| 9 | A | B | C | D | E | F | G | H | I | J | K | L | M | N | O | P | Q | R | S | T | U | V | W | X | Y | Z
INDEX




BE FADING FAST - "Dark Age"

(Promo-CD 2009)

Czesi mają już na swoim koncie debiut w postaci płytki "Victims", który to pokazał umiejętności muzyków. W niespełna rok czasu zebrali się i stworzyli nowy materiał - "Dark Age". Jak na razie otrzymałem promo bez żadnych informacji dotyczących wydawcy.

Z tego rejonu Europy wyszło kilka świetnych bandów, jednak BE FADING FAST nie jest jakimś powalającym tworem. Trzeba przyznać, że na szczęście muzyka tworzona przez kapelę nie nuży. Osadziłbym ją gdzieś między death metalem a grind core. Te cztery utwory w zupełności wystarczą, brakuje tej muzyce pomysłu na własny styl. Słuchając materiału ma się wrażenie, że już ktoś to wcześniej zagrał. Jedno jest pewne - Czesi nie nużą swoją muzyką, jednak po przesłuchaniu nie zostaje nic. Utwory nie powalają jakimiś świetnymi riffami, miażdżącą pracą sekcji rytmicznej, jednak wszystko odegrane poprawnie i bez zbędnego silenia się na oryginalność. Nie sądzę, żeby muzyka zbytnio ewaluowała, jednak lepsze pomysły i rozwiązania by się przydały, jeżeli Czesi poważnie podchodzą do tematu. Następna przeciętna płyta, której miło się słucha.

ocena: 6/10 www.befadingfast.com
autor: Peter




BAKTERIA - "Defecate! Suffocate! Mutilate! Masturbate!"

(CD 2009 / Anstalt Records & Nuclear Blast Records)

Skąd oni wyciągnęli takiego dziwoląga jak BAKTERIA?! Ten zespół podobno działa od 1992 roku, a wokalista Umberto Torres ma na koncie zabójstwo fana na jednym z ich koncertów. Meksyk to w ogóle jakieś szalone miejsce na naszej planecie, choć nie wątpię, że wydawca coś ubarwił, by zachęcić do kupienia tej płyty. Coś jednak jest na rzeczy, bowiem ten album, pomimo całej muzycznej prostoty i trochę zabawnych, choć totalnie obscenicznych tekstów, jest maksymalnie chory. Kolesie grają coś na skrzyżowaniu grind-core'a, crust punka, pokręconego rock 'n rolla i HELLHAMMER, a wokal, który przypomina mi chwilami brzmieniem głosu gościa śpiewającego w szwedzkim CLAWFINGER, przekonująco "sprzedaje" swoje psychopatyczne opowiastki o przeróżnych dewiacjach natury seksualno - medyczno - patologicznej, z których żadna nie spodoba się "poprawnej politycznie" publice. Dorównuje w ten sposób największym maniakom z MEAT SHITS na czele, choć akurat nie ma tu aż tak wielu antyfeministycznych tekstów, a raczej ogólne przełamywanie największych tabu ludzkości i wyciąganie najbardziej zbereźnych tajemnic związanych z ludzką naturą oraz tym, co można, choć nie powinno się robić z ludzkim ciałem. Wystarczy nadmienić, że najczęściej używanymi słowami są "shit", "fuck", "kill", "dick", "ass", "pussy" i im pokrewne, a akcja tych powiastek ma miejsce na przykład w klinice aborcyjnej, kostnicy, toalecie lub podczas dzikich orgii w burdelu. Kompletnie nie mam pojęcia kogo to zainteresuje, choć nie od dziś wiadomo, że zakazany owoc najlepiej smakuje, stąd swego czasu takie powodzenie pewnych stron www, przy których te "przyrodnicze" to tak zwany mały pikuś. Ale to tak nawiasem mówiąc, przy czym trudno mi pisać tu o walorach artystycznych płyty Meksykańców, bo o ile muzyczna prostota ma swoje plusy, a strona tekstowa niewątpliwie jest mocno kontrowersyjna, to całość należy traktować przede wszystkim jako ciekawostkę ornitologiczną.

ocena: 5/10
www.myspace.com/b4kt3ri4
autor: Diovis




BARONESS - "The Blue Record"

(CD 2009 / Relapse Records & Rockers Publishing)

BARONESS jest przykładem na powolne, acz skuteczne wypełnianie się proroctwa, że przyjdzie taki dzień i wiele nowych kapel zacznie grać takie dźwięki, jakie powstawały przed ponad trzydziestoma laty. Korzystając z dobroci obecnej techniki i doświadczeń wcześniejszych pokoleń wrócą do korzeni rocka, a jednocześnie wniosą nową jakość. Z początku odnosiłem się z dystansem do tej amerykańskiej grupy i ochy-achy ze strony wydawcy oraz mediów odbierałem za sztucznie kreowaną koniunkturę. Przyznam się bez bicia, że nie słyszałem debiutanckiego CD "Red Album", ale trzeba będzie nadrobić tę zaległość, bowiem następca, czyli opisywany "Blue Album" to kawał dobrej rockowej muzy. Grzebiąc w zakamarkach pamięci odnajduję tylko jedną kapelę, która gra w trochę podobny sposób - SLOUGH FEG (ich recenzji szukajcie na naszych stronach). Tyle, że tamci są do bólu archaiczni w graniu hard rocka, podczas gdy BARONESS zmierza do odświeżenia starej formuły i osadzenia jej w iście barokowym przepychu, dzięki czemu zachowuje się trochę jak MASTODON. Tu z kolei podobieństwo jest takie, że obie grupy stawiają na różnorodność i bogatą melodykę. Żadne tam naiwne refreny, ale prostota osnuta zmyślnymi i umiejętnymi aranżacjami. Na "Blue Album" objawia się to w wyrafinowany sposób poprzez dynamiczne, ale bardzo melodyjne kawałki (również dzięki gitarowym solówkom i śpiewaniu na wiele głosów) przetykane bardziej psychodelicznymi, często instrumentalnymi fragmentami. Starsi słuchacze odnajdą tu echa twórczości BLACK SABBATH, JETHRO TULL, WISHBONE ASH i LYNYRD SKYNYRD, młodsi pewnie pomyślą o CATHEDRAL, wspomnianym MASTODON, ale i ISIS na przykład. Ten materiał jest więc rodzajem pomostu między uniwersalną muzą sprzed wielu lat a eklektyczną z lat ostatnich i jakkolwiek by jej nie szufladkować - jest to muzyka po prostu dobra i na wiele przesłuchań. Ale wierzę, że przed BARONESS jeszcze wszystko co najlepsze.

ocena: 8/10
www.myspace.com/yourbaroness
www.relapse.com
autor: Diovis




BE'LAKOR - "Stone's Reach"

