| 9 | A | B | C | D | E | F | G | H | I | J | K | L | M | N | O | P | Q | R | S | T | U | V | W | X | Y | Z
INDEX



INDEX   - C   [1  2   3]  


CALL FOR BLOOD - "Figura 1"

(MCD 2009 / Conatus Records)

Ten szwajcarski band powstał w 2007 roku i dopiero teraz doczekał się swojej pierwszej epki "Figura 1". Mamy tutaj 6 wściekłych core'owych numerów. Trzeba przyznać, że Szwajcarzy nie przebierają w środkach, młócą niemiłosiernie hard-core'owe riffy poparte niezłym, ostrym wokalem Oliwii. Mamy tutaj wolne miażdżące riffy i mocną sekcję rytmiczną dającą całkiem niezły efekty. Chociaż ja wolę trochę szybsze rytmy, to tutaj mogłem odnaleźć coś dla siebie. Średnie tempa przewalają nam się przez nasze narządy słuchu nieźle je uszkadzając. Jest ostro - to musi boleć!

Jako ciekawostkę można podać, że w poszczególne utwory wplecione są filmowe wstawki, m.in. z takich kultowych filmów jak "American History X". Jak na debiut jest całkiem nieźle i obiecująco, już teraz jestem ciekaw czym zaskoczy nas zespół swoim następnym wydawnictwem.

ocena: 6/10
xxx
www.myspace.com/call4blood
autor: Peter




CRYING BLOOD - "Animae Damnatae"

(CD 2009 / Xtreem Music)

Trzecia płyta w dorobku Hiszpanów, wydaniem zajęła się Xtreem Music, z którą niedawno związał się recenzowany przeze mnie kilka dni temu GOTHMOG. Na początek - wkładka. Panowie!!!!! Tragiczna i "plastikowa". Kilka lat temu miałem przyjemność dyskusji z pewnym znanym polskim malarzem na temat obrazów aestetycznych. Ta okładka na pewno spełnia założenia - bezduszna, płytka i przede wszystkim - wypełniona po brzegi tanią grafiką komputerową i to do tego stopnia, że samo logo kapeli gdzieś w tym wszystkim zanika. Faul na samym starcie. Cóż można napisać o tej płycie? Nie wiem, czy hiszpańskie kapele mają drobne problemy ze słuchem, ale BRZMIENIE jest tragiczne. Owszem, da się słuchać, ale o głębi i "mocy" niestety trzeba zapomnieć. Szkoda. W przypadku GOTHMOG słyszalna fascynacja DIMMU BORGIR wyszła zespołowi na dobre, tak w tym przypadku mamy do czynienia... z CRADLE OF FILTH i to w prawie czystej postaci, tyle, że z tekstami po hiszpańsku. Rozumiem, że na danej kapeli można się wzorować, ale to już przesada. Nie wiem, czy założeniem nie było przypadkiem przekonanie "COF sprzedaje się świetnie - spróbujmy tak samo". Nic bardziej błędnego. Tu już malowanie twarzy i groźne miny niestety nie wystarczą, żeby stać się kapelą BM (to w odniesieniu do obu zespołów). Kompozycje utworów są dość złożone i przemyślane, niestety zepsute wszechobecnymi podkładami klawiszowymi. Te są dosłownie wszędzie i przynudzają, osłabiają ewidentnie moc niektórych riffów i pasaży i tak nadszarpniętych przez wspomniane na początku słabiutkie brzmienie. Słychać jednak, że gitarzysta się napracował, chociaż gitara jest bardzo często zagłuszana przez perkusję i wspomniane klawisze. Realizator się nie popisał - w tej jakości nagrywa się demówki, a nie oficjalne wydawnictwa!!!. Właśnie słucham "Luzbel" - równo, miarowo, jednostajnie - ale do przodu.... tylko te tragiczne plastikowe kejbordy w tle. Żenada, nawet pisząc ten tekst muszę uważać, aby słowo "klawisze" i następujące po nim inne, również na "K" z "A" i wykrzyknikami na końcu nie pojawiało się zbyt często. Oczywiście - w tekście. Nawet w rozpoczynającym się obiecująco hiszpańską gitarą klasyczną "Polaris" pojawiają się wyjątkowo nienaturalne szumy wiatru w tle.... w sumie nieważne - kawałek po dobrym początku okazał się pozbawiony odpowiedniego kopa w finale. Za to (uwaga - zmiana słowa) syntezator pracuje "jak należy". Perkusji tym razem się nie czepiam. Nie jest to na pewno wirtuozeria, ale przynajmniej równo i na temat. Wokal? Cóż - hiszpańska próba skopiowania Danniego F. Nawet nie wiem, czy udana, ponieważ tego rodzaju skrzekliwych wokaliz osobiście nie trawię.

