| 9 | A | B | C | D | E | F | G | H | I | J | K | L | M | N | O | P | Q | R | S | T | U | V | W | X | Y | Z
INDEX



INDEX   D   [1  2   3  4  5  6  7] 


DARK FUNERAL - "Angelus Exuro Pro Eternus"

(CD 2009 / Regain Records & Mystic Production)

Odgrażali się, że to będzie wolniejsza i obfitująca w detale płyta. Bez obaw - DARK FUNERAL jest tak samo diaboliczny, wycinający charakterystyczne gitarowe motywy, a muza oparta na wściekłych szybkościach i szwedzkiej melodyce. I są w tym bardziej autentyczni niż na przykład GORGOROTH (co prawda norweski band, ale analogia chyba zrozumiała?) na swoim najnowszym albumie. A nawet MARDUK, który nie wiedzieć czemu kombinuje na "Wormwood" do przesady. Nie będzie z kolei nadużyciem, gdy napiszę, że "Angelus Exuro Pro Eternus" to DARK FUNERAL w pełnej okazałości, wierny zasadom, ale przy tym bardziej dojrzały i wyrafinowany. Już nie tylko grają do przodu, po trupach... tworzą też bardziej wysmakowane, acz wciąż bardzo ekstremalne dźwięki. Nad pierwszymi dwiema kompozycjami na płycie ("The End of Human Race" i "The Birth of the Vampiir") unosi się jeszcze duch kultowej "jedynki" "The Secrets of the Black Arts", choć już "Stigmata" wodzi za nos chwytliwym wykrzykiwaniem tytułowego słowa i większym bogactwem gitarowych smaczków, tak samo jak na przykład "Demons of Five" czy sześcioipółminutowy, masywny i wręcz epicki "In My Dreams". Ale to właściwie nic nowego, gdy wróci się pamięcią do poprzedniego studyjnego krążka "Attera Totus Sanctus" czy jeszcze wcześniejszego "Diabolis Interium". DARK FUNERAL pozostało więc ostoją i podręcznikowym wręcz przykładem jak grać szwedzko brzmiący black metal i nie poddać się niepotrzebnym zmianom oraz innowacjom. Dla kogoś może to będzie jedynie przykładem bardzo dobrego rzemiosła, dla kogoś innego powodem, dla którego kupi płytę z bonusowym koncertem na DVD lub bez niego i nie będzie żałować tego wydatku. Arcydzieło to nie jest, ale nie odbiega na pewno poziomem od poprzednich produkcji tego bandu.

ocena: 8/10
www.darkfuneral.se
www.myspace.com/darkfuneral
www.regainrecords.com
autor: Diovis




DIE HARD - "Nihilistic Vision"

(CD 2009 / Agonia Records)

Kolejnej mody na retro metal na razie nie stwierdzono, ale co rusz pojawia się następna grupa muzyków, którzy odkrywają w sobie chęć grania tak jak grali ich idole 20 i więcej lat temu. Co stało się z poprzednią falą takich kapel - wiadomo. W większości obróciły się w pył i popiół. Jednak czasem objawi się ktoś utalentowany, co nie ogranicza się wyłącznie do totalnego zrzynania pomysłów i coś wartościowego tworzy. Na jak długo starczy entuzjazmu i świeżości szwedzkiemu DIE HARD, trudno przewidzieć, ale faktem jest, że "Nihilistic Vision" jest płytą wartą co najmniej kilku solidnych przesłuchań. Bańką można pomachać, logo mają w sam na naszywkę, którą można obnosić na spranej dżinsowej katanie, a ich granie i krzyki ku chwale Rogatego, sił ciemności, śmierci i wojny mogą rozgrzać zmrożone metalowe serca hehe. DIE HARD nie jest przy tym nastawiona tylko i wyłącznie na inspiracje dwiema, trzema kapelami z przeszłości, jak to często bywa w takich przypadkach, za to bezwiednie i w naturalny sposób przenosi słuchacza do czasów bestialskiego thrash'u, pomału rodzącego się death metalu i pierwszej fali black metalu. Najwięcej w ich muzie nawiązań do wczesnych dokonań SODOM, SLAYER, KREATOR, POSSESSED i południowoamerykańskiego podziemia, ale nie brakuje też odniesień do CELTIC FROST (np. niektóre wokale), wczesnej METALLIKI, "jedynki" DEATH ANGEL, VENOM, a pośrednio też do death metalu z okresu jego inkubacji. Symptomy oldskulowego choróbska objawiają się w specyficznym rozbujaniu dźwięków, mocnym naparzaniu do przodu, na złamanie karku, wyraźnym podziale zwrotki i coś w rodzaju refrenu, szaleńczych solówkach i trochę naiwnej, ale zdaje się, że szczerej melodyce. Kawałki są równe, zapchajdziury są może ze dwie, a jedno, co może skłonić mnie do marudzenia, to trochę plastikowe brzmienie perkusji i oklepany motyw z czaszkami na okładce. Chociaż co w sumie ta trójka muzyków z Uppsali miała wrzucić na front swojego debiutanckiego albumu? Kwiatki, gołą babę lub ziejącego ogniem smoka?... ;)


ocena: 7/10
www.diehard.se
www.myspace.com/diehardthrash
www.agoniarecords.com
autor: Diovis




DRUDKH - "Autumn Aurora"

(CD 2004 - 2009 / Season Of Mist Records)

Tak po prawdzie, to recenzja każdego z albumów ukraińskiego DRUDKH może brzmieć tak samo, jak niezmienna jest muzyka tego zespołu. Ci, którzy lubią ich nagrania, a tego krążka jeszcze nie mają w kolekcji, pewnie bez czytania o nim nabędą go sobie, innych można by odesłać na przykład do recenzji najnowszego CD "Microcosmos". Byłoby jednak pójściem na łatwiznę tak zakończyć opis "Autumn Aurora", więc w skrócie postaram się przybliżyć jego zawartość. Tym razem mamy do czynienia z re-edycją drugiego albumu z 2004 roku. Wczesna faza działalności DRUDKH to już to samo specyficzne brzmienie odwołujące się do tych bardziej podniosłych momentów "Hvis Lyset Tar Oss" BURZUM z folkową melodyką i lodowatym klimatem. Daje to w sumie dość statyczny materiał, bez gwałtownych zwrotów akcji, za to nie pozbawiony specyficznej melancholii i naturalnego piękna. Źle się to kojarzy, gdy mówi się lub pisze o w końcu bazującej na korzennym black metalu pozycji, ale tak właśnie jest. Majestatyczne klawisze budują klimat, który równoważą surowo brzmiące gitary, perkusja puka miarowo i bez pośpiechu, momentami pojawiają się akustyczne fragmenty, nie brakuje też odgłosów natury, instrumentalne pasaże bywają dość długie, a wokalista wyskrzekuje w odpowiednich momentach niezbyt bogate w słowa teksty. Paradoks jest w tym, że im dłużej obcuję z muzyką DRUDKH, tym bardziej mnie ona wciąga, choć patrząc na nią obiektywnie nie ma w niej za grosz oryginalności, ale z drugiej strony większym zdziwieniem dla mnie osobiście jest, że "Autumn Aurora" słucha się lepiej od nowego albumu "Microcosmos". Może sprawia to większa prostota, wyraźne odwoływanie się do niektórych bardziej klimatycznych wydawnictw z kręgu BM z połowy lat 90-ych (np. ...IN THE WOODS, ARCTURUS), a może po prostu te dźwięki pasują do aury panującej za oknem w chwili, gdy piszę te słowa. Tak czy siak, miło się tego albumu słucha i nawet jestem w tej chwili w stanie dać wyższą notę niż powinienem.

ocena: 7/10
www.season-of-mist.com
autor: Diovis




DARKCREED - "Dark Regions"

(MCD 2008 / Soulseller Records)

Meksykański metal może poszczycić się kilkoma uznanymi w pewnych kręgach formacjami z kręgu patologicznego grind'u, gęstego jak smoła, diabolicznego death metalu i pomniejszymi kapelami wiernymi starej formule doom/death metalu. DARKCREED różni się od nich zdecydowanie europejsko brzmiącą orientacją na death metalowy styl. Duża w tym zasługa nieco "szwedzkiego", oldskulowego brzmienia i konkretnego ciągu do przodu. Meksykanie nie wrzucają do swoich kawałków zbędnych technicznych smaczków, nie brutalizują maksymalnie swojego przekazu, a grind'owe wpływy, jeśli już się pojawiają, to nawiązują raczej do EXTREME NOISE TERROR i późniejszego NAPALM DEATH niż do zeschizowanych rzeczy. Jeśli jeszcze doszukiwać się pewnych podobieństw do kapel ze Starego Kontynentu, to można by tu wspomnieć o niskich growlach a la GOREFEST, death 'n rollowych zapędach w stylu KONKHRY czy nowszego ENTOMBED. Przeważa jednak umiejętne miksowanie klimatów UNLEASHED, EDGE OF SANITY, VOMITORY, DISMEMBER i może w nieco mniejszym stopniu GRAVE i BOLT THROWER, chociaż nie jest to dosłowna zżynka i kalkowanie utartych schematów. Powiedzmy, że przyświecają im zbliżone cele jak na przykład AVULSED, które też w ramach pewnego klasycznego spojrzenia na death metal nie tylko drąży to, co wymyślili przed nimi inni, ale dokłada do tego bagaż swoich doświadczeń i własną wersję jak grać ten rodzaj muzy. Na obecnym etapie DARKCREED nie wyróżnia się jeszcze czymkolwiek od wielu innych podobnych kapel. "Dark Regions" to sześć równych numerów, bez udziwnień, fajerwerków i usilnego poszukiwania typowego jedynie dla siebie soundu. Zawsze można spróbować, nie odradzam.

ocena: 6/10
www.myspace.com/darkcreeddeathmetal
www.soulsellerrecords.com
autor: Diovis




DEADLY FROST / DAREN - "Hammer of Antichrist" / "Gods' Kings of the Twilight"

(Split-MC 2009 / Thrashing Madness)

Miłośników surowego, minimalistycznego i oldskulowego metalu zapraszam do świata stworzonego przez dwóch muzyków z wiele znaczącego przez długie lata na polskiej scenie metalowej HOLY DEATH. DEADLY FROST to zdecydowany powrót Necronosferatusa i Darena do korzeni. Jesteśmy na próbie, na wokalu ten pierwszy, bębni ten drugi, a na gitarze i basie (tu już ingerowano w studiu) niejaki Darkness. Nie korzystają z żadnych nowinek technicznych poza efektami nałożonymi na wokal. Rezultat jest taki, że czasem wychodzi to nie diabolicznie, a trochę komicznie, ale Necronosferatus to stary wyga i wyprowadza swój głos na prostą po prostu krzycząc, a w paru miejscach nawet recytując teksty, które, z tego co słyszę, zostały napisane w języku polskim. Muzycznie przeważają wolne i średnie tempa, choć na przykład w trzecim i czwartym numerze całkiem konkretnie nabierają szybkości. Ci trzej muzycy nawet nie starają się ukrywać swojej przemożnej fascynacji twórczością HELLHAMMER i wczesnym CELTIC FROST, co przynajmniej sprawia, że nie muszę się wyginać, by przybliżać jakoś szczególnie muzykę krakowskiego zespołu ;) Mamy tu więc granie ciężkie, obskurne i do szpiku kości metalowe. Autentyczny przykład metalu śmierci.

DAREN solo też hołduje prostocie i starej, sprawdzonej formule grania metalu, ale jego utwory stawiają nie tylko na gitarowy sznyt, gdyż klawisz jest równoprawnym elementem tworzącym warstwę rytmiczną i melodyczną. Dodaje też swoistego mistycyzmu niezbyt skomplikowanym i chwilami wręcz prymitywnym, podanym w typowym dla black metalu kawałkom. Tu też, tak jak w przypadku DEADLY FROST, bazą wyjściową jest pierwsza fala ekstremalnego metalu z lat 80-ych (duch HELLHAMMER jest wciąż obecny), ale zostało to ubarwione melodyką części wokali i klimatem znanym z demówek ARCTURUS czy pierwszych płyt BATHORY.

Wydawnictwo to zostało wydane w bardzo niewielkiej ilości (bodajże 50 sztuk) jako split-kaseta i z tego wnioskuję, że kierowane jest wyłącznie dla tych, co nie odpuszczają sobie posiadania takich rarytasów w swojej kolekcji. Kto wie, może za kilka lub kilkanaście lat będzie to pozycja warta niemałej kaski?...

ocena: 7/10 (Deadly Frost), 6/10 (Daren)
www.myspace.com/deadlyfrost
www.thrashing-madness.pl
autor: Diovis




DEFECT DESIGNER - "Wax"

(CD 2009 / My Kingdom Music)

No proszę, kapela aż z Nowosybirska, jak można przeczytać w biografii - z samego serca Syberii. Muzyka zawarta na tym materiale to melodyjny death metal. Ciekawy projekt okładki przykuwający uwagę, minusem jest wkładka z tekstami napisanymi odręcznie, nie zawsze czytelnie. Kapela może zainteresować fanów takich zespołów jak EDGE OF SANITY, BOLT THROWER. Jako ciekawostkę podam jeszcze, że materiał był nagrywany w naszym rodzimym studio Hertz, oddalonym od miejsca zamieszkania muzyków o 4000 kilometrów. I tutaj bracia Wiesławscy pokazali swoją klasę, nadając mocne i ciężkie brzmienie muzyce DEFECT DESIGNER.