(CD 2009 / Prime Cuts Music)

Australia skrywa całkiem sporo mało znanych, a godnych zarzucenia uchem kapel. Jedną z nich jest na pewno BE'LAKOR, który debiutował co prawda w 2007 roku albumem "The Frail Tide", ale poznała go jedynie gromadka miejscowych fanów. Drugi materiał, "Stone's Reach", jest pieczołowicie przygotowywaną inwestycją, która ma szansę zainteresować znacznie większe grono miłośników melodyjnego i ambitnego metalu. Od pierwszych sekund słychać każdy dźwięk, co świadczy, że muzycy wybrali profesjonalne studio, a to przy takiej muzie jest to bardzo istotne. BE'LAKOR jest taką australijską odpowiedzią na kapele pokroju OPETH, INSOMNIUM i w pewnym sensie także DARK TRANQUILLITY czy PARADISE LOST. Rozbudowane kompozycje z misternie dopracowaną dramaturgią składają się z dużej dozy melodyjnych pasaży i akustycznych fragmentów, a do tego mamy growlowane wokalizy, mroczny klimat i prawie symfoniczny rozmach. Da się wyczuć diabelną wrażliwość tych muzyków, którym nieobca jest klasyka heavy metalu (np. IRON MAIDEN i SAVATAGE), a przy tym dokładnie przestudiowali płyty wcześniej wspomnianych zespołów i wyciągnęli z tych nauk odpowiednie wnioski. W niewymuszony sposób udało im się wycisnąć z siebie i własnych pomysłów zgrabnie wyważone elementy bardziej nastrojowe, podniosłe i melodyczne z tymi zdecydowanie drapieżnymi i agresywnymi. Być może czasami za dużo tu bezpośrednich nawiązań do "Orchid" i "Mourningrise" OPETH, ale jednocześnie BE'LAKOR nie chce usilnie czerpać choćby z "Blackwater Park". Zamiast tego oferuje swoje własne, uniwersalne spojrzenie na klimatyczny metal, w którym jest miejsce na kwieciste solówki, długie instrumentalne fragmenty, stonowane tony pianina czy gitary akustycznej oraz pełen wachlarz emocji. Dlatego co rusz nastrój sielanki burzy eksplozja gwałtownych uczuć, by po ich wyładowaniu przywrócić względne zrównoważenie. Warto też zwrócić uwagę na symboliczną wymowę obrazów umieszczonych na okładce i na rewersie - milczące i skryte w cieniu figury potrafią powiedzieć więcej niż tysiące słów. Zdecydowanie godna uwagi i bardzo muzyczna pozycja!

ocena: 8/10
www.myspace.com/belakor
www.primecuts.com.au
autor: Diovis




BLACK RIVER - "Black 'n Roll"

(CD 2009 / Mystic Production)

Z supergrupami często jest tak, że wszystko zaczyna się i kończy się na magii nazwisk. Muzyka jest, owszem, na wysokim poziomie technicznym, ale bywa, że jest robiona z arogancją i na zwyczajny odpiernicz. Coś na zasadzie "przecież jesteśmy znani i cokolwiek nagramy - ludzie i tak to kupią". Również u nas staje się to zasadą i pomijając może jedynie MASACHIST, to w ostatnim czasie mieliśmy same supergrupowe niewypały. BLACK RIVER jest - choć oni sami pewnie zaprzeczają temu faktowi - kolejną złożoną naprędce kapelą, która gra sobie gdzieś obok ich podstawowych obowiązków i zarabiania nie tak znowu małych pieniążków w bardziej znanych zespołach. W dużej mierze współtworzą ją muzycy, którzy spotkali się kiedyś w NEOLITHIC i można powiedzieć, że to jakby ciąg dalszy tej zasłużonej, chociaż pod koniec trwoniącej swój talent w mało przekonującej muzie grupie. A przecież wokalista Maciek Taff i gitarzysta Piotr "Kay" Wtulich z niejednego pieca jedli, a gdy dodać do tego jednego z najbardziej zajętych polskich bębniarzy Daray'a i równie aktywnego basistę Oriona, to już samo przez się nasuwa się, że nazwiska grają tu znaczące. "Black 'n Roll" to ich drugie spotkanie na srebrnym krążku, które zaowocowało jedenastoma rock 'n rollowymi kawałkami. Oni sami nazywają to - tak jak w tytule black 'n rollem - ale to najzwyczajniejszy w świecie stoner rock z pewnymi odniesieniami do hard rocka i na wskroś amerykańskiego southern rocka. Wpływy DANZIG, KYUSS, THE BLACK LABEL SOCIETY, PRIDE AND GLORY Zakka Wylde'a i tym podobnych są więcej niż słyszalne, a nawet mocno widoczne (vide wkładka w digipaku). Panowie pewnie bawili się podczas sesji nagraniowej świetnie, kawałki są luzackie i na swój sposób przebojowe, muza niezbyt skomplikowana i z rodzaju tych niezobowiązujących, popisy muzyków wyważone, a głos Maćka jak zawsze charakterny, ale mimo rock 'n rollowego charakteru za mało tu drapieżności, a za dużo pójścia na kompromis z muzycznym mainstreamem i przemawiającej przez to chęci wyrwania kilku lasek po koncertach. Paradoksalnie, najbardziej zadziornie wypadł "Jumping Queeny Flash", ale to oryginalnie numer THE ROLLING STONES z lekko zmodyfikowanym tytułem i wstępem zaczerpniętym z "God Save the Queen" THE SEX PISTOLS. I can't get no satisfaction! Can you?

ocena: 5/10
www.blackriver.pl
www.myspace.com/blackriverpl
www.mystic.pl
autor: Diovis




BUNKUR - "Nullify"

(CD 2009 / Displeased Records)

Wszystkich fanów Martina Van Drunen'a i Wannesa Gubbels'a od razu na początku przestrzegam - to nie jest album, który im się spodoba. A dlaczego wspomniałem tych dwóch osobników związanych z ASPHYX, PENTACLE czy HAIL OF BULLETS? Ano dlatego, że współpracowali, bądź współpracują z BUNKUR. Ta enigmatyczna i działająca gdzieś na obrzeżach formacja dała się niektórym poznać przy okazji takiego splitu z brytyjskim MOSS wydanego przez naszą krajową Foreshadow Productions. Wówczas umieścili swoją przeróbkę "Erblicket die Töchter des Firmaments" BURZUM i tu również mamy mylny trop co do muzyki preferowanej przez Holendrów. Jeśli więc nie mają nic wspólnego z death i black metalem, to co prezentują na drugim pełnym albumie pt. "Nullify"? Ekstremalny i eksperymentalny drone doom metal. Na krążek składa się tylko jeden, trwający 77 minut i 11 sekund utwór tytułowy. Strach się bać, prawda? BUNKUR poszedł tu na całość, ale jednocześnie mnie osobiście rozczarował. Minimalistyczne ujęcie tematu zawarte w improwizowanych, bezdusznych i monotonnych dźwiękach nie jest czymś, co brzmi atrakcyjnie. "Nullify" ogranicza się do przeciągania pojedynczych dźwięków w nieskończoność, rzadkich uderzeń perkusji, pojedynczych, nierównomiernych tonów basu, przesterów i opętańczych wokaliz, choć początek tego nie zapowiadał. A co jest na początku? Rozgrzewająca się kolejowa lokomotywa, która po jakimś czasie powoli rusza i odjeżdża, pozostawiając nas sam na sam z tym, co wymieniłem chwilę wcześniej. Już nie chodzi o to, że nie ma tu żadnej linii melodycznej, ale o to, że nie ma żadnego rozwoju akcji, a eksperyment jest jak nasze sejmowe komisje śledcze. Dużo w tym hałasu, a nic z tego nie wynika. BUNKUR ma w składzie dwa basy, perkusję, dwóch wokalistów i zero pomysłu na to, jak pociągnąć jakikolwiek wątek. Ten materiał nie jest ani innowacyjny, ani intrygujący, ograniczający się jedynie do ekstremizmu z cyklu "jak zagrać najdłuższy kawałek w historii doom metalu najwolniej na świecie i jak przy tym zanudzić słuchacza". Bardzo mi przykro, że na tylko tyle było stać Holendrów.

ocena: 3/10
www.myspace.com/bunkur13
www.displeasedrecords.com
autor: Diovis




BEHEMOTH - "Evangelion"

(CD 2009 / Nuclear Blast Records & Mystic Production)

Czy powiedziano i napisano już wszystko na temat "Evangelion"? Uważam, że nie. W przypadku tak mocno wyczekiwanych płyt kapel, o których zrobiło się naprawdę głośno wolę nieco przeczekać, uspokoić emocje, dokładniej wsłuchać się w każdy detal, podczas gdy większość mediów na hurra starało się przypochlebić Nergalowi i spółce lub przekornie skrytykować najnowsze dokonanie BEHEMOTH. Już nie wspomnę o rzeszach internetowych "wojowników" opluwających z zazdrości ten krążek, a przy okazji każdego z muzyków. W takich chwilach wstyd mi, że jestem Polakiem i mniej cieszy mnie to, że "Evangelion" przez kilka dobrych tygodni pognębił na listach sprzedaży gwiazdy w rodzaju Michaela Jacksona, U2, Feel, Piaska i Rubika, na promocję których wydano tysiące, a stacje radiowe i telewizyjne do znudzenia grają ich piosenki, podczas gdy te same media BEHEMOTH traktują jedynie jako ciekawostkę natury socjalnej lub sprzedają debilne opowieści na temat związku Nergala z Dodą. I powiadam Wam na głos i wyraźnie, że naprawdę durni ludzie (nawet lub zwłaszcza wśród metalowej mniejszości) zamieszkują nasz kraj: najpierw kupują płytę, a potem wyrzygują na różnych netowych forach swoje frustracje oficjalnie zjeżdżając z góry do dołu i od prawej do lewej takie wydawnictwo, choć wiadomo, że po kryjomu z orgazmicznym wyrazem na twarzy i na klęczkach słuchają tego krążka. A prawda jest taka, że powinniśmy być dumni, iż na świecie liczą się z BEHEMOTH, a wiele kapel już teraz przyznaje się do inspiracji ich muzą. Nie trzeba uwielbiać tych dźwięków, wystarczy proste, kuźwa, odczucie, które nazywa się SZACUNEK. Sam jestem przykładem osoby, która nie wielbi muzyki tej kapeli, ale docenia profesjonalizm, samozaparcie i oddanie metalowej ekstremie Nergala i jego kolegów i tak też jest w przypadku "Evangelion". Może ten album nie jest żadną rewolucją i dziełem, które za lat -naście będzie wymieniane w jednym rzędzie z innymi klasykami pierwszej dekady XXI wieku, ale przynosi sporo ciekawych dźwięków, dobrze poukładanych i dobrze zagranych. BEHEMOTH nie eksperymentuje, bezpiecznie trzyma się swojej wersji grania death/black metalu, ubiera to w szaty potężnego i selektywnego brzmienia, a przy tym nie wygładza ani swojego przesłania, ani muzycznego ekstremizmu. Obok przystępnych dla przeciętnego metala / przeciętnej metalówy kawałków w rodzaju "Ov Fire And the Void" i "He Who Breeds Pestilence" umieścił na "Evangelion" miażdżące i ciężkie "The Seed ov I i "Alas, Lord Is Upon Me", ultraszybkie "Daimonion" i "Defiling Morality ov Black God", a na deser, zgodnie z regułą właściwego rozłożenia akcentów na płycie, serwuje monumentalne 8 minut pod tytułem "Lucifer". W tym ostatnim udzielił się gościnnie Maciej Maleńczuk z innego muzycznego świata i na pewno nie wydeklamował fragmentu wiersza Tadeusza Micińskiego dla kasy, ani też Nergal nie zrobił tego z marketingowych względów. Zauważcie zresztą, że dowodem na to, że z BEHEMOTH liczą się już nie tylko ekstremiści jest to, że właśnie Maleńczuk, a wcześniej Leszek Możdżer zgodzili się współpracować z Nergalem, co nie przydarzyło się wielu innym, nawet tym bardziej znanym kapelom z zagranicy. Dlatego bez bałwochwalczego bicia łepetyną, a za to z właściwym poczuciem rzeczywistości i poczuciem, że "Evangelion" to po prostu bardzo dobra płyta, wystawiam jej taką, a nie inną ocenę. A dwulicowym hipokrytom radzę, żeby dali sobie spokój ze słuchaniem metalu i zaczęli uprawiać buraki lub rzeżuchę.

ocena: 9/10
www.behemoth.pl
www.myspace.com/behemoth
www.mystic.pl
autor: Diovis




BESTIA - "Ronkade Parved"

(CD 2009 / Hexenreich Records)

