| 9 | A | B | C | D | E | F | G | H | I | J | K | L | M | N | O | P | Q | R | S | T | U | V | W | X | Y | Z
INDEX

- A   [1  2   3   4   5   6    7] -   


AGGRESSION - "MoshPirit"

(CD 2009 / Xtreem Music)

Dla mnie, starego dziada, zawsze te nowe fale thrash, death i heavy metalu będą narzucać automatycznie skojarzenia z tymi, którzy byli pierwsi i grali tak przed dwudziestoma i więcej laty. Także wówczas obok naprawdę świetnych kapel pojawiały się z czasem nieudolne kopie i typowi koniunkturaliści zabiegający o zainteresowanie po trupach innych, bardziej interesujących zespołów. Nie da się jednak zaprzeczyć przy pojawianiu się każdej kolejnej fali "odkrywców starego", że na ich pierwszych demówkach i często też pełnych płytach jest dużo świeżości i młodzieńczego szaleństwa. Tak właśnie jest z hiszpańskim AGGRESSION, które garściami czerpie z muzy powstającej w latach 80-ych, a przy tym nie są tak wyrachowani jak wielu ich rówieśników i kierują się głównie instynktem thrash'owej rozpierduchy. Dlatego "MoshPirit" to energia w czystej postaci i AGGRESSION stawia tu na proste, rytmiczne kawałki z wykrzyczanymi przez wszystkich muzyków refrenami. Najlepsze przykłady to "Thrash And Kill", tytułowy "MoshPirit", "Thrashing Your Brain" i "Better You Run". Gitarzysta Oscar Reka miesza motywy znane z płyt EXODUS czy TESTAMENT, wokalista Pol Luengo pieje jak Rob Halford z JUDAS PRIEST, intonację głosu ma trochę podobną również do Chucka Billy, sekcja rytmiczna w osobach basisty Sergio Soto i perkusisty Sergio García pompuje ile sił w rękach i nogach, jest żwawo, motorycznie i łepetyna mechanicznie buja się do przodu i tyłu. Nie brakuje tu kąśliwych solówek, które nie są jakoś specjalnie wysmakowane i elektryzujące, ale również nawiązują do tradycji i klasyki sprzed prawie 25 lat. AGGRESSION nie wyróżnia się niczym nadzwyczajnym wśród wielu nowych thrash'owych ekip, jednak ich atutem jest nieposkromiona energia i purystyczne wręcz uwielbienie tradycyjnego amerykańskiego thrash metalu. Zobaczymy, na jak długo im wystarczy adrenaliny.

ocena: 7/10
www.myspace.com/aggressionband
www.xtreemmusic.com
autor: Diovis




AOSOTH - "Ashes of Angels"

(CD 2009 / Agonia Records)

Wiele chorych produkcji wyszło ostatnimi czasy spod palców i z gardeł francuskich muzyków współtworzących tamtejszą frakcję ekstremalno-metalową. Wystarczy tu wspomnieć ostatnie krążki TEMPLE OF BAAL, OTARGOS czy WAY TO END. Do tego grona dołącza też jedna z najświeższych pozycji z logo Agonia Records - "Ashes of Angels" AOSOTH. Grupą dowodzi znany z ANTAEUS MkM, a obsługą instrumentów zajmuje się Bestial Satanic T. Nie mogło więc powstać nic normalnego, ułagodzonego i zdrowego. Już "Songs Without Lungs" i numer tytułowy zapowiadają, że nie będzie lekko. Opętane wokalizy, gitarowa ściana, wściekłe prędkości, słowem - ekstremizm w czystej postaci. Apokaliptyczny nastrój stopniowo wdziera się w podświadomość, drażni końcówki nerwowe, odrzuca, irytuje, ale paradoksalnie, również wciąga i intryguje. AOSOTH bazuje, tak jak na przykład włoski ABORYM, na prostocie, ale jest to prostota pełna dysharmonii, dysonansów i post-industrialnego hałasu. Z jednej strony mamy tu numery takie, jak wspomniane na samym początku, a także "Embrace And Enlightment" czy "Banished" - piekielnie szybkie, pełne szaleństwa i bliskie tej radykalnej formie black metalu, a z drugiej utwory, w których obłęd przekracza wszystkie dopuszczalne granice - tak jak "Path of Twisted Light", w którym powolne granie akordami jest uzupełnione o zeschizowaną partię drugiej gitary, a nagromadzenie tych dźwięków jest czystym horrorem i nieokreślone zagrożenie jest wręcz namacalne. Ja doszukuję się tu podświadomej inspiracji KING CRIMSON, który był, jest i chyba zawsze będzie miał wpływ na podobne dysharmoniczne eksperymenty. Podobnych w wymowie kawałków jest tu więcej (np. "Teaching / Erasing", "Summon the Dead", "Cries Out of Heaven"), ale największy efekt robi jednak ten wymieniony wcześniej, czyli "Path of Twisted Light". Lodowato zimna, wręcz mechaniczna i obłąkana kreacja AOSOTH z czasem może trochę nużyć, choć nie można jej odmówić ogromnej siły wyrazu i nagromadzenia ultra-negatywnych emocji w obrębie tych trzech kwadransów. Jeśli szukacie chorobliwych przejawów black metalu, nie powinniście przejść obojętnie obok tej płyty. Ale przestrzegam, że rozstrój nerwowy jest gwarantowany praktycznie w stu procentach.

PS. Nie bardzo rozumiem sens umieszczenia na samym końcu covera "Inner War" ANTAEUS. Rodzaj autoreklamy?

ocena: 7,5/10
www.myspace.com/aosoth616
www.agoniarecords.com
autor: Diovis




ATROCITY - "Let War Rage"

(CD 2009 / Mad Lion Records)

Powroty zza grobu to częsty wątek stosowany w horrorach. Nawet w nowej wersji przygód Sherlocka Holmesa z Robertem Downey'em Jr. i Jude'm Law w rolach głównych wykorzystano ten motyw, ale ja nie o filmach, a o kolejnej reaktywacji, na którą pewnie mało kto czekał i mało kto jej się spodziewał. ATROCITY (to amerykańskie ściśle mówiąc, bo istniało też to bardziej znane, niemieckie) działało w drugiej połowie lat 80-ych i na samym początku 90-ych w głębokim podziemiu i w Polsce znane było zbieraczom wszelkich pirackich kaset wydawanych u nas w owym czasie. Do dziś pamiętam, że materiały "Infected" i "The Art of Death" podobały mi się średnio ze względu na słabe brzmienie, choć sama muza z pogranicza grind'u i grobowego death metalu była całkiem niezła. Zespół kariery nie zrobił, wkrótce potem zniknął, a po tej długaśnej przerwie atakuje płytą "Let War Rage". I znowu, tak jak w przypadku reunionu HELLBASTARD wydawca jest z Polski, ale Amerykanów wyłapało Mad Lion Records - wydające rzadko, ale zazwyczaj ciekawe rzeczy. Nowy krążek ATROCITY to aż 18 numerów, co oznacza, że ogólnie nie bawią się w rozbudowane formy muzyczne. Czasy trwania oscylują od około pół minuty do pięciu minut, zaś jeden kawałek trwa prawie 6 minut, ale o nim wspomnę nieco później. ATROCITY w prawie niezmienionym składzie przypomniało sobie, jak grać grind/crust/thrash/death i trzeba przyznać, że potrafili w dość naturalny sposób odświeżyć niedbałe, surowe i obskurne brzmienie z dawnych czasów. Umieją przyłoić i przyśpieszyć, ale posługują się też ciężarem i skomasowanymi dźwiękami, co faktycznie nieźle współgra z tematyką katastrof, rozlewu krwi, wojen, ludobójstwa i zniszczenia poruszana w tekstach. Nie są politycznie poprawni, Rob klnie na potęgę i przedstawia obrazy zagłady, a dopełnia to jeszcze cała oprawa graficzna albumu. Szczególnie zadziwiająca jest fotografia zamieszczona w środku książeczki, na której mamy dziwny kondukt, swoistą manifestację, a prawie wszyscy uczestnicy, w tym wiele dzieci, mają na głowach maski gazowe. Nawet jeśli jest to fotomontaż, to nadzwyczaj pomysłowy i niezwykle wymowny. Takie jest właśnie ATROCITY w 2009 - tak jak kiedyś dalekie od wypolerowanego brzmienia, jałowej problematyki, wystudiowanych póz muzyków i podpierania się aktualnymi modami. Bezkompromisowe i nieposkromione. O grind'owych kanonadach i prawie sludge'owych walcach już wspomniałem, a po 16 numerach utrzymanych w dewastującym stylu następują dwa odbiegające od pozostałych i chwilami chaotyczne fragmenty płyty. ATROCITY pozwala sobie w nich na więcej swobody, improwizowania i niekontrolowanego chaosu. Instrumentalny i trwający niemal 6 minut "Survived On Piss" tylko z pozoru ma przewodni motyw, bo z czasem wkrada się tu element szaleństwa, zaś "Untitled" brnie w chorobliwe klimaty jeszcze bardziej. W dodatku oba te kawałki są opatrzone takim soundem, jak by muzycy nagrywali na "setkę"... Płyta godna odnotowania.

ocena: 7,5/10
www.myspace.com/atrocityus
www.madlion.eu
autor: Diovis




ACE FREHLEY - "Anomaly"

(CD 2009 / Season Of Mist Records)

Season Of Mist bardzo szczyciło się podpisaniem papierów na wydanie solowej płyty jednego z filarów legendarnego KISS. Nie wiem co sprawiło, że człowiek, który ma pewnie szerokie znajomości w branży muzycznej zdecydował się na taki ruch (to jego pierwsza solowa płyta od około 10 lat), ale dobrze to świadczy o świecie metalu i jego niewątpliwej sile w obecnych, tak zwanych "kryzysowych" czasach. Inna sprawa, że KISS "jedzie" już tylko na nazwie i ostatnimi czasy odzywa się bardzo rzadko, z ciekawością więc zapoznałem się, w jakiej formie jest obecnie gitarzysta tej kapeli i co ma do zaoferowania. Sam Ace przyznawał przed wydaniem "Anomaly", że materiał na tę płytę jest zrobiony pod fanów jego talentu i czego nie dodał - przede wszystkim fanów KISS. Echa jego macierzystego zespołu są tutaj wyczuwalne. Wystarczy posłuchać na przykład "Fox On the Run" czy "Too Many Faces" - to typowo melodyjny hard rock, do jakiego przez lata przyzwyczaili czterej kolesie z malunkami na twarzach. Ukłonem dla amerykańskiego rocka sprzed prawie trzech dekad jest też na wpół akustyczne "A Little Below the Angels", w którym pojawiają się dziecięce głosy i "It's Great Life", które mi osobiście przypomina takiego popularnego przed laty dinozaura Toma Petty'ego. Ostatnimi czasy powraca moda na muzykę, którą jakieś 20 lat temu tworzyli wytapirowani kolesie i KISS było jedną z inspiracji dla całego tego szitowatego glam metalu, przy czym stawiano głównie na wygląd, zarabianie kasy i zarywanie panienek, zapominając o istocie muzyki. "Anomaly" to jednak nie tylko takie klimaty, ale także kawał dobrej muzy. Warto zwrócić uwagę na "Genghis Khan", który mniej lub więcej świadomie nawiązuje do legendarnego "Kashmiru" LED ZEPPELIN, a także tych ciekawszych numerów GUNS 'N ROSES. Albo na fajowe rock 'n rollowe granie w "Pain In the Neck" czy ocierający się o Sabbath'owskie rzeczy instrumental "Space Bear". Nie da się tu ani przez chwilę zapomnieć, że ACE FREHLEY to główny motor napędowy tego albumu i jego gitara mieni się tu różnymi kolorami. Solowe popisy są wyważone, bez zbędnych fajerwerków, jednak oddają ducha końcówki lat 70-ych i całych lat 80-ych w muzyce ciężkiej i rockowej. Wokalistą może nie jest wybitnym, ale jego głos do takiej muzy pasuje jak ulał. Nie mam pojęcia, kto wspierał go przy nagrywaniu tej płyty, co w sumie nie ma aż takiego znaczenia, bo to głównie jego dzieło. Nie najważniejsze w życiu Ace'a, nie żaden kamień milowy rockowej muzy, ale całkiem solidne i dla starych wyjadaczy mające pewną taką sentymentalną wartość.

ocena: 7,5/10
www.acefrehley.com
www.myspace.com/acefrehley
www.youtube.com/officialacefrehley
www.season-of-mist.com
autor: Diovis




ALVERG - "Elde"

(CD 2009 / Soulseller Records)

