogatą rytmikę. Na nowej płycie usłyszeć można więcej melodyjnych patentów, które przypominają mi te, które znalazły się na "Heartwork" CARCASS. W dziewiątym na krążku "Odious Emanation" inspiracje tym znakomitym dziełem są bardzo słyszalne. Chyba nie przez przypadek w tym kawałku gościnnie wystąpił Jeff Walker... Podczas sesji nagraniowej obecni byli również Jacob Bredahl i Henrik Jacobsen z HATESPHERE, którzy również zaznaczyli swą obecność na . "Slaughter & Apparatus?". Cenię ABORTED za to progresywne podejście do własnej twórczości. Każde ich nowe dzieło jest równie interesujące jak poprzednie, oferując jednocześnie nowe doznania. Z płyty na płytę modyfikują swój styl, nie tracąc swojej tożsamości. Wszystko to powoduje, że za każdym razem przekonują mnie do własnych dźwięków. "Slaughter & Apparatus?" jest najbardziej dojrzałym materiałem ABORTED, opatrzonym znakomitą produkcją i brzmieniem (Tue Madsen - Antfarm Studios). Osobiście jestem kontent i jest bardzo prawdopodobne, że będzie również każdy kto lubi ambitne i nowoczesne death metalowe granie.
ocena: 8,5/10
www.goremageddon.be
www.myspace.com/g0remagedd0n
www.centurymedia.com
www.emimusic.pl
autor: Warzych


ADIASTASIA - "Life War"
(CD 2006 / Bombworks Records & Foreshadow Productions)
Za jakie grzechy muszę słuchać i opisywać takie gnioty?! Owszem, w mniemaniu hipokrytów wszelkiej maści grzeszę na potęgę i wcale się tego nie wstydzę. Za to powinni się wstydzić twórcy tego "dziełka", bowiem sprawiają, że power metal coraz częściej jest kojarzony z wszystkim co najgorsze (w złym tego słowa znaczeniu, hehe) w tej muzyce. Brazylijczycy zżynają bez skrupułów i w sposób żenujący z HELLOWEEN, GAMMA RAY, BLIND GUARDIAN i całej reszty tego typu kapel i już za to powinni z wywieszonym jęzorem iść do konfesjonału, by się wyspowiadać. Tym bardziej, że afiszują się przynależnością do stylistyki, która nazywa się "chrześcijański power metal". Nic dodać, nic ująć. Wokalista pieje aż uszy puchną, chóralne zawodzenia wołają o pomstę do piekła i nieba jednocześnie, klawisze trącają wiejską potańcówką, a reszta to też kiepścizna i po prostu cholernie nieudaczne klonowanie czyichś pomysłów. Na domiar złego (hłe, hłe) silenie się na epickość, bombastyczność i przebojowość kawałków też marnie się tutaj sprawdza, o tekstach napisanych językiem "rycersko-biblijnym" i płaczliwych balladkach już nawet nie wspomnę. A to wszystko trwa bitą godzinę... Koszmar!!! I tak jak w przypadku opisywanej w innym miejscu formacji ANGEL 7 zastanawiam się, kim są odbiorcy takich płyt. Bo nawet gro greckich powermetalowych kapel wypada lepiej, a jak sami wiecie, i one prezentują poziom polskiej A klasy w piłce kopanej...
ocena: 1/10
www.bombworksrecords.com
www.adiastasia.com
autor: Diovis


ANGEL 7 - "Black And White"
(CD 2006 / Bombworks Records & Foreshadow Productions)
TreśA oto i kolejny wynalazek kanadyjskiej Bombworks Records. W ich katalogu obok kapel ze Stanów, Polski i Brazylii mocną frakcję stanowi Ukraina. Mocną nie oznacza ciekawą, bo zarówno HOLY BLOOD, jak i ANGEL 7 to rzeczy z niższych lig (jeśli już używać terminologii sportowej). O ile w tej pierwszej drażniło mnie nieudane zżynanie z CRUACHAN, a "Waves Are Dancing" to ogólnie kiczowaty album, to ci drudzy mogliby wypaść znacznie lepiej, gdyby nie to, że środki, jakimi się posługują są co najmniej dziwaczne. Tak jak ich pobratymcy z wyżej wymienionego zespołu wychwalają Pana, ale tym razem używając bardziej uniwersalnego muzycznego języka. Mieszają melodyjny power metal ze skandynawskim melo-death metalem i tylko gdzieniegdzie wciskają folkowe zagrywki, a na samym spodzie tej nadmiernie słodkiej potrawy mamy skrzeczącego po ukraińsku wokalistę. Jeden z polskich internetowych portali metalowych, mieniący się jako "najlepszy w kraju" czy jakoś tak, doszukał się na tej płycie black metalu. O losie! Jeśli określać tak albumy, na których jedynie wokal może wskazywać na związki z tym gatunkiem, to wówczas w rankingu najbardziej popularnych formacji tego gatunku obok DIMMU BORGIR byłoby na przykład CHILDREN OF BODOM. I jeśli już szukać podobieństw ANGEL 7 do kogokolwiek, to właśnie do Finów. Na "Black And White" też roi się od gitarowych zagrywek i solówek, a utwory pędzą mocno do przodu. Nieprzypadkowo też wspomniałem o melodyjnym power metalu, bo ukraiński duet nawiązuje do tego gatunku dość często i gęsto. Może w nieco agresywniejszej formie, przez co pewnie parę osób zaciekawi zawartość tego krążka. Ale ja bynajmniej black metalu się tutaj nie doszukałem. Na drugim biegunie są wokale i klawisze, które wypadają znacznie słabiej, a chwilami wręcz trącają wiochą. Gdyby na ich miejsce wstawić coś bardziej dopracowanego i pasującego do całości, nie byłoby aż tak źle i można by im wybaczyć, że reprezentują chrześcijańskie wartości ze zbawieniem, miłością do bliźnich i innymi wytartymi sloganami, które mają się nijak do rzeczywistości, w jakiej dane jest nam żyć. Dlatego z ciekawością wysłuchałem na przykład instrumentalnego "From Darkness To Light", w którym gitarzysta Nikolay Kiriljuk pokazuje na co go stać i nie wadzą nawet pseudo-orkiestralne klawiory w tle. Ale jedna jaskółka wiosny nie czyni, prawda?
ocena: 3/10
www.bombworksrecords.com
autor: Diovis

- A   [1  2   3   4   5   6    7] -