| 9 | A | B | C | D | E | F | G | H | I | J | K | L | M | N | O | P | Q | R | S | T | U | V | W | X | Y | Z
INDEX

- A   [1  2   3   4   5   6    7] -   


ANIMUS MORTIS - "Atrabilis (Residues From Verb & Flesh)"
(CD 2008 / Debemur Morti Productions & Pagan Records)
Chile to bardzo mocny punkt na mapie południowoamerykańskiej sceny. Kraj z naprawdę mocną sceną, zarówno death, jak i black metalową. ANIMUS MORTIS, to "młodzi gniewni", którzy zapragnęli coś zamieszać na scenie. Kapela istnieje zaledwie cztery lata, muzycy udzielali, bądź udzielają się w kilku kapelach, których nazwy kompletnie nic mi nie mówią. Panowie poruszają się w kręgu jakże popularnego mizantropijnego black metalu i muszę przyznać, że jak na grupę z tak małym stażem radzą sobie na tym poletku całkiem nieźle. Słychać co prawda, że jeszcze trochę pracy przed nimi, szczególnie w przypadku produkcji, a konkretnie brzmienia (oj przydała by się ręka jakiegoś europejskiego producenta), jak i większego urozmaicenia utworów, odpowiedniego zaaranżowania niektórych partii. Zbyt często bowiem pojawiają się na płycie bardzo długie, szybkie i trochę nudne riffy, ciągnące się niepotrzebnie. Na pewno najmocniejszym punktem są wolne partie. To one bowiem nadają ów mizantropijny charakter całej płycie, w połączeniu z miarowym tempem perkusji tworzą naprawdę ciekawy efekt. Pomimo pewnych niedociągnięć na pewno warto śledzić dalsze losy tej kapeli. Nie jest to jeszcze pierwsza liga, ale... nawet najwięksi przecież kiedyś zaczynali. Zobaczymy jaka będzie przyszłość. Na razie te 34 minuty spędzone z tym materiałem nie należą do straconych.
ocena: 7/10
www.debemur-morti.com
www.animusmortis.com
autor: sThor


AVERSE SEFIRA - "Advent Parallax"
(CD 2008 / Candlelight Records & Mystic Production)
Podczas, gdy większość zaangażowanych ideologicznie blackmetalowych hord ze Stanów Zjednoczonych powstałych około 10 lat temu pokrył już kurz zapomnienia, AVERSE SEFIRA zawzięcie tworzy kolejne płyty i z każdą kolejną staje się coraz pewniej radzącą sobie z black'owym stylem formacją, która nie poprzestaje na odgrzewaniu starych "norweskich" kotletów. Daleko mi do stwierdzenia, że Amerykanie są innowatorami tego gatunku, ale na pewno wyznaczyli sobie kierunek, jakim podążają od drugiego albumu "Battle's Carrion" z 2001 roku i konsekwentnie prą do przodu. Na "Advent Parallax" jest i zwierzęca wręcz wściekłość, i paranoiczny gniew, które ujawniają się w często i gęsto zeschizowanych partiach gitar, lodowatych, nieludzkich wręcz wokalizach oraz połamanej rytmice kojarzącej się chwilami z IMMOLATION. Teksańczycy wyciągnęli odpowiednie wnioski z tego, że wbrew pozorom black metal jest gatunkiem, który rozwija się i inkorporuje elementy death metalu oraz industrialu, co wcale nie musi oznaczać łagodzenia formuły czy zdradzania swoich ideałów. Tych industrialnych motywów nie ma zbyt wielu, ale za to potęgują napięcie i nastrój obłędu. Z kolei death metal jest również w śladowych ilościach i wynika raczej z klimatu, który można spotkać na płytach IMMOLATION czy INCANTATION, aniżeli zwracania się na siłę w stronę ciężaru czy nadużywania blastów. Ktoś zauważy podobieństwa "Advent Parallax" z "Rebel Extravaganza" SATYRICON i będzie miał po części rację. Ta płyta jest pełna chłodu, obłąkania, zła i mroku. Podobnie prezentuje się na swoich produkcjach choćby ukraiński SEMARGL i ten rodzaj odhumanizowanego grania rzeczywiście oddaje prawdziwą naturę black metalu. Nie tak rock ?n rollowego i brudnego jak w wykonaniu DARKTHRONE czy przyswajalnego i dokładnie wypolerowanego jak DIMMU BORGIR, ale dokładnie takiego, jaki powinien być.
ocena: 8/10
www.candlelightrecords.co.uk
www.aversesefira.com
www.myspace.com/aversesefira
autor: Diovis


ANAL VOMIT - "Depravation"
(CD 2007 / Displeased Records & Foreshadow Productions)
Peruwiański ANAL VOMIT doczekał się właśnie wydania drugiego longplaya - "Depravation". Nie żebym tam specjalnie ubolewał czy tęsknił. Tak tylko mówię. Dla tzw. wiedzy haha. Zresztą wątpię, aby ktokolwiek znał i, w co jeszcze bardziej wątpię, lubił tę kapelę!!! A prawda jest taka moi mili ,że jest za co lubić tę bandę obskurnych, przechlanych, perwersyjnych "szatanowców" hehe!!! Ich dość osobliwe podejście do tematu zwanego death metalem jest godne podziwu. To jest dopiero old school, drodzy naśladowcy trendów, a nie tam kopiowanie brzmienia początku lat dziewięćdziesiątych. Ci zacni Peruwiańczycy uraczyli nas dziesięcioma utworami, w tym coverem kapeli HADEZ, o iście piekielnej prominencji. To co, że zza jednego winkla wyłania się POSSESSED, a zza drugiego inne SARCOFAGO. Widocznie tak miało być. Takie hity jak "Alcoholocausto" czy "Bestial Possession" samoczynnie sprawiają, że mi banan rośnie na ziapie!!! CHAMSTWO!!!!!!! To jedyne słowo, które w pełni oddaje ducha tej muzyki. Jest szybko, wulgarnie i do przodu oraz na swój sposób przebojowo. Pozwolę sobie napisać coś na temat brzmienia. W tej materii również nie poszli na kompromis. Czyste analogowe brzmienie. Możliwe, że jest to spowodowane możliwościami peruwiańskich studiów nagraniowych. Pal to licho!!! Niech muzyka sama przemówi!!!
ocena: 8/10
www.myspace.com/analvomitperu
www.geocities.com/avdeathmetal
www.displeasedrecords.com
www.foreshadow.pl
autor: Narmer


ANCIENT CREATION - "Evolution Bound"
(CD 2007 / Melissa Records & Metal Mundus)
Nie sposób nie docenić umiejętności muzyków tego amerykańskiego bandu. Wiedzą, do czego służą gitary, bas i perkusja, świetnie znają klasykę heavy metalu i mają charakterystycznego wokalistę. Słuchając jednak ostatnio sporo nowych kapel prezentujących, jak kto woli - power, heavy czy tradycyjny metal - mam wrażenie, że zamykają się tak samo jak zespoły czysto death- czy blackmetalowe. "Mamy mieć takie a takie brzmienie, nie możemy eksperymentować i chcemy mieć taką i nie inną publiczność". To nie są ich słowa lub słowa wydawcy, ale jestem przekonany, że tak sobie założyło i myślało tych pięciu muzyków w chwili tworzenia swojej formacji. Do tego jeszcze starają się usilnie zabrzmieć tak archaicznie, jak tylko się da. Stąd ten pomrukujący bas, odmienny od obecnych standardów sound gitar i bębny bez triggerów. Ma to swój specyficzny urok w przypadku SLOUGH FEG, CRESCENT SHIELD czy IGNITOR (pierwsze z brzegu przykłady), zwłaszcza jeśli ktoś wychowywał się na hard i heavy w latach 80-ych lub po prostu lubi takie granie, ale nie trawi dopieszczonych i wygładzonych kapelek stacjonujących głównie w Niemczech. Tylko w takim przypadku ANCIENT CREATION wejdzie prawie bez popitki, ale i tak pozostanie pewien niesmak, bo okazuje się, że i takich artystów jest na całym świecie na pęczki. "Evolution Bound" rozkręca się powoli i dopiero chyba czwarty na albumie "Bringer of Evil" przykuł jako pierwszy moją uwagę chwytliwą linią melodyczną i refrenem oraz solówkami opartych na dwudźwiękach a la wczesne IRON MAIDEN. Dalej zrobiło się znowu nieco nudno i nijako, a z tym zgłuszonym brzmieniem sam odsłuch nie przynosi zbyt dobrych wrażeń estetycznych, choć gdyby sound miał być sterylny byłoby jeszcze gorzej. Ciekawiej prezentują się jeszcze trzy numery: "Heritage", "Lost Angels" i "Spheres", w których pojawia się a to jakiś akustyczny wtręt, a to połamana rytmika, a to pasjonujące pojedynki gitarzystów solowych, albo po prostu jest w miarę klarowna wizja tego, co chce osiągnąć ten kwintet ze Stanów. Nie wiem jednak po co obok czystych wokaliz Steve Bentley co jakiś czas wtrąca bardzo nieudane niby-growle. Nie pasuje to kompletnie do całości i naprawdę nie wiem czemu miało służyć. Chwaliłem inną "nową twarz" nagrywającą dla Melissa Records, czyli BEYOND FALLEN, tu jednak apoteozy nie było i nie ma. Brzmienie zanadto zalatuje amatorszczyzną, płyta jest cholernie nierówna i nie pozostaje z niej prawie nic w pamięci.
ocena: 5/10
www.melissarecords.com
www.ancientcreation.net
www.myspace.com/ancientcreation
autor: Diovis


ASRAI - "Pearls In Dirt"
(CD 2007 / Season Of Mist Records)
Widać, że Season Of Mist mocno wierzy w sukces komercyjny swoich podopiecznych z ASRAI. Wypuścili im singielka, rozreklamowali w mediach w Zachodniej Europie, a teraz, po wydaniu "Pearls In Dirt", pewnie mocno ściskają kciuki, żeby sprzedać jak najwięcej egzemplarzy tej płyty. Ale nie będzie już tak łatwo, dlatego SOM obrało strategię, by nie używać przy okazji ASRAI określeń "gothic metal", następcy WITHIN TEMPTATION czy tym podobnych sloganów, które są obecnie w metalowym świecie "out of fashion" lub zwyczajnym faux pas. Słowo "gotycki" oczywiście pada, ale jak od tego uciec, gdy image zespołu jest bardzo mroczny, stroje i makijaże typowe dla wielu zespołów z tego kręgu (raczej gotycko-rockowego, a nawet punk-rockowego), a w składzie są aż trzy dziewczyny, w tym jedna jest frontmanką? Dlatego wydawca posiłkuje się też zwrotami typu "wędrówka przez strefę zmierzchu między gotyckim rockiem i heavy metalem", by odwrócić nieco uwagę od podobieństwa ASRAI do innych kapelek z panią na wokalu. Bo w rzeczy samej "Pearls In Dirt" to nie takie znowu kiczowate dziełko, od jakich swego czasu aż się roiło, a naturalna selekcja część "artystów" odrzuciła (i dobrze!). Na krążku mamy więc spore zróżnicowanie stylistyczne, choć przeważają naturalnie chwytliwe, ale wciąż jeszcze metalizujące numery w rodzaju "Delilah?s Lie" i "Your Hands Are Cold" czy wręcz rockowe hity, takie jak "Something I Said" i singlowy "Sour Ground". Odróżniają się od nich prawie punkowy "Go" i nieco bardziej mroczne "Awaken" oraz "Chain Me". Wszystkie numery bazują na prostych gitarowych riffach, bogatym klawiszowym i elektronicznym podkładzie, ale podejrzewam, że w wersji koncertowej brzmią bardziej surowo i ubogo, bo wiadomo, że studio nagraniowe czyni cuda. Tym bardziej, że nagrań dokonano w uznanym holenderskim Excess Studio, a za gałami zasiadł doświadczony muzyk i producent Sascha Paeth, który kojarzony jest bardziej z heavy i power metalem, ale pracując z ASRAI poukładał wszystkie dźwięki tak, by wyszedł przyswajalny, ale nie do końca banalny album. I w efekcie tak to wyszło. Zachwytu nie odczuwam, jednak jest naprawdę dobrze.
ocena: 7/10
www.season-of-mist.com
www.asrai.net
autor: Diovis


AUDIOPAIN - "The Switch To Turn Off Mankind"
(CD 2007 / Vendlus Records & Foreshadow Productions)
Kiedyś usłyszałem gdzieś, że ta grupa to takie małe odkrycie Fenriza. Nie od dziś wiadomo, że koleś żyje black, thrash, czy death metalem z lat 80-ych, niejednokrotnie podkreślał to w wywiadach. Dlatego też nie dziwi mnie fakt, że taką też muzykę gra ten zespół. Znaleźć tu można wszystko, od starego KREATOR, SODOM, DESTRUCTION, poprzez POSSESSED i stary DEATH, a na VENOM skończywszy. Wszystko ładnie i pięknie, ogień zieje z głośników niczym z hutniczego pieca, skóra, ćwieki i metal. Jednak płyta ma dwie poważne wady. Pierwsza to czas trwania. Dwadzieścia parę minut to trochę za mało jeśli chodzi o pełen materiał, po drugie zaś to wszystko już było. Oklepane patenty, schematy głęboko osadzone w około dwóch dekadach temu, plus ewentualnie ostatnie black rock?n rollowe zapędy DARKTHRONE. Nie powiem, słucha się tego naprawdę fajnie, ale tylko słucha. Nie pozostaje w głowie nic konkretnego. Świetna płyta do samochodu albo na mocno zakrapianą metalową bibę - wypróbowałem, naprawdę działa ;) Krążek można nabyć w Foreshadow, więc wszystkich old schoolowców zapraszam. Reszcie może nie przypaść do gustu.
ocena: 7/10
www.audiopain.com
www.vendlus.com
www.foreshadow.pl
autor: Diovis


AVANTASIA - "The Scarecrow"
(CD 2008 / Nuclear Blast Records & Mystic Production)
Poczynania Tobiasa Sammeta w jego zespole EDGUY nie pociągały mnie w żaden sposób. Lukrowaty heavy metal nigdy nie był czymś, co uważałem za muzykę godną uwagi. Mieliśmy nawet kiedyś z kumplami takie powiedzonko: "widziałem chłopaków z EDGUY?a w autobusie i pozdrawiają cię", co nie było na pewno wyrazem naszej sympatii do muzyków tej niemieckiej formacji. AVANTASIA to już trochę inna para kaloszy, bo tu pan Tobias zaczął realizować bardziej ambitne plany tworzenia rockowo-metalowych performance?ów. Zaczęło się od dwóch części "Metal Opera", na które zaprosił wielu ciekawych artystów związanych w taki lub inny sposób z muzyką spod znaku hard rocka, heavy, progressive lub gothic metalu, a ciąg dalszy ma miejsce po kilku latach przerwy, wraz z wydaniem trzeciego pełnego albumu pod tym szyldem, zatytułowanego "The Scarecrow". Tym razem Mr Sammet również postanowił stworzyć epickie dzieło zrobione z rozmachem i dalekie od szablonów powielanych przez EDGUY. No może nie do końca, bo jest na tym krążku parę fragmentów, które przypominają o tym, że podstawowy band twórcy AVANTASII to słabiutka i kiczowata kopia HELLOWEEN. Przede wszystkim nijak się ma do formuły ambitniejszego grania taki numer, jak wybrany na singla promującego płytę "Carry Me Over" czy cholernie ckliwy i bardziej pasujący do disneyowskich filmów "What Kind of Love", ale takie są wymogi wydawcy, który daje dużą kasę, to i chce mieć kawałki mogące podbić listy przebojów. Znaczną jednak część "The Scarecrow" wypełniają jednak numery, w których orkiestracje i konotacje z progresywnym rockiem i hard rockiem oraz solidny heavy metal są potraktowane na równi. Już drugi na albumie kawałek tytułowy to świetny przykład jak można połączyć te wszystkie elementy. W jedenastu minutach mamy przekrój tych stylistyk, są tu więc i smakowite aranżacje, solowe popisy, chóry, a w roli wokalisty jest Jorn Lande i jego partie są tu prawdziwą ozdobą. Tak zresztą jak i w dwóch innych fragmentach: "Another Angel Down" oraz "Devil in the Belfry". W "The Toy Master" pojawia się "dziadek" Alice Cooper i bez przesady można powiedzieć, że mistrz horror rocka dawno nie był w tak dobrej formie, nadając temu numerowi posmak tajemniczości i grozy. Wymienione utwory są najbardziej wyróżniającymi się na płycie, bo już na przykład "Shelter From the Pain" jest dość średni, choć pojedynki wokalne Michaela Kiske i Boba Catleya (MAGNUM) oraz gitarowe solówki Kaia Hansena są przedniej marki. Warto jeszcze wspomnieć o zamykającym całość "Lost In Space", który jest bardzo przebojowy i na dłużej pozostaje w pamięci. Jestem przekonany, że mimo tych wszystkich minusów i plusów "The Scarecrow" nie rozczaruje na pewno sympatyków poprzednich wydawnictw AVANTASII.
ocena: 7/10
www.nuclearblast.de
www.tomassammet.com
www.myspace.com/tobiassammet
autor: Diovis


AND HARMONY DIES - "Flames Everywhere"
(CD 2007 / My Kingdom Music & Foreshadow Productions)
Włoski black metal to zjawisko w dużej mierze wtórne, żałosne i pobudzające pusty śmiech. Nieliczne wyjątki tylko potwierdzają tę regułę. AND HARMONY DIES pamiętam jeszcze z takiego splitu Pyramid Record pt. "Tributum Morti", na którym pojawiło się w towarzystwie równie mało ciekawych formacji PESTEN i LUX ETERNAE. Lat kilka minęło i mamy pełny album "Flames Everywhere", reklamowany jako "awangardową, chorą, szaleńczą, szokującą, zaskakującą, morderczą formę muzyki" oraz "black metal w jednej ze swoich najbardziej ekstremalnych odmian dla fanów DEVIL DOLL, ARCTURUS i LIMBONIC ART". Nie wiem kto wymyślił te slogany reklamowe, ale był daleki od prawdy. "Flames Everywhere" to próba, jednak zaznaczam, że tylko próba stworzenia blackmetalowej opery, a przy okazji koncepcyjnego albumu opowiadającego o wzlocie i upadku domorosłego okultysty-satanisty. Może sam zamysł jest ciekawy, ale z wykonaniem jest już dużo gorzej. Dowodzący AND HARMONY DIES Black próbuje zmierzyć się z ambitną materią i w tym celu próbuje być wszechstronnym kompozytorem, muzykiem i wokalistą, ale na przykład jego wokalne popisy, głównie skrzeki oraz czyste wokale i zaśpiewy a la KING DIAMOND wołają o pomstę do piekła. Muzycznie Black również stara się wrzucić na tę płytę wszystko co popadnie: od klasycznego black metalu, poprzez wirtuozerskie solówki i symfoniczny metal, aż po bardziej awangardowe rzeczy, lecz sposób, w jaki brzmi całość przyprawia mnie o mdłości i zgrzytanie zębów. Typowy przykład przerostu formy nad treścią. Jest kilka znośnych numerów, ale ogólnie jest żenująco i pokracznie. Komputerowe bębny, wieśniackie klawisze, brak mocy, nieudolne kopiowanie pomysłów genialnego DEVIL DOLL, wstawki rodem z electro - ech, jest słabiutko. Brzmienie kładzie też niestety umieszczony na końcu cover ponad dwudziestominutowego "At War With Satan" VENOM, który w wykonaniu Włochów jest płaski, miękki i po prostu nijaki. AND HARMONY DIES pomimo przeróżnych starań nie udaje się wyjść poza usilne podpieranie się twórczością CRADLE OF FILTH. Im bardziej odważne stawia kroki, by od tego odejść, tym gorzej to wychodzi. Taka jest smutna prawda o tej płycie, której tak naprawdę być nie powinno.
ocena: 2/10
www.mykingdommusic.net
www.myspace.com/andharmonydies
www.foreshadow.pl
autor: Diovis


ARMAGEDDA - "Echoes of Eternity"
(CD 2007 / Agonia Records)
Przy okazji tego wydawnictwa myślałem sobie jak wielu black-maniaków sięga po raz pierwszy po instrumenty i po kilku zaledwie próbach nagrywa reha lub demówkę licząc, że stanie się kultowa, a ich kapela będzie taka "true" i w ogóle. W wielu przypadkach wystarcza tego entuzjazmu na bardzo krótko, bo na przykład muzycy nie mogą dojść do porozumienia kogo będą imitować lub czyje "ego" w zespole jest większe. Szwedom z ARMAGEDDA weny wystarczyło na 5 lat, udało im się nawet po drodze złapać kontrakty z Merciless Records oraz Agonia Records i nagrać poza niezliczoną ilością demówek oraz epek także trzy pełne albumy, po czym stwierdzili, że obecna scena BM jest be, oni osiągnęli wszystko co chcieli itepe. Sprytne posunięcie, prawda? Nasza krajowa Agonia Records postanowiła, że nie da tak szybko zapomnieć o tej hordzie, która kiedyś (w rzeczy samej całkiem niedawno) działała, więc w efekcie zebrano na "Echoes of Eternity" wszelkie możliwe kawałki opublikowane na różnych splitach, epkach etc. Część osób, które znają ten band wyłącznie z dwóch ostatnich studyjnych produkcji "Only True Believers" i "Ond Spiritism" zdziwi się jednak mocno (no chyba, że chcieli poznać to bardziej surowe brzmienie ARMAGEDDY), bo na tym wydawnictwie często i gęsto mamy po prostu krzywo i obskurnie zagrany kawałek black metalu, z którego wynika, że Szwedzi dopiero z czasem - a dokładnie to na "dwójce" - odeszli od dość bezmyślnego kopiowania swoich idoli z DARKTHRONE, BURZUM i poniekąd też wczesnego BATHORY. Weźmy takie numery oryginalnie umieszczone na splicie ze SVARTHYMN - to przecież marna kalka Norwegów, jakich wiele. Niewiele lepiej prezentują się również koncertowe kawałki, chyba świadomie wrzucone pod koniec krążka. Obnażają braki techniczne muzyków, ale dla kogoś "Echoes of Eternity" będzie zapewne świadectwem "prawdziwości" i "piekielności" poczynań tych Szwedów. Dla mnie bzyczenie gitar i doprowadzający do szału szelest blach przez ponad godzinę to zbyt wiele, ale maniacy poczynań ARMAGEDDY, jak i wszystkich podobnie grających hord mimo wszystko powinni się zaopatrzyć w to wspominkowe wydawnictwo.
ocena: 6/10
www.agoniarecords.com
www.armagedda.se
autor: Diovis


AVA INFERI - "Silhouette"
(CD 2007 / Season Of Mist Records)
Nie ukrywam, że ten zespół stanowił dla mnie sporą zagadkę. Nie słyszałem debiutu pt. "Burdens" i sama nazwa AVA INFERI była dla mnie dotąd obca. Zrzucam to wyłącznie na karby słabej promocji, bo dotychczasowy polski dystrybutor wydawnictw francuskiej Season Of Mist nie robił kompletnie nic nawet w przypadku tak uznanych nazw jak MAYHEM, WATAIN, ROTTING CHRIST, ANAAL NATHRAKH czy RED HARVEST. Ale mniejsza z tym i krzyżyk na drogę panu D. oraz jego nic nie potrafiącym panienkom od promocji. Przy okazji "Silhouette" doznałem dzięki temu lekkiego szoku, bowiem pomysłodawcą AVA INFERI jest Rune Eriksen aka Blasphemer (MAYHEM) i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że jego kolejny zespół gra tak zwany gothic/doom metal i że reszta muzyków, w tym obdarzona wyjątkowym głosem wokalistka Carmen Susana Simoes pochodzi z... Portugalii. Drugi album tej formacji zaczyna się prawdziwą perłą "A Danca das Ondas" z tekstem w języku portugalskim, przepięknym klimatem i stopniowo budowaną dramaturgią. I tu zaczynają się schody, bo dalej jest co prawda klimatycznie, Carmen stara się jak może, ale żaden z ośmiu utworów już jemu nie dorównuje. Jest poprawnie i prawie że wzorcowo, ale pozostaje pewien niesmak, bo chyba głównie w celach komercyjnych większość pozostałych tekstów jest po angielsku, riffy się powtarzają i nie ratują tego ani użyte od czasu do czasu dla wzbogacenia całości partie pianina, ani wspomniane już operowe popisy wokalistki. Jak dla mnie "Silhouette" jest jedynie brzydszą siostrą albumu "Fevered" szwedzkiego LEFT HAND SOLUTION, którym zachwycałem się w 1997 roku, a który do dziś pozostaje jedną z ważniejszych i najbardziej niedocenionych płyt z gotycko-doom'ową muzą. Tam i tu dźwięki opierały się zasadniczo na charakternych żeńskich wokalizach i zdecydowanie gitarowym graniu, co jednak nie pozbawiało muzy specyficznej atmosfery. Może dla kogoś, kto nie miał okazji poznać większości krążków z takimi dźwiękami powstałymi mniej więcej 10-12 lat temu będzie to jakieś tam objawienie, ale raptem pewnie zmieni swoje zdanie. I w sumie szkoda, bo gdyby ten album miał stanąć w szranki z takimi chłamowatymi produkcjami, jakie tworzą na przykład LACUNA COIL, EPICA lub XANDRIA zdecydowanie by wygrał. Ale to za mało, by znaleźć swoje miejsce w historii atmosferycznego metalu. I za mało, by wzbudzić tyle pozytywnych emocji, jak wydawnictwa THE GATHERING, wczesnego THEATRE OF TRAGEDY, "jedynka" WITHIN TEMPTATION.
ocena: 6/10
www.season-of-mist.com
www.ava-inferi.com
www.myspace.com/avainferi
autor: Diovis


APOCALYPTICA - "Worlds Collide"
(CD 2007 / Sony BMG Music Entertainment)
Fińscy wiolonczeliści już nie odkryją więcej Ameryk, nie zrobią żadnej rewolucji i nie zaszokują świata niczym nowym. Im jest wygodnie i przyjemnie w wypełnionej przez ich samych przed kilkoma laty niszy, w której nikt i nic im nie zagraża. Są jedyni w swoim rodzaju, i basta! "Worlds Collide" to kolejny bezpieczny album, który zapewni APOCALYPTICE wypracowane przez nich miejsce na scenie muzycznej. Album ten na pewno zaspokoi gusta fanów cięższego grania, jak i tych, którzy po takie dźwięki sięgają znacznie rzadziej, ale nie brzydzą się mocniejszych brzmień. Zresztą czterej Finowie (trzech wiolonczelistów i perkusista) wiedzą jak dotrzeć do tych drugich. Stąd na "Worlds Collide" ponownie pojawiają się goście w postaci wokalistów Corey Taylora ze STONE SOUR i SLIPKNOT, Tilla Lindemanna z RAMMSTEIN, Adama Gontiera z THREE DAYS GRACE oraz wokalistki Christiny Scabbii z LACUNA COIL. W tym numerach APOCALYPTICA umiejętnie wykorzystuje swój kunszt smyczkowego riffowania, dostosowując to do klimatów, w jakich obracają się na co dzień owi śpiewacy i jedna śpiewaczka. Dlatego "I'm Not Jesus" to mocny, rockowy i chwytliwy numer (zresztą wybrany na singla promującego ten krążek), będący coverem stworzonym przez Davida Bowie i Briana Eno "Helden" to numer jakby wykrojony z jednej z płyt RAMMSTEIN'a (melancholia łączy się tu z Lynch'owskim mrokiem), "I Don't Care" to kolejny rockowy hicior (nieco bez ikry, ale cóż...), a "S.O.S. (Anything But Love)" jest dopasowany do stylistyki, w której na co dzień gustuje przereklamowana moim zdaniem LACUNA COIL. Nie koniec na tym jeśli chodzi o gości na tym albumie, bo w "Last Hope" bębni mocno zaprzyjaźniony z APOCALYPTICĄ Dave Lombardo (SLAYER), a w "Grace" na gitarze zagrał bardzo znany w Japonii muzyk Tomoyasu Hotei. Ten ostatni kawałek pokazuje ciągotki fińskiej formacji do łączenia własnego stylu ze skłonnościami do muzyki klasycznej i progresywnego rocka (jeden z motywów wręcz nawiązuje do "Epitaph" KING CRIMSON). Pozostałe numery z tej płyty to już wiolonczelowo-perkusyjny show, w którym wciąż mocno odciska piętno twórczość METALLICY, ale wynika z tego też umiejętność bogatych aranżacji i tworzenia instrumentalnych, acz nie nudnych piosenek w konwencji rockowo-thrashmetalowej. Kolejny solidny wyrób prosto z Kraju Tysiąca Jezior.
ocena: 7/10
www.apocalyptica.com
autor: Diovis


ARCH ENEMY - "Rise of the Tyrant"
(CD + DVD 2007 / Century Media Records & EMI Music Polska)
ARCH ENEMY stało się zespołem popularnym i modnym. Na Zachodzie wręcz należy słuchać ich muzyki, chociaż pewnie dla większości Niemiaszków, Francuzów czy innych Angoli grają za głośno, za ekstremalnie, a ta pani na wokalu tak bardzo wrzeszczy ;) Wydawcom czasem opłaca się wywalić kupę kasy na promocję, a że zespół jest chętny do koncertowania, przyciąga fanów na festiwale i do klubów, a potem do sklepów, to nic, tylko się cieszyć. Nie ukrywam, że nie jestem wielkim miłośnikiem dokonań ARCH ENEMY, ale też niespecjalnie kręcę nosem na ich twórczość. Podobała mi się gra Michaela Amott'a w CARCASS i na płytach swojego nowszego bandu też gra te swoje przesympatyczne, melodyjne i wirtuozerskie solówki, a że do kapeli wrócił jego brat Christopher, to gitarowa maszyneria jest ponownie właściwie naoliwiona i pracuje jak należy. Angela Gossow sympatycznie zdziera gardziołko (mam wrażenie, że jej głos na tej płycie brzmi jakby naturalniej niż w przeszłości - bez zbędnych nakładek i bajerów) i jako jedna z nielicznych frontmenek jest nadzwyczaj aktywna na scenie, nie oszczędza siebie i swojego głosu, także na płytach. Lubię niektóre krążki ARCH ENEMY, ale nowy album jest jak dla mnie pójściem za koniunkturą. To płyta wyważona, bezpieczna dla samego zespołu, nie wnosząca nic nowego, a przez to na swój sposób "politycznie poprawna". Dla niezbyt wymagającego słuchacza "Rise of the Tyrant" to pozycja wymarzona. Utwory są przesycone agresją, a przy tym cholernie melodyjne, chwilami wręcz słodkie niczym niektóre kawałki CHILDREN OF BODOM. Obawiam się jednak, że grupa stanęła jednocześnie w miejscu, a niektóre numery z tego wydawnictwa są podobne do tych z poprzednich płyt. A jest jeszcze gorzej - przykładowo następujące po sobie "The Last Enemy" i "I Will Live Again" są do siebie bliźniaczo podobne i gdyby nie czytnik w odtwarzaczu zastanawiałbym się, czemu do cholery ten numer jest taki długi. Inne podobieństwo tyczy się pewnego powtarzającego się wielokrotnie motywu gitarowego w numerze tytułowym, bo to żywcem przeniesione frazy z "Painkiller" JUDAS PRIEST. Jak widać, nawet takiemu wydze, jakim jest Michael Amott zdarzają się zapożyczenia i korzystanie z czyichś pomysłów. Zresztą ktoś kiedyś powiedział, że ARCH ENEMY to takie thrash'owo-death'owe IRON MAIDEN i coś w tym jest. Nie sposób nie docenić woli bycia gwiazdą przez ten zespół i tego, co już osiągnęli, ale mam coraz silniejsze wrażenie, że muzycy spoczęli na nowym krążku na laurach. Jest to po prostu rzetelnie zrobiony kawał muzy, nic poza tym.
"Rise of the Tyrant" zawiera jeszcze dodatkowo mały dysk DVD, który jest przede wszystkim ukłonem dla południowoamerykańskich fanów zespołu. Można zobaczyć, jak szwedzko-niemiecka ekipa prezentowała się na koncertach w Argentynie, Brazylii oraz Chile (utwory "live": "I Am Legend / Out For Blood" i "Diva Satanica") i jak przebiegała trasa widziana oczami muzyków oraz ekipy technicznej (mini-reportaż). Dla fanów niezła gratka, dla reszty coś do odhaczenia albo wręcz pominięcia.
ocena: 6/10
www.centurymedia.com
www.archenemy.net
www.myspace.com/archenemy
www.angelagossow.com
autor: Diovis


ARSONISTS GET ALL THE GIRLS - "The Game of Life"
(CD 2007 / Century Media Records & EMI Music Polska)
Ostatnimi czasy panuje taki trend na prześciganie się która z młodych kapel znajdzie najbardziej dziwaczną i koniecznie długą nazwę dla swego przedsięwzięcia. Wysoko na tej liście jest ARSONISTS GET ALL THE GIRLS i szyld ten faktycznie pozostaje długo w pamięci i intryguje. Obawiałem się, że z muzyką już będzie znacznie gorzej, bo ogólnie wiadomo z kim ostatnio podpisują kontrakty molochy wydawnicze pokroju Century Media. Obawy znikły po pierwszym przesłuchaniem, chociaż nie tak całkowicie. Wszyscy kochają SLAYER'a, więc AGATG również. Ale miłość ta, pewnie nieodwzajemniona, została przepuszczona przez tak dziwaczny filtr znany tylko muzykom tej kapeli, że trudno się chwilami połapać o co chodzi tym młodym chłopakom. Co rusz zmieniają styl swojego grania - po hard-core'owym fragmencie z wydzierającym się wokalistą następują deathmetalowe blasty, a gościu na wokalu growluje jak najęty. Dalej jest jakiś motyw niczym z thrashmetalowej płyty (na przykład SLAYER), melodia wygrywana przez archaicznie brzmiący klawisz, patent jakby rodem z albumów PAN.THY.MONIUM (na przykład w "Shoe Shine For Neptune"), szaleńcze (sic!) ska (w "Claiming Middle Age a Decade Early") i ponownie mieszanka core'a oraz death'u, darcie mordy na dwa ryje i tak dalej w ten deseń. Uch, groch z kapustą, bigos z agrestu ;) Żeby było ciekawiej, tytuły i teksty też są porąbane, podobnie jak obrazki w booklecie i okładka z narysowanym królikiem. Trudno się tu czasem we wszystkim połapać i zastanawiam się czy to wszystko to dla jaj, czy oni mają takie poczucie humoru, czy wtrząchnęli coś niedobrego przed nagraniami, hehe. ARSONISTS są w pewnym sensie spokrewnieni z ich koleżkami z wytwórni, czyli z DESPISED ICON oraz ION DISSONANCE, tyle że bardziej zeschizowaną muzę tworzą. Mogą się spodobać łowcom nowinek i łapaczom agresywnych dźwięków w pokręconej formie. Jeszcze nie nadszedł ich czas, ale kto wie, może nie spoczną na laurach, że wydało ich Century Media i staną się czymś więcej niż tylko jeszcze jedną grupą o dziwacznej nazwie. I dostaną takie dziewczyny, jakie im się należą :).
ocena: 7/10
www.centurymedia.com
www.myspace.com/agatg
autor: Diovis


ASHURA - "Legacy of Hatred"
(CD 2007 / Thundering Records & Manitou)
O ile ktoś z was jeszcze pamięta, na łamach poprzedniej chyba odsłony serwisu recenzowałem płytkę francuskiego DECLINE OF HUMANITY. Na dzień dzisiejszy trzymam w ręku krążek pochodzącego z tego samego kraju bandu o nazwie ASHURA i z uwagi na koneksje składowe sam już nie wiem, czy należałoby go traktować jako projekt muzyków DOH czy też jest właśnie na odwrót. Ech, jeden pies skoro oba bandy grają praktycznie to samo i właściwie już wówczas powinienem obie recenzje ich dokonań zamieścić w jednej, chociażby dla zaoszczędzenia sobie fatygi. Stało się jednak inaczej, toteż potraktujcie ten elaborat jako swego rodzaju suplement, lecz od razu zapewniam, że nie napiszę o tym zespole niczego, co świadczyłoby o tym, że się nad nim przesadnie rozpływam. Muzyka zawarta na "Legacy of Hatred" to kilkadziesiąt minut brutalnego, death metalowego łojenia, która w zasadzie podobnie jak ta tworzona przez równolegle działający zespół ich kolegów nic nowego do całokształtu sceny nie wnosi, poza tym tylko, że grupa jawi się jako kolejny przedstawiciel gatunku. Jasne, że taka muza na kolana może nie powala, ale na koncertach przykładowo sprawdza się nieźle, czego zresztą miałem w konkretnym przypadku przyjemność doświadczyć. Nie jest to więc biorąc rzecz w całości zły zespół, ale tym samym też i żaden z takich, które są godne jakiegoś polecenia, no chyba, że ktoś jest już maniakalnym penetratorem podziemia, a co za tym idzie - łowcą dokonań ich przedstawicieli. Stosunek który mam do formacji jest zatem taki, że ani nie odradzam, ani też nie namawiam, jeśli jednak brutalne death metalowe zespoły, będące niczym masówka z fabrycznej taśmy są dla was wyrocznią, życzę powodzenia w poszukiwaniach. Only for maniacs.
ocena: 6,5/10
www.ashura-metal.com
www.myspace.com/ashuranroll
www.thundering-records.com/eshop
autor: Mikołaj "Manstein" Kunz


AVATAR - "Schlacht"
(CD 2007 / Gain Music Entertainment & Mystic Production)
Dość!!! Dość!!! Ile można słuchać tego samego post-IN FLAMES'owskiego bełkotu?! Ileż można nagrywać i wypuszczać takich potworków, które już od pierwszego dźwięku nie wnoszą kompletnie nic?! Kto może znieść milion dwieście tysięczną płytę wypełnioną tymi samymi dźwiękami?! Chyba jedynie jakiś maniak masochista... AVATAR jest oczywiście chlubą swojego wydawcy, który cieszy się z wyników "Schlacht" na listach sprzedaży w Szwecji, ale ja głośno i dobitnie twierdzę, że szlag mnie trafia, gdy muszę spędzać kolejne (i w końcu cenne) kilkadziesiąt minut słuchając muzyki, w której nie ma ani krzty oryginalności, ani odrobiny inwencji twórczej i jedynie tępe naśladownictwo. Cóż z tego, że rzemiosło tych pięciu Szwedów ma opanowane?! To już nie żadna nowinka, bo od dzieciaka co drugi mieszkaniec tego kraju sięga po instrument i po jakimś czasie zakłada kapelę. Warunki ku temu mają, bo wspiera ich z pewnością cała rodzina i nawet państwo dokłada do tego interesu. Tyle że nie wpływa to na jakąkolwiek kreatywność, a wręcz przeciwnie - wielu szwedzkich muzyków kieruje się zwyczajnym i chamskim wyrachowaniem zakładając, że jeśli będą grać po "szwedzku", czyli melodyjnie, pod kogoś i ktoś ich wyda, to zrobią w końcu karierę jak ich ziomkowie z IN FLAMES lub SOILWORK. Pojeżdżą sobie w trasy, będą się dobrze bawić, popozują trochę na gwiazdy, ale taki hedonizm potrwa do pierwszego potknięcia, gdy w końcu nikt nie będzie chciał słuchać ich płyt i nie przyjdzie na ich koncert. Niestety, konsumpcyjne społeczeństwo w Niemczech i Skandynawii nadal łyka bez popitki odgrzewane kotlety bez smaku. Na szczęście w Polsce tak nie jest i nie spotykam się z jakimś szczególnym entuzjazmem wobec kolejnych klonów IN FLAMES i SOILWORK. Spotkanie z AVATAR i ich "Schlacht" to kolejny stracony odcinek mojego życia. Chyba nie chcecie, aby i Was to spotkało?!
ocena: 1/10
www.gain.se
www.avatar-online.net
www.myspace.com/avatartonline
autor: Diovis


AHMA - "Slothful & Vile"
(CD 2007 / Rusto-Osiris)
AHMA pochodzi z Finlandii i na całe szczęście nie reprezentuje typowych dla tamtejszego rejonu odmian metalu. W zasadzie widać, że panów ciągnie za Wielką Wodę, bo swoje brzmienie opieraj?ą głównie na nowofalowej muzyce. Ale żeby uniknąć przekłamania należy stwierdzić, że potrafią zainteresować słuchacza pewnymi niespotykanymi w takiej stylistyce patentami. Przede wszystkim nie przynudzają i każdy z pięciu kawałków przedstawia różne wizje muzyczne. Całość opiera się oczywiście na mocnych, rockowo-metalowych riffach, momentami brzmi to hardrockowo, innym razem bardziej thrashowo - tak czy owak słucha się tego przyjemnie. Sporo rockowego czadu wdziera się w takie numery jak: "Knockout in 1st", z kolei intrygująco przedstawia się wstęp do kolejnego "Human Torches" - utworu nieco spokojniejszego, ale tylko do momentu gdy do głosu dochodzą ponownie gitary. Najmocniej AHMA zaprezentowała się w "Dyed Red" - utworze szybkim, motorycznym, pełnym thrashmetalowych odniesień. Oczywiście jak przystało na nowofalowe granie nie może zabraknąć chwytliwych refrenów, melodyjnych partii czy swobodnych rock 'n rollowych wycieczek - to wszystko oczywiście znajdziecie na "Slothful & Vile", ale ku mojemu zaskoczeniu, w zupełnie nieprzesadzonych ilościach. Wokalista ma solidne warunki głosowe - przypomina może trochę Corey'a Taylor'a (ale tego ze STONE SOUR, nie SLIPKNOT). Od czasu do czasu panowie posiłkują się kobiecym śpiewem (refren "Serpent Tongue"), w czym przypominają ostatnie dokonania IN FLAMES czy DOG EAT DOG, gdzie damski wokal był tylko subtelnym, ale jakże ożywczym dodatkiem :) Żałuję tylko, że to EP'ka, bo AHMA brzmi całkiem konkretnie, ale też przede wszystkim słychać, że mają coś ciekawego do przekazania i w dodatku nie opierają się na wielokrotnie przerabianych schematach, tylko ciągną ten bajzel we własną stronę...
ocena: 8/10
www.ahmametal.com
autor: kaReL


AMORAL - "Reptile Ride"
(CD 2007 / Spikefarm Records & Mystic Production)
Po pierwszym przesłuchaniu zapytałem sam siebie "po co nagrywa się i wydaje takie płyty?" Ani to komukolwiek potrzebne, ani wartościowe. Debiutu Finów nie słyszałem, ale kolejny album "Decrowning", którego recenzję możecie znaleźć na naszych stronach oceniłem stosunkowo surowo (nie należy się sugerować oceną 6,5 na 10 możliwych punktów) i podobne wrażenia miałem na początku zapoznawania się z numerem trzy w dyskografii AMORAL. Czy to znaczy, że zdanie zmieniłem po kilku kolejnych odsłuchach? Nie do końca. Płyt z taką mieszanką death i thrash metalu powstało już setki, o ile nie tysiące. AMORAL nie wnosi nic nowego do tego gatunku. Wokalistę też mają cholernie przeciętnego, bo ten gościu operuje naprawdę monotonnymi i męczącymi na dłuższą metę wokalizami. Pod tym względem moja nota byłaby bardzo niska. Ale mimo wszystko trzeba oddać, że gitarzyści starają się jak mogą, a ich wyczyny mogą się spodobać wszystkim podziwiającym na przykład SOILWORK czy CHILDREN OF BODOM. W porównaniu z poprzednim krążkiem AMORAL stara się wychodzić bardziej poza ramy death/thrash'u, dlatego też gdzieś tak od czwartego na płycie "Mute" poczynają inkorporować elementy innych stylów. Wspomniany numer to zbrutalizowany heavy metal w nowoczesnej oprawie. Kolejny, "Few And Far Beyond", to także taka ekstremalno-heavymetalowa "ciężarówa" z mnogimi solówkami. Jeszcze bliżej kanonu tradycyjnego heavy jest szybki i konkretny "D-Drop Bop". Z kolei instrumentalny "Apocalyptic Sci-Fi Fun" przejawia ciągoty "amoralnych" Finów do progresywnego metalu. Na koniec płyty jest jeszcze "opethowski" "Pusher", i tyle. Mogło być gorzej, ale jest jak jest. Gdyby zmienić wokalistę i odnaleźć do czasu nagrania kolejnego krążka własną tożsamość, to jest szansa, że AMORAL wyjdzie z pozycji bycia jednym z wielu takich sobie zespolików. Pewne ruchy już Finowie poczynili w drugiej części "Reptile Ride", teraz czas, by pójść dalej...
ocena: 6/10
www.spinefarm.fi
www.amoralweb.com
autor: Diovis


AMORPHIS - "Silent Waters"
(CD 2007 / Nuclear Blast Records)
Biografia zespołu podaje, iż Finowie nazwę grupy zaczerpnęli od słowa "amorphous", co oznacza nieokreślony, niezdefiniowany. W rzeczywistości ta nazwa odzwierciedla ich twórczość, bowiem każdy kolejny album Skandynawów był nieokreślony i nieprzewidywalny. Jednak zawsze w jakimś stopniu nawiązywał do fińskiego dziedzictwa kulturowego. Wplatano więc w muzykę elementy folku, legend, a nawet wierzeń przodków. Podobnie dzieje się na ósmym studyjnym albumie AMORPHIS zatytułowanym "Silent Waters". Krążek jest ukłonem w kierunku fińskich legend i baśni. Bohaterem płyty jest Lemminkainen, przemierzający m.in. tytułowe "Ciche Wody". Klimat krążka utrzymany jest więc w baśniowym i niemal patetycznym klimacie. Album ten to przede wszystkim dobre klawisze i melodyjne gitary. Pojawiające się często akustyki wprowadzają nas w świat przygód Lemminkainena. Akustyki świetnie współpracują z klawiszami, a nawet grają na równi z wiosłami przesterowanymi. Dzięki temu oprócz dynamicznych kawałków, możemy posłuchać ciepłych ballad takich jak "Enigma" czy "Black River" , które uzupełniają ładne solówki. Widać, a raczej słychać, że główną kartę zespół postawił na przebojowość tego albumu. Utwory są melodyjne, chwytliwe i łatwo wpadające w ucho, dzięki czemu szybko zapadają w pamięci. Mowa tu choćby o "I of Crimson Blood" czy "The White Swan" z majestatycznym i podniosłym refrenem. "Ciche Wody" nie nudzą się szybko i dobrze relaksują po męczącym dniu. Krążek ten jest kolejnym zagranym bez udziału Pasiego Koskinena. Zastępujący go Tomi Jousten jednak bardzo szybko został zaakceptowany przez fanów i równie dobrze radzi sobie za mikrofonem. Za jego sprawą album oprócz czystymi wokalami, okraszony jest też growlem. AMORPHIS niby nie pokazał niczego odkrywczego poza graniem do jakiego zdążył nas już przyzwyczaić i mimo braku na tym albumie "fajerwerków" udało mu się nagrać całkiem przyjemny materiał. Nie jest to przekaz wymagający ogromnego skupienia, ot album do niezobowiązującego posłuchania. AMORPHIS to już wprawny rzemieślnik, ale czy na następnym krążku obudzi się uśpiony wirtuoz? Czas pokaże, niemniej czegoś chyba tu brakuje.
ocena: 7,5/10
www.amorphis.net
www.nuclearblast.de
www.foreshadow.pl
autor: Tomasz Powrózek


ABUSIVENESS - "Hybris"
(CD 2007 / Heavy Horses Records & Death Solution Production)
Muzycy z ABUSIVENESS długo i dość starannie szykowali się do wydania tego albumu. Nic dziwnego, bo po kilkuletnim milczeniu jest to takie swoiste "być albo nie być" dla tej nie najmłodszej już hordy, która zawsze była gdzieś na drugim planie, w cieniu tych największych na krajowej scenie blackmetalowej. Oni nie wdawali się w słowne utarczki i nie przedkładali ideologii ponad muzykę, ale za to byli uznawani za odszczepieńców, bo jak to?! Łączenie black i pagan metalu?! Dla niektórych było i jest to nie do pojęcia i myślę, że właśnie ci powinni sięgnąć po "Hybris", aby przekonać się, że to nie tak istotne. Owszem, teksty traktujące o prahistorii naszego kraju, o słowiańskim duchu czy bitewne odgłosy pojawiające się tutaj gdzieniegdzie mają znaczenie i nie są takim sobie bełkotem, ale wystarczy posłuchać dźwięków, a te ukazują lubelski kwartet od bardzo dobrej strony. "Hybris" to w pewnym sensie kontynuacja tego, co pojawiło się na poprzednim longu "Krzyk Świtu", wznowionym niedawno na limitowanej kasecie przez Strigoi Records, jednak przy tym duży krok do przodu jak chodzi o aranżacje i pomysły. Wysunięte do tej pory do przodu klawisze tutaj jedynie podkreślają klimat muzyki, a dominującą siłą są gitary, które teraz w końcu brzmią tak jak należy. Surowe i agresywne riffy opatrzone odpowiednio mocnym brzmieniem są dopełnione wieloma ciekawymi smaczkami i solówkami, ale nade wszystko odpowiednio "zażerają". Dodając do tego mięsiste partie basu i świetną pracę wykonaną przez perkusistę Wizuna oraz bezpośrednie skrzeko-wokale ukazuje się jak najbardziej pozytywny obraz całości. ABUSIVENESS należy pochwalić, że trzymając się dość kurczowo blackmetalowej formuły nie starają się na siłę przypodobać nikomu i nie imitują żadnego z działających ongiś lub obecnie zespołu z tego gatunku. Może chwilami odzywają się dalekie echa wcześniejszych dokonań EMPEROR, ale nie rzutuje to w jakikolwiek sposób. Gro utworów na "Hybris" to bardzo szybka jazda do przodu i tylko w kilku fragmentach (np. w numerze zatytułowanym "16 X 955") muzycy pozwolili sobie na bardziej epickie klimaty, które koniec końców wzbogacają ten materiał. Muszę przyznać, że po wielu przesłuchaniach tego albumu nadal nie odczuwam znużenia. Zresztą nie jest to krążek nadmiernie długi (trwa około 35 minut) i za to też należy się chwała lubelskiej ekipie. I na koniec jeszcze jedna mała dygresja - o ile w wielu przypadkach reklamowania płyt słowo "agresywny" jest bardzo mocno na wyrost, to o dziwo tutaj właśnie pasuje. Niewiele powstało w tym roku w Polsce tak soczystych i dobrze brzmiących wydawnictw, a to w dodatku możecie mieć za nieduże pieniądze kupując je wraz z numerem trzynastym magazynu "Mega Sin". No chyba że wolicie ściągnąć sobie wydanie zagraniczne wypuszczone przez niemiecką Heavy Horses Records?...
ocena: 8/10
www.myspace.com/abusiveness
www.heavyhorserecords.de
autor: Diovis


AT ALL COST - "Circle of Demons"
(CD 2007 / Century Media Records & EMI Music Polska)
Duże wytwórnie pozwalają sobie czasem na pewne dziwactwa, które w gruncie rzeczy okazują się być bardziej normalnymi posunięciami niż poszukiwanie kapel grających modną w danym czasie muzykę. Zasilając własny katalog rzeszami nowomodnych metal-core'owców sami kopią grób tej stylistyce, bo w końcu jak długo i jak bardzo da się dokarmiać "sezonowych" fanów, którzy wkrótce znajdą sobie nowy obiekt zainteresowań, a fanki - wzdychań? AT ALL COST to z pozoru kolejny zespół, który krąży gdzieś wokół tematu, bo na ich drugim albumie pt. "Circle of Demons" jest kilka takich momentów sprawiających, że miałem ochotę wyłączyć płytę. Jednak co ciekawe, po kolejnych przesłuchaniach stwierdziłem, że wzorce i cele amerykańskiego bandu są nieco inne, a efekt końcowy dość interesujący i przykuwający uwagę oraz uszy do głośników. Pomijając drętwe refreniki w kilku utworach i przepuszczony przez jakiś efekt kojarzący się z techno wokal, którego być tu nie powinno, dzieje się tutaj sporo i co chyba najważniejsze trudno tak naprawdę wrzucić AT ALL COST do jakiejkolwiek szufladki. Na "Circle of Demons" odzywają się echa agresywnego thrash metalu, mocarnego hard-core'a, zadymionego stoner rocka, melo-deathmetalowe inklinacje, a nawet (to już w mniejszych dawkach) wpływy klasycznego heavy metalu, hard rocka i bluesa. Wszystko to wymieszane w niezwykle barwny sposób, jak to się zdarza co niektórym formacjom ze Stanów. Czasem jednak wymyka się to spod kontroli i niektóre elementy gryzą się ze sobą jak rozwścieczone psy. Na przykład w takim "Ride Through the Storm" podstawą jest IN FLAMES'owsko brzmiący motyw, podczas gdy wokale to na przemian metal-core'owe pokrzykiwanie i pedalskie chórki a la THE DARKNESS, a gdzieś między tym wyskakuje fajny, ale tu bardzo średnio pasujący quasi-bluesowy akustyk. Takich zgrzytów jest tu więcej: po pięciu metalowych walnięciach dość szokujące wydają się (przynajmniej z początku) smyczki a la jakiś EVANESCENCE w szóstym "We Won't Give In", ale taki widać mieli zamysł panowie z AT ALL COST, bo nie jest to płyta, którą da się poznać i polubić od pierwszego przesłuchaniu. A i takie muszą się przecież pojawiać, prawda? Nikt nie powiedział, że zawsze będzie łatwo, a rozgryzanie tego "Kręgu Demonów" jest w sumie warte poświęconemu mu czasu. Chociaż niesmak oczywiście też pozostaje, o czym również przestrzegałem w tej recenzji. Za całokształt mocna siódemka i jestem ciekaw co przyniesie ich kolejny album.
ocena: 7/10
www.centurymedia.com
www.atallfuckingcost.com
www.myspace.com/atallcost
autor: Diovis

- A   [1  2   3   4   5   6    7] -