| 9 | A | B | C | D | E | F | G | H | I | J | K | L | M | N | O | P | Q | R | S | T | U | V | W | X | Y | Z
INDEX



INDEX   E   [1  2   3] 


EXQUISITE PUS - "Dead [forgotten]"

(CD 2009 / Xtreem Music)

Płyta hiszpańskich death metalowców rozpoczyna się dźwiękami z jakiejś wojny, strzelaniny i wstawką fortepianową, by za chwilę przejść w ostrą deathową napierdalankę. Mamy tutaj miarową pracę gitar i perkusji, materiał raczej w średnich tempach, wzbogacony o ciekawe solówki i growlujący wokal. Jest to trzecie wydawnictwo tego zespołu i trzeba przyznać, że brzmi ono naprawdę ciekawie. Mamy tutaj typowe dla death metalu zwolnienia, mocne ściany gitar i rasowego wokalistę. Sam muzyka nie jest pozbawiona melodii i ciekawych solówek. Warto zwrócić uwagę na tę hiszpańską hordę, choćby z uwagi, że mało jest kapel z tego rejonu.

ocena: 7/10
www.myspace.com/exquisitepusofficial
www.xtreemmusic.com
autor: Peter




ELIS - "Catharsis"

(CD 2009 / Napalm Records & Mystic Production)

Są takie zespoły, które osiągają przy pomocy wydawcy, dobrych producentów i agencji reklamowej pewien całkiem wysoki pułap, ale nie potrafią wyjść ponad to. Po prostu dobrze brzmią na płytach, robią sobie profesjonalne sesje zdjęciowe, lecz poziom muzyczny jest taki sobie, przeciętny, a oryginalność praktycznie żadna. ELIS jeszcze pod poprzednią nazwą ERBEN DES SCHÖPFUNG zwracał na siebie uwagę pochodzeniem (maleńkie państewko w Alpach - Lichtenstein) i wtopił się w modę na gotycki metal. Potem dwoje pozostałych ze składu muzyków, Sabine Dunser i Pete Streit, przemianowało się na ELIS, ale muzycznie pozostało to samo. Większy wydawca nakierowany w dużej mierze na takie dźwięki wypromował ich, głównie w niemieckojęzycznych krajach, a po dwóch płytach i trzech latach działalności świat żywych opuściła wokalistka Sabine, która od jakiegoś czasu chorowała na raka. Pozostali członkowie grupy pozbierali się dość szybko, zaprosili do składu Sandrę Schleret (ex-DREAMS OF SANITY, SIEGFRIED, EYES OF EDEN) i nagrywają po dziś dzień. Najnowszy, wydany w listopadzie 2009 roku album nawiązuje do poprzednich wydawnictw, ale już na dzień dobry sypie banalnymi goth-metalowymi melodyjkami z komputerowymi orkiestracjami, elementami power metalu i typowym (aż nadto) śpiewem wokalistki (tak na marginesie, to dwa utwory są z tekstem w języku niemieckim). Cóż, ELIS nie różni się od innych kapel z tego kręgu, niebezpiecznie zmierzając tropem nagrywających również dla Napalm Records formacji LEAVES' EYES i EDENBRIDGE. Mam wrażenie, że parę numerów brzmi nieco, ale tylko nieco ostrzej od wcześniejszych, może to też po części wina tego, że w paru numerach pojawiają się męskie growle, które jednak robione są na siłę. Słychać rękę producenta płyty, Alexa Krulla, który "Catharsis" upodobnił niebezpiecznie do krążków wspomnianego już LEAVES' EYES. Sound jest jak spod sztancy, bez jakichkolwiek indywidualnych cech. Muzyka sobie gra, większość kawałków jest zgrabnie skomponowana, ale przy tym podobna do siebie i oparta na jednym schemacie. Z całości wyróżniają się może bardziej: epicki "Warrior's Tale", oparty na jakichś znanych (nie mogę ich przykleić do czegoś konkretnego) melodiach "Das kleine Ungeheuer") i spokojny, Nightwish'owski "Rainbow". Resztę można sobie spokojnie darować.