Muzyka zawarta na tym materiale, jak wcześniej pisałem, to death metal w średnim tempie, sunąca powoli, trochę momentami jest nużąca, jak by twórcom zabrakło pomysłu na ciekawy motyw. Nie jest to jakieś wybitne dzieło, jednak trzeba przyznać, że kawałki typu "Stillborn", "Heads" i "Idemnity" nieźle się bronią. Mogę powiedzieć, że materiał DEFECT DESIGNER jest średni, jeszcze sporo jest do poprawienia, ale mam nadzieję, że jeszcze usłyszę o tej kapeli.

ocena: 5/10
www.myspace.com/defectdesigner
www.mykingdommusic.net
autor: Peter




DIANTHUS - "Dianthus"

(Demo-CD 2009)

Wyglądają na rasowych death'owców. Swoje doświadczenie zdobywali w przeszłości w takich kapelach, jak TEARS OF THE DUSK, PRISON PROPERTY, DYING MIND, DYSPHORIA i SEEDS OF HATE. Żadna z nich nie wyszła poza lokalne podwórko, ale niezrażeni tym muzycy powołali do życia nową inicjatywę. Z biografii wynika, że przez ponad rok ogrywali się na próbach i koncertach, by w końcu wiosną 2009 roku nagrać 7 utworów oraz intro na debiutanckie demo. Pośpiech nie byłby dobrym doradcą, tak więc na plus DIANTHUS'a można uznać, że najpierw ostro pracowali, a dopiero potem coś nagrali. Ma to przełożenie na ten materiał nagrany z pomocą Macieja Szmatłocha z bardziej znanej śląskiej formacji DUAL-COMA. Kawałki nie powstawały według jednego schematu, chociaż mają tę wadę, tak często spotykaną u młodych kapel, że same kompozycje nie są jeszcze płynne, sporo w nich szarpaniny i pójścia na pewien kompromis z umiejętnościami samych muzyków. Owocuje to tym, że death metal grany przez DIANTHUS nie jest ani brutalny, ani nadmiernie techniczny. Jednak dzięki temu, że wkradają się do tej muzy motywy i rozwiązania bardziej typowe dla death'u skażonego thrash metalu utwory te mają przebłyski melodyjności i rytmicznego bujania. Za dużo jednak w tym przypadkowości i zazwyczaj jedynie na początku utworu coś interesującego zaczyna się wykluwać, by potem popaść w takie trochę na siłę poszukiwanie agresywności. O ile jeszcze gitarzyści coś tam starają składać do kupy, to niestety zbyt monotonne wokalizy i wymuszona gra perkusisty zaprzepaszczają cały ich trud, przez co wszystkie elementy nie zazębiają się ze sobą. Jako, że już powstają nowe numery, radziłbym przede wszystkim wzmożoną pracę nad głównymi szkieletami kompozycji i pociągnięciem muzy w konkretnym kierunku. Na razie DIANTHUS przechodzi fazę grania wszystkiego na raz i niczego konkretnego, ale tak zaczynał praktycznie każdy zespół. Wszystko jest więc jeszcze przed nimi.

ocena: 5,5/10
www.dianthus.jawnet.pl
www.myspace.com/dianthusmetal
autor: Diovis




DYING FETUS - "Descend the Depravity"

(CD 2009 / Relapse Records & Rockers Publishing)

Według zapowiedzi lidera zespołu Johna Gallaghera ten krążek miał być "najbardziej brutalnym i dewastującym zjawiskiem tej jesieni". Czy spełniły się te słowa - o tym za chwilę, na początek kilka informacji odnośnie produkcji tej płyty. Materiał został zarejestrowany w "Wright Way" w Baltimore, producentem był Steve Wright. W składzie zespołu obok lidera znaleźli się Sean Beasley (bas / wokal) oraz Trey Williams (perkusja). Na płycie znalazło się 8 kawałków.

Pierwszy numer, "Your Treachery Will Die With You" to rasowy death metalowy kawałek pełen mocnych riffów, wokalu przechodzącego od bulgotu do growlu. Zespół pokazuje, że nadal potrafi ostro przywalić. Świetnie pracująca perkusja ztriggerowana, potężna, miażdżąca w każdym kawałku. DYING FETUS to zespół z klasą, od lat napełniający nasze uszy świetnym wydaniem amerykańskiego death metalu z elementami grindu. Muzyka ta nie jest pozbawiona i melodii, której możemy uświadczyć w świetnych solówkach. "Conceived Into Enslavement" od razu wali prosto w ryj, tutaj nie ma zmiłuj, ostra napierdalanka od samego początku do końca. Czego innego moglibyśmy się spodziewać po DYING FETUS? Musi być ostro i tak jest na całym albumie. Nie ma tutaj jakiś przerywników, jest za to dobrze zagrany death/grind w jakże amerykańskim stylu. Tytułowy kawałek jest najdłuższym na tej płycie, trwającym 5 minut. Pozostałe standardowo około 4 minut. Zespół serwuje nam szybkie granie z małymi przerwami w postaci zwolnienia, ale tylko chwilowego wytchnienia przed następującą po nim nawałnicą dźwięków.

DYING FETUS ma już swój rozpoznawalny styl i tego się trzyma, nie kombinuje z elektronicznymi wstawkami, melodyjnymi wokalami. Brutalność w 100 procentach. Warto zwrócić uwagę na wspaniałe wydanie płyty, okładka na świetnym błyszczącym papierze, świetna grafika i zdjęcia wspaniale uzupełniają muzykę kapeli.

ocena: 8/10
www.dyingfetus.com
www.myspace.com/dyingfetus
www.relapse.com
www.myspace.com/relapserecords
autor: Peter


DARKNESS BY OATH - "Fear Yourself"

(CD 2009 / Cyclone Empire Records)

Zespół pochodzi z Hiszpanii. Istnieje na scenie metalowej już od siedmiu lat i jest to ich druga płyta. Muzyka zawarta na płycie to melodyjny death metal zahaczający o Szwecję. Nie jest to jakaś rewelacyjna płyta. Dźwięki płyną sobie przez nasze głośniki, ale nic większego z tego nie wynika, nie ma z mojej strony jakiejś większej ekscytacji po przesłuchaniu tego albumu. Takich kapel jest wiele, a DARKNESS BY OATH zabrakło tego czegoś, co mogłoby przykuć moją uwagę. Wszystko jest jak najbardziej sprawnie odegrane, jest i melodia ładnie wygrywana przez gitary, wokal urozmaicony, ale niestety brakuje tego czegoś. Na płycie znalazło się 9 utworów plus jeden bonus w postaci "Solution In 9mm". Całość utrzymana w średnim tempie, taki melodyjny death metal trochę bez polotu. Mnie ta płyta nie porwała.

ocena: 5/10
www.darknessbyoath.com
www.myspace.com/darknessbyoath
www.cyclone-empire.com
autor: Peter


DEATH OVER THREAT - “Sangre”

(CD 2009 / Xtreem Music)