Wydawać by się mogło, że norweski black metal nie jest już w stanie niczym zaskoczyć. Duże kapele "jadą" na sprawdzonych schematach, a młodzież coś bredzi o "nowej fali true old school BM". Objawia się to głównie zadzieraniem wysoko nosów, podczas gdy wypociny wydane na płytach to zwykłe kopiowanie mistrzów i niepotrzebne zabieranie czasu słuchaczom. Do ALVERG podchodziłem też jak pies do jeża, bo to kapela działająca co prawda od 2002 roku, ale na dobrą sprawę z tego czasu grali przez około 2 lata. Na próżno szukać starszych nagrań norwesko - hiszpańskiej hordy (perkusista Heolstor grał i gra w kilku innych kapel właśnie w Espanii), bo oprócz demo z 2003 roku jest to pierwszy przejaw ich aktywności. Wrażenia mam pozytywne, chociaż od razu na początku doczepię się do brzmienia. Jest co prawda potężne i trumienne, ale przede wszystkim dźwięk nagrano zbyt cicho i trochę po amatorsku, a wokale są zanadto cofnięte wobec pozostałych instrumentów. Na szczęście pod tą przykrywką nie kryje się kolejny "nowy" DARKTHRONE czy GORGOROTH, a taki misz-masz wszystkiego co powstało przez prawie dwie dekady w norweskim black metalu. Kiedy trzeba, ALVERG gra bardziej epicko i na swój sposób z lekka melancholijnie, kontynuując dzieło wczesnego AETERNUS, ANCIENT, ENSLAVED, KAMPFAR czy ULVER, zaś kiedy indziej nieco się rozpędza, nie zapominając przy tym o układaniu ciekawych linii melodycznych i tu by można wymienić całą plejadę nie tylko norweskich zresztą kapel z tego kręgu ("szwedzka" melodyka gitar). Materiał z "Elde" nie nasuwa obłędnych myśli, że brzmi jak to, to czy to. Jest wystarczająco plugawy, nienagannie oldskulowy, przynosi trochę folkowo-nordyckich nutek (flet w "En Pike Pa Seng Av Hvitt Linne") i wstrzemięźliwej, acz słyszalnej melancholii (kończący płytę "Towards the Kingdom of Alverg"). Paradoksalnie lepiej się tego słucha niż wielu ostatnich produkcji gwiazd "Norsk Black Metalu".

ocena: 7/10
www.alverg.com
www.myspace.com/alverg
www.soulsellerrecords.com
autor: Diovis




AVULSED - "Nullo (The Pleasure of Self-Mutilation)"

(CD 2009 / Xtreem Music)

Nie wiem czemu tak się dzieje, ale AVULSED nie może awansować - używając sportowego słownictwa - z drugiej ligi do ekstraklasy. Nagrywa solidne albumy, gra naprawdę sporo koncertów, przykuwa uwagę obrazkami umieszczanymi na okładkach swoich płyt i trzyma się klarownej death metalowej drogi. Od zarania swoich dziejów Hiszpanie starają się łączyć brutalność z melodyką, chwytliwe fragmenty uzupełniać wyrazistymi riffami i eksplodującymi solówkami, ciężar zaś równoważyć z szybkimi tempami. Podobnie jest z najnowszym krążkiem "Nullo (The Pleasure of Self-Mutilation)". Jest wszystko, czego wymaga się od bardzo dobrej death metalowej kapeli, wysokiej klasy umiejętności, ciekawe wykonanie, klarowne brzmienie... a jednak czegoś brakuje, aby AVULSED stało się bardzo cenionym klasykiem takiego grania i aby wymieniano ich w jednym szeregu na przykład z VADER, MORBID ANGEL, CANNIBAL CORPSE i HATE ETERNAL. Nadal pozostają najlepszą ekipą na Półwyspie Iberyjskim, mają swoich maniaków w Ameryce Łacińskiej i Południowej, ale niedosyt u samych muzyków na pewno pozostaje. Nowy album to 11 kawałków, którym powinno dać się szansę. Kontynuują to, z czego AVULSED dało się poznać na pierwszym tak naprawdę istotnym albumie "Eminence In Putrescence", a także dwóch ostatnich: "Yearning For the Grotesque" i "Gorespattered Suicide". Nadal dominuje tematyka rodem z najkrwawszych horrorów, death metal sięga korzeniami do autentycznej klasyki, amerykańskie, bardziej brutalistyczne wpływy są odczuwalne, pojawiają się te typowe dla AVULSED orientalne ozdobniki, głos Dave'a Rottena przeraża. Co więcej dodać? Chyba tylko to, że fani wolą słuchać tego, co wciskają im wielkie firmy wydawnicze. Smutne, ale prawdziwe.

ocena: 8/10
www.avulsed.com
www.myspace.com/avulsed
www.xtreemmusic.com
autor: Diovis




AL-NAMROOD - "Atba'a Al-Namrood"

(MCD 2008 / Shaytan Productions)

Metal z muzułmańskiego rejonu świata pomału przebija się i wkrótce takie formacje, jak AL-NAMROOD z Arabii Saudyjskiej już nie powinny być traktowane jako li ciekawostka i egzotyczny fenomen. Pomimo bardzo krótkiego stażu, już w roku powstania tej hordy zostały nagrane cztery utwory, które następnie wtłoczono na srebrną blaszkę i jako mini-album pod tytułem "Atba'a Al-Namrood" krążą od jakiegoś czasu wśród maniaków black metalu. Mukadars, Ostron i Mephisto nie starają się ani przez chwilę wzorować na swoich skandynawskich kolegach, zamiast tego budują utwory na bazie orientalnych motywów i specyficznej dla tego regionu rytmice. Na przykład taki numer tytułowy, który otwiera ten materiał kojarzy się bardziej z MELECHESH, a prostota linii melodycznej dość paradoksalnie przykuwa uwagę. Drugi fragment, "Fe Zafrat AlMout", jeszcze bardziej drąży orientalną melodykę, ale z przerażeniem wsłuchiwałem się w solowe "wyczyny" gitarzysty. Niestety, ale nawet w black metalu fałsze nie wchodzą w grę, choć do pewnego momentu można to zdzierżyć i ma to swój przekorny urok ;). AL-NAMROOD zdecydowanie lepiej wypada w tych momentach, gdy stawia na bliskowschodni klimat i nie przyśpiesza nadmiernie. "Nagoos Alkhatar" z numerem trzy na płycie jest jednak zaprzeczeniem tej tezy. Za dużo tu skrzeczenia (mimochodem wspomnę, że teksty są w języku arabskim), bębny są za bardzo cofnięte, ale za to gitara i klawisze są na odpowiednich momentach. Ostatni na płycie "Youm Tusaar Nar Aljaheem" też operuje prostotą i tym razem już nie jest tak "krzywo", jak w dwóch poprzednich kawałkach. Świetny jest motyw jakiegoś arabskiego instrumentu strunowego wpleciony między wrzaskliwe wokale, zaciągające jak na pierwszych płytach greckiego NIGHTFALL gitary i odpowiednio dawkowane klawisze. To jeszcze nie jest poziom godny najlepszych, ale jeśli AL-NAMROOD zamknie się w sali prób, przećwiczy pewne patenty i wcieli w muzykę ciekawe orientalne motywy, to jeszcze o nich usłyszymy. Wówczas recenzja będzie już odmienna od powyższej.