ocena: 4/10
www.elis.li
www.myspace.com/elisofficial
www.napalmrecords.com
autor: Diovis




EN DECLIN - "Domino / Consequence"

(CD 2009 / My Kingdom Music)

Zdeklarowani melancholicy i dekadenci z EN DECLIN ucieszą kilku nadwrażliwców faktem, że po czterech latach wracają do gry najnowszym albumem "Domino / Consequence". Pytanie tylko, czy rzeczywiście jest na taką muzę zapotrzebowanie? Sądząc po tym, że cieszy się powodzeniem choćby takie KLIMT 1918, pewnie tak. Jeśli jednak ktoś nie gustuje w takiej przesyconej smutkiem i melancholią melodyce, musi liczyć się, że po kilku minutach odczuje znużenie lub senność. EN DECLIN pisze niezbyt skomplikowane kawałki, w dużej mierze oparte na akustycznych gitar, a przester służy gitarzystom głównie do zaakcentowania refrenu lub pogłębienia specyficznego nastroju. Oprócz wspomnianego już KLIMT 1918 można porównywać tę muzę tak do TOOL (podobne operowanie dźwiękiem np. w "Over"), jak KATATONII, ANATHEMY czy THE CURE. Ja nazywam takie granie dobrze ułożonym i w kontrolowany sposób operujący mrokiem. Ten album to przede wszystkim dobrze i czysto brzmiące piosenki, smutne, z rzadka ożywiające się i robiące wrażenie przestrzennością oraz zwyczajnie ładnymi akustycznymi fragmentami. Na dłuższą metę to nuży, a barwa głosu wokalisty podwaja to wrażenie. Osobiście nie przepadam za takimi monotonnymi, bezjajowymi wokalizami. Poszczególne utwory różnią się od siebie w zasadzie tylko tytułami i jesienią czy zimą sprawiają, że człowiek nie nabiera wigoru. Żeby jednak nie było, że mam uprzedzenie wobec tego krążka, to polecam z niego nieco bardziej żwawy (przynajmniej w początkowej fazie) numer "Domino", wspomniany już tool'owski "Over" i najzwyczajniej w świecie piękny cover Beatlesowskiego "While My Guitar Gently Weeps", którego Włosi przynajmniej nie popsuli ;) Jakoś jednak nie wydaje mi się, abym sięgnął kiedykolwiek po tę płytę, gdyby nie obowiązek recenzenta...

ocena: 4/10
www.myspace.com/endeclin
www.mykingdommusic.net
autor: Diovis




EVOKEN - "Shades of Night Descending"

(CD 2009 / Displeased Records)