Gdyby nie kilka dość poważnych potknięć, może mógłbym zatrzymać się trochę dłużej przy tym wydawnictwie, jednak w tej formie absolutnie do mnie nie przemawia. Kulejąca realizacja z płytkim brzmieniem, wszechobecne klawisze (które nawet nie podkreślają odpowiedniego klimatu w motywach, ponieważ GRAJĄ NON STOP), próba kopiowania schematów wokalnych - to główne minusy. Do plusów zaliczam jako takie umiejętności muzyków i rozwiniętą strukturę utworów. Gdyby był to debiut, byłoby całkiem nieźle. Ale to trzecia płyta, kapela istnieje od 11 lat, a praca nad tą płytą trwała (jak podaje zespół) - dobrych kilka lat. Mizeria, panowie, mizeria....

ocena: 3/10
www.cryingblood.net
www.myspace.com/cryingbloodspain
www.xtreemmusic.com
autor: "13"




CONVENT - "Abandon Your Lord"

(CD 2009 / Old Temple)

Zespół CONVENT do najmłodszych nie należy, pojawił się na naszej scenie metalowej w 1989 roku. Od samego początku rokował nadzieje na niezły band. Jednak koleje losu sprawiły, że po świetnie przyjętej demówce "Apocalyptic Obssession" i nagranym w 1992 roku "Displeasure" o zespole zrobiło się cicho. Z małymi przerwami zespół dawał nam znać, że nadal istnieją i nagrywają. Najnowszy materiał jest zapisem obecnej kondycji kapeli. Zespół od samego początku hołdował starej szkole death metalu i na "Abandon Your Lord" słychać to, że nadal pozostają przy dawno już obranym kursie. Po intrze nie mamy już żadnych złudzeń czego możemy spodziewać się po zawartości tej płyty. Kult rogatego, czerń i zło w bardzo mocnej oprawie muzycznej. Mamy tutaj powrót do dobrze nam znanych death metalowych bandów i stylistyki lat 90-ych. Wokal Bruna gardłowy, lekko w tle, gitary wycinające mięsiste riffy, bass przesterowany i perkusja wybijająca poprawnie rytm. Muzycznie nie jest źle, jednak całość jest lekko przytłumiona, brakuje potężnej ściany gitar. Minusem jest to, jak została nagłośniona perkusja. Brakuje wysunięcia jej trochę do przodu i lepszego brzmienia. Ja wiem, kult, oldschool, ale do mnie do końca to nie przemawia. Całość zamyka cover SLAYER "Seasons In the Abyss", dedykowany zmarłym muzykom. I tutaj zawiodłem się maksymalnie. Klasyk ten zespół zrobił po swojemu z muzykami z Filharmonii Lubelskiej. Jednak to nie jest to, brakuje tutaj tego klimatu SLAYER i tej potężnej ściany gitar, a przede wszystkim perkusji, która ma mocne brzmienie. Kawałek odegrany poprawnie, tylko zabrakło mi tego klimatu utworu. Przepraszam, ale takie klasyki trzeba nagrywać porządnie. Poza mankamentami, które wymieniłem, zespół pozostaje wierny swoim ideałom obranym na początku działalności. Może mi się to nie podobać, ale na pewno jest spora część maniaków, którym ten materiał przypadnie do gustu.

ocena: 7/10
www.convent.pl
www.oldtemple.com
autor: Peter




CHRISTIAN DEATH - "Catastrophe Ballet"

(CD 1984 - 2009 / Season Of Mist Records)

CHRISTIAN DEATH legendą gotyckiego rocka jest, i basta! Różnie im się układało przez lata, osobowości muzyków ścierały się ze sobą, lider zespołu zszedł koniec końców z tego padołu, ale faktem jest, że grupa nadal działa (co niektórzy powiedzą, że to już nie to co kiedyś) i już nagrała co najmniej kilka albumów, które przejdą do historii mrocznego rocka. Jednym z nich jest z pewnością oryginalnie wydany w 1984 roku "Catastrophe Ballet". Nagrany w najmocniejszym składzie, z trojgiem wokalistów: założycielem i frontmanem, charyzmatycznym Rozz'em Williams'em, dopełniającym go Valor'em Kandem (grającym oprócz tego na gitarach) i pojawiającą się co jakiś czas na pierwszym planie, ale częściej gdzieś w tle lub w chórkach muzą mrocznej sceny w USA Gitane Demone (tu obsługuje również klawisze). Na bębnach też znana do dziś w gotyckim kręgach postać - David Galas. Opisywany album to próba wyjścia poza post-punk, a jednocześnie zdefiniowania nowego, wykreowanego przez CHRISTIAN DEATH terminu "death rock", który później przemianowano na rock gotycki. Amerykańska grupa jest tu jeszcze pod przemożnym wpływem tak różnych zjawisk z lat 70-ych i początku 80-ych, jak THE VELVET UNDERGROUND, THE DOORS, BAUHAUS, DAVID BOWIE, IGGY POP & THE STOOGES, THE X-MAL DEUTSCHLAND, OPPOSITION, THE CURE czy SIOUXXIE AND THE BANSHEES, ale pomału zaczyna kierować się w stronę czegoś bardziej współczesnego, z czym zresztą kojarzy się CHRISTIAN DEATH wszystkim fanom tego autentycznego gothic rocka po dziś dzień. Bardziej agresywne numery w rodzaju "Sleepwalk" (nie wiem czy podobieństwo tytułu i pewnych fraz do utworu ULTRAVOX jest przypadkowe, czy też nie) lub "This Glass House" świetnie uzupełniają nieco senne "Awake At the Wall", hipnotyczne 'Cervix Coach" oraz już na wskroś przesycone gotyckim klimatem "The Blue Hour" i "Electra Descending". Ciekawostką jest umieszczenie na tym krążku, zaraz na początku, niepublikowanego dotąd utworu z sesji nagraniowej "Catastrophe Ballet", czyli "Beneath the Widow". Album jest dedykowany Andre Breton'owi, który był twórcą manifestu surrealizmu - rewolucyjnego i bardzo silnego ruchu w świecie sztuki okresu międzywojennego, co do dziś przejawia się w twórczości wielu artystów, a jednym z tych, którzy inspirowali się tym stylem był między innymi zmarły tragicznie Zbigniew Beksiński. Stąd w utworach z tej płyty wiele zabawy słowami, dziwacznych przenośni i tematyki odrealnionych marzeń sennych, a od strony muzycznej kolaż bardzo różnych dźwięków (najpełniej słychać to w najdziwniejszym "The Fleeing Somnabulist"), które jednak stanowią pewną zamkniętą całość, pozostającą do dziś klasykiem tego rodzaju grania i wzorcem dla wielu nowszych kapel. A już tak tylko dla informacji - płyta została poddana remasteringowi przez Valora Kand'a.


ocena: 8/10
www.christiandeath.com
www.myspace.com/christiandeath
www.season-of-mist.com
autor: Diovis


CIRRHA NIVA - "For Moments Never Done"

(CD 2009 / Parnassus Records)

Dziwię się, czemu CIRRHA NIVA to kompletnie nieznany w Polsce zespół. Można powiedzieć, że to trochę taki holenderski RIVERSIDE, nie w sensie w muzyki, ale samego podejścia do układania dźwięków. Ambitnych, ekspresyjnych, gdzieś tam nawiązujących do najlepszych tradycji prog-metalu i rocka progresywnego. CIRRHA NIVA ma już na koncie kilka płyt, w tym rock-operę "Liaison De La Morte", cieszy się sporym szacunkiem w swoim kraju i poza granicami, i pomimo pewnego przemeblowania składu oraz trwającej prawie 8 lat przerwy w nagrywaniu studyjnych materiałów czuć, że to kapela zaprawiona w bojach i grająca solidną muzę. Na swoim najnowszym albumie "For Moments Never Done" proponują dobrze zbudowane kompozycje na porządnym fundamencie gitar, basu i perkusji, okraszone mocnymi wokalizami Legrand'a. Trochę mu brakuje do Warrela Dane'a z NEVERMORE, ale też radzi sobie z układaniem interesujących linii melodycznych na kanwie mocnych, czasem prawie thrash'owych riffów, a obok tego mamy sporo smaczków, solówek, gitarowych rozwiązań i łamańców rytmicznych typowych już bardziej dla nowoczesnego prog-metalu. Już na dzień dobry dostajemy właśnie taką pigułę w "The Fooling", który to utwór jest spięty klamrą sampli opisujących scenkę, jak dyżurna na policji otrzymuje od kogoś wezwanie, ale ten ktoś w pewnym momencie milknie... Ten numer zwraca na siebie uwagę, tak zresztą jak praktycznie wszystkie pozostałe. W "Dreamon" dużo jest klasycznych, heavy metalowych pojedynków gitarowych, a niejaka Manda Ophuis z NEMESEA wyraziście włącza się z kolei do strefy wokalnej tego utworu. Dalekie echa RUSH, FATES WARNING i QUEENSRYCHE słychać we "Framed", choć to tylko baza dla ciężkiego i wzbogaconego o klawisz grania. Spokojniejszy jest "Running From the Source, a emocji nie brakuje w chwilami flojdowskim "Spring Before Winter", opatrzonym długim instrumentalnym wstępem z partią saksofonu. W tych wszystkich utworach słychać, że zespół ostro pracował nad aranżami, bo każdy z instrumentów świetnie się uzupełnia. Można by tak opowiadać dłużej, ale po co, bo każdy może obadać wysoki kunszt muzyczny CIRRHA NIVA samemu. A Holendrzy unikają uciekania się do jedynego wzorca, jakim dla wielu kapel tego typu jest DREAM THEATER i zdołali stworzyć kawał wyśmienitej muzy do słuchania.


ocena: 8,5/10
www.cirrhaniva.nl
www.myspace.com/cirrhaniva
autor: Diovis


COALESCE - "Ox"

(CD 2009 / Relapse Records & Rockers Publishing)

W katalogu Relapse Records zawsze była grupa tych wiodących, nowatorskich i oryginalnych tworów oraz tych mniej kreatywnych, podążających tropem innych, choć nie pozbawionych atrakcyjności dla wielu fanów pokręconego łomotu. I do tej drugiej grupy można zaliczyć właśnie COALESCE. Czwórka z Kansas wywodzi się ze środowiska hard-core, a w swej muzie mieszają również inne odmiany gitarowych dźwięków. Porównuje się ich z THE DILLINGER ESCAPE PLAN, CONVERGE, BURNT BY THE SUN, ALABAMA THUNDERPUSSY, SOILENT GREEN czy BENUMB i jest w tym trochę racji. "Ox" zaczyna się dwoma połamanymi rytmicznie kawałkami z hard-core'owo wrzeszczącym wokalistą, w trzecim, "Wild Ox Moan", można usłyszeć elementy bluesa, w kilku kolejnych numerach coś z southern rocka, a nawet akcenty post-punkowe i noise-rockowe. Jakoś tak się składa, że nawet najwięksi ekstremiści zebrani w Relapse czy pokrewnej Hydra Head Records nie odcinają się od amerykańskiej tradycji, ale wrzucają to w mało oczekiwanych momentach, zakręcają to lub przekręcają. Tak właśnie jest na "Ox". Oprócz tego, obok mocnych, opartych na hard-corze i mocnym rocku kawałków mamy tu akustyczne miniatury "Where Satires Sour" z melodią nieco podobną do słynnej kołysanki "Rosemary's Baby" Romana Polańskiego z filmu o tym samym tytule oraz delikatne "We Have Lost Our Will", "The Purveyor of Novelty And Nonsense" z progresywno-sludge'ową końcówką czy zbudowane na dysonansach "By What We Refuse", które trochę przypomina nowojorskie SONIC YOUTH. Niestety, zawartość "Ox" ma to do siebie, że za mało tu jakichś charakterystycznych, zapadających w pamięć utworów, a za dużo bezładnego kombinowania. Muzycy COALESCE na zdjęciach wyglądają na intelektualistów lub studentów, ale chyba ulegli pokusie zmatematyzowania swoich humanistycznych umysłów. Stąd jest jak jest, czyli dość średnio.


ocena: 6/10
www.crashandbang.com
www.myspace.com/coalesce
www.relapse.com
www.rockers.pl
autor: Diovis



INDEX   - C   [1  2   3]