Powiem szczerze, że okładka nie przekonała mnie do tego zespołu, a wręcz odrzuciła. Dwa stwory, kolorystyka w krwistej czerwieni, jeden to jakiś mutant imitujący (chyba psa), drugi - kobieta z nienaturalnie długimi palcami. Kiepskie to wszystko. Jednak postanowiłem przemóc się i odsłuchać ten materiał, licząc, że może lepiej muzycznie będzie. W końcu to o muzykę tutaj bardziej chodzi. Początek bardzo obiecujący, typowe riffy thrash'owe, mocne brzmienie, melodyjny wokal. Wszystko na odpowiednim poziomie. Jednak irytujący początek w "Infamy Legacy" psuje trochę ten obraz. Dalej już jest typowo - chóralne śpiewy, stopki cykają miarowo, gitarka wycina dobry thrash. Nuży swoją długością, bo prawie 7 minut trwający "Einmal is Keinmal", który gdyby go trochę skrócić, byłby w stanie zaciekawić. Trochę chyba za mocno wydłużony, zagrany w średnim tempie. Następujące po nim kawałki również przekraczają 6 minut. W utworach thrash'owych to trochę przydługo w momentach gdy tak naprawdę w kawałku nic się ciekawego nie dzieje. Jednak "New Idols Leading Rats" wyróżnia się na tle pozostałych melodyjnością i ciekawym gitarowym początkiem. Szybki, rytmiczny refren i ciekawe solo powodują, że zwróciłem uwagę na ten kawałek. Dalej mamy już standardowe thrash'owe kawałki zagrane w średnim tempie. "Burial Tears" to miła dla ucha balladka, zaserwowana nam przez zespół jako przedostatni utwór, w którym mamy plumkającą gitarkę i pojawiający się spokojny wokal. Natomiast ostatni kawałek zaczyna się mocno, jednak w trakcie traci swoją moc. Szkoda, bo początek zapowiadał naprawdę mocny numer. Ten hiszpański zespół powstał w 2002 roku i dopiero teraz zaprezentował nam swoje oblicze. Trochę jest ono nieskładne i kawałki za długie. Na uwagę zasługuje dobry wokal, który ciągnie to wszystko do przodu. Kawałki odegrane poprawnie i liczę, że będzie lepiej i jeszcze usłyszę ten zespół.

ocena: 6/10
www.myspace.com/death6over6threat6
www.xtreemmusic.com
autor: Peter


DEMILICH - "Nespithe"

(CD 1993 - 2009 / Xtreem Music)

Trudno pisze się recenzję płyty, która w pewnych kręgach ma status "kultowej". "Nespithe" (1993) to jedyna płyta w dorobku nieistniejącego już fińskiego DEMILICH, zespół rozwiązano w 1995 roku, natomiast sam album doczekał się już dwóch reedycji. Czasami zastanawia mnie, dlaczego niektóre kapele zyskują tytuł "kultowych", czytaj - jedynych w swoim rodzaju. W tym wypadku takie stwierdzenie w ogóle do mnie nie trafia. Rozpatrując samą muzykę DEMILICH muszę sięgnąć do lat 90-tych i ocenić ją z tego punktu widzenia. W porównaniu z dzisiejszymi wydaniami, płytka brzmi dość archaicznie, przede wszystkim przez kulejącą realizację. Cieniutkie brzmieniowo gitary i strasznie głęboki wokal przypomniały mi przez chwilę pierwsze wrażenie po ukazaniu się w 1990 roku "Subconscious Terror" brytyjskiego BENEDICTION. Ale kilkanaście lat temu - to było naprawdę COŚ. Nie mam nic do umiejętności samych muzyków, gitarki pracują szybko i różnorodnie, czasami melodyjność zastępując bardziej "łamanymi" riffami. Ale wokal mnie po prostu drażni....Skrajnie głęboki, nie chcę nawet wnikać ilu efektów użył Antti Boman (vocal) aby taki growling osiągnąć. Najlepszym określeniem będzie chyba "bekanie całymi zdaniami”. Tak to właśnie dla mnie brzmi i to najtrafniejsze chyba określenie. Wokale są niestety mówione, jakby recytowane, co w połączeniu z ich brzmieniem ewidentnie odbiera "powera" tej płycie. Przez to, obojętnie od szybkości całej sekcji - charakter każdego utworu zostaje spłaszczony i upodobniony do kolejnego. Obojętnie od rytmiki - wokale są jednostajne, monotonne i usypiające, tu sama ich głębokość niestety nie wystarczy, tym bardziej, że wokal automatycznie spycha nienaganną pracę gitar i perkusji na dalszy plan. Szkoda, bo wystarczyło by dodać do "słów mówionych" trochę linii melodycznej i czasami "coś krzyknąć do mikrofonu" i ta płyta byłaby naprawdę niezła. Z drugiej strony - to właśnie połączenie niezbyt ciężkich, szybkich gitar z takim rodzajem growlingu sprawia, ze ta płyta jest jedną z nielicznych w swoim rodzaju, tym bardziej na początku lat 90-tych. Czy to wystarcza, aby stać się pozycją kultową??? Nie wiem, ale nie mam zamiaru tego negować. Gdyby tak było w moim odczuciu - nie słuchałbym tej płyty dopiero teraz, a 16 lat temu. Wrzucałem ten krążek raz po razie przez kilka dni. Nic poza charakterystycznym wokalem nie utkwiło mi w pamięci. "Nespithe" zaczyna się i nie wiadomo kiedy kończy, za co winię niestety jednostajność wokalu. Recenzja krótka i adekwatna do wrażeń. Ocena z punktu widzenia lat 90-tych... plusy za odmienność i sekcję rytmiczną. Dla osób po prostu lubiących, słuchających czasami death metalu - nie polecam. Dla kolekcjonerów - ciekawa propozycja.

ocena: 5/10
www.demilich.com
www.xtreemmusic.com
autor: "13"


DARKNESS DYNAMITE - "The Astonishing Fury of Mankind"

(CD 2009 / Metal Blade Records & Mystic Production)

Znowu doczepię się do zespołu, który w mniemaniu kilku osób wpisuje się w kanon nowoczesnego metalu. A raczej próbuje się do niego dostać, bo tak czy siak DARKNESS DYNAMITE to dość świeża kapela. Pochodzi z Francji, a więc mimowolnie zahacza tu i ówdzie o klimaty znane z płyt SCARVE, GOJIRY czy DAGOBY. A to oznacza, że czerpią również w dużej mierze z dokonań FEAR FACTORY, STRAPPING YOUNG LAD, MESHUGGAH, wczesnego IN FLAMES, SOILWORK i metal-core'a. To podobno takie "trendy" i pewnie zamiarem tej kapeli było zabłysnąć, a wydawca też wyczuł pismo nosem. "The Astonishing Fury of Mankind" jest jednak mało błyskotliwym materiałem, który ma parę naprawdę niezłych momentów, ale w kategorii "debiut 2009 roku" szansę na wygraną ma nikłe. Trzeba jednak przyznać, że Francuzi bazują na ostrym gitarowym graniu, nie wrzucają do muzyki miliona sampli, mocy tu też jest sporo i pomijając zbyt monotonnie wydzierającego się wokalistę i metal-core'owe rytmy da się tego słuchać nie mając wrażenia, że czas obcowania z tą muzą jest czasem straconym. O dziwo ci kolesie sprawdzają się w bardzo mocno zaprawionym melo-death metalem "15 $", a nie w tych poszarpanych kawałkach w rodzaju "Supernatural", "Immersion Inner-Nation" i "By My Own". Tu przynajmniej jest więcej solowych popisów, bardziej klarowna linia melodyczna i konkretne riffy. Podobać może się również nasycony jakimś takim niepokojem na przemian ze znerwicowaniem "Chasing Inside", w którym jest też coś z bardziej industrialno-metalowej twórczości KILLING JOKE. Zresztą więcej tych interesujących momentów jest w środkowej części płyty, natomiast początek i końcówka wypadają przy nich bardzo blado. Niech każdy zaryzykuje i sam oceni. Przestrzegam jednak, że tak jak DARKNESS DYNAMITE gra teraz o wiele więcej kapel i na dobrą sprawę nic z tego nie wynika.


ocena: 5,5/10
www.myspace.com/darknessdynamitemusic
www.metalblade.de
autor: Diovis




DARK THE SUNS - "All Ends In Silence"
(CD 2009 / Firebox Records & Foreshadow Music)

Słuchając fińskich kapel często zadaję sobie pytanie czemu wiele z nich chce koniecznie zrobić karierę i w tym celu grają dobrze zawoalowane popowe dźwięki w tak zwanej klimatyczno-metalowej konwencji. Gdy dobrze wsłuchać się w to, co grają, tak naprawdę to mamy do czynienia z piosenkami, które może i jakimiś przebojami są, ale na dobrą sprawę wypaczają wszelkie idee stojące za mroczną czy ciężką muzą. Gitarowe akordy na przesterze ukrywają brak pomysłów, a zagrane jednym palcem na klawiszach tony każdego wytrawnego muzyka rozbawią lub zatrwożą. O ile jeszcze przy debiutanckim albumie DARK THE SUNS otrzymali ode mnie kredyt zaufania, bo młodzi, bo od czegoś muszą zacząć, bo zachęta na starcie jest potrzebna, to przy drugiej patrzyłem już bardziej krytycznym okiem. Niestety, ten zespół popełnia ten sam błąd, co wszystkie kapele korzystające z koniunktury na takie czy inne granie w tym lub innym kraju. W ten sposób w Szwecji zarżnęła się większość melo-death metalowych kapel, w Niemczech - thrash'owych, a w USA death'owych brutalistów. Finlandia z kolei odczuwa już przesyt melancholijno - przebojowym metalem, w którym się wyspecjalizowała, ale jednocześnie popadła w niemoc przez schemat wspomnianego przeze mnie pisania piosenek w gitarowej oprawie z growlami, które pewnie dla części nastolatków będą przeszkodą, by polubić tę muzę, a dla tych lubiących "klimaty" rażące będą te wyzierające z utworów nawiązania do HIM, biedne żeńskie zaśpiewy i chórki, banalne motywy wyplumkane na pianinie i za bardzo słyszalne kopiowanie pomysłów innych, podobnych kapel, a robiących to o niebo / piekło lepiej. Bo pomimo pozornego poukładania dźwięków, nadania im profesjonalnego szlifu (także od strony produkcyjnej, do czego Finowie przyzwyczaili już od dawna), ta płyta jest wtórna i naprawdę przeciętna. Firebox Records może sobie wypuszczać kolejne single z tego krążka, bo w końcu zainwestowali w tę grupę, ale trafią głównie do rodzimej publiki przyzwyczajonej, że w ichnych radiostacjach zamiast popowej papki gra się klimatyczny metal, natomiast reszta świata prawdopodobnie pozna się, że Finlandia ma znacznie ciekawsze zespoły do zaoferowania. Na przykład przy takim SWALLOW THE SUN ich "słoneczni" koledzy wypadają cholernie blado. Zapytam więc na koniec, czy dla dwóch-trzech kawałków warto kupić tę płytę? Odpowiedzcie sobie sami... Daję i tak naciągnięte 4 punkty.

ocena: 4/10
www.darkthesuns.com
www.myspace.com/darkthesuns
www.firebox.fi
www.foreshadow.pl
autor: Diovis


DEAD INFECTION - "Corpses of the Universe"
(MCD 2009 / Selfmadegod Records)
Co by nie pisać o DEAD INFECTION, to jest to zacna załoga i dobrze się stało, że wróciła po okresie niebytu. Nie trzepie pięćdziesięciu wydawnictw na rok, ale za to co jakiś czas odzywa się konkretnie, dając tym samym znak, że wciąż to oni są na topie krajowego grindu. Ostatnimi czasy grają w nieco odmienionym składzie (z oryginalnego pozostał Cyjan) i jest to raczej "all-star band from Białystok" niż klasyczny DEAD INFECTION. Ale pozostało to charakterne grzańsko, za nic na świecie nie podążające za modami, choć tym razem nieco bogatsze w death metalowe spojrzenie na grind, pozostało też to specyficzne "czarne" poczucie humoru, ale nietrudno zauważyć pewne zmiany... Otóż otwierając wydanego przez Selfmadegod Records digipaka znajdziecie tu... (sic! wydrukowane teksty. A więc tym razem gulgotanie i charczenie można skonfrontować z sensownymi opowiastkami z cyklu "splatter, gore, horror & humour", jak by to określili Brytyjczycy, którzy mają do wyboru słuchać politycznych wynurzeń Barney'a z NAPALM DEATH albo skeczy Monty Pythona. Nie umniejszając roli Napalmów, od strony muzycznej i nie tylko wybrałbym to drugie, bo w grind-corze mimo wszystko ważny jest pewien dystans do tego co się robi. I choć poza krótkimi historyjkami o trupach tańczących w przestrzeni kosmicznej ("Corpses of the Universe"), gnijących zwłokach ("Saponification"), tragicznych wypadkach ("Alpinists") i białostockim złodzieju ("Burglar") wszystko jest w grind'owej normie, to DEAD INFECTION przekonuje mnie tym swoim groteskowo-tradycyjnym stylem tak jak większość dokonań bandy Monty Pythona, a dużo bardziej niż ostatnie dokonania NAPALM DEATH. Ale ktoś pewnie stwierdzi, że to tak mi się porobiło z tego patriotyzmu. A no może i tak, a na dowód, że Polacy dostają tym razem więcej od innych mamy bonusowy cover "Bloodcraving" MORTICIAN i dwa video-clipy.

ocena: 8/10
www.deadinfection.info
www.myspace.com/deadinfection
www.selfmadegod.com
autor: Diovis


DEMONICAL - "Hellsworn"
(CD 2009 / Cyclone Empire)

To, co nie udało się przez długie lata CENTINEX, który był zaledwie jedną z wielu szwedzkich kapel death metalowych, zdołało w krótkim czasie uzyskać DEMONICAL. Można by powiedzieć, że muzycy nadrobili stracony czas i w końcu zaczęli grać dźwięki, przy których szybciej zabiją serca fanów oldskulowego deciora. Już debiutancki krążek "Servants of the Unlight" zasłużył na bardzo dobre recenzje, bo nareszcie wszystko miało przysłowiowe ręce i nogi, kawałki były tam nieskomplikowane, mocne, a przy tym chwytliwe. Oczywiście nie w sensie przereklamowanego AMON AMARTH, a raczej w formule klasycznego death metalu z początku lat 90-ych. Teraz, na "dwójce" z logo DEMONICAL wszystko to jest jeszcze bardziej wyraziste i podane jeszcze bardziej prosto z mostu. Na początek dostajemy rozpędzone "Baptised In Fire", które mocno "zalatuje" DISMEMBER, ale o to przecież tu przede wszystkim chodzi. Żadnych zbędnych eksperymentów, po prostu kawał dobrze skonstruowanego grzańska na samo otwarcie. Każdy kolejny kawałek z tego krążka wnosi dodatkowe atrakcje, ale cały czas słychać "Szwecję", a wpływy DISMEMBER słychać na tej płycie raz jeszcze, w umieszczonym na samym końcu numerze tytułowym. Na wyróżnienie zasługuje właściwie każdy z fragmentów, a jeśli czekacie na prawdziwe killery, które (sic!) można nucić sobie pod nosem, to znajdziecie je pod tytułami "Bloodridden" oraz "Death Metal Darkness". Po drodze jednak można napotkać jedną niespodziankę w postaci numeru "Götter des Nordens", które jest swoistym hołdem złożonym germańskim bóstwom. Jak na DEMONICAL, to bardzo epicki fragment tego albumu, w dodatku opatrzony niemieckojęzycznym tekstem. Już widzę miny fanów jeżdżących na rozliczne festiwale metalowe w Niemczech, na których z pewnością Szwedzi zagościli i jeszcze nie raz zagoszczą ;) Może więc by tak panowie w przyszłości wrzucili na płytę numer po polsku, to może w końcu i u nas będzie głośno o DEMONICAL. Bo jak na razie mało się o nich u nas mówi, a zasłużyli o wiele bardziej na uwagę od wielu sztucznie wypromowanych death metalowych kapel. A dzięki "Hellsworn" można mówić, że kryzys w świecie "śmiertelnej" muzy został zażegnany, bo przez jakiś czas szczerze powątpiewałem już w ten styl i jego aktualną kondycję. Dlatego z uporem maniaka polecam przestudiowanie tego dziełka!

ocena: 8,5/10
www.demonical.net
www.myspace.com/thedemonicalhorde
www.cyclone-empire.com
autor: Diovis


DESTROYER 666 - "Defiance" (CD 2009 / Season Of Mist Records) Znowu jakiś kretyn z "profesjonalnego" serwisu internetowego popisał się swoją "wiedzą" stwierdzając, że DESTROYER 666 nagrał najwolniejszą płytę w swojej historii. Pewnie mało co słyszał z ich dyskografii albo słuchał czegoś innego, bo chociaż zeuropeizowani Australijczycy nie sieką non-stop szybko lub bardzo szybko, to dalecy są od grania na przykład doom metalu. Dużo ryzykowali nie nagrywając nic od sześciu lat, KK Warslut, Shrapnel i Matt osiedli na dobre w Europie, ale chyba mieli inne zajęcia niż granie właśnie pod tym szyldem. Dlatego wielu już zdążyło zapomnieć, że taka kapela w ogóle działała. Nieliczni czekali na nowy album i pewnie część z nich nie poczuje się zawiedziona, ale... No właśnie "ale", bo niby DESTROYER 666 gra tak dawniej - gęsto, smoliście, z thrash'owym wykopem, a jednocześnie diabolicznie. KK z ekipą nie zapomnieli też o bardziej przystępnych fragmentach w postaci stosunkowo melodyjnych refrenów i epickich klimatów. Przodują w tym "Blood For Blood", "A Stand Defiant" i "Human, All Too Human", natomiast reszta to już plugawe hymny utrzymane głównie w szybkich tempach. Do tego przepisowe, wwiercające się w uszy solówki i elementy chaosu tak typowe dla wielu australijskich kapel. Obrazek jak malowany - tak by się mogło wydawać... Mimo wszystko można było spodziewać się trochę więcej po tak uznanej i doświadczonej kapeli, a już te mocno cofnięte i prawie niesłyszalne wokale są dla mnie czymś kompletnie niepojętym. No chyba że to wina machra, który wtłoczył dla celów promocyjnych recenzentom jakieś niezmasterowane mp-trójki... Ale tak czy siak, coś nie tak jest z tą płytą i już teraz wiem, że nie będzie wspominana tak jak na przykład "Unchain the Wolves" czy "Phoenix Rising".

ocena: 6/10
www.destroyer666.net
www.myspace.com/destroyer666band
www.season-of-mist.com
autor: Diovis


DRUDKH - "Microcosmos"
(CD 2009 / Season Of Mist Records)

Ukraina kojarzy się przede wszystkim z NOKTURNAL MORTUM, jednak szperający w undergroundzie fani mogliby wymienić jeszcze co najmniej kilka liczących się kapel z tego kraju. Inna rzecz, że dotąd płyty tych formacji były słabo dostępne w naszym kraju, więc wchłonięcie choćby DRUDKH przez znaczącą firmę Season Of Mist może być znakiem, że coś się w tej materii zmieni. Nie zmieniło się natomiast ani na jotę podejście tej hordy do promocji. Nie udzielają wywiadów, nie robią sobie sesji zdjęciowych, nie koncertują i nie mają strony www lub na Majspejsie. Można to uszanować, albo można obrobić im dupę na forach internetowych - oni najwidoczniej mają to wszystko jeszcze głębiej w rzyci. Odmieniło się jedno, bo nowy album, "Microcosmos", ma utrzymaną w niebieskiej kolorystyce okładkę, hehe. A muzycznie jest właściwie bez zmian. Kolesie grający również między innymi w ASTROFAES i HATE FOREST nadal trzymają się kursu na epicki, stosunkowo surowy i inspirowany folkiem black metal. Niedaleko im od NOKTURNAL MORTUM i jest to takie - można by rzec - ich przekleństwo albo rodzaj piętna. Z tą różnicą, że DRUDKH wywodzi się jednak bardziej z BURZUM'owskiej tradycji, bo więcej tu tej swoistej ludyczności i lodowatych odczuć, a mniej barwnych eksploracji tego, co można zrobić przy użyciu ludowego instrumentarium, tak jak robi to Kniaź Varggoth w swoim zespole. "Microcosmos" mieści się nie tak znowu daleko od transowego i atmosferycznego "Hvis Lyset Tar Oss", o czym świadczą podobnie długie instrumentalne pasaże, powtarzanie do znudzenia pewnych motywów, co owszem, ma swój urok, ale przy którymś tam przesłuchaniu brzmi przynudnawo i trochę jak popłuczyny tego, co już wiele lat temu stworzył Count Grishnakh. Nie twierdzę jednak, że DRUDKH nagrał słabą płytę, tyle że mógł dopracować więcej szczegółów i nie trzymać się kurczowo idei "o kurde, ale fajny motyw! zbudujemy na nim cały, dziesięciominutowy kawałek!". Na nowym albumie Ukraińców jest ponadto kilka prawie heavymetalowych solówek, a nawet jazzujące momenty, w których do przodu wysuwają się gitara akustyczna, bas i perkusja. Niestety, i te fragmenty powtarzają się w kolejnych kompozycjach, a wszystko zebrane zusammen do kupy nie pozwala mi na wystawienie wysokiej lub nawet średnio-wysokiej noty.