Dobrze się stało, że Displeased Records postanowiło wypuścić na srebrnej blaszce zbiór najwcześniejszych nagrań doom/death metalowego EVOKEN. W ten sposób zebrałem już prawie całą dyskografię tego zacnego bandu :) Brakuje mi jedynie "Quietus", więc jeśli ktoś z czytelników ma ją na sprzedaż, wie co zrobić ;) Ale nie zalecam zaczynać edukacji muzycznej związanej z tą kapelą od "Shades of Night Descending". Chociaż... dlaczego nie? Tu już słychać kierunek, w jakim zmierzało EVOKEN na późniejszych, już bardziej dopracowanych i lepiej brzmiących materiałach. Powolna, ciężka, mroczna, surowa i na swój sposób klimatyczna muza z grobowym wokalem robi wrażenie nawet po latach i pomimo brzmienia rodem z taśm demo. Zresztą wrzucono tu na dysk wyłącznie materiał z demówek: z tej z 1994 roku, która nota bene dała tytuł temu wydawnictwu (w 1996 roku wznowiło ją na CD francuska Adipocere Records) oraz z dwóch szerzej nie rozprowadzanych promo (1996 i 1997), co daje pełny obraz, z czego wzięły się potem pomysły na album "Embrace the Emptiness" czy nawet najnowszy "A Caress of the Void". Amerykanie nie ograniczali się nigdy wyłącznie do budowania utworów na jednostajnych riffach i jednym tempie. Na pierwszym z trzech zawartych tu materiałów gdzieś w tle pobrzmiewa klawisz, czasem wychyla się nieśmiało do przodu, zaś częściej na pierwszy plan wysuwa się prawdziwy trademark EVOKEN, czyli zsynchronizowane i równoprawne z przesterowaną gitarą akustyczne partie tegoż instrumentu. Daje to wrażenie przestrzenności i klimatyczności na pozór topornego grania. Na "Shades of Night Descending" jeszcze pobrzmiewają echa fascynacji wczesnym MY DYING BRIDE i tą cięższą stroną CELTIC FROST, czasem panowie otrząsają się z pogrzebowego rytmu i przyśpieszają (np. na początku "Tower of Frozen Dusk"), ale ogólnie przeważa atmosfera czegoś, czemu później nadano określenie funeral doom metalu. Obok głównego dania, jakim jest pierwsze demo, można prześledzić dalsze losy EVOKEN i chęć znalezienia potencjalnego wydawcy (stało się nim w końcu włoskie Avantgarde Music) tworzoną przez nich muzą. Przykładem tego jest już "Promo 2006" złożone z dwóch numerów (drugi, "Embrace the Emptiness", znalazł się w innej wersji na CD "Quietus") , w których odważniej operuje klawisz wmontowany w cholernie ciężkie riffy, akustyki i nałożony na to wszystko wokal Johna Paradiso, a ten już nie ogranicza się tylko i wyłącznie do growli. Nadal zdarzają się death metalowe przyśpieszenia, ale całość staje się coraz cięższa i coraz bardziej monumentalna. Poza dwiema rozbudowanymi kompozycjami znajduje się tu też instrumentalne, ponad 3-minutowe "Outro". Na koniec mamy jeszcze "Promo 2007" ze znacznie lepszym brzmieniem. Na jego zawartość składają się: trwający 9,5 minuty "Among the Whispering Spirits" oraz ponownie "Outro", które jest zaczątkiem pomysłu wykorzystanego na późniejszych płytach.
Tak czy siak, to kawał historii ponurej, dołującej i na swój sposób pięknej muzy.

ocena: 8/10
www.myspace.com/evoken
www.displeasedrecords.com
autor: Diovis




EDAIN - "Through Thought And Time"

(CD 2009 / dystr. Zero Budget Productions & CD dołączony do #29 czeskiego magazynu "Parat")

Po raz n-ty pewnie, przy okazji nielicznych materiałów, które docierają do Mrocznej Strefy od naszych południowych sąsiadów wspomnę, że Czesi i Słowacy kompletnie nie dbają o promocję swoich zespołów w Polsce. W sumie szkoda, bo przez to kilka świetnych kapel jest u nas nieznana, ale pewnie nie jesteśmy wyjątkiem, bo jakoś nie widzę wzmożonego zainteresowania tamtejszymi kapelami ze strony zagranicznych wydawców. Nie inaczej będzie z młodą formacją o nazwie EDAIN. Grupa stworzona w 2007 roku przez byłych muzyków ABSURD CONFLICT (kolejna nieznana u nas ekipa) stara się grać na niezłym poziomie, ale nie wychodzi poza zbyt wyraźne moim zdaniem inspiracje techniczno - progresywnym graniem w stylu uznanych artystów z takiego kręgu. Pomimo zaangażowania w masteringu debiutanckiego albumu EDAIN Blackosh'a z ROOT i CALES, ich death/prog metalowa muza brzmi topornie i wyłażą wszystkie braki i niedociągnięcia. Z jednej strony Czesi chcą mieścić się w ramach pokręconego death/thrash metalu w stylu DEATH, ATHEIST czy CYNIC, co wychodzi przeciętnie i bez polotu, a z drugiej zmagają się z usilnym inkorporowaniem elementów a la PORCUPINE TREE czy DREAM THEATER. I tu efekt jest mało przekonujący, a jeśli miałbym wskazać fragmenty, które mają potencjał powalenia słuchacza na łopatki, to takowych na tym krążku zwyczajnie nie ma. Do zaawansowanej technicznie muzy potrzeba bazy w postaci mocnej sekcji rytmicznej, potrafiących wyciąć ciekawe motywy gitarzystów i wokalisty obdarzonego charakternym głosem. Tu tego nie ma, a wszystko zlewa się w jedną, pozbawioną kolorów masę. Nie można zarzucić Czechom z Brna ambicji, ale płyta jest z rodzaju tych, co wlatują jednym, a wypadają drugim uchem. Przykro mi, ale słyszałem wiele znacznie lepszych kapel z kraju knedliczków...