Nie myślałem, że takie zabiegi, jak przesłanie do webzina czy radia wersji materiału, na której dane jest usłyszeć 2-3 utwory w całości, a resztę we fragmentach stosują także zespoły z undergroundu. Raz, że pozbawia się w ten sposób recenzenta wglądu w to, jak brzmi całość, a dwa, że nawet wydawnictwa muzyczne już zrezygnowały z tego pomysłu, bo po prostu się nie sprawdził. A BESTIA to znowu nie tak znany zespół, by obawiać się piractwa, choć znając propagandowe zagrywki polityków ze Wschodu, z których mogło by wynikać, że ponad 70 lat temu byliśmy sojusznikami Hitlera wszystko jest możliwe... Cóż, niesmak wobec zabiegu, na jaki wpadła estońska kapela pozostał, bowiem miałem okazję usłyszeć raptem 4 numery z ich nowej płyty, a pozostałe to już bardzo krótkie urywki. Wcześniej słyszałem jedynie jedną z ich pierwszych demówek, ale postęp jest zauważalny. Wówczas grali surowy pogański black folk metal, podczas gdy najnowszy materiał to już zdecydowanie bardziej urozmaicona formuła takiego grania. Już pierwszy numer zaskakuje użytym w nim saksofonem, co w jakimś stopniu przypomina węgierskie SEAR BLISS (z tym, że tam akurat jest puzon). BESTIA idzie jednak bardziej w stronę jadowitego i bezpośredniego black metalu z korzeniami w Skandynawii, a zwłaszcza w Norwegii. To w sumie często zdarza się kapelom właśnie z krajów bałtyckich, jak Estonia, Łotwa czy Litwa. Jak sięgam pamięcią, wiele z nich od zawsze brzmiało tak, że te wpływy były słyszalne, a jednocześnie nie obawiały się śpiewania / skrzeczenia w swoim ojczystym języku. Tak też jest i z BESTIĄ, która zaznacza swoją odrębność i przynależność do tej, a nie innej nacji. Sądząc po angielskich tłumaczeniach tekstów, opowiadają o średniowiecznych bitwach, naturze, mitach związanych z pogańskimi plemionami zamieszkującymi ongiś te tereny itepe. A muzycznie, z tego, co udało mi się usłyszeć, dodają do black metalu elementy thrash'owe, folkowe, epickie i heavy metalowe, tu i ówdzie zostały użyte oprócz saksofonu także klawisze, flet i skrzypce. Decyzję o inkorporowaniu nieortodoksyjnych motywów podjęli w sumie słusznie, bo należy zrobić krok w przód, a nie w tył, nawet jeśli chce się grać pagan black metal. Dlatego z żalem stwierdzam, że 2 punkty odjąłem tylko za to, że akurat z przedstawieniem swojego najnowszego stuffu w tak okrojonej formie im nie wyszło... Niech mają nauczkę ;)
PS. Dla kolekcjonerów ważna uwaga - "Ronkade Parved" ukazało się najpierw w edycji 99 kopii na CDR-ze w digipaku formatu A5, a później już jako zwyczajny digipak limitowany do 300 sztuk.

ocena: 6/10
www.metal.ee/bestia
www.myspace.com/hallutsinatsioon
http://hexenreich.estmetal.ee
www.evildist.com
autor: Diovis




BLACK CRUCIFIXION - "Promethean Gift"

(CD 2007 / Soulseller Records)

Słychać, że ten materiał został nagrany na początku lat 90-ych. Charakterystyczne undergroundowe brzmienie, pierwsze odważne próby z użyciem klawiszy, mroczny, obskurny klimat... EP-ka "Promethean Gift" została wypuszczona w 1993 przez niesławną Lethal Records i dopiero 14 lat później wznowiona, już na CD, ze zmienioną okładką i wkładką oraz bonusowymi nagraniami. Bazuję na wersji holenderskiej Soulseller Records, chociaż współwydawcą jest podobno również Paragon Records z USA. Zacznę od początku. Już utwór tytułowy wskazuje, że fińskie BLACK CRUCIFIXION szło drogą zapoczątkowaną między innymi przez wczesnego SAMAEL'a i wybranych dźwięków z lat 80-ych, np. CELTIC FROST (czuć to szczególnie w "Flowing Downwards", który to kawałek umieszczono na tej płycie także w wersji koncertowej). W składzie swego czasu byli muzycy BEHERIT i wykorzystano to właściwie i z całą premedytacją przy promocji oraz w marketingu. Echa twórczości tego zespołu słychać w najstarszym z bonusów, czyli pochodzącym z demo z 1991 roku "Black Crucifixion", ale poza tym i pewną taką prostotą dźwięków żadnych podobieństw między tymi dwiema fińskimi formacjami nie ma. BLACK CRUCIFIXION koncertuje się na mozolnie budowanych utworach, niezbyt szybkich i na swój charakterystyczny sposób melancholijnych. Gdyby ktoś chciał wrzucić ich do jednego wora z pierwszą falą doom metalu (CANDLEMASS, "jedynka" PARADISE LOST, CATHEDRAL etc.), to wiele by się nie minął z prawdą. Podobnie jak z pewnymi podobieństwami do wczesnego MERCYFUL FATE czy na przykład tego bardziej akustycznego TIAMAT'u (bonusowy studyjny numer "Suomi Finland Saatana"). Mam nadzieję, że dzięki temu opisowi wiecie już co jest grane i czy warto sięgnąć po ten krążek, czy też ma sczeznąć w głębokich kanałach prahistorii. Ja nie rajcuję się "prometejskim darem", ale posłuchałem z niejaką przyjemnością i pewnym nieukrywanym sentymentem. Bo w tamtych czasach rzeczywiście dokonywała się duża rewolucja w ekstremalnym metalu, a to było jedno z ogniw...

ocena: 7/10
http://paasto.com/bc
www.soulsellerrecords.com
autor: Diovis




BLOOD I BLEED - "Gods Out of Monsters"

(CD 2009 / Selfmadegod Records)

Nie miałem pojęcia jak określić ten materiał: czy jako pełny album, czy mini-CD. 23 mega-krótkie kawałki zamykają się w nieco ponad 17 minutach, co przy takiej intensywności i braku litości ze strony muzyków i wokalisty jest dawką i tak sporą. Oto bowiem BLOOD I BLEED zadebiutował czymś, co nie jest splitem, singlem czy epką, z czego zasłynęli przez ostatnie lata. Tu mamy wyłącznie ich własną twórczość (o sorry! "Lost" jest z repertuaru ENEMY SOIL), zero oddechu od początku do końca i dawkę bezlitosnego, non-stop chłoszczącego grind-core'a z punkowym zacięciem i społecznie zaangażowanymi tekstami. O dziwo w tej nawałnicy wyczaiłem ze dwie, a może trzy błyskawiczne, ale nie tak znowu pozbawione sensu solówki gitarowe a la thrash-core z lat 80-ych. "Gods Out of Monsters" nie zawiera muzyki dla miękkich zawodników, poszukujących technicznych rozwiązań lub math-core'owego wyrafinowania i wyrachowania. Co prawda zawody kto zagra najszybciej dawno się skończyły, ale tak ekstremalne tempa nadal są w stanie zmiażdżyć niejedną czaszkę kogoś nieodpornego na tak zawrotne szybkości lub przynajmniej sprawią, że gościu / gościówa zarzyga sobie chodnik w pokoju. Jedno, co mogę zarzucić Holendrom to to, że nie grają właściwie nic innego od ich ziomków z ENEMY SOIL czy DRUGS OF FAITH. Na tej grind'owej scenie wszystko polega na tym, że kolesie razem piją, palą, koncertują i wzajemnie wkręcają się do różnych wydawców, którzy z racji koneksji skłonni są podpisywać z nimi stosowne papiery. Dlatego jest jak jest i tego typu kapele pewnie nigdy nie doczekają się ode mnie "dziesiątki". Ale na niewiele mniej już czasem mogą liczyć... ;)

ocena: 7/10
www.myspace.com/bloodibleed666
www.selfmadegod.com
autor: Diovis




BONE GNAWER - "Feast of Flesh"

(CD 2009 / Pulverised Records)

Czego nie tknie się Rogga Johansson, zawsze musi być oldskulowe do bólu. Ten gościu chyba nie potrafi grać inaczej, jak to się robiło na samym początku lat 90-ych. Wystarczy przypomnieć sobie PAGANIZER, RIBSPREADER, THOSE WHO BRING THE TORTURE czy PUTREVORE. Jest tak maniakalnie aktywny, że kwestią czasu było połączenie sił z którąś z ikon klasycznego amerykańskiego death metalu. Jako, że większość z nich znajduje czas wyłącznie na swoje podstawowe kapele, tak więc los chciał, że na swojej drodze spotkał podobno chimerycznego i trudnego we współpracy Kama Lee z legendarnego MASSACRE, który ostatnio nigdzie nie może zagrzać miejsca i jego działania były bardziej wirtualne niż rzeczywiste. Widocznie obaj lubują się w krwawych opowiastkach zawartych w krótkich i konkretnych death'owych formach, dogadali się tak czy siak i tak oto zrodził się początkowo raczej konceptualny projekt REVOLTING, który wkrótce przeistoczył się w regularny zespół o nazwie BONE GNAWER. Do Roggi (tu grającego na basie) i Kama dołączyli jeszcze dwaj Szwedzi: bębniarz Morgan Lie z NAGLFAR oraz gitarzysta Ronnie Bjornstrom, który prowadził kiedyś melo-death'owy EMBRACING. "Feast of Flesh" to - jak już napisałem wcześniej - oldskul pełną gębą, ale bliżej mu do smolistego i zbrutalizowanego grania w amerykańskim stylu niż twórczości MASSACRE, o czym spekulowano, zanim znane były nagrania BONE GNAWER. Chociaż w sumie, dzięki charakterystycznemu głosowi byłego frontmana MASSACRE, skojarzenia będą. Tak jak i od strony muzycznej, bo tematyka i brzmienie są zbliżone do tych znanych z płyt CANNIBAL CORPSE czy SIX FEET UNDER, tu i ówdzie pobrzmiewają echa starego SLAYER'a kontynuowane później choćby przez naszego VADER'a czy INCUBUS, w co najmniej dwóch kawałkach gitary pracują jak na "Leprosy" DEATH, a w paru miejscach szwedzki grobowy sound a la Sunlight również jest odczuwalny. Ważne jest jednak, że wszystko to służy urozmaiceniu materiału, który jest na równi brutalny, jak i nośny, a skandowane refreny w rodzaju "Cannibal Cookout" i "Hammer To the Skull" pozostają na dłużej w pamięci. Gościnny udział wokalistów NECROPHAGII, IMPETIGO i MACHETAZO jest już czysto symbolicznym, marginalnym i PR-owskim pociągnięciem. "Feast of Flesh" może być mimo to sentymentalną podróżą dla starych fanów, dla nowych czymś, co skłoni ich do poszukiwań płyt powstałych przed niemal dwiema dekadami, a ogólnie BONE GNAWER może znaleźć się na kartach historii death metalu. O ile oczywiście nie skończy się tylko na tym jednym wydawnictwie...

ocena: 8/10
www.myspace.com/bonegnawerband
www.pulverised.net
autor: Diovis




BRING YOUR OWN KNIFE - "End"

(CD 2009 / Sleaszy Rider Records)

Ta szwedzka kapela powstała w 2006 roku i ma na swoim koncie oprócz debiutu w postaci albumu "End" demówkę "Regrets from Inner Void" wydaną w 2007 roku. Muzycznie chłopaki poruszają się w obrębie metalcore. Jest melodyjnie, rytmicznie z mocnym wokalem. Wiadomo - w pewnym okresie wypływ kapel metal core'owych był dosyć spory i tylko niektóre kapele miały coś więcej do zaprezentowania. BRING YOUR OWN KNIFE zalicza się jeszcze do kapel poszukujących. Wiedzą co chcą grać, jednak muszą jeszcze popracować nad strukturą swoich utworów. Brakuje mi w tym wszystkim jakiegoś pazura, zacięcia, czegoś, co wyróżniłoby ich z setek podobnych kapel. Mamy tutaj ładny gitarowy utwór "Transcend", pozwalający odpocząć i złapać oddech. Następny po nim "Enter Jotun" jest już typowy kawałek z mocnym riffem prowadzącym cały kawałek. Ciekawym numerem jest "Broken", chociaż początek sugerowałbym trochę mocniejszy i szybszy, i jest to najdłuższy numer na tej płycie. "The Truth" jest chyba najlepszy kawałkiem na tej płycie, mamy tutaj zwolnienia z melodyjną gitarą, rytmiczne pochody i mocne, typowe metal core'owe przyśpieszenia. Zespół ma kilka ciekawych pomysłów, jednak brakuje mi własnej tożsamości kapeli. Wiem, że jest to debiut i nie jest źle. Liczę, że kapela będzie potrafiła pokazać nam swoje własne oblicze, bo niestety momentami ma się odczucie, że to już gdzieś słyszałem. Podsumowując, nie jest źle, ale też materiał nie powala na kolana. Trzeba jeszcze trochę włożyć w to wszystko pracy, by można było dać lepszą notę. Na razie mocna szóstka.

ocena: 6/10
www.bringyourownknife.com
www.myspace.com/bringyourownknife
www.sleaszyrider.com
www.myspace.com/sleaszyrider
autor: Peter




BROKEN SWORD - "Angel With Darkest Heart"

(CDR 2007 / własna produkcja zespołu)

Na debiucie pt. "Hearts Filled With Metal" BROKEN SWORD jeszcze szukało swojego miejsca w świecie metalu, dlatego z perspektywy czasu ta ich muzyka sprzed kilku lat wydaje się nie poukładana, choć już nosiła pewne znamiona oryginalności. Drugi materiał, który na wskutek przyczyn obiektywnych (oczywiście Poczta Polska znowu się "popisała", bo kiedyś "zgubiła" przesyłkę z tym materiałem :/ ) dotarł do mnie dopiero w drugiej połowie 2009 roku, różni się, i to dość znacznie, od poprzedniego. Przekaz muzyczny, jak i tekstowy jest bardziej dosadny i zdecydowany, mimo że BROKEN SWORD nadal nie ogranicza się do zamykania w jednej konwencji. Trochę może zmylić klimatyczne, mroczne intro "The Last Crusade", ale dalej jest już bardziej metalowo. Przewijają się elementy death metalowe, np. poprzez konkretne growle, techniczne zagrywki i brutalistyczne zapędy, ale obok nich sporo tu motywów z klawiszem w jednej z głównych ról (gościnny udział producenta Jacka Melnickiego, bez którego ten materiał brzmiałby pewnie bardziej ubogo), klimatycznych pasaży i ciągotek do atmosferycznego black metalu. Warszawska ekipa najlepiej znajduje się właśnie w takim demonicznym nastroju, który najpełniej obrazują takie kawałki, jak "Unholy One" i "Hellish Fire Burning" (czy tylko ja słyszę, że istnieją w nich pewne podobieństwa do HERMH?). Nie jest to żadne novum, bo mieszaniem tzw. "klimatów", death i black metalu zajmowało się przed nimi już wielu, ale BROKEN SWORD wychodzi to całkiem nieźle. Szkoda jedynie, że utwory są jeszcze zbyt poszarpane, chwilami nieskładne i czasami także przekombinowane. Nie chodzi o to, by atakowali przesadną dynamiką, nawałnicą gęstych dźwięków czy jednorodnością - bo od tego wszystkiego uciekają - ale, by popracowali nad aranżacjami i powyrzucali zbędne wątki. Przecież także techniczna muzyka może być bardziej płynna i zjadliwa. Jako że "Angel With Darkest Heart" to materiał sprzed trzech lat, a grupa nadal działa, mam przeczucie, że przynajmniej część tych wad poprawili i trzecia odsłona przyniesie jeszcze lepsze i ciekawsze efekty.

ocena: 6/10
www.brokenswordband.eu
www.myspace.com/brokenswordpoland
autor: Diovis




BURNT BY THE SUN - "Heart of Darkness"

(CD 2009 / Relapse Records & Rockers Publishing)

Byłem pod wrażeniem "Soundtrack To the Personal Revolution" z 2002 roku i nie mniejszym po zapoznaniu się z kolejnym albumem, wydanym rok później "The Perfect Is the Enemy of the Good". To była mocno pokombinowana muza, zagrana z matematyczną precyzją, ale przy tym pełna pomysłów i ciekawych rozwiązań. W swoim czasie BURNT BY THE SUN było jedną z wyróżniających się kapel w katalogu Relapse Records. W tym roku powrócili jeszcze jedną, podobno pożegnalną płytą "Heart of Darkness" i szczerze mówiąc mnie rozczarowali. Gdzieś zagubiły się pomysłowe rozwiązania, a muzycy poszli w stronę krótkich form, w których nie liczy się technika, a pałer rozkręcony na full. Może komuś to odpowiada, ale po tak ambitnych gościach spodziewałem się czegoś zakręconego i wyrafinowanego, a nie ukłonu w stronę jedno- lub dwusezonowych fanów muzyki, dla których liczy się mało oryginalne napieprzanie i rozwrzeszczany wokalista. Moim zdaniem nastąpił tu pewien regres, bo w takiej muzie lepiej czuł się choćby CROWBAR, a inni, którzy startowali wraz z BURNT BY THE SUN pod szyldem Relapse już dawno zdążyli poszerzyć swoje twórcze horyzonty (vide MASTODON). Mimo to jest tu kilka godnych odnotowania numerów, jak energetyczne "Inner Station" i "Cardiff Giant" na sam początek, motoryczne, sludge'owo-thrash'owe "There Will Be Blood", podobnie brzmiący "Goliath" czy ciężkie i niepokojące "Rust (Primitive Future)". W tym ostatnim nie wadzi nawet podobieństwo do NEUROSIS, ISIS i tym podobnych. Jako całość jednak, płyta sprawia wrażenie skleconej naprędce, zbyt jednowymiarowej, dalekiej od nowatorstwa i po prostu wtórnej i byle jakiej. Szkoda, że w ten właśnie sposób żegnają się z szyldem BURNT BY THE SUN, choć z drugiej strony jestem pewien, że wkrótce usłyszymy o tych muzykach grających w kilku kolejnych konstelacjach.

ocena: 5/10
www.myspace.com/burntbythesun
www.relapse.com
www.rockers.pl
autor: Diovis




BITTERNESS - "Genociety"

(CD 2009 / G.U.C. Records)

Nie ma co ukrywać i ściemniać - Niemcy wypuściły kilka świetnych kapel, ale przy okazji też całą masę chłamu i zwykłego szajsu. Na szczęście nie muszę tego pisać o kompletnie mi nieznanym, a działającym już lat kilka BITTERNESS. Może mistrzami świata nie są i nie podbiją świata swoją muzyką nagraną na czwartym albumie "Genociety", jednak bez kompleksów wobec największych tworzą całkiem zgrabną mieszaninę klasycznego i agresywnego thrash'u i zaprawionego od czasu do czasu szczyptą melancholii melodyjnego death metalu. Żadne tam klecenie zerżniętych z IN FLAMES melodyjek, a jedynie środek wzbogacający konkretne, szybkie i energetyczne granie. Trójka Niemców ma ciągoty do tworzenia niezbyt skomplikowanych, ale jednocześnie zmieniających się lub ewoluujących z minuty na minuty kawałków. Dlatego na przykład po żwawym fragmencie następuje gitarowy pasaż trochę w stylu AT THE GATES, a potem powraca poprzedni motyw, ale zagrany już nieco inaczej, chociażby w innym tempie. BITTERNESS trochę przesadza z tym w ponad sześciominutowym "Dehumanized", ale potem następuje świetne i kojarzące mi się z niektórymi kawałkami CORONER, TESTAMENT, DESTRUCTION czy FORBIDDEN "The Human Resource Derangement" i wszystko wraca do pozytywnej normy. Ważne jest to, że ci trzej kolesie kombinują, nie zamykają się w pewnych sztywnych ramach, a zamiast pozalepiać dziury w aranżacjach tandetnym klawiszem wolą dać wykazać się basowi i tak to mniej więcej wygląda na tym krążku. Pewnie za parę miesięcy już tego dysku nie zapakuję do odtwarzacza, lecz póki co słucham go z ciekawością i bez obrzydzenia.


ocena: 7/10
www.bitterness.de
www.myspace.com/bitternessthrash
www.guc-area.de
autor: Diovis




BLOOD DRIES FIRST - "Thoughts Like Daggers"

(CDR 2009 / własna produkcja zespołu)

Mikołaj Rej napisał ongiś, że "Polacy nie gęsi i swój język mają". Jakoś tak się jednak utarło, że zespoły muzyczne śpiewają po angielsku, przejmujemy z anglosaskich krajów słownictwo i zwroty, wszelkie trendy to właśnie stamtąd docierają do nas i niestety także wszystko to, co najgorsze powstało w zachodniej demokracji. Czasem ma to dobre strony, jak to bywa z niektórymi kapelami, które czerpią z dobrych zagranicznych wzorców, ale przy tym starają się te wpływy przekuć na coś swojego. Dlatego trochę dziwi mnie, że dość anemicznie rozwija się scena z grupami inspirującymi się tym co jest wydawane między innymi przez Relapse Records. Wiecie, mieszanie różnych ekstremalnych stylów, kombinowanie i brutalna, a jednocześnie wysoce zaawansowana techniczna jazda... Nieśmiało pojawiły się u nas HEATENIC NOISE ARCHITECT, MOTHRA i poniekąd należy do tej grupy również BLOOD DRIES FIRST. Młoda to kapela, więc jeszcze szarpie się z dylematem w którą stronę zmierzać - czy obrać bardziej metal-core'owy kierunek, czy raczej przełożyć na język pokręconego metalu granie w stylu THE DILLINGER ESCAPE PLAN, MASTODON czy DYING FETUS? Na razie wygląda na to, że próbują mocować się z tą drugą opcją, choć nie uciekają aż tak bardzo od tej pierwszej. W krótkich, najczęściej trzyminutowych kawałkach zawierają dużo energetycznego łomotu z konkretnym, choć czytelnym growlem, łamiącym się rytmem urozmaiconym różnymi przeszkadzajkami i jeszcze nielicznymi, acz konsekwentnymi dodatkami w postaci różnych gitarowych wtrętów. Przydałyby się mimo wszystko jakieś gitarowe solówki i może bardziej śmiałe przełamywanie schematów, ale wszystko jeszcze przed nimi. Na razie zaistnieli 5-utworowym demo (pierwszy numer to instrumentalne, trochę udziwnione "Preludium") zapakowanym w gustownym kartoniku i czas pokaże, czy wystarczy im samozaparcia, czy pochłonie ich - tak jak wiele innych kapel przed nimi, niestety - niebyt.


ocena: 6,5/10
www.myspace.com/blooddriesfirst
autor: Diovis




BLUTVIAL - "A Speak of the Devil"

(CD 2009 / Spikefarm Records & Mystic Production)

Kult starego DARKTHRONE, MAYHEM i BURZUM ma się dobrze. Tysiące kapel idzie tropami swoich idoli i chyba na tym to polega. Zero oryginalności, 100 procent "old true spiritu". Nawet tak ogranym w sumie muzykom, jak Aort'owi z CODE i Ewchymlaen'owi z REIGN OF EREBUS zebrało się na granie black'owej sieczki w stylu "Under a Funeral Moon". Oczywiście dorzucili do tego sporo swoich doświadczeń i pomysłów, ale bazą dla debiutu BLUTVIAL jest właśnie necro-"surówka": toporne i obskurne, ale przy tym skuteczne gitarowe akordy, cykające blachy, szybko pukający werbel i bezkompromisowe wokale. Taka formuła świetnie sprawdza się w otwierającym płytę numerze (nomen omen) "Full Moon Possession" i w kilku innych momentach. Może w odróżnieniu od DARKTHRONE bardziej słychać tu bas, który po dogłębniejszym przesłuchaniu trochę miesza w tej na pozór prostej muzie. Dwaj Angole pozwolili sobie na nagranie dość długich kawałków, z których dwa wykraczają poza granicę 10 minut. Tu już w ogóle wpadają w trans powtarzania pewnych motywów, co z jednej strony trochę nudzi, ale z drugiej wytwarza specyficzną atmosferę, w której strach miesza się z desperacją, a opętanie z rytualnym samookaleczaniem. Ponadto już same wisielcze, doom'owe tempa w "1584" mogą kojarzyć się z całym nurtem suicidal black metalu i szwedzkich "nawiedzonych" hord, chociaż tytuł z pewnością nawiązuje bardziej do mrocznych kart historii ludzkości. Zresztą "A Speak of the Devil" w pewien sposób odnosi się do Średniowiecza z plagami zarazy, inkwizycją, paleniem czarownic, otchłanią dzielącą motłoch od nigdy nienasyconego kościoła i totalną negacją materializmu u ascetów, co tematycznie i klimatycznie też przybliża BLUTVIAL do całej watahy WATAIN'opodobnych tworów. Jednak uprzedzam, że u źródła tej muzy leżą raczej "dwójka" DARKTHRONE, "De Mysteriis Dom Sathanas" wiadomo kogo i pierwsze trzy wydawnictwa BURZUM ("Hiraeth" to taka swobodna interpretacja "Hvis Lyset Tar Oss" bez klawiszy). Mocna i inna od wydawanej na morgi papki pozycja w katalogu fińskiej Spinefarm / Spikefarm Records.


ocena: 8/10
www.myspace.com/blutvial
www.spinefarm.fi
autor: Diovis




BIBLEBLACK - "The Black Swan Epilogue"
(CD 2009 / Vic Records & Mystic Production)

Mike Wead nie chce dać o sobie zapomnieć. Podczas, gdy King Diamond zastanawia się nad kolejnym koncepcyjnym swojego zespołu i sensem wydania długo oczekiwanego przez fanów krążka MERCYFUL FATE, gitarzysta związany z duńskim ekscentrykiem powołał do życia demoniczny band BIBLEBLACK. A w składzie obok mistrza sześciu strun nieco mniej znani muzycy pogrywający między innymi w MEMORY GARDEN, THE BEREAVED czy NATTAS, w tym wokalista polskiego pochodzenia, Kacper Rozanski. "The Black Swan Epilogue" to z jednej strony dość podobne oblicze Wead'a do tego, co robił wcześniej, ale z drugiej strony pewne zaskoczenie, bowiem dominują tu, rzecz jasna, dźwięki melodyjne i nawiązujące na przykład do tych bardziej mrocznych fragmentów płyt Kinga Diamonda z ogromną ilością solówek, ale podane w sosie czerpiącym zarówno z technicznego death'u, thrash'u, prog-metalu, jak i power metalu. Nasz rodak na wokalu wydaje z siebie iście black'owe dźwięki, a wspomagają go tu i ówdzie frontmani STEEL ATTACK, TAD MOROSE, MEMENTO MORI oraz HEARSE. Wydawać by się więc mogło, że Mike będzie miał też ciągoty do kontynuowania doom metalowej koncepcji znanej z ABSTRAKT ALGEBRA, podczas gdy BIBLEBLACK brzmi bardziej agresywnie i diabolicznie. Wystarczy wsłuchać się na przykład w rwące do przodu "Mourning Becomes Me" i "Bleed", mistyczny i pokombinowany "I Am Legion" lub instrumentalny, nawiązujący do muzyki klasycznej "Stigma Diaboli". Już z nieco innej bajki jest umieszczony na końcu gotycko-epicko-symfoniczny numer tytułowy. Dla potrzebujących konkretnych wskazówek gdzie można umieścić BIBLEBLACK podam parę nazw, które mogą skojarzyć się podczas słuchania muzy z tej płyty: NEVERMORE, CHILDREN OF BODOM, późny DEATH, KING DIAMOND BAND, DIMMU BORGIR, CANDLEMASS, PAIN OF SALVATION... Brzmi intrygująco, prawda? Majstersztykiem bym nie nazwał tego wydawnictwa, ale wyróżnia się in plus w całej masie chłamu, jaki próbują nam wciskać zwłaszcza duże koncerny płytowe.