ocena: 6/10
www.myspace.com/alnamrood
www.shaytanproductions.com
autor: Diovis




ARCHAIC - "The Time Has Come To Envy the Dead"

(CD 2009 / Vic Records & Mystic Production)

Debiutanci z Węgier wykonujący nowoczesny thrash metal - z takim sloganem reklamującym ten band spotkałem się przy poszukiwaniu informacji na temat samej kapeli. No cóż, widać, że thrash metal nadal jest na fali i to cieszy. Przebijają się w muzyce ARCHAIC echa takich kapel, jak TESTAMENT, KREATOR, METALLICA. Słychać tutaj szkołę niemieckiego thrash metalu, jak również wpływy Bay Area. Na płycie znalazło się 10 kawałków plus jako bonus clip do utworu "The Archer" w dwóch wersjach. Płytę rozpoczyna krótki, minutowy gitarowy wstęp z miarową perkusją, by następnie gładko przejść w pierwszy kawałek. I tutaj mamy już typowo thrash'owe zagrania, wracamy do lat 90-ych. Typowe thrash'owe rytmy perkusji, gardłowy wokal i gitary sprawnie wycinające thrash'owe riffy. "Cornu" i "Memories" wyróżniają się od pozostałych numerów tym, że są utrzymane w średnim tempie, z melodyjnymi gitarami. Tutaj położony jest zdecydowanie nacisk na partie gitarowe. W utworze "Thank You" muzycy dziękują wszystkim... no właśnie, kto nam powie po odsłuchaniu tego numeru do kogo skierowane są te podziękowania? Zaraz po nim mamy cover TORMENTOR, tylko dlaczego on śpiewa po rosyjsku? Może ktoś znajdzie odpowiedź na moje pytanie. Debiut udany, ale nie jakoś powalający. Wart odsłuchania.

ocena: 6/10
www.myspace.com/thearchaic
www.vicrecords.com
autor: Peter




ASHES YOU LEAVE - "Songs of the Lost"

(CD 2009 / Sleaszy Rider Records)

Dobrze zapamiętałem ASHES YOU LEAVE, bo była to pierwsza kapela z Chorwacji, która stała się nieco bardziej znana poza granicami swojej ojczyzny i chyba jedyna doom/death metalowa formacja w niemieckiej Morbid Records, która stawiała przede wszystkim na wydawanie różnych brutalistów. Nie wiedziałem nawet, że działają po dziś dzień, bo cicho o nich było i głucho... Tym bardziej ciekaw byłem co przynosi nowy, nagrany dla greckiej Sleaszy Rider Records album "Songs of the Lost". Na wokalu nowa babeczka, Tamara Mulaosmanovic, i od razu słychać spore zmiany w stosunku do na przykład "Desperate Existence" z 1999 roku. Wówczas Chorwaci mocowali się z ciężarem i klimatami w stylu zbliżonym do MY DYING BRIDE, a obecnie próbują zabawiać się z gotyckim metalem. Hm, w dobie kryzysu tego stylu zawsze jest szansa szybkiego dokooptowania co najmniej do drugiej ligi gothic metalu, ale obawiam się, że to nie "grozi" ASHES YOU LEAVE. Z 14-letnim doświadczeniem części muzyków należy spodziewać się czegoś dojrzałego, tymczasem "Songs of the Lost" to takie sobie pioseneczki, które nawiązują do złotych lat klimatycznego grania i nic poza tym. Byłbym jednak niesprawiedliwy, gdybym postawił na nich krzyżyk z góry, bo kilku fragmentów mimo wszystko słucha się z przyjemnością. Choćby otwierającego płytę "Apathy Overdose", który przypomina najlepsze dokonania THEATRE OF TRAGEDY (jeszcze z Liv Kristine), a dzięki popłakującym i łkającym partiom skrzypiec w pewnym sensie także czeskie SILENT STREAM OF GODLESS ELEGY. W tym numerze mamy klasyczny pojedynek "pięknej i bestii": Tamara ładnie śpiewa, a gitarzysta Berislav Poje porykuje. W podobnej manierze jest utrzymany kawałek "The Feast", ciekawy jest rytmiczny "Song of the Lost", przebłyski mają jeszcze singlowy "Stranded" i spokojniejszy "Taints" (fajowe zagrywki gitary akustycznej i skrzypiec!). Reszta materiału to już takie sobie, bardzo ułożone granko dla grzecznych dziewczynek i chłopców.

ocena: 6,5/10
www.ashesyouleave.org
www.myspace.com/ashesyouleaveband
www.sleaszyrider.com
autor: Diovis




ASPHYX "Death... The Brutal Way"

(CD 2009 / Century Media Records)