ocena: 4/10
www.edain.cz
www.myspace.com/throughthoughtandtime
autor: Diovis




EMPYREAN - "Quietus"

(CD 2009 / Prime Cuts Music)

W każdym kraju, w którym gra się metal, potrzebni są pionierzy i naśladowcy, liderzy i autsajderzy. Przy okazji Australii trudno mówić o takim podziale. Położony prawie na końcu świata ląd, na który kiedyś zsyłano więźniów brytyjskiego dominium, wytworzył własny wewnętrzny ład i porządek, a nawet system wartości. Oddaleni od pozostałych nacji o setki i tysiące mil poddali się w końcu globalnej sieci internetowej, stąd od jakiegoś czasu i australijski metal wygląda często dość podobnie, jak amerykański czy europejski. W jakich kategoriach więc traktować EMPYREAN, który czerpie głównie z symfonicznego black metalu? Czy to kopia potentatów takiego grania? Poniekąd tak, chociaż na szczęście intencją tej kapeli nie jest być australijską odpowiedzią na przykład na DIMMU BORGIR czy CRADLE OF FILTH, ale mają z nimi sporo wspólnego. Na debiucie EMPYREAN wiodącą rolę odgrywają również rozbudowane partie klawiszy, które wraz z gitarowymi riffami i melodyjnymi leadami budują mroczny i przyswajalny dla przeciętnego metala czy metalówy klimat. Podniosłe, majestatyczne, wręcz filmowe fragmenty uzupełnia całkiem konkretne grzańsko i nowoczesne podejście do tematu w stylu GOJIRY czy DAGOBY. Dlatego bliższy jestem do określenia tej muzy jako "atmosferycznego modern death / black metalu" niż "vampiric", "symphonic", czy co tam jeszcze przychodzi do głowy, gdy słucha się takich dźwięków. Trochę niepotrzebnie wokalista australijskiej kapeli bawi się w skrzeczenie a la Dani Filth, bo poza tym konkretnie growluje i potrafi też nieźle pociągnąć czystym głosem. Pod tym względem lekcja jest dobrze odrobiona, bo wzorce takie, jak EMPEROR czy ARCTURUS sprawdzają się, oczywiście pod warunkiem, że nie stara się na siłę ich imitować. To powód, dla którego odważę się wręcz napisać, że jeśli szczęście i samozaparcie będą po stronie EMPYREAN, to w przyszłości mogą być eksportową dumą metalu z Antypodów. Warunek wszak jest jeden: nie mogą już bardziej upodabniać się do tych, którzy ich inspirują. Na razie więc wystawię dość ostrożną ocenę i poobserwuję co będzie dalej. A na koniec ciekawostka: mastering "Quietus" wykonali bracia Wiesławscy w białostockim Hertz Studio. Świat rzeczywiście stał się globalną wioską...

ocena: 7,5/10 www.empyreanmetal.com
www.myspace.com/empyreanband
www.primecuts.com.au
autor: Diovis




ETERNAL TEARS OF SORROW - "Children of the Dark Waters"

(CD 2009 / Massacre Records & Mystic Production)

Drugo-, a nawet trzecioligowy zespół o długiej i cokolwiek pretensjonalnej nazwie sławy już pewnie się nie dochrapie. Za to nie wiem czemu, ale co rusz ma zapewnione kontrakty z wydawcami i prawda jest taka, że nagrywa dla garstki fanów. Szósty w dyskografii album Finów, "Children of the Dark Waters", ma co prawda wszelkie zadatki do bycia pozycją popularną wśród tych, co lubują się w dźwiękach niezbyt skomplikowanych, melodyjnych i zaprawionych symfoniczną emfazą, ale powiadam, że furory nie zrobi. To po prostu jeszcze jeden krążek, przy którym muzycy się starali, opatrzono go świetnym brzmieniem, lecz poziom ekstremy i oryginalności przegrywa ze zwyczajnym rzemiosłem. Na "Children of the Dark Waters" wypośrodkowane są elementy agresji i banalnej melodii, i choć nie brakuje solówek, jeden z wokalistów używa growli, a niektóre kawałki mają szybsze momenty, to na nic starania, bo całość nie przekonuje. Może zawinił fakt, że ETERNAL TEARS OF SORROW wplata w swoją muzykę słabo pasujące elementy power metalu, kiczowato brzmiące przy tym całym bogactwie aranżacyjnym dźwięki pianina i na dobrą sprawę bazuje na tym, co aktualnie jest na topie w Finlandii i kilku innych europejskich krajach. Do tego jeszcze, sądząc po tytułach, teksty to szczyt pseudo-poetyckiego banału i grafomanii, bo mamy tu na przykład krucze serce, krew aniołów, łzy, szepty, demoniczne sny, zapadającą noc i jeszcze inne przejawy bełkotu. Z drugiej strony nie sposób nie zwrócić uwagi na to, że ten zespół zgrabnie odnajduje się na przykład w singlowym "Tears of Autumn Rain", w którym brzmi przebojowo i są dobrze współgrające z muzyką chóry. Na drugim biegunie jest czerpiący zbyt dosłownie z DIMMU BORGIR "Summon the Wild", gdzie ni stąd ni zowąd pojawiają się czyste wokale i spokojniejsze dźwięki, by za chwilę wszystko wróciło do punktu wyjścia. Kilka innych utworów jest też robionych pod kogoś innego (o zgrozo, pod CHILDREN OF BODOM też), byle tylko sprawić, że ich starania będą przyswajalne dla niezbyt wymagającego słuchacza.


ocena: 3/10
www.eternaltears.info
www.myspace.com/etos1
www.massacre-records.com
autor: Diovis




ECHOES OF YUL - "Echoes of Yul"
(CD 2009 / We Are All Pacinos Records)

Jeszcze do niedawna post-rockowe czy sludge'owe granie było obecne w naszym kraju jedynie dzięki wydawnictwom z zagranicy. Rok 2009 przyniósł już co najmniej trzy ciekawe wydawnictwa utrzymane w takiej właśnie stylistyce, a powstałe w całości w Polsce. Pierwsze z nich to mini-album BLINDEAD pt. "Impulse", drugie to opisywany w innym miejscu krążek TIDES FROM NEBULA, a trzeci to debiut dwuosobowego ECHOES OF YUL z Opola. Krążek przynosi dużą dawkę (ponad 76 minut) dość wolnej, przestrzennej i ciekawie brzmiącej, a tylko z rzadka agresywnej muzy, praktycznie instrumentalnej, bowiem głosy pojawiające się w części utworów to sample. Jest tu parę ciekawych pomysłów i rozwiązań, choć dla tych, co lubują się w rytmicznym graniu mam złą wiadomość, bowiem gro numerów z tej płyty opiera się na tak zwanych dronach, czyli odpowiednio poukładanych, a często improwizowanych plamach dźwiękowych. Dużo tu przesterów, sprzężeń, pogłosu i długo wybrzmiewających tonów, za to niewiele typowej perkusyjnej rytmiki. Można by rzec, że rytmikę tworzą tutaj często na przykład powtarzające się sample głosów, bas lub gitara. Z tego wszystkiego wyłania się obraz - raz to emanujący niepokojem, a innym razem eksplodujący i implodujący na przemian. Kompozycje są dość długie - najdłuższa, "32 - Everlasting Drifting", trwa prawie 12 minut. Warto zwrócić baczniejszą uwagę między innymi na momentami drapieżny, a już na pewno ciężki i kojarzący się z twórczością KYUSS "Midget" i następujący po nim kolejny walec (tu kłania się GODFLESH) pod tytułem "From Infinity To Infinity", kroczący (nomen omen) do przodu "Walking Skeletons" z ciekawym efektem w samym środku i rozchwiane klimatycznie "Pony". Przydałoby się w przyszłości wykorzystać te wskazówki, by wyzbyć się pojawiających się od czasu do czasu na debiucie dłużyzn i zapychaczy. I jeszcze jedna uwaga - najpierw, dzięki zespołowi, byłem w posiadaniu tego stuffu w formacie mp3 i odtwarzałem je na iPodzie ze słuchawkami, a potem poznałem to samo już na srebrnej blaszce i było zdecydowanie lepiej. CD jednak rządzi!!!

ocena: 7/10
www.myspace.com/echoesofyul
autor: Diovis


EGOIST - "Dead Egg"
(CD 2009 / Selfmadegod Records)
A to ci egoista z tego Stanisława Wołoncieja! Płytę nagrał samemu, osobiście zajął się produkcją i oprawą graficzną. Na dodatek na okładce umieścił swoje zdjęcie, na którym widnieje w roli elegancko ubranego dżentelmena-biznesmena. Nie należy się jednak spodziewać grzecznej, ułożonej i "politycznie poprawnej" muzyki. Egoistycznej już zdecydowanie tak. Skoro szaleć, to na całego! Taki koncept miał właśnie Stanley, na co dzień bębniący w bardzo wartościowym NEWBREED, gdzie gra ze swoim bratem. EGOIST nie jest jednak jego pierwszym solowym projektem. Wcześniej były już między innymi DREAM SYSTEM i SPACEBRAIN - dalekie od metalu, eksperymentalne i ambitne. Na "Ultra-Selfish Revolution" muzyk pozwolił sobie pofolgować, nie zapominając o tym, że metal też potrafi być nieobliczalny, czasem nawet dziwaczny, a na pewno można poprzez takie dźwięki przekazać własne doświadczenia i fascynacje. Zwłaszcza, gdy umiejętności są nie byle jakie. Tutaj bardzo czytelne są wpływy wszystkich tych jazz / fusion / death metalowych bandów, począwszy od MESHUGGAH, poprzez rzeczy wydawane przez Relapse Records, aż po główne inspiracje Stanleya w postaci CYNIC, PESTILENCE i ATHEIST. Dzięki dysonansom i dziwnym aranżom zbliża się chwilami do nowszej twórczości KING CRIMSON, co już przemawia samo przez się, ale to też tylko punkt odniesienia i punkt wyjścia do własnych prób oddalenia się od szufladek, szablonów i schematów. Chociaż pierwszy na krążku "The Rest Will Follow" to w dużej mierze właśnie połamane dźwięki a la MESHUGGAH, ale gdzieś od środkowej części poczynają się pojawiać bardziej przestrzenne smaczki. Jeszcze dalej w kombinowaniu EGOIST idzie w "Lifeless Love / Loveless Life" i "On", poprzez które Stanisław pokazuje, że nie jest tylko i wyłącznie kopistą w/w zespołów i że nie ogranicza się w swych poszukiwaniach, łamiąc wszelkie możliwe bariery. Bardzo ciekawie robi się w mocnych, chwilami bardzo agresywnych "Just Ones" i "These Strange Things", nie pozbawionych oczywiście połamanej rytmiki i dziwacznych rozwiązań. W drugim z tych numerów gitarowe solo nagrał sam mentor Stana - Patrick Mameli z PESTILENCE, z którym zresztą miał współpracować przy okazji projektu C-187, ale ostatecznie za perkusyjny zestaw wskoczył tam Sean Reinert (DEATH, CYNIC). Zaskakująco odprężający po tej gmatwaninie dźwięków jest "Near Warm Fireplace", w którym przeważa na wpół akustyczne granie, lecz nie brakuje tu również różnych "zakrętek", wszechobecnej, choć umiejętnie dozowanej elektroniki i tego nastroju niepokoju wyczuwalnego od samego początku do samiutkiego końca tej płyty. To tu mamy dowód na to, że EGOIST nie chce epatować tylko i wyłącznie techniką, karkołomnymi zagrywkami i zaskakującymi udziwnieniami, ale pamięta o tym, by muzyka była na swój sposób przyswajalna i słuchaczowi dało się przebrnąć przez ten gąszcz pomysłów. Dalej jest "(Not) the End" i tu ponownie pojawia się solo Patricka Mameli. Na koniec jeszcze pokręcony, ale przy tym bardzo przestrzenny "Bright Shift" i... chce się więcej! "Ultra-Selfish Revolution" jest tak zwięzłe i wypełnione świetnymi pomysłami, jak swego czasu był debiut CYNIC "Focus". Nie wiadomo kiedy mamy już ostatnie dźwięki. Znając kreatywność Stanleya doczekamy się już wkrótce czegoś przez niego stworzonego, nawet jeśli nie będzie to pod szyldem EGOIST. Słówko jeszcze chciałbym napisać na temat wokali. Tak Stanisław, jak i jego brat Tomasz nie są jakimiś szczególnymi śpiewakami, ale o dziwo sprawdza się to i w NEWBREED, i w EGOIST. Podobieństwa do CYNIC nie są przypadkowe, bo nie brakuje na "Ultra-Selfish..." przepuszczonych przez jakieś bajery głosów i ni to śpiewów, ni to zawodzeń. Nie chciałbym określać tego albumu mianem przełomu czy tytułowej rewolucji, ale wygląda na to, że EGOIST nagrał jedną z wybitniejszych płyt 2009 roku i nikt nie powinien przejść wobec niej obojętnie. W końcu nie co dzień rodzą się u nas rzeczy w rodzaju TENEBRIS i EGOIST właśnie.

ocena: 9,5/10
www.selfmadegod.com
http://egoist.metal.pl
www.myspace.com/egoistpoland
autor: Diovis


ENEMY SOIL - "Smashes the State Live"
(DVD 2008 / Selfmadegod Records)
Tę kapelę pewnie kojarzą głównie zagorzali szperacze grind'owego undergroundu. Chociaż trzeba przyznać, że po odszukaniu wiadomości o ENEMY SOIL można dowiedzieć się, że nie są tylko jednym z setek tysięcy kapel, które były sobie, znikły i ślad o nich zaginął. Dowód mamy w postaci tego DVD, na którym zebrano materiał koncertowy z krótkiej działalności w latach 1996-1998 oraz z koncertu reaktywacyjnego, mającego miejsce w Nowym Jorku w 2001 roku. Nie należy się jednak spodziewać pełnej profeski, ujęć z kilku kamer, cyfrowej obróbki i tym podobnych rzeczy. Kręcono ten stuff nie z myślą o wydaniu, a na pamiątkę i aby udokumentować pewne zdarzenia. Na przykład jeden z występów w College Park zgodnie z nazwą miał miejsce w przyszkolnym parku, a moshing przenosił się często w bezpośrednie pobliże muzyków i sprzętu, drugi odbył się w jakimś pomieszczeniu, które wyglądało jak mieszkanie. Występ w Baltimore to z kolei coś w rodzaju otwartej próby, zaś gig z Ontario w Kanadzie odbył się w jakimś piwniczno-klubowym pomieszczeniu, w którym nie było żadnej barierki oddzielającej fanów od zespołu. Zresztą nigdzie nie ma śladu ochroniarzy, jest full kontakt i pełen spontan. Trzej lub czterej muzycy (skład bardzo zmieniał się przez te trzy lata aktywności ENEMY SOIL) wychodzą na coś w rodzaju sceny i po prostu grają. Bez ozdobników, bez bajerów, bez patrzenia czy wyjdzie to czysto, czy nie. Byle głośniej, szybciej i ciężej. Wokaliści (pojawia się ich tu co najmniej trzech różnych) drą na maksa japę, gitarzysta, basista i perkusista katują swoje instrumenty i udziela się to przynajmniej części zebranych przed lub dookoła nich ludzi. Na jednym z występów jakiś koleś odbywa dziki taniec, w innym robi się młynek, w którym uczestniczy też wokal ENEMY SOIL. Przypomina to punkowe lub hard-core'owe koncerty gdzieś na squatach, bo tam nie ma znaczenia czystość dźwięku czy tworzenie widowiska, a czysta energia, chaos i dzicz. A amerykańskie kombo "na żywo" robiło niezły hałas, nie było w tym żadnej wirtuozerii i można by rzec, że mamy do czynienia z totalnym podziemiem. Pewnie podobnie wyglądały kilka lat wcześniej pierwsze koncerty NAPALM DEATH, S.O.B., DOOM i EXTREME NOISE TERROR. Zresztą ENEMY SOIL wywodzi się z tych klimatów i tylko w tych wolniejszych fragmentach urozmaica grind'owo-noise'owo granie o pewne motywy bardziej typowe na przykład dla GODFLESH. Nie spotkałem się wcześniej z żadnymi studyjnymi dokonaniami tej brygady, toteż wsłuchałem się w dodane jako bonus nagrania zarejestrowane na żywo w sali prób w marcu 1998 roku, ale poza większą starannością o trzymanie się rytmu wielkich różnic w stosunku do koncertowych nagrań nie ma. Cóż, zespół ma dla siebie pamiątkę, paru maniaków takiego grania również. Myślę, że na przykład maniacy PIG DESTROYER, w którego składzie jest część muzyków ENEMY SOIL, powinni sprawdzić zawartość tego wydawnictwa. Ale swoją drogą przydałby się jakiś obszerniejszy wywiad z muzykami zespołu (ograniczono się do notek napisanych przez każdego z nich we wkładce do DVD) i nieco głośniejszy dźwięk całości.

ocena: 7/10
http://enemysoil.drugsoffaith.com
www.selfmadegod.com
autor: Diovis


ELDRITCH - "Livequake"
(2 CD 2008 / Limb Music Products & Mystic Production)
Znam nazwę, słyszałem pojedyncze kawałki tego zespołu, ale na dobrą sprawę to moje pierwsze tak obszerne spotkanie z ELDRITCH. Tu w podwójnej dawce, bo cały koncertowy materiał umieszczony na dwóch dyskach to prawie 2 godziny muzyki, a do tego dochodzi jeszcze bonusowe DVD, którego nie miałem okazji zobaczyć, więc o nim w tej recenzji nie wspomnę ani słowem. Ten zespół jest bardzo popularny w Niemczech i Włoszech, ale w naszym kraju prawie w ogóle nie promowany. Paru fanów muzy spod znaku progressive/power metalu sporo traci. Ale obawiam się, że tylko oni. ELDRITCH na dłuższą metę jest męczący, jednowymiarowy i nudny. Każdy z kawałków jest zbudowany na podobