| 9 | A | B | C | D | E | F | G | H | I | J | K | L | M | N | O | P | Q | R | S | T | U | V | W | X | Y | Z
INDEX

- A   [1  2   3   4   5   6    7] -   


ACID DRINKERS - "Verses of Steel"
(CD 2008 / Mystic Production)
Nigdy nie czekałem z bijącym sercem na kolejny album Acidów. Powiem nawet więcej - po kilku pierwszych krążkach prawie zupełnie nie interesowałem się ich losami. A oni grali nie przejmując się odejściem nawróconego w pewnym momencie Litzy i oto właśnie nagrali kolejny, już nie wiem nawet dokładnie który pełnograj. W obliczu dość świeżego jeszcze, a wstrząsającego dla wielu faktu, czyli zgonu gitarzysty Olassa, z pewnością niejeden spogląda na to najnowsze wydawnictwo nieco inaczej. Bo to ostatnie nagrania, jakie dokonał w swoim nie tak znowu długim żywocie ten muzyk... R.I.P. Olass! Ale tak czy siak to, co nagrał ze swoimi kolegami, z którymi zagrał ostatni w życiu koncert zasługuje przecież na obiektywną recenzję. I muszę przyznać się bez bicia, że to ładnie poukładana płyta. Początek to szybki, killerski "Fuel of My Soul". Titus musiał przy tej okazji napisać tekst o alkoholizacji i jej skutkach, a jakże! "In a Black Sail Wrapped" to rytmiczny thrash'owy kawałek, a następujący po nim "Swallow the Needle" to bardzo bogaty w gitarowe rozwiązania numer. O dziwo tych nowoczesnych wpływów jest tu niewiele i mimo wszystko bliżej ACID DRINKERS do klasycznego thrash'u niż tych wszystkich modernistycznych neo-thrash'owców, którzy inspirują się na morgi nu metalem i innymi wynalazkami. Trochę więcej tych "wynalazków" można znaleźć nieco później, gdy panowie tracą nieco werwy i pewnie dlatego mały niesmak pozostaje po wysłuchaniu choćby "We Died Before We Start To Die" (czyż nie mówi to wiele na temat Olassa?...) czy "Silver Meat Machine". Jeśli jednak porównywać "Verses of Steel" do pierwszych dokonań Kwasożłopów, to mam wrażenie, że minęły całe wieki, ale w sumie wychodzi to na dobre tym muzykom, bo ileż mogliby nagrać kopii "Are You a Rebel?" czy "Infernal Connection"? Tu słychać po prostu dużo dojrzalszy band, który niejedno w życiu widział i nie ma takiego alkoholu, jakiego nie wypił ;) Acidzi nie grają już tak prosto, co niestety, wpłynęło przy okazji na to, że mało na "Verses of Steel" numerów, które zapamiętuje się po pierwszym, drugim czy trzecim przesłuchaniu. Ale dzięki mocnej produkcji słucha się całości z przyjemnością. Trafiło im się, że akurat jest renesans mocnego thrashmetalowego grania i na pewno zadowolą kilku starszych, jak i młodszych fanów.
ocena: 7/10
www.acid-drinkers.com
www.myspace.com/aciddrinkers
www.mystic.pl
autor: Diovis


APOCALYPTIC VISIONS - "Leave None Living"
(CD 2008 / własna produkcja zespołu)
Gdyby nie istniało kilka uznanych kapel ze Stanów Zjednoczonych, to APOCALYPTIC VISIONS miałoby szansę zajmować ich miejsce na samym szczycie. Jest ku temu kilka przesłanek. Pierwsza jest taka, że tworzą niezwykle nośną i urozmaiconą muzyką kręcącą się gdzieś wokół mocnego i bogatego w dźwięki death metalu, pojmowanych w amerykański sposób blackmetalowych naleciałości oraz sprytnie wplatanych, choć nie nachalnych wpływów innych gatunków muzycznych. Druga jest taka, że "Leave None Living" świetnie brzmi. Wali piąchą prosto w gębę, jest czytelne i głębokie. Trzecia to fakt, że drugi album formacji z Atlanty (Georgia) bije świeżością i ogromem ciekawych pomysłów niektóre krążki stworzone przez "konkurencyjne" kapele. Czwarta to wybitne umiejętności poszczególnych muzyków oraz przekonujące, wściekłe wokale. Piąty i ostatni to nienawistna otoczka, którą rozsiewają wokół siebie (twierdzą, że są najbardziej wściekłym zespołem w USA), zamiast dowodzenia, że są najlepszym zespołem na świecie. APOCALYPTIC VISIONS to poza jednym muzykiem same kompletnie nieznane persony. Jedynym, którego można kojarzyć, jest znany między innymi z DEMONCY wokalista i gitarzysta War. Cały czas dziwi mnie jednak, że o tym bandzie nie pisze się w zinach i necie. Już przez pierwsze kilkanaście minut dzieje się tutaj tyle, że można by tym wypełnić wiele albumów bardziej przeciętnych, chociaż chamsko wciskanych przez wydawców ludziom kapel. Zaczyna się intrygującym wstępem będącym przedsmakiem prawdziwego tornado. Już drugi na płycie "All Shall Fall" to death/blackmetalowa eksplozja w stylu szczytowych osiągnięć VITAL REMAINS, a poprawką jest diaboliczny "Move And Appear" z symfonicznymi zapędami. W "Destruction Ritual" death'owy brutalizm wzmacniają orientalne wstawki a la najlepszy NILE. Dalej następuje szereg szybkich i krótkich uderzeń, ale nie umniejsza to nic zespołowi, który odnajduje się nie tylko w tych bardziej rozbudowanych numerach. "Warship" nie nadużywa szybkości skłaniając się ku rozwiązaniom bliższym muzyce klasycznej, "Abyssal Plains" to mroczny ambient, "Eight Arms" powała gęstwiną dźwięków... I można by tak pisać i pisać, jak zmieniają się środki stosowane przez Amerykanów, ale przekaz jest jasny. Nihilizm i zniszczenie w najczystszej postaci. A wszystko to nie zmienia faktu, że materiał jest mimo wszystko spójny i rozpoznawalny jako twór stworzony przez jedną kapelę. W czasach, gdy w cenie jest przeciętność i trendy kreowane przez przemysł muzyczny, taki album jest prawdziwą perłą. Dodam jeszcze, że album zawiera aż 18 utworów (właściwie to 19, bo przedostatnia ścieżka to cisza, po której pojawia się instrumentalny, orkiestralny utwór) łącznie trwających prawie godzinę, ale nie odczuwa się przesytu. Można go odkrywać wielokrotnie, a przy tym eksponuje najlepsze oblicze ekstremalnego metalu. Pełna rekomendacja!!!
ocena: 9/10
www.myspace.com/apocalypticvisions
autor: Diovis