ocena: 5/10
www.season-of-mist.com
autor: Diovis


DEAD EYED SLEEPER - "Through Forests of Nonentities"
(CD 2009 / Supreme Chaos Records)
No proszę, czasem kompletnie nieznany zespół potrafi zaskoczyć. Tak jak na przykład niemiecki DEAD EYED SLEEPER, który praktycznie żadnych osiągnięć wcześniej nie miał, a i przeszłe losy muzyków tego bandu nie były w żaden sposób spektakularne. Może po części poza funeral doom metalowym AHAB, z którego wywodzi się dwóch grajków. Tymczasem "Through Forests of Nonentities" to bardzo przemyślany kawał muzy, którą można określić jako ambitny death metal. Te dźwięki mogą okazać się znajome dla wszystkich zasłuchanych w późny DEATH, NECROPHAGIST, CYNIC, ATHEIST, PESTILENCE, OBSCURA, a nawet w modern metal pokroju DAGOBA czy GOJIRA. DEAD EYED SLEEPER w ekwilibrystyczny i swobodny sposób przeskakuje od brutalnych blastów do pokręconych struktur, nie zapomina też o bardziej klimatycznych czy akustycznych fragmentach. I jest w sumie dość nieprzewidywalny. Gdy już wydaje się, że dany utwór pójdzie w jakimś określonym kierunku, za chwilę trzeba dokonać dość zdecydowanej rewizji poglądów. Na ten efekt pracują wszyscy muzycy, z czego najlepiej słychać to w partiach gitar, w których ślad idzie nie szczędząca łamańców rytmicznych sekcja - wyrazisty bas i kombinująca perkusja, zaś wokalista growluje, wrzeszczy i czasem nawet imituje coś w rodzaju śpiewu lub deklamacji. Można być pod wrażeniem różnorodnych gitarowych solówek, mnogości smaczków i dziwnych akordów, ale wszystko jest w strawnych dla każdego ucha metalowo-awangardowych ramach, tyle że ciekawie poukładane i zagrane. Płyta jest podzielona na trzy części, a każda składa się z trzech utworów. W pierwszej, "Enclosure", dominuje techniczne, deathmetalowe granie, w drugiej ("Transformation") pojawiają się dodatkowo wiolonczela i skrzypce, co w połączeniu z ciężkimi riffami i pokrętnymi motywami sprawia, że ta muza ma drugie dno i specyficzny klimat. To taka bardziej death'owa wersja MY DYING BRIDE, przynajmniej chwilami. Zaskoczenie tym większe, że w "The Sleep" grupa przechodzi kolejną transformację w death metalowy odpowiednik OPETH. W trzeciej części pt. "Exit" następuje wolta w stronę większego brutalizmu, ale nie brakuje też zaskakujących rozwiązań i ciągłych zmian konwencji. Po stronie plusów DEAD EYED SLEEPER należy też zapisać koncepcję graficzną wydawnictwa, na którą składają się interesująco skomponowane fotografie w sepii. Szukajcie tej płyty, bo naprawdę warto!
ocena: 8,5/10
www.deadeyedsleeper.com
www.myspace.com/deadeyedsleeper
www.s-c-r.de
autor: Diovis


DUAL-COMA - "Reprogrammed H.A.T.E."
(CD 2009 / Let Them Come Productions)
Powiem wprost. Nie lubię takiej muzyki. Drażnią mnie te pseudowokalne popisy chłopców stojących za mikrofonami, grane na siłę melodyjne refreniki i takie tam pierdolenie typu mocna zwrotka - ładny refren, i tak w kółko. Mi to wygląda na próbę usilnego wyrwania laski po rzekomym koncercie, która to na niby ładny głosik i przystępne melodyjki poleci. Kurwa, ludzie - ogarnijcie się!!! W tym całym pierdolonym melo-death metalu od co najmniej dwunastu lat nikt niczego mądrego nie zagrał. W koło tylko kopie SOILWORK'a i IN FLAMES!!! DUAL-COMA nie jest tutaj wyjątkiem. Chłopcy nie tworzą niczego oryginalnego. Cały czas obracają się wokół znanych i wyeksploatowanych patentów. Gdyby trochę pokombinowali (umiejętności ku temu mają), mogłoby wyjść coś znacznie ciekawszego. A tak wyszła taka nijaka "kackupa".
Podziękował.
ocena: 2/10
www.myspace.com/dualcoma
www.dualcoma.pl
www.let-them-come.eu
autor: Narmer


DEN SAAKALDTE - "All Hail Pessimism"
(CD 2009 / Avantgarde Music)
"All Hail Pessimism" jest pełno wymiarowym debiutem kolejnego projektu, w którym swe struny głosowe męczy Kvarforth. Zespół ten wystartował w 2006 roku jako projekt Sykeliga, znanego między innymi z GORGOROTH. Nazwisk reszty muzyków nie wymienię, bo mi się nie chce. I tak mało kto zwróci na to uwagę. Zresztą, każdy kibic wie, że nazwiska nie grają hyhy. Więc przejdźmy pokrótce do gry. A ta jest całkiem efektowna, wielobarwna i co najważniejsze zaskakująca. Od szybkich, acz melodyjnych black metalowych pasaży po doom'owe, klimatyczne zwolnienia z dęciakami w tle. Do tego zróżnicowane wokale Niklasa, który raz wrzeszczy jak poparzony, innym razem wprowadza w trans jak Attila na "Tajemniczych Obrzędach Lorda Szatana". Momentami nawet jakąś melodyjkę nuci pod nosem. Ogólnie full wypas, jak to hipowe chłopaki mawiają. Całość dopełnia jakaś niewiasta wyjąca do księżyc oraz wszelkiego rodzaju elektroniczno-klawiszowe wygibasy. Natomiast wszystkie te części składowe łączy depresyjna aura. Co niewątpliwie sprawi, że każdy ponurak choć na chwilę wyszczerzy kły.

ocena: 8/10
www.densaakaldte.com
www.myspace.com/densaakaldte
www.avantgardemusic.com
autor: Narmer


DOL THEETA - "The Universe Expands"
(CD 2008 / Electronic Art Metal Records)
Gdyby dokładniej przejrzeć nasz dział "Recenzje", natrafi się w końcu na opis albumu "Ocean Dynamics" DOL AMMAD. To nieprzypadkowa zbieżność nazw, bowiem DOL THEETA jest kolejnym pomysłem greckiego muzyka Thanasisa Lightbridge'a. Na pierwszy rzut oka wielkich różnic nie ma. Bardzo kolorowe okładki, obracające się wokół kosmosu, żywiołów i duchowości tytuły. Podobne wrażenia można odnieść z początku, słuchając muzyki napiętnowanej charakterystycznym brzmieniem DOL AMMAD. Silny akcent położono tutaj również na wszechobecną elektronikę, na którą nałożono ścieżki gitar, perkusji i wokali. O tym też nie decyduje przypadek, bo obok głównego kompozytora (na "The Universe..." obsługującego także perkusję), w składzie znalazły się dwie osoby nagrywające "Ocean Dynamics": wokalistka Kortessa i gitarzysta Dim. W odróżnieniu jednak od tamtej płyty, DOL THEETA nie brzmi aż tak epicko, symfonicznie i potężnie. Nie ma chórów, nachalnie Therion'owskich zapędów, natomiast większy nacisk został położony na stworzenie specyficznego klimatu, który trafnie oddaje opis samego Thanasisa - Art Metal Psychedelia lub Electronica Art Metal. Na tym albumie nic nie jest oczywiste, a barwy i odcienie zmieniają się niczym w kalejdoskopie. Czasem jest pięknie, magicznie i bajkowo, jak z obrazka z książeczek świadków Jehowy, czasem tajemniczo i mistycznie, a czasem po prostu nastrojowo, ale na swój sposób dziwacznie. Poszczególne utwory płyną lekko i swobodnie, nieskrępowane ramami takiego czy innego gatunku. Pomimo częstych zmian konwencji, która zahacza o el-muzykę (innymi słowy - muzykę elektroniczną w klasycznym znaczeniu), metal, gotyk i rock progresywny, płyta stanowi pewną zamkniętą całość i nawet najbardziej przypominające ostatnie dokonania THERION "Mud" i "Goddess" zostały skażone zniekształceniami w rytmice i strefie wokalnej. Do muzycznej koncepcji świetnie wpasowują się żeńskie wokalizy Kortessy, a czysty i ciepły zarazem sopran oraz zmysłowe szepty w kilku fragmentach łagodzą żmudnie budowane konstrukcje utworów sięgających po elektroniczną i symfoniczną improwizację jako środek do osiągnięcia swoistej Nirwany. W ostatnim na krążku numerze tytułowym DOL THEETA sięgnęła po etniczne instrumenty, w tym dudy, co pewnie jest jakimś znakiem, że Thanasis ma w zanadrzu coś, co ujawni w przyszłości. Zresztą już zapowiada trzeci projekt, którego nazwa - a jakże! - również będzie zaczynać się od słowa "DOL". A na razie, mówiąc słowami poety - zapomnij o smutkach i daj się porwać w podróż do wnętrza duszy. "The Universe Expands" to iście metafizyczne przeżycie i album ze wszech miar godny poznania.

ocena: 8,5/10
www.doltheeta.com
www.electronicartmetal.com
autor: Diovis


DEAD MAN'S HAND - "The Combination"
(CD 2008 / Agonia Records)
Szkoda trochę, że Agonia inwestuje w taki thrash. W taki thrash dla kostkowych metalowczyków. Thrash, w którym prawdziwej młócki za wiele nie ma!!! Niby wokalista troszkę growluje, ale po co??? Ten zabieg w ogóle mi tu nie pasuje!!! Płyta przeleciała parę razy, a ja nic nie czułem. Moja łysa pała ani na sekundę nie drgnęła. Nie wiem, czy to już przesyt, czy może ta płyta jest na mnie za słaba? Czemu w dzisiejszych czasach, aby zadebiutować trzeba tylko umieć obsługiwać instrumenty??? Czemuuu Kuuurwwwaaaa!!!!! Brak konkretnej wizji, jakiegoś ducha, powoduje, że muzyka staje się graniem dla grania. Młócić dla młócenia to można w sedes. Na zmianę inspirowanie się Slayerami, Kreatorami czy innymi Testamentami. Podkradanie na każdym kroku patentów zagranych i ogranych miliony razy nie wróży niczego dobrego. Czy naprawdę tylko tyle Wam wystarczy??? Ręce mi opadły...
ocena: 2/10
www.myspace.com/dmhmetal
www.dmh-metal.com
www.agoniarecords.com
autor: Narmer


DECEIVER -"Thrashing Heavy Metal"
(CD 2008 / Pulverised Records)
Prący do przodu, niemal na złamanie karku szwedzki DECEIVER prezentuje swoim fanom już trzeci duży materiał. Biorąc pod uwagę staż kapeli na scenie (niecałe pięć lat), oraz ilość wydawnictw na koncie (dwa dema i trzy płyty!!!), stwierdzam, że jest to niebywale morderczy wyczyn, którego wstydzić się nie muszą. Oczywiście, za ta nazwą nie stoją jacyś amatorzy. Mianowicie zespół tworzą byli muzycy takich kapel jak MAZE OF TORMENT czy FLESH. A więc czego można się po tej płycie spodziewać? W sumie nie do końca tego, co głoszą w tytule. Typowego heavy za wiele tu nie uświadczymy. Jedynie w kawałku zatytułowanym "The Dungeon" mogą nas nachodzić tak owe skojarzenia. W głównej mierze na albumie przeważa konkretny thrashowy łomot, zadziorny wokal, lekko wpadający w manierę typową dla Matti Karki'ego z DISMEMBER. Płyta jako całość spełnia swoje zadanie. Można przy jej akompaniamencie (nie) mile się zabawić, jak też troszeczkę porozrabiać. A więc kupujcie, póki jeszcze troszkę ciepła trzyma hyhy....
ocena: 8/10
www.myspace.com/deceiverswe
www.deceiver.tk
www.pulverised.net
autor: Narmer


DISSIMULATION - "Atiduokit Mirusius"
(CD 2008 / Ledo Takas Records)
Nigdy nie miałem zbytniej styczności z litewskim metalem. Nawet taki OBTEST omijałem szerokim łukiem. Lecz tym razem zostałem "zmuszony" do poobcowania z jednym z ważniejszych zespołów wywodzących się z "najgłębszych czeluści" litewskiej sceny. Zespół DISSIMULATION nie jest jakoś szczególnie znany w świecie, lecz w swym kraju ma wiele do powiedzenia. O czym świadczy nominowanie do "Lithuanian Alternative Music Awards" wraz z w/w OBTEST. Do takich awardsów to byle kogo chyba nie biorą, co? Natomiast muzycznie, kapelka ta rewolucji zbytniej nie czyni. Ot, taki sprawnie zagrany thrash/black na przyzwoitym poziomie, co się aby nikt nie musiał za chłopców wstydzić. Osobiście znam całą masę bardziej wartościowych kapel, które w porównaniu z DISSIMULATION wypadają o wiele lepiej poprzez nadanie znacznie większej intensywności i dynamiki. I tych właśnie składników zapomniano dodać do tego dania. A szkoda, ponieważ album w tej ostatecznej formie jest zbyt bezpieczny. Brakuje szczerej wulgarności, która powinna definiować tego typu granie. Oczywiście, nic na siłę. Brzmieniowo też za miękko. Nie dziwi mnie za specjalnie ta "klarowna ściana", gdyż jest to tylko ogólnoświatowy standard w dzisiejszych czasach. Gdyby w przyszłości zrezygnowali z blackowych motywów na rzecz stuprocentowej eksploatacji zasobów thrash metalowych, na pewno efekt byłby o niebo lepszy niż tym razem.
ocena: 6/10
www.ledotakas.net
www.myspace.com/dissimulationlt
autor: Narmer 

INDEX   D   [1  2   3  4  5  6  7]