ocena: 7/10
http://bibleblack.se
www.myspace.com/bibleblackofficial
www.vicrecords.com
autor: Diovis


BIRDS OF PREY - "The Hell Preacher"
(CD 2009 / Relapse Records & Rockers Publishing)

Nazwa tej kapeli obiła mi się już wcześniej o uszy. Widocznie nie było to jednak nic na tyle spektakularnego, abym mógł wygrzebać bez problemu z pamięci co i jak. Nowy album pod tytułem "The Hell Preacher" najpierw przykuwa uwagę diabolicznym zdjęciem na okładce, co nie zapowiada przyjemnych dźwięków. I w sumie tak właśnie jest. Ciężkie riffy na początek, powoli rozpędzające się i głos wokalisty do złudzenia przypominający Jan-Chrisa De Koeijer'a z GOREFEST. Zresztą nazwa tej grupy często nasuwała mi się na myśl podczas słuchania tych dwunastu kawałków. Takie death 'n rollowe granie z szybszymi przebitkami i prawie sludge'owymi dołami to swoisty znak firmowy tego krążka. Relapse Records zawsze lubowało się w takich zamulonych brzmieniach, klimacie zadymionej knajpy, w której na pierwszy plan wysuwa się docierający do nozdrzy zapach zioła, a zaraz potem dostrzegamy stojącą na małej obskurnej scenie kapelę grającą na gitarach niezbyt skomplikowaną muzę z szeleszczącymi blachami. Taki właśnie jest BIRDS OF PREY, zahaczający o nastroje i ciężary znane z płyt EYEHATEGOD, BLACK SABBATH, ORANGE GOBLIN i ALABAMA THUNDERPUSSY, a przy tym nie pozbawione drapieżności i death metalowych naleciałości. Obok typowych "walców" w rodzaju "Juvie" czy "Tempt of the Disciples" mamy tu przecież eksplodujące szybkimi nawałnicami "Momma", "Blind Faith" i "Warriors of Mud... The Hellfighters", bardziej wypośrodkowane i zrównoważone numery, jak "Taking On Our Winter Blood" i "The Excavation" oraz na wpół akustyczny instrumental "The Owl Closes In". Na tej płycie znajdą więc coś dla siebie również fani późniejszego ENTOMBED, KONKHRY, wspomnianego GOREFEST, a nawet miłośnicy hard-core'owej nawalanki, MOTORHEAD i... SLAYER'a. Ot, taki niezobowiązujący kawałek muzy, która pewnie nie przejdzie do historii, ale grupę zwolenników tu i ówdzie znajdzie. Ale jak dla mnie, za dużo tu oklepanych riffów i motywów (vide "Tempt the Disciples").

ocena: 6,5/10
www.myspace.com/birdsop
www.relapse.com
autor: Diovis


BLINDEAD - "Impulse"
(MCD 2009 / Lou&Rocked Boys & Foreshadow Music)

Po wydaniu "Autoscopia: Murder In Phazes" nagle wszyscy są zainteresowani słuchaniem i wydawaniem muzyki BLINDEAD. Wzrosła gwałtownie popularność tego zespołu... można by rzec, że zaistniało coś w rodzaju snobistycznego pędu ku tej kapeli. Oczywiście wietrzę w tym kolejną "teorię spiskową", jednakże nie da się ukryć, że dziwi mnie całe to zamieszanie. A może po prostu potrzebowaliśmy u nas w kraju kogoś, co ruszyłby metal w nieco inną stronę niż black czy death metal? I chociaż powszechnie wiadomo, że BLINDEAD wywodzi się ze sludge'owego nurtu wykreowanego i rozwijanego przez NEUROSIS, CULT OF LUNA czy ISIS, to już teraz równają do tych najlepszych. Też nie od razu doszli do tego punktu i powoli ewoluowali - od nieco sabbath'owskiego, stoner metalowego grania po przestrzenne, płynące niczym magma dźwięki. EP-ka "Impuls" idzie na fali poprzedniego albumu - tu mamy niejako kontynuację pewnych elementów, dlatego pierwszy z trzech numerów pt. "Impulse" to w dużej mierze walcowaty kawałek z przewagą growli w partiach wokalu, na co chyba czekali ci, którym tego trochę brakowało na "Autoscopii". W trwającym ponad 16 minut utworze nie brakuje też transowych akustyków, wbijających w ziemię doom'owych riffów, psychodelicznych fragmentów i narkotycznej aury. Słowem wszystko, co BLINDEAD ma w tej chwili do zaproponowania w jednej wielkiej pigule. Ekipa Havoca pozwoliła sobie jednak na tej epce na więcej eksperymentów i bynajmniej nie poszła na łatwiznę. Nie tak znowu łatwy w odbiorze jest nieco senny w wymowie i zdecydowanie elektroniczny "Between" łączący "Impulse" z trzecią kompozycją pod tytułem "Distant Earths". W tej ostatniej BLINDEAD pozwoliło sobie na zupełnie świeżą i nie wypróbowaną przez siebie dotąd formułę, bowiem bazę utworu stanowi elektroniczne, prawie że ambientowe tło i żeńskie zaśpiewy. Dopiero po około trzech minutach włączają się do tego męski głos, perkusja oraz zniekształcone brzmienia gitar i basu. Jak na niezbadane przez siebie rejony, BLINDEAD radzi sobie naprawdę bardzo dobrze i nie brnie po omacku niczym ślepiec. Pomimo, że cały materiał trwa zaledwie 31 minut, dzieje się tutaj dużo i wiadomo już, że na następnym albumie może być niesamowicie. Tylko błagam - niech przypadkowi słuchacze nie uczepiają się na siłę do tego zespołu, bo doprowadzą do małej katastrofy i zepsują naprawdę wartościową formację.

ocena: 8/10
http://blindead.net
www.myspace.com/blindead
www.foreshadow.pl
autor: Diovis

INDEX    - B   [1  2  3]