AURA - "A Different View From the Same Side"
(CD 2008 / My Kingdom Music & Foreshadow Music)
Prog-metalowa scena czasami zaskakuje. Poza wszechobecną plagą mało lub jeszcze mniej udanych klonów DREAM THEATER przydarzają się co jakiś czas perełki czerpiące nie tylko z bardziej współczesnych rzeczy. AURA to taki band, który nie chciał za wszelką cenę zaistnieć, panowie grali sobie od 1996 roku i coś tam nagrywali, jednak nie były to jakieś znaczące wydawnictwa. Po prostu "dłubali" coś na próbach, wypuszczali kolejne demówki, a na koncertach ogrywali materiał. Dopiero po 12 latach przytrafiła im się okazja, by pokazać, czego nauczyli się przez te wszystkie lata. "A Different View From the Same Side" zaczyna się podejrzanie "dream theatrowsko", ale z minuty na minutę coraz więcej tu wpływów EMERSON LAKE AND PALMER, GENESIS, YES i RUSH. To świetne wzorce, a jeśli dodać do tego cięższe gitary i bardziej zrozumiały dla obecnych fanów sposób grania, wychodzi naprawdę bardzo korzystnie brzmiąca całość. Już drugi na płycie "A New Life" zaskakuje melodyjnością w stylu starego dobrego RUSH, lecz nie brakuje tu wyśmienitych solówek na gitarze i klawiszach, a nawet jazzowych, improwizowanych wtrętów. To rzeczywiście wypełniona po brzegi muzyką przez duże "M" kompozycja, chociaż nie jest rozwleczona do gargantuicznych rozmiarów, bowiem trwa "tylko" nieco ponad 7 minut. Dużo dramaturgii jest też w następnym numerze pt. "The Lord of Time", a w szczególności w rozbudowanym, dłuższym i złożonym z dwóch części numerze tytułowym. Tu poszczególni muzycy mają okazję się wykazać jako zespół. Dobre prog-metalowe kapele rozpoznaje się właśnie po umiejętności ułożenia dźwięków, tak by budowały odpowiedni klimat i nawet po wielu przesłuchaniach zaciekawiały od samego początku aż do ostatnich nut, na dodatek w tym przypadku jest to kompozycja całkowicie instrumentalna. Włosi zapragnęli też mieć na swoim albumie jakiś spokojniejszy kawałek sprawiający, że zwilgotnieją oczęta fanek ("I Will Be There For You"), który nota bene jest najsłabszym ogniwem debiutu, bo w nim faktycznie za bardzo upodobnili się do DREAM THEATER, ale i w nim jest parę zapierających dech w piersiach smaczków. Do takiego klimatu muzycy wracają jeszcze w ukrytym na końcu tracku, ale w nim jest inaczej: klasyczne brzmienia, akustyczna gitara oraz żeński głos po prostu koją i nie wzbudzają w słuchaczu wstrętu. Ogółem dobrze się stało, że AURA czerpie wzorce z najlepszych w świecie progresywnego grania. Choć nie jestem zdecydowanym fanem wszystkiego jak leci z tego kręgu, to tę długą, gdyż trwającą ponad 67 minut płytę oceniam wysoko. Również za zawarty w książeczce monumentalny obraz zrujnowanego miasta autorstwa niejakiego Claudio Bergamina.
ocena: 8/10
www.myspace.com/auraonline
www.mykingdommusic.net
autor: Diovis


A. ARMADA - "Anam Cara"
(CD 2008 / Golden Antenna & Foreshadow Music)
A. ARMADA to kolejny po MASERATI i LONG DISTANCE CALLING przedstawiciel tak zwanego modernistycznego post-rocka opisywany przeze mnie na wirtualnych łamach Mrocznej Strefy. Tak jak wyżej wymienione zespoły, Amerykanie parają się graniem instrumentalnej muzyki, w której głównym dostawcą melodii, nastrojów i klimatu jest gitara. To właśnie ten instrument dominuje na "Anam Cara", a bas i perkusja dostarczają mu odpowiednio dawkowanego rytmu. W każdym z pięciu utworów umieszczonych na tej płycie A. ARMADA próbuje opisać jakąś historię, przekazać to, co zawiera się w jedynych słownym podpowiedziach, którymi są tytuły poszczególnych kompozycji. "The Dam Was Split But the City Was Saved" eksploduje od samego początku kaskadami gitarowych akordów wspartych silnym pogłosem (uwaga! gitara praktycznie bez przesteru), podobnie jest też w "The Moon Shifts the Sea, the Sea Shapes the Shore". Trzeci na płycie "Fall-Triumph" zaczyna się nastrojową akustyczną partią, by zmienić się w rosnące i opadające na przemian frazy. I tak dalej, i tak dalej, aż do zamykającego tę trwającą nieco ponad 25 minut całość (w rzeczy samej wszystkie pięć kawałków stanowi pewną zamkniętą całość) "If Only You Knew What the Lost Soldiers Did To Me". Jeśli już doszukiwać się jakichkolwiek podobieństw do innych istniejących (lub nieistniejących) zespołów, to rzekłbym, że A. ARMADA łączy w sobie cechy COCTEAU TWINS, DIF JUŻ, CULT OF LUNA i chwilami może również TOOL. Jest w tych dźwiękach swoiste piękno, radość i nadzieja koegzystujące z grozą, mrokiem i zapowiedzią nieokreślonego kataklizmu. Wszystko to można sobie wyobrazić i odczuć w jesienny wieczór siedząc w ciszy z lampką wina przy kominku lub z braku tegoż - przy świecach. W każdym razie sprawdziłem na sobie, że "Anam Cara" to nie wadzący spotkaniu z kobietą podkład muzyczny.
ocena: 7/10
www.myspace.com/aarmada
www.goldenantenna.com
www.foreshadow.pl
autor: Diovis


ALL THAT REMAINS - "Overcome"
(CD 2008 / Prosthetic Records & Mystic Production)
W ALL THAT REMAINS za mikrofonem stoi Phillip Labonte, który wrzeszczał w nie wiedzieć czemu niezwykle popularnym swego czasu SHADOWS FALL. Czytając opisy ich poprzednich płyt miałem obawy, czy aby nie jest to kolejny zespół idący za trendem na granie melodyjnego metal-core'a. Poniekąd było to uzasadnione, jednak "Overcome" udało mi się bez obrzydzenia przesłuchać trzy razy, a to już jest coś. Owszem, z daleka zajeżdża tu KILLSWITCH ENGAGE, IN FLAMES, SOILWORK i tym podobnymi, ale parę numerów jest na tyle bogatych w dźwięki, że można je nazwać wyróżniającymi się w tej zalewie setek podobnie grających melo-death metal zespołów. Mogą się podobać dobrze skonstruowane "Two Weeks", "Chiron", "Days Without" i "A Song For the Hopeless" z wyrazistymi riffami, zmieniającymi się wokalami i akustycznymi wstawkami. Końcówka jest już jednak wtórna i wymuszona i nie wnosi nic interesującego do tego albumu z przebłyskami talentu do tworzenia zgrabnych melodyjnych kawałków. No może jeszcze zamykający całość "Believe In Nothing" rozbraja czystymi wokalami i bardzo chwytliwymi solówkami. Ale w sumie to nic dziwnego, bo to utwór autorstwa NEVERMORE, pod wrażeniem którego pozostaje ALL THAT REMAINS i chociaż nie jest to wyczuwalne tak namacalnie, to niejeden po wysłuchaniu tej przeróbki zwróci uwagę na ten aspekt twórczości Phila Labonte i jego kolegów. Byłbym ostrożny w ferowaniu wyroków dla tej płyty, dlatego podejdę z umiarkowanym entuzjazmem i wystawię niecałe 7, czyli 6,5 ;)
ocena: 6,5/10
www.allthatremainsonline.com
www.myspace.com/allthatremains
www.prostheticrecords.com
autor: Diovis


ARCHITECTS - "Ruin"
(CD 2008 / Century Media Records & EMI Music Polska)/
Wyskoczyli dość niespodziewanie i w krótkim czasie stali się jedną z czołowych kapel nowej fali ekstremy z Wielkiej Brytanii. To tam ostatnimi czasy powstaje dużo zespołów próbujących się w dalekim od kompromisów graniu czerpiącym z mniej lub bardziej pokręconych dokonań grup skupionych wokół Relapse Records, a jednocześnie podążających za metal-core'owym stylem. Na szczęście ten drugi rozwija się również w te ciekawsze strony i takie ARCHITECTS można uznać za umiarkowane objawienie. Na razie umiarkowane, bo zobaczymy co przyniesie kolejny, trzeci już krążek, który jest zapowiadany na początek przyszłego roku. Póki co, latem 2008 roku wyszła re-edycja poprzedniego albumu "Ruin", który zdążył narobić już sporo szumu w undergroundzie, a Anglicy przez cały czas ostro koncertują. Ci młodzieńcy (średnia wieku muzyków to około 20 lat) wcale nie wyglądają na ekstremistów, raczej bardziej na przedstawicieli indie rocka, ale potrafią nieźle młócić, a do tego wyczyniać różne techniczne wygibasy na swoich instrumentach. Na "Ruin" mamy powyginane riffy a la CEPHALIC CARNAGE, nieoczekiwane zmiany w stylu MASTODON, techniczną precyzję w klimatach DESPISED ICON, jazdę do przodu inspirowaną SLAYER'em, desperackie wokalizy niczym z płyt NEUROSIS oraz kilka klimatycznych i zarazem ciężkich fragmentów. 11 numerów wypełniających ten krążek potrafi nieźle zmasakrować, a jednocześnie jest zagrana na tyle efektownie, że nie wiedzieć kiedy trzeba wcisnąć funkcję "repeat". To charakterne granie, co robi pewne nadzieje na to, że i nowa generacja wniesie coś do siebie do metalu i okolic. Powinni jednak przede wszystkim popracować nad czymś, co będzie ich wyróżniać w tej całej masie nowych hałaśliwych kapel.
ocena: 7,5/10
www.myspace.com/architectsuk
www.centurymedia.com
autor: Diovis


ARTAS - "The Healing"
(CD 2008 / Napalm Records & Mystic Production)
Tak się złożyło, że obok siebie słuchałem nowego NONE i debiutu ARTAS. O ile ci pierwsi dojrzeli do nagrania swojego najlepszego i najbardziej potężnie brzmiącego albumu, to drudzy nadrabiają żywiołowością i agresją, ale mam wrażenie, że oba bandy mogłyby zagrać obok siebie również na jednym koncercie. ARTAS działa dopiero od 2006 roku i bez nagrania demówki już debiutują w Napalm Records. Widocznie na gwałt poszukiwano jakiejś młodej i ciekawej formacji w Austrii, bo faktycznie strasznie małej ilości kapel z tego kraju udaje się zaistnieć poza swoim rodzimym podwórkiem. "The Healing" to nie jest zły album, raczej dość nierówny. Brzmi bardzo mocarnie, ma dużo wigoru i młodzieńczego buntu. Austriacy odnajdują się w graniu takiego "groove", czyli bujającego thrash metalu z deathmetalowym pazurem i odchyłami ku "szwedzkiej" melodyce, co czasem sprawia wrażenie nieustannej szarpaniny między różnymi stylami. Przemycają trochę współczesnego podejścia do tematu, ale to żaden metal-core na szczęście. Śpiewają po angielsku oraz niemiecku i twardość, szorstkość tego drugiego w sumie pasuje do tych pałerowatych kawałków. Czasami nie ma w tych pieśniach linii przewodniej, wszystko się zamazuje przez nadmiar riffów, pomysłów i trochę chaotycznych solówek. Nie bardzo też rozumiem, dlaczego ARTAS wybrało sobie na przeróbkę "Gangsta's Paradise" Coolio i umieścili ten cover już pod numerem 3 na płycie, bo chociaż zagrali tego rapowego hiciora niezwykle ogniście i w szybkim tempie, to niesmak pozostaje. Czyżby jakaś nowa moda? Cały materiał trwa ponad 50 minut i trochę się dłuży, można było pozbyć się ze dwóch zbędnych zapychaczy, jednak kilka fragmentów pozostaje w pamięci na trochę dłużej niż do momentu, gdy wyciąga się dysk z odtwarzacza. Walące między oczy "Barbarossa", chwytliwe "Bastardo", dramaturgicznie zbudowane "Through Dark Gates" czy miażdżące "I Am Your Judgement Day" z hejwimetalowym "pianiem" w refrenach, to na pewno momenty godne uwagi. Wszystko jednak zweryfikuje kolejny album, bo pokaże, czy ARTAS spocznie na laurach, czy też znajdzie sobie jakąś ciekawą dróżkę rozwoju.
ocena: 6/10
www.napalmrecords.com
www.napalmrecords.com
autor: Diovis


ABORTED - "Strychnine.213"
(CD 2008 / Century Media Records & EMI Music Polska)
Na początku trzeba przyznać, że Svencho mimo wielu problemów ze stałym składem nie składa broni i ostatnimi czasy rok po roku karci nasze uszy kolejnym ścierwem brutalnego death/grindu. W takiej sytuacji zmuszony jestem wręcz stwierdzić, że chłopina robi to ze smakiem i wyrachowaniem godnym mistrzów gatunku. A cóż takiego proponuje nam tym razem? Ano niemalże powtórkę z rozrywki, której to doświadczyliśmy na ostatnim krążku grupy zatytułowanym "Slaughter & Apparatus: A Methodical Overture". Wielkiego postępu względem tamtego krążka nie odnotowałem. Materiał o bardzo zbliżonej "gęstości" oraz intensywności z odrobiną melodii, która momentami przypomina patenty stosowane w "czymś" zwanym metal-corem (patrz drugi na płycie utwór pt. "Ophiolatry On a Hemocite Platter"). Do nowości zaliczyć należy wykorzystanie muzyki elektronicznej w utworze "The Chyme Congeries". Tego wcześniej nie było w twórczości Belgów. Eksperyment jak dla mnie dość kontrowersyjny. Cóż my tu jeszcze mamy? Kupa ciekawie wplecionych sampli, które dodają swoistej głębi temu materiałowi. Osobiście nie mam nic do zarzucenia tej płycie, jak też jej kompozytorom. Jak dla mnie wszystko na miejscu. Słowem gra i buczy.
ocena: 8/10
www.goremageddon.be
www.myspace.com/abortedmetal
www.centurymedia.com
autor: Narmer


AKPHAEZYA - "Anthology II"
(CD 2008 / Ascendance Records)
Też wymyślili sobie nazwę! Z taką kariery nie zrobią, bo z początku sam się zastanawiałem jak odczytać ten zapis przypominający nieco grecki alfabet. Nawet po odszyfrowaniu nie jest łatwiej - AKPHAEZYA dla przeciętnego śmiertelnika brzmi dziwacznie i może lekko połamać język. Ale po przebrnięciu przez problemy natury językowej fani pokręconej muzyki poczują się nasyceni, ponieważ "Anthology II" to kawał ambitnej muzyki nie znającej dla siebie barier i granic. Tylko z pozoru to kompletnie niezrozumiały misz-masz wszystkiego. Już pierwsze utwory, czyli wprowadzenie w postaci "Preface" oraz zmieniające się co chwilę "Chrysalis", "Beyond the Sky" i "Khamsin" wprowadzają dużo zamętu, bo co rusz mamy tu coś innego. W ramach jednego numeru mamy fragmenty bardziej gotycko-metalowe, po których następuje długi pasaż wypełniony lekko improwizowaną, prawie jazzową muzyką, przedzielony dodatkowo prog-metalowymi łamańcami, orientalnymi, kabaretowymi i klasycznymi motywami oraz dyskretną elektroniką, a w "The Bottle of Lie" są jeszcze elementy reggae i bluesa. A to jeszcze nie wszystko, ponieważ AKPHAEZYA ma w składzie niesamowitą wokalistkę, która ze swoim głosem czyni cuda i jest w stanie zaśpiewać drapieżnie i rockowo, potrafi swingować, odlecieć w awangardowe klimaty, by po chwili operować czystym, quasi-operowym wokalem. Nehl Aëlin obsługuje ponadto klawisze, a na pianinie odgrywa bez problemu tak jazzowe, jak i klasyczne partie. Wpływy różnych stylistyk mieszają się więc tutaj na całego na wszystkich poziomach, a pomimo to "Anthology II" stanowi całość, taką jakby pokręconą operę w nowoczesnym stylu. Francuska AKPHAEZYA nie idzie aż tak bardzo w dźwiękowe kolaże, jak również nagrywający dla Ascendance Records ziomkowie z PIN-UP WENT DOWN, ale jeśli znacie twórczość norweskiego ATROX (jeszcze z Moniką Edvardsen za mikrofonem), to tutaj mamy do czynienia z podobną estetyką. Bardziej typowo jest bodajże tylko w "Reflections", które jest bardziej przebojowe i ma jakąś bardziej standardową linię melodyczną i może jeszcze w "The Golden Vortex of Kaltaz", gdzie obok Nehl growluje jakiś bliżej niezidentyfikowany osobnik. Cieszy fakt, że są takie formacje, które nie idą na łatwiznę i nie chcą być kolejnym klonem WITHIN TEMPTATION czy LACUNA COIL, a zamiast tego próbują eksplorować bardzo progresywne rejony, kombinować, mieszać i robią to z głową. Trzeba też przyznać, że "Anthology II" jest opatrzone bardzo czytelnym brzmieniem, dzięki czemu żaden dźwięk nigdzie nie umyka i nie zlewa się z pozostałymi. Ten album jest podobno pierwszą z pięciu części muzycznej epopei, więc z ciekawością czekam na kolejne.
ocena: 8/10
www.akphaezya.com
www.ascendancerecords.co.uk
autor: Diovis


ALGHAZANTH - "Wreath of Thevetat"
(CD 2008 / Woodcut Records & Foreshadow Music)
Próżno dziś szukać porządnych materiałów z nurtu symfonicznego black metalu gdzieś "na powierzchni" sceny metalowej. Zdecydowana większość tego typu kapel jeśli już cokolwiek wydaje, robi to pod skrzydełkami jakiejś bardzo małej wytwórni. Przez co jak każdy wie, nie ma najmniejszych szans na zaistnienie w świadku. Poza oczywiście odnotowaniem istnienia ów czarcich szarlatanów. Nie wiem czyja to wina. Czyżby inwestowanie w takie kapele było kompletnie nieopłacalne? Jakoś nie chce mi się wierzyć, że sami się tak blokują!!! Tym bardziej utwierdza mnie w tym przekonaniu to, co przyszło mi usłyszeć na piątym już albumie fińskiej kapeli ALGHAZANTH zatytułowanym "Wreath of Thevetat". Albowiem wam powiem, że mamy do czynienia z czymś ponadprzeciętnym. Z czymś, czego nie da się odrzucić. Prawdą jest, iż album ten sporo namieszał w moim osobistym rankingu, spychając kilka bardziej znanych tytułów gdzieś w cień. Nie chcę wam zbytnio w głowach mieszać pozytywnymi stwierdzeniami typu: "...najlepsza płyta tego roku w black metalu!!!". Ponieważ moi mili czytelnicy, nie o to tu chodzi. Muzycy ALGHAZANTH stworzyli "coś", co jest przesiąknięte melancholią i gniewem do samych kości!!! Dam sobie rękę uciąć, że tu nie chodziło tylko o wydanie płyty samej w sobie. Tu zawarta jest jakaś głębsza myśl, której jeszcze nie namierzyłem. Zaprawdę powiadam wam!!! Do prostych zadań to nie należy. Potrzeba czasu i wielu przesłuchań aby wywęszyć intencje muzyków. Co dodaje dodatkowego dreszczyku emocji!!! Moim zdaniem słuchanie muzyki dla muzyki mija się z celem. Dzięki takim płytom wiem czego tu szukam!!! Głęboko wierzę, że po wysłuchaniu tego albumu nie będziecie zawiedzeni. A może nawet będziecie śpiewać tak jak ja? To by było coś!!!
ocena: 10/10
www.angelblake.com
www.myspace.com/alghazanthofficial
www.foreshadow.pl
autor: Narmer


AMBERIAN DAWN - "River of Tuoni"
(CD 2008 / Ascendance Records & Mystic Production)
Zaraz, zaraz! Czy ja pomyliłem krążki w odtwarzaczu? Pierwszy utwór to czyste NIGHTWISH - ten głos wokalistki, sposób komponowania, brzmienie gitar, sterylna produkcja. Czyżby to był jakiś nieznany mi materiał teraz już byłej wokalistki Tarji Turunen i jej kolegów? Lub cudem odkopana sesja nie wydanego albumu? O nie, tak brzmi "River of Tuoni" - tytułowy kawałek z debiutu fińskiego AMBERIAN DAWN. Dalej jest tak samo - sporo przebojowych, opartych na melodyce muzyki symfonicznej kawałków bazujących w równej mierze na power i gothic metalu. Nawet te trochę spokojniejsze numery "My Only Star" czy "Passing Bells" składają się z patentów posklejanych z różnych kompozycji NIGHTWISH z "Oceanborn" i "Wishmaster". Toż to jakiś klon gwiazd melodyjnego metalu! Ta myśl - uwierzcie mi - nie opuszczała mnie ani przez chwilę podczas słuchania tej płyty po raz pierwszy, drugi i trzeci. Nawet uważane za lustrzane odbicie twórców "Once" austriackie EDENBRIDGE czerpie pomysły na tyle dyskretnie i rzekłbym, że z gracją, natomiast tutaj muzycy i wokalistka są tak ślepo zapatrzeni w swoich ciut starszych w sumie idoli, że zapomnieli o dodaniu czegoś od siebie. Chwilami zastanawiałem się, jak Heidi Parviainen udało się tak bardzo zbliżyć do barwy i tembru głosu "siostrzyczki" Tarji. Rudowłosa frontmanka AMBERIAN DAWN rodzi więc w pewnym sensie podziw wobec tego, co zrobiła na "River of Tuoni", chociaż dobrze, że z wyglądu się od niej różni, bo takie podobieństwo byłoby już naprawdę chore. Nie sposób też nie docenić jak Tuomas Seppala zgrabnie potrafił poukładać wszystkie te dźwięki, by nie były li tylko coverami. I tego jak sterylny, zawodowy dźwięk słyszymy z głośników. Tylko po co komu dokładna imitacja czegoś, co wymyślił ktoś inny już dużo wcześniej?...
ocena: 3/10
www.amberiandawn.com
www.myspace.com/amberiandawn
www.ascendancerecords.co.uk
autor: Diovis


ANAL NOSOROG - "Condom of Hate"
(CD 2008 / Xtreem Music)
Trochę zaskoczyła mnie decyzja, by przyłączyć do ekstremalnej rodzinki Xtreem Music właśnie Rosjan z ANAL NOSOROG. Kapel grających taki grind-core jest na pęczki choćby u naszych południowych sąsiadów Czechów, a wiele z nich ograło się na rozmaitych letnich festiwalach i mogłyby narobić zamieszania także poza granicami swojego kraju. ANAL NOSOROG nie wyróżnia się niczym szczególnym, gra prosto, szybko i tradycyjnie w ramach grind'owej konwencji mocno bazującej na punkowej energii. Z całego zestawu dwudziestu studyjnych kawałków inny jest na dobrą sprawę jedynie cover "Fuck the USA" THE EXPLOITED zrobiony w bardziej industrialny sposób i może jeszcze kiepkujące sobie z hard rocka "Are You Ready". Trochę lepiej jest z tytułami, bo przy kilku można się pod nosem uśmiechnąć. Weźmy na przykład takie "Experiment With Excrement", "Krov Ne Voda", "Carpathian Swine Herb Who Found an Effective Remedy Against Alopecia", Gothic Girl Who Made a Soup of Father's Head" czy "Moohomore Gore". Tekstów tu pewnie jednak niewiele, bo frontman zdecydowanie woli pokwikiwać, bulgotać i wydawać inne zwierzęce dźwięki, a pokrzykujący w chórkach koledzy odzywają się naprawdę z rzadka. Bonusy w postaci trzech koncertowych kawałków zarejestrowanych w St. Petersburgu i gdzieś w Finlandii oraz remixy numerów "Experiment With Excrement" oraz "Nuclear Winter In Nicaragua" można sobie śmiało podarować, gdyż jakościowo nie są ani atrakcyjne, ani nie wnoszą nic nowego do wizerunku standardowej grind'owej ekipy. Nasz krajowy CREMASTER czy kilku klasyków grind'u bije ich pod każdym względem. Naprawdę.
ocena: 4/10
www.analnosorog.com
www.xtreemmusic.com
autor: Diovis


ARKONA - "Ot Serdca K Nebu"
(CD 2008 / Napalm Records & Mystic Production)
I wykrakałem, że któregoś dnia rosyjska ARKONA zostanie zauważona na "Dzikim" Zachodzie. Znana z wyszukiwania różnych gotyckich, pogańskich i hejwimetalowych wynalazków (i "wynalazków" też niestety...) Napalm Records skusiła się na wydanie na cały świat (poza Rosją) ich czwartego studyjnego albumu "Ot Serdca K Nebu" (po drodze były jeszcze koncertowe CD i DVD). W moim prywatnym rankingu zespół Maszy Scream jest jedną z rewelacji ostatnich kilku lat i cieszy fakt, że będą się mogli w końcu o tym przekonać także słuchacze nie znający do tej pory dokonań tej grupy. Na razie musi im starczyć najnowsza twórczość ARKONY. To na pewno najbardziej urozmaicony, choć nieco uładzony album w porównaniu z poprzednimi. Po wzniosłym "Prologue" zaskakuje jednak prawie deathmetalowym wstępem kawałek "Pokrovy Nebesnego Startsa", w którym jest poza tym wszystko, co cechuje tę formację: popisy wokalne Maszy, folkowe instrumentarium, ludowa melodyka, heavymetalowa skoczność, akustyczne wtręty i blackmetalowe przyspieszenia. Ryzykowne było natomiast umieszczenie pod numerem trzy instrumentalnego (wokale ograniczają się do zaśpiewów Maszy) "Slava Kupala!!!". Potem zasadniczo wszystko wraca do normy: jest i folkowe piękno, i mocne metalowe akcenty, no i całe mnóstwo wokaliz oraz instrumentów mogących okazać się ciekawymi dzięki swojej egzotyce i współbrzmieniu z gitarowym soundem. Takie numery, jak "Oh, Pechal'-Toska", "Strela" czy "Slavsia, Rus'" to czysty rosyjski folk lub bardzo udana stylizacja w lekko metalowej oprawie i ich wykonanie na płycie to prawdziwy majstersztyk. W Polsce jesteśmy zaznajomieni z brzmieniami harmoszki, fletów, fujarek, dudów, bałałajki czy specyficzną melodyką rosyjskiego języka, ale dla kogoś z tak zwanego Westu będzie to atrakcja nie lada. Jeszcze na żadnym krążku ARKONY nie było aż tylu ozdobników i obawiam się jedynie jak to zabrzmi na koncertach, bo znana ze swoich ognistych i energetycznych występów rosyjska ekipa może nie podołać zadaniu, jakim będzie odtworzenie klimatu tego przebogatego w dźwięki albumu. Na koncerty nadadzą się z pewnością wspomniane już "Pokrovy Nebesnego Startsa", monumentalne "Nad Propastiu Let" i żywiołowe "Sva". Trochę mało, ale może dzięki temu ARKONA będzie sięgać po nagrania z poprzednich trzech krążków. Na koniec napomknę jeszcze o stylowej okładce stworzonej przez samego Krisa Verwimpa. Oddaje ona pogańskiego ducha muzyki i tekstów z tego albumu. Na pewno będę wracać do tej płyty, ale do poprzednich równie często, o ile nie częściej.
ocena: 8/10
www.arkona-russia.com
www.myspace.com/arkonarussia
www.napalmrecords.com
autor: Diovis


ANGEL BLAKE - "The Descended"
(CD 2008 / Dynamic Arts Records & Foreshadow Music)
Niektórym muzykom THE CROWN widocznie znudziło się granie ekstremalnego metalu. Dwóch z nich, gitarzysta Marko Tervonen oraz bębniarz Janne Saarenpaa, postanowiło spróbować się w tradycyjnym heavy, co poszło im dość łatwo, jednakże z jednym "ale"... Takich kapel jak ANGEL BLAKE jest na całym świecie tysiące. Piosenek z ciężkimi riffami powstaje każdego tygodnia również cała masa. "The Descended" zwyczajnie nie ma w sobie czegoś wyróżniającego tę płytę od wielu innych. Tu nie wystarczy fakt, że tych pięciu kolesiów zna swoje rzemiosło, że niektórzy z nich przez lata praktykowali w innych zestawieniach i że materiał został opatrzony odpowiednim soundem. Bo gdy spojrzeć na tę muzykę pod innym kątem, to jest bardzo przewidywalna, robiona pod publikę i niestety wtórna. Jeśli ktoś słucha wszystkich tych niemieckich kapel power/heavymetalowych i skubnął też trochę dźwięków powstałych latach 80-ych i na początku lat 90-ych (epoka glam czy pudel metal też się kłania), to wie co mam na myśli. Panowie z ANGEL BLAKE odgrywają patenty znane już wszem i wobec, a dla mnie największym przegięciem jest skopiowanie motywów żywcem z "When the Smoke Is Going Down" SCORPIONS'ów w "Silent Voice". Zresztą te bardziej balladowe kawałki, jak "Alone", "In Silence - Augerum" i przywoływany przed chwilą "Silent Voice" to naprawdę słabe ogniwa tego materiału. Na "The Descended" brakuje konkretnego pazura, kłów i energii. Niby jest tu też sporo gitarowej muzyki pełnej riffów i krótkich, acz mało konkretnych solówek, ale praktycznie żaden z kawałków nie porywa do szaleństw, a na pewno każdy z nich jest poukładaną i uczesaną piosenką, niczym poza tym. Krótkie przebłyski ostrego grania szybko gasną i po przesłuchaniu praktycznie nic nie pozostaje w pamięci. To taka płyta, która równie dobrze mogłaby nie powstać i nic by się nie stało. ANGEL BLAKE po prostu odegrało to, co przećwiczyli na próbach i zdziwię się, gdy ten band zrobi karierę. Zresztą to, że pozbyło się ich Metal Blade też sporo mówi.
ocena: 4/10
www.angelblake.com
www.myspace.com/angelblakeonline
www.dynamicartsrecords.com
www.foreshadow.pl
autor: Diovis


ANGST SKVADRON - "Flukt"
(CD 2008 / Agonia Records)
Coraz więcej blackmetalowych purystów uświadamia sobie, że zabrnęło w swoich działaniach w labiryncie bez wyjścia. Zawsze znajdzie się grono absolutnych ortodoksów nie dopuszczających myśli, by cokolwiek co nie brzmi jak DARKTHRONE czy BURZUM można było określać mianem black metalu, ale widać niektórym muzykom też przydarza się mieć wątpliwości i stąd pewnie rozliczne poboczne projekty. Tak jest właśnie z ANGST SKVADRON stworzonych przez członków URGEHAL, VULTURE LORD, KVIST czy ENDEZZMA. Domniemaną drogę ich muzycznego rozwoju pokazują obrazki umieszczone w dołączonej do albumu książeczce. Z założenia ten band miał grać depresyjny, psychodeliczny alien death metal inspirowany między innymi VOIVOD, QUEENS OF THE STONE AGE, BURZUM, VED BUENS ENDE, NEPTUNE TOWERS, IRON MAIDEN, YES oraz filmami science-fiction. Zacytowałem notkę z wewnątrz albumu i poniekąd odpowiada ona zawartości. Ale tylko poniekąd, bo w gruncie rzeczy fundamentem "Flukt" jest wciąż black metal zbliżony do dokonań choćby CARPATHIAN FOREST czy VED BUENS ENDE na przykład. Dopiero na to nałożono trochę kosmicznie brzmiących dźwięków i zaskakująco melodyjnych pasaży, użyto instrumentarium kojarzącego się z prog-rockiem z lat 70-ych wówczas znanym pod nazwą art rocka (melotron, minimoog, clavinet), zaproszono nie wiadomo po co bezbarwną wokalistkę, ale efekt tylko chwilami jest udany i zaciekawia. Nie wiem, może oczekiwałem czegoś progresywnego na miarę niektórych płyt SIGH, może czegoś nieco bardziej artystycznego w rodzaju ARCTURUS, a może po prostu ciekawego eksperymentu. A wyszło to co wyszło - można to porównać do dwóch albumów amerykańskiego HIDDEN. Zamiary i zapowiedzi były buńczuczne, a skończyło się na lekko udziwnionej typówce. "Flukt" nie przekona ani fanów norweskiego black'u (zrażą ich te obce naleciałości), ani poszukujących nowych form i łączenia ze sobą ekstremy oraz ambitnej muzyki. ANGST SKVADRON jeszcze nie potrafi albo może nie chce za bardzo wychodzić ze swojego bezpiecznego blackmetalowego światka. Za mało tu spójności i zdolnego oczarować wiązania różnych stylistyk, a za dużo konformizmu i niekonsekwencji. Co na jedno wychodzi - nie jest to płyta w żadnym stopniu przełomowa. I albo będzie ciekawsza kontynuacja albo wycofanie się na wcześniej upatrzone pozycje. Może więc warto by było w przyszłości iść tropem najbardziej odważnego, wręcz pełnego cytatów z muzyki lat 70-ych "The Astroid Haemorhoids And the Drunken Sailor?...
ocena: 4/10
www.angelblake.com
www.myspace.com/angelblakeonline
www.dynamicartsrecords.com
www.foreshadow.pl
autor: Diovis


ARKAN - "Hilal"
(CD 2008 / Season Of Mist Records)
Świat staje się globalną wioską. Dzięki rozwiniętej sieci komunikacyjnej, w tym internetowi, nie dziwi już pojawianie się metalowych kapel w różnych miejscach, w których jeszcze kilka lat temu było nie do pomyślenia, że takowe mogą tam grać, i to często na naprawdę niezłym poziomie. Dlatego algierskie pochodzenie ARKAN mogło, ale nie musiało być zaskoczeniem. Tyle, że ja osobiście nie spodziewałem się czegoś ponad interesującą ciekawostkę, tymczasem "Hilal" to album zaskakująco dobry. Ba, nawet bardzo dobry. Słuchając go wybiórczo można mieć wrażenie, że ci oto młodzieńcy są pod przemożnym wrażeniem NILE, ale to tylko pozory, a ponadto muzycy ARKAN przecież urodzili się z tymi wszystkimi orientalnymi melodiami i skalami mając te klimaty już we krwi. Dlatego też "Hilal" aż kipi od arabskich motywów, ozdobników, zaśpiewów i instrumentarium typowego dla tego regionu świata. I nie są żadnym nadużyciem na przykład utwory pokroju "Lamma Bada - Under the Spell of Haughtiness" czy "Athaoura - Shaped By the Hands of God", które byłyby nie do pomyślenia na płycie jakiegokolwiek europejskiego czy amerykańskiego bandu. A to po prostu folklorystyczne utwory, ograniczone do dźwięków tabli i strunowego instrumentu o nazwie oud oraz zawodzącego (czytaj: śpiewającego) w języku arabskim wokalisty. Duch codziennego życia w północno-zachodniej części Afryki jest wręcz namacalnie wyczuwalny także we wstępie "Groans of the Abyss" (odgłosy z tamtejszego targu). Osobne brawa należą się gościnnym poczynaniom wokalistki, która nie odbiega poziomem arabskich zaśpiewów od słynnej OFRY HAZY (nagrała między innymi jeden kawałek z THE SISTERS OF MERCY). Ale ten krążek to nie tylko silne algierskie wpływy, bo pomijając jeszcze elementy flamenco w "Lords Decline", to jest on wypełniony mocnym, melodyjnym death metalem skręcającym momentami w klimaty rzeczonego NILE czy nawet SEPTICFLESH, więc można sobie wyobrazić, że nie jest wcale tak lekko i lukrowato. Nic dziwnego, bo aby osiągnąć świetny efekt brzmieniowy czwórka Algierczyków wybrała się do Fredman Studio do Szwecji, a za miks i mastering jest odpowiedzialny Jacob Hansen z duńskiego INVOCATOR. I udało się - "Hilal" to naprawdę fascynująca wędrówka po pustynnej i gorącej krainie, po której stąpali Beduini. Zapraszam na tę wyprawę! Na pewno nie pożałujecie.
ocena: 9/10
www.arkan.fr
www.myspace.com/arkanband
www.season-of-mist.com
autor: Diovis


AMORPHOUS - "Return From the Dead"
(CD 2008 / Propaganda Promotions)
O istnieniu AMORPHOUS wiedziało wielu, mało kto miał okazję usłyszeć tworzone przez nich dźwięki. Przez pewien czas chodziły słuchy, że to heavymetalowy projekt Pająka z ESQARIAL, kilkukrotnie zmieniał się skład, grupa działała lub nie, a w podziemiu krążyło nagrane kilka lat temu promo, ale rok 2008 rozwiał wszelkie wątpliwości. Oto bowiem za pośrednictwem Propaganda Promotions ukazał się długo oczekiwany pierwszy materiał wrocławsko-legnickiej formacji zatytułowany "Return From the Dead". Jako że w składzie tego zespołu są starzy wyżeracze pochodzący z tak znanych kapel, jak ESQARIAL, BLOODLUST czy DISSENTER nie dziwotą jest, że panowie obrali sobie deathmetalowy kierunek. Już skomasowany atak w postaci otwierającego "Et Mortem" nie pozostawia śladu wątpliwości, że mamy do czynienia z kawałkiem deciora z charakterystycznymi solówkami wygrywanymi przez Marka Pająka. Nie spodziewajcie się jednak aż tak technicznego i wysmakowanego stylu, jak na płytach jego bardziej znanego zespołu, choć popisy tego muzyka są rzeczywiście wyborne. Takie "Buried" na przykład to krótkie, prawie że grind'owe walnięcie, z kolei przeróbka "Warhead" VENOM to ukłon w stronę starej szkoły. Mimo to w dźwiękach AMORPHOUS dużo mniej lub więcej bezpośrednich nawiązań do starego VADER'a, MORBID ANGEL, SLAYER czy ogólnie starej amerykańskiej szkoły death metalu. Z jednej strony niby nic nowego, a z drugiej naprawdę rzetelna robota, która potwierdza, że kto jak kto, ale nasi w tym gatunku są nadal na światowym topie. Muszę jednak zaznaczyć wyraźnie, że w riffach za dużo tu wspomnianego VADER'a i nie do końca była to, jak mniemam, tylko kwestia przypadku. Trochę szkoda, bo same utwory, tak te wcześniejsze z promo z 2004 roku, jak i te premierowe (zwracam szczególną uwagę na piorunujące "Nothingness" i "Apostate") jawią się jako iście podręcznikowy przykład jak grać oldskulowy death metal z wykopem, ale i odpowiednim feelingiem. No i plus należy się AMORPHOUS za odświeżenie pojawiających się na "Return From the Dead" introsów otwierających kilka z utworów z tej płyty.
ocena: 7/10
www.amorphous.pl
www.myspace.com/amorphousband
www.propaganda-promotions.com
autor: Diovis