Ileż to już płyt - zarówno lepszych, jak i słabszych - nagrali w swojej karierze? Ile razy zmieniali skład? Ile razy kładli się do grobu, aby z niego po jakimś czasie wstać i ponownie zostać pogrzebanym, no i ile łez też wylanych już zostało po każdym ich zniknięciu? O ile bylibyśmy w stanie odpowiedzieć poprawnie na dwa z pierwszych pytań, na trzecie udało by się to tylko odnośnie jego pierwszej części. Nikt nie byłby przecież w stanie zliczyć litrów słonej substancji wydzielanej przez gałkę oczną, będącą oznaką szczerego żalu po utracie tego co się kochało, a niewątpliwie nie było wśród maniaków oldskulowego death metalu pojedynczych i odosobnionych przypadków rozpaczy po zgonie tak zasłużonego w historii tej muzy aktu, którym był ASPHYX. Czy może zatem budzić negatywne odczucia fakt ich kolejnego powrotu, początkowo tylko na koncerty, a teraz przy uwzględnieniu płyty "Death... The Brutal Way" z którą się wreszcie zameldowali? Proszę państwa, koniec pierdołów - najnowsze dzieło holenderskich klasyków jest uosobieniem ich najwspanialszej formy nie tylko po kolejnej, prawie dziesięcioletniej przerwie wydawniczej, lecz najprawdopodobniej w całej długoletniej karierze. Wszyscy, którzy wiele lat temu położyli już na nich krzyżyk, nie wierząc w jakość charakteryzującą czasy dwóch pierwszych i najbardziej cenionych w całej dyskografii krążków, teraz dopiero mogą się przekonać w jak ogromnym byli błędzie, a powszechnie panujące przekonanie, że nic dwa razy się nie zdarza, w tym przypadku okazuje się być bardzo na wyrost. Można łamać sobie głowę, można dociekać jak to się stało, ale niepodważalnym pozostaje fakt, że ASPHYX narodził się na nowo i istnieje szansa na to, że o ile po raz kolejny się nie znarowi, to podobnie jak w dawnych dniach będzie stanowił jaśniejący punkt na firmamencie europejskiego śmierć metalu. Bez ściemy - najnowsze dzieło holenderskiej legendy stanowi namacalny monument wielkości muzyki tego bandu. Album w typowym dla niego stylu, pozbawiony jakiegokolwiek usilnego kombinowania, poszukiwania nowej tożsamości czy dróg rozwojowych. Krążek wypełniony od pierwszej do ostatniej sekundy stęchłym, prostym i w każdym calu asphyxowym death metalem. Bez słodzenia, pierdzenia i jakiegokolwiek zamylania. Po prostu jest tak jak kiedyś było i zawsze być powinno. Przecież już pierwsze takty otwierającego krążek "Scorbutics" zalatują zapaszkiem "Last One On Earth", szczególnie przypominając poprzez strukturę utworu "M.S. Bismarck" z tegoż albumu, choć o idiotycznym skopiowaniu patentu mowy oczywiście być nie może. Z utworu na utwór wytrawny fan ASPHYX jest w stanie rozpoznać coraz więcej zagrywek znanych z debiutu czy "dwójki". Do tego jeszcze agonalne wycie Van Drunena - bez wątpienia jeden z bardziej oryginalnych i rozpoznawalnych śmierć metalowych wokali. Obłęd. Kulminacja brutalności objawia się z całą mocą w utworze tytułowym, opisującym zresztą to, co zmotywowało zespół do stworzenia kawału tak dobrego, pieprzonego death metalu - występ na niemieckim Party San, będącym notabene pierwszym występem na żywo po powrocie z niebytu. Kurde mol, gdy się go słucha, łeb sam lata jak za dawnych lat! Po dawce śmierci w najbardziej brutalnej formie chwila oddechu - zwolnienie wyrażające się poprzez "Asphyx II (They Died As They Marched)", będące notabene doskonałym zobrazowaniem smutnego losu maszerujących i wygłodniałych jeńców wojennych. Motyw wojenny atakuje jednak też po kilku minutach nie tylko ze zdwojoną, bo chyba nawet i potrójną mocą, kiedy głośniki buchają rytmami "Eisenbahnmörser" - utworu tak skutecznie rozwalającego wszystko w proch niczym jego główny bohater - olbrzymi niemiecki moździerz kolejowy, siejący podczas ostatniej wojny strach, terror i zniszczenie, szczególnie w pierwszych miesiącach kampanii na froncie wschodnim. Znowu chwila przerwy na nabranie tchu - nostalgiczny fortepianowy początek "Black Hole Storm", po czym następuje wolne, miażdżące gitarowe uderzenie i tak jest już do samego końca - zagrywki z "The Rack" i "Last One..." podane według przepisu a la ASPHYX 2009. Płytę wieńczy instrumentalny "The Saw. The Torture. The Pain" - nie odbiegający stylistycznie od całości i chyba tylko dzięki temu będący doskonałą klamrą, spinającą wszystko w logiczną całość, sugerując jakby też, że na razie to już koniec, ale... jeszcze się kiedyś spotkamy. Oj, jakbym sobie tego życzył! Jeśli ktoś życzyłby sobie z kolei, aby przedstawić bohaterów odpowiedzialnych za stworzenie "Death... The Brutal Way", konfiguracja rzeczona przedstawia się następująco: Wannes Gubbels (PENTACLE), Paul Baayens (THANATOS), Bob Bagchus, no i wreszcie wymieniony już gdzieś wyżej syn marnotrawny - Martin Van Drunen, którego obecność w grupie dla wielu może mieć znaczenie wręcz ogromne. Nie zapominajmy, iż dwaj ostatni panowie to elementy mechanizmu ASPHYX zapewniające mu sprawne funkcjonowanie w tych wspaniałych dawnych czasach o których była już tu mowa, toteż niewykluczone, że to właśnie ich obecność zaważyła na ostatecznym kształcie dzieła. Nie umniejsza to jednak zasług młodszych stażem, aczkolwiek niesamowicie doświadczonych dwóch pozostałych pomagierów, którzy strun pozrywali już setki, a przede wszystkim dzięki swoim macierzystym bandom wiedzą, że death metal to nie rzecz dla zasmarkanych dzieciaków lepiących w piaskownicach babki. Może szkoda trochę osobowości Erica Danielsa, ale cóż - nie wszystko można mieć... Jakby jednak nie patrzeć, obecny skład ASPHYX to chyba najsilniejszy team w historii zawikłanej historii tego komanda, toteż już dziś ślinię się na myśl, co też może wypruć jeszcze z siebie w przyszłości! Kolejny udany comeback przypieczętowany wspaniałym albumem, pretendującym już dziś do miana brylantowej płyty Anno Satanas 2009. Oglądając zresztą osobiście na żywo pierwszy koncert po zmartwychwstaniu podczas Party San 2007, którego zapis obejrzeć można na dołączonym do limitowanej edycji dysku DVD, wiedziałem, że tak wielki zespół po prostu nie jest w stanie dać ciała. Nie wierzycie? Skonam w bólach, jeśli ktokolwiek z was poczuje się zawiedziony. Czapki z głów i kłaniać się jak najniżej!

ocena: PŁYTA WYBITNA - 15/10
www.asphyx.nl
www.centurymedia.com
autor: Nikolaus (Mikołaj) Kunz aka Manstein




ABSU - "Absu"

(CD 2009 / Candlelight Records & Mystic Production)

Może setki tysięcy ludzi nie czekały na nowy album ABSU powstały po wielu latach niebytu, ale paru wytrwałych fanów ekstremalnego metalu na pewno tak. Lider formacji, wokalista i perkusista Proscriptor pozbierał kilku muzyków, wcześniej nie grających w tej kapeli, ale z entuzjazmem podchodzących do swoich obowiązków i dzięki temu da się odczuć świeży powiew bijący od tego materiału. Ale ABSU nie byłoby ABSU, gdyby najnowszy album nie odwoływał się do najważniejszy produkcji tego bandu sprzed lat, takich jak "The Sun of Tiphareth" z 1995 roku i wydanego dwa lata później albumu "The Third Storm of Cythraul". Wówczas mówiono o amerykańskiej hordzie jako o protoplastach mythological occult metalu i termin ten należałoby teraz odświeżyć. Odwołania do mitologii starożytnych Sumerów i Celtów są tu siłą napędową, a i muza w dużej mierze czerpie z orientalnej melodyki. Bez obaw - dźwięki mieszają elementy black, thrash, death i tradycyjnego heavy metalu (tego ostatniego jest, rzecz jasna, najmniej), efekt jest zabójczy, a jednocześnie ma się wrażenie, jakby czas (przynajmniej chwilami) zatrzymał się gdzieś w połowie lat 90-ych poprzedniego stulecia. Mam świadomość, że ci, którzy zetkną się z ABSU po raz pierwszy od razu stwierdzą, że momentami ta płyta przypomina dokonania NILE, tyle że prawda jest taka, że reakcja była odwrotna i to ekipa dowodzona przez Karla Sandersa inspirowała się mniej lub więcej świadomie formacją Proscriptora. Ale do rzeczy. Na "Absu" króluje Magia bardzo twórczego w historii black metalu okresu połowy lat 90-ych, gdy poczęto dorzucać do klasycznej "surówy" elementy wówczas nowatorskie i liczyło się kreowanie mrocznego klimatu, a przez to powstawały rzeczy świeże i ciekawe muzycznie. Tak też jest na tym krążku, bo obok szybkich i bezkompromisowych kawałków jest tu też miejsce na bardziej rozbudowane formy (np. trzyczęściowy "...of the Dead Who Never Rest In Their Tombs Are the Attendance of Familiar Spirits", w którym pojawiają się między innymi chóry) i pokłosie fascynacji muzyką Bliskiego Wschodu oraz celtyckiego folku, którym Proscriptor fascynował się namacalnie nagrywając albumy pod szyldem PROSCRIPTOR, a także pewne nawiązania do progresywnego i psychodelicznego rocka z lat 70-ych (na przykład użyto tu niesamowitych dźwięków melotronu). Ale to tylko dodatki, smaczki i pewne dopełnienie do szpiku kości metalowej jazdy. Sami więc widzicie, że już sama muzyka z tego wydawnictwa jawi się bardzo interesująco, ale nie można zapomnieć, że roi się tutaj od zaproszonych gości. Wystarczy wspomnieć o gitarowych solówkach zagranych przez Blasphemera (ex-MAYHEM, AVA INFERI), wokalnym udziale Nornagesta z ENTHRONED i Vorskaath'a z greckiego ZENIAL oraz kilku tekstach napisanych przez Ashmedi'ego z MELECHESH. Nie ma to jednak aż takiego wpływu na efekt końcowy, który i bez tego można określić jako wielkie wydarzenie 2009 roku. ABSU powróciło w wielkim stylu i mam nieodparte wrażenie, że to najlepszy, najbardziej przemyślany i dojrzały album w dyskografii tej kapeli. Nie należy przegapić tej płyty i ograniczyć się tylko i wyłącznie do peanów na temat nowego BEHEMOTH'a, a to dopiero początek nowej ery w historii ABSU...

ocena: 9/10
www.absu.us
www.myspace.com/absu
www.candlelightrecords.co.uk
autor: Diovis




AHAB - "The Divinity of Oceans"

(CD 2009 / Napalm Records & Mystic Production)

Album numer 2 niemieckiego AHAB, chcąc czy nie chcąc, miał odpowiedzieć na pytanie: czy ten zespół będzie podążał tropem innych kapel grających funeral doom metal, czy też dołoży swoją cegiełkę przy rozwoju tego gatunku? Zanim spróbuję odpowiedzieć, warto zaznaczyć, że to jeden z nielicznych doom'owych zespołów w krajach niemieckojęzycznych, a w składzie między innymi muzycy MIDNATTSOL, PENETRALIA, DEAD EYED SLEEPER i MYSTIC CIRCLE. Z założenia AHAB miał grać przygnębiająco i ciężko, a tematyka miała dotyczyć mórz i oceanów. Tak było na debiucie "The Call of the Wretched Sea", który skupił się na potwornie rozciągniętych, acz interesujących kompozycjach z przesłaniem dotyczącym legendy Moby Dicka. "Dwójka" kontynuuje te pomysły w pełnej rozciągłości, chociaż od strony muzycznej doszło do poszerzenia spektrum, stąd na tej płycie nie mamy do czynienia non-stop z ponurym i koszmarnie wolnym doom metalem, ale z całym kalejdoskopem smutnych i czasem nawet klimatycznych dźwięków. Już drugi, tytułowy numer, zawiera oprócz masywnych riffów sporo czystych wokaliz na tle nie przesterowanej gitary. W "O Father Sea" AHAB zbliża się do mistycyzmu PANTHEIST, włączając w to chóralne zaśpiewy rodem z mnisich klasztorów. Interesujący jest także "Redemption Lost", w którym funeral doom metal został przeniesiony na nowy, świeży poziom poprzez dorzucenie progresywnych elementów a la OPETH, świetny jest wgniatający w ziemię, ale częściowo również akustyczny i na swój sposób Flojdowski (dla niezorientowanych - to przymiotnik od PINK FLOYD) "Tombstone Carousal", kilka innych fragmentów spodoba się z pewnością wszystkim miłującym fiński doom. Tu i ówdzie inspiracje wczesną ANATHEMĄ i MY DYING BRIDE są mocno słyszalne, ale pokażcie mi jakąkolwiek kapelę z tego kręgu, która nie nawiązuje do tych gigantów powolnej muzy. Ale to tylko (albo aż) wyznaczniki zmian następujących powoli w muzyce tego zespołu, który nadal odwołuje się głównie do miażdżącego ciężaru, konwulsyjnych rytmów i pogrzebowej melodyki, jednak na "The Divinity of Oceans" granice doom'u zostały jednak przesunięte i wzbogacone o nowe elementy, dzięki czemu trwający grubo ponad 60 minut materiał nie pozostawia posmaku nudy i kopiowania pomysłów bardziej uznanych artystów z ponurej metalowej frakcji.



ocena: 8/10
www.ahab-doom.de
www.myspace.com/ahabdoom
www.napalmrecords.com
autor: Diovis




ALESTORM - "Black Sails At Midnight"

(CD 2009 / Napalm Records & Mystic Production)

Moda na metalowych piratów powoli rozkwita. W krótkim odstępie czasu pojawiły się debiutancki album amerykańskiego SWASHBUCKLE i drugie wydawnictwo Szkotów z ALESTORM. Oba różnią się od siebie muzycznie jak niebo i ziemia lub woda i ogień. O tych pierwszych można poczytać w recenzji ich płyty, natomiast o ALESTORM będzie teraz. Sami określają swoją muzykę jako "true Scottish pirate metal" i skazują się w ten sposób na samozatopienie na pełnym morzu, bo w istocie grają do cna kiczowatą muzykę dla fanów FINNTROLL czy KORPIKLAANI z pewnymi odniesieniami do cukierkowatego power metalu, CHILDREN OF BODOM, NIGTWISH, jedynych w tym gronie mistrzów pirackiego metalu - RUNNING WILD i brzmień uzyskiwanych przez BAL-SAGOTH. Z tego wymieszania rzeczy przeróżnych, ale głównie mało strawnych, wyszła konkretna chała z przebłyskami słuchalności. Przy pierwszym przesłuchaniu wydawało mi się nawet do pewnego momentu, że przynajmniej chwilami to kawał oryginalnej muzyki. Ale po rozłożeniu tego materiały na czynniki pierwsze, usunięciu wszystkich dodatków w postaci syntetycznie uzyskanych brzmień kobzy, fletów, skrzypek i innych ludowych instrumentów pozostały jedynie bida i golizna. Banał goni banał, plastikowa słodycz wylewa się z głośników, a złowieszczo-kiczowaty klimat z okładki nie umywa się nawet do serii filmów pod wspólnym tytułem "Piraci z Karaibów", a wiedzcie, że wedle mnie to tandetny obraz traktujący o pseudo-piratach i ma się do rzeczywistości tak, jak Piotruś Pan i jego przygody z kapitanem Hakiem. Na pocieszenie wszystkich fanów folk metalu napiszę, że na "Black Sails At Midnight" jest jeden naprawdę świetny numer. "Keelenhaul" to baaardzo żwawa i skoczna piosenka, przy której ożyć mogą i ci zjedzeni przez rekiny, i ci zatopieni we wraku, hehe. Reszta za burtę!!! A-huy!



ocena: 3/10
www.alestorm.net
www.myspace.com/alestorm
www.napalmrecords.com
autor: Diovis




ARS DIAVOLI - "Pro Nihilo Esse"

(CD 2008 / Debemur Morti Productions)

Nie przypominam sobie żadnej kobitki parającej się depresyjnym, samobójczym black metalem. Tako też Vilkacis może się czuć pewnego rodzaju prekursorką, choć nie chciałbym tu wykazywać jakichkolwiek szczególnych względów, jakimi obdarzę ARS DIAVOLI z tej przyczyny. "Pro Nihilo Esse" to debiutancki długograj i jak na wielu tego typu wydawnictwach wyłażą pewne niedostatki natury muzycznej, technicznej i jakościowej. Nie należy się więc spodziewać wybitnie oryginalnej i idealnej płyty, bo trudno o to na samym początku. ARS DIAVOLI garściami czerpie z dokonań XASTHUR, na co wskazuje zupełnie podobny schemat utworów, w których jest jeden wiodący gitarowy motyw, a urozmaicają go różne dodatkowe zagrywki, nieznaczne zmiany tempa i akcentów. Gitara gra akordami, z rzadka wyrywa się jakiś "akustyk", perkusja ogranicza się do stukania w werbel i szeleszczących blach, bas pomrukuje w tle, klawisze z rzadka snują się i wspierają gitarowy motyw, a wokalistka drze się opętańczo. Jedni to będą wielbić, inni odłożą już po kilku minutach. A przecież poza wspomnianym upodobnieniem się do kapel pokroju XASTHUR wszystko jest na miejscu i odegrane w przepisowy sposób. Jest wisielczy klimat, wszelkie chorobliwe emocje i symptomy, pewien koncept takiego, a nie innego grania, choć skoro już ARS DIAVOLI sięga po łacińskojęzyczne słownictwo, to pozwólcie mi wyjaśnić, że tytuł albumu umownie oznacza "być nikim", a znaczenie na dalszym planie to "nihil novi" (czyli "nic nowego"), choć gdyby parafrazować wszystko wyszło by, że "ab initio nullum, semper nullum", co oznacza "od początku nic, zawsze nic". Ja jednak oceniam, że ten album nie jest niczym, tyle, że jak na razie świadczy o przeciętnych umiejętnościach autorki do tworzenia czegoś, czego jeszcze muzycznie nie wyczerpano.



ocena: 5/10
www.myspace.com/arsdiavolibm
www.debemur-morti.com
autor: Diovis




AS YOU DROWN - "Reflection"

(CD 2009 / Metal Blade Records & Mystic Production)

Zbrutalizowany i zmetalizowany hard-core, czyli innymi słowy metal-core nadal jest ulubieńcem kilku wydawców. Nie czekają na to, by dany zespół dojrzał i okrzepł, tylko od razu przygarniają do siebie i puszczają na szerokie wody. Pewnie 99,5 procenta czytelników naszego serwisu nie spotkało się nigdy z nazwą AS YOU DROWN. Przyznam, że ja też. Metal Blade z uporem maniaka inwestuje w kapele, z których większość przemknie niezauważona. Można by tu podawać przykłady przez kilkanaście linijek co najmniej... Bo co takiego ma na przykład do zaoferowania ten pochodzący ze Szwecji band? Nisko nastrojone gitary i hard-core'ową, rwaną rytmikę, przemieszane z pseudo-technicznymi zagrywkami i nielicznymi death'owymi blastami. Może to się podobać w dwóch, maksymalnie trzech kawałkach, reszta zaś to już tylko powtórzenia i marne repetycje. AS YOU DROWN nie wie czy zdecydować się na sianie spustoszenia w stylu BEHEMOTH (chwilami ewidentnie z nich zżynają!), czy zapętlenie się w technikę graną dla samego ekscytowania się techniką. Niestety ten dylemat wyłazi wszystkimi dziurami i szparami, i w efekcie panowie wypadają tak cienko, jak inny nabytek germańskiego wydawcy, czyli PSYOPUS. O ile jednak tamci pogubili się już na samym początku swojej drogi, epatując totalnie przekombinowaną muzą, to AS YOU DROWN ma jeszcze jakieś zadatki na może i przeciętną kapelę, ale przynajmniej nie przeginającą pały. "Reflection" to jednak płyta z cyklu tych do odłożenia na półkę. Dlatego lepiej w ogóle jej nie kupować ani pożyczać.



ocena: 3/10
www.myspace.com/asyoudrownsweden
www.metalblade.de
autor: Diovis




ATHRIUM - "Thy Kingdom Gone"

(CDR 2009 / TMS Production - własna produkcja zespołu)

Nagrania jednoosobowych projektów zwykle wzbudzają we mnie podejrzenia. Nie ma bowiem takiego, co byłby tak wszechstronny niczym Leonardo Da Vinci. Z ATHRIUM nie było inaczej, gdy wyczytałem, że za stworzeniem materiału "Thy Kingdom Gone" stoi wyłącznie "Tomash - all guitars, vocal, programming". A tu może nie niespodzianka, ale na pewno całkiem zgrabny kawał muzy, w którym wszystkie składniki jeśli nie współgrają ze sobą, to przynajmniej dalekie są od błędów popełnianych przez całe mnóstwo one-man bandów. ATHRIUM to w prostej linii krewny, a raczej któryś z (pardon!) bękarcich potomków LIMBONIC ART, TARTAROS, a nawet BURZUM (motyw w "He Withers All In Silence"). Utwory są budowane w podobny sposób: gitary tworzące specyficzną "ścianę dźwięku grają unisono z orkiestralnym klawiszem, czasem pozwalając popuścić wodze fantazji "czarno-białym", które imitują różne instrumenty lub przejmują rolę linii melodycznych. Bębny pukają trochę jednostajnie, ale przecież mało komu udało się okiełznać automat na tyle, by dorównał "żywej" perkusji. Z kolei wokale nie ograniczają się do jednorodnego molestowania uszu słuchacza i mamy tu patetyczne deklamacje, skrzeki, wrzaski i growle, a wszystko zgodne z regułami tak zwanego symfo-black metalu. Materiał na "Thy Kingdom Gone" zdaje się tworzyć pewną całość, a poszczególne utwory to jakby części mrocznej opowieści. Oprócz regularnych utworów, z których warto zwrócić uwagę między innymi na "The Vampire", "An Introduction To Suffering" i "Morph" są tu też dwa krótkie, klawiszowe przerywniki (interludia "Resurrection" i "My Infected Soul"). Wkrada się w to oczywiście pewien banał, zwłaszcza gdy po raz kolejny można zetknąć się z tematyką wampiryczną, Tomash ma jednak pomysł jak pozestawiać elementy tej układanki z dość różnorodną muzyką i już za to należy mu się umiarkowanie pozytywna ocena. Przy kolejnym materiale liczę, że poziom jeszcze wzrośnie i pozostawi za sobą wszelkie skojarzenia.



ocena: 7/10
www.athrium.pl
autor: Diovis




AVA INFERI - "Blood of Bacchus"

(CD 2009 / Season Of Mist Records)

Sporo zamieszania było tuż przed datą wydania tego krążka. Okazało się, że muzycy (wiadomo jednak, że chodzi o jednego konkretnego) nie są zadowoleni z brzmienia tego materiału i powierzyli ponowny mastering maestro Danowi Swanö. Cóż, różnicę wyczują nieliczni, bowiem na rynek trafiła wyłącznie ta nowsza wersja "Blood of Bacchus". Ja co prawda należę do tego grona szczęśliwców, którzy mieli okazję poznać obie, ale poza ciut większą dynamiką i głębią (dla kogoś może to mieć znaczenie) nie dostrzegłem znaczniejszych zmian. Jestem przekonany, że Rune "Blasphemer" Eriksen, bo to o niego chodzi, chciał po prostu osiągnąć lepszy, bardziej dopieszczony, bardziej komercyjny i więcej kosztujący efekt niż na poprzednich dwóch krążkach. A co do samej muzy, to tu również można stwierdzić, że rewolucji nie ma, tylko pewna ewolucja. Mając niewątpliwy atut w postaci wszechstronnej i naprawdę utalentowanej wokalistki Carmen Simoes i doświadczenia eks-gitarzysty MAYHEM nawet w gothic/doom metalowym światku można jedynie szukać ciekawych melodii, lepszych aranżacji, łączyć to z innymi stylami i budować bardziej zróżnicowanie kompozycje. To w dużej mierze się udało, bowiem na "Blood of Bacchus" powietrze z tej muzyki nie schodzi tak szybko, jak na "The Silhouette". Tam genialny był początek, a tu dramaturgia powoli wzrasta i osiąga swoje apogeum gdzieś w centralnej części tego materiału. Błyskotliwe, ciężkie, melancholijne i przy tym opatrzone ciekawymi wokalizami są "Last Sign of Summer" i "Colours of the Dark", smutny, zaśpiewany częściowo a capella przez Carmen oraz niezidentyfikowanego wokalistę (czyżby sam Rune?...) jest krótki "Black Wings", w którym łączą się ze sobą skandynawski chłód i południowoeuropejska melancholia. Dalej następują między innymi rozbudowany, lekko jazzujący "Appeler les Loups", najbardziej inspirowany portugalskim fado i zaśpiewany przez Carmen w jej ojczystym języku "Tempestade" (słychać tu również wiolonczelę), a na koniec dramatyczny, wręcz teatralny "Memoirs" z pianinem, wiolonczelą i ponownie z Carmen, robiącą niesamowite rzeczy ze swoim głosem. Ten album jest na pewno lepszy od poprzednich, choć ja mam cały czas wrażenie, że słucham LEFT HAND SOLUTION. Gdyby nie wyróżniająca się wokalnie panna bądź pani Simoes...



ocena: 8/10
www.ava-inferi.com
www.myspace.com/avainferi
www.season-of-mist.com
autor: Diovis

- A   [1  2   3   4   5   6    7] -