AEON - "An Extravagance of Norm"
(CD 2008 / Diachell Music)
Do tej pory nie było zbyt wielu kapel inspirujących się twórczością SATYRICON i grających zbliżone dźwięki na przykład do KHOLD czy SEMARGL. Zimnych, sterylnych, wykalkulowanych i na swój sposób progresywnych, choć przy tym nie tak znowu skomplikowanych. Dlatego tak mocny debiut olsztyńskiego AEON mnie osobiście zaskoczył. Widać, że rośnie godny następca już uznanych hord BLACK ALTAR oraz NON OPUS DEI - też olsztyńskich, nawiasem mówiąc. Co ciekawe, dwóch muzyków AEON brało udział w sesji nagraniowej ostatniego albumu BLACK ALTAR i sprawdzili się w tej roli, więc spoglądając na późniejszą datę rejestracji "An Extravagance of Norm" obaw od tej strony nie miałem. Bardziej zastanawiałem się, czy nie pójdą zanadto tropem swoich idoli i nie pociągnie ich bardziej w stronę ich kopiowania. Na szczęście tak się nie stało choć wiadomo, że sensacją nie powiało. AEON to taki band, który jest gdzieś pośrodku grupy zespołów grających wyrafinowany black metal. Nie grają tak black 'n rollowo jak SATYRICON, nie wrzucają tylu industralnych elementów co SEMARGL i nie zakręcają dźwięków, jak na przykład NON OPUS DEI. Niektórzy chwilami zastanowią się, czy ta płyta to black w czystej postaci, gdyż trochę solówek się na niej znajduje, czasem ciągnie też chłopaków gdzieś w rejony eksploatowane od jakiegoś czasu przez BEHEMOTH. Nie można jednak w tym przypadku mówić o deathmetalowych wpływach - AEON mimo wszystko to czysta kwintesencja zła, metalicznego chłodu i emocjonalnej pustki. Może poza wyjątkami, gdy wokalista się zapomina i intonuje coś w rodzaju "śpiewu". I kilkoma krótkimi momentami, w których gitarowe solo stworzy coś na kształt melodii. Ogólnie jest obiecująco i czekam co pokaże przyszłość...
ocena: 8/10
www.myspace.com/aeonhorde
www.diachell-music.com
www.myspace.com/diachellmusic
autor: Diovis


AL SIRAT - "Warhead"
(CD 2007 / Empire Records)
Z lekka dziwi mnie fakt, że materiał ten dopiero co trafia do recenzji na naszych łamach. Materiał ten przecież ukazał się już dobry rok temu. Czyżby jakieś zaniedbania wydawcy? Dobra, ale już skończmy wysnuwanie teorii spiskowych i przejdźmy do rzeczy. Na krążku zatytułowanym "Warhead" znalazło się 10 utworów utrzymanych w thrash metalowej stylistyce a la ACID DRINKERS. Proporcje mamy tu identyczne jak u kwasożłopów. Przynajmniej tak to odbieram. Z kolei wokal nieznośnie kojarzy się z Maćkiem Taffem. Identyczna barwa i maniera wokalna. Momentami zespół stara się urozmaicić materiał poprzez wykorzystanie gitar akustycznych ("Pilgrim"). Najbardziej wyróżniającym się utworem na płycie jest zdecydowanie siódmy z kolei numer pt. "Oprawca". I nie tylko ze względu na tekst w języku polskim. Numer ten posiada swój specyficzny, niepokojący klimat. Ciekawie wypada w nim kontrast cichej i niejako złowrogiej zwrotki z mocniejszymi fragmentami. Jedynym zarzutem, jaki w tym miejscu można postawić, to lekka monotonia całości. Większość utworów zlewa się w jedną całość. Mimo to czuć gołym uchem, że panowie kombinują i jeszcze w przyszłości czymś nas zaskoczą. Oby!!!
ocena: 7/10
www.myspace.com/alsirat
www.alsirat.org
autor: Narmer


ATROX - "Binocular"
(CD 2008 / Season Of Mist Records)
Norweski ATROX nagrywał bardzo udane albumy. Zawsze działał gdzieś na peryferiach oraz w cieniu starszego i również pochodzącego z Norwegii THE 3RD AND THE MORTAL, jednak nie można powiedzieć, by odstawał jakoś znacząco. Zwłaszcza "Contentum" było udanym mariażem progresywnego i klimatycznego metalu z awangardowością KING CRIMSON i wówczas można było poznać niesamowite możliwości wokalne Moniki Edvardsen (nota bene siostry Ann-Mari, która śpiewała na kilku płytach THE 3RD AND THE MORTAL). Od ostatniego albumu "Orgasm" minęło jednak 5 lat i zmieniło się trochę w składzie ATROX. Nie ma już Moniki, grupa wróciła do francuskiej Season Of Mist Records i mamy "Binocular". Na pozór muzyka na tym longu jest zbliżona, bo to wciąż lekko zakręcone i ambitne granie, ale efekt jest taki, że mamy do czynienia z dojrzałym zespołem, który może nie tyle, że wpadł w pewne rutyniarstwo, ale na pewno stracił wiele na rozstaniu z panną Edvardsen. To ona dodawała dźwiękom pewnej chorobliwości, niepokoju i drapieżności, co oczywiście nie odbiera atutów nowemu wokaliście ATROX, niejakiemu Rune Folgero. Gościu wygina się jak może, dysponuje mocnym i wyrazistym głosem, ale pasującym raczej do czystego gatunkowo prog-metalu. Tu tej progresywności, owszem, jest sporo, aczkolwiek znając poprzednie produkcje ATROX oni nigdy nie kojarzyli mi się z wszystkimi tymi próbkami klonów DREAM THEATER, wręcz wyprzedzając je o wiele mil świetlnych. Trochę dziwi mnie też wolta w stronę eklektyzmu a la FAITH NO MORE - wzoru niedoścignionego i jedynego w swoim rodzaju. Norwegowie wręcz cytują styl zespołu dowodzonego przez Mike'a Pattona, na przykład w "Retroglazed", "Traces" i "Castle For Clowns". Mimo tych wszystkich prztyczków z mojej strony możecie jednak spokojnie sięgnąć po ten album, o ile w Waszym guście muzyka nie zanadto ekstremalna, lekko zakręcona, nasączona elektroniką i samplami, dobrze brzmiąca i nieco klimatyczna. Dla mnie brakuje tu mimo wszystko ducha starszych dokonań i po raz 666-ty stwierdzę, że Moniki Edvardsen bardzo im brakuje na "Binocular". Tak czy siak, paru numerów, jak na przykład porywającego "Headrush Helmet", spokojniejszego i klimatycznego "Tight Tie" czy pokombinowanego "tytułowca" słucham z ogromną przyjemnością.
ocena: 6,5/10
www.atrox.no
www.myspace.com/atroxno
www.season-of-mist.com
autor: Diovis

- A   [1  2   3   4   5   6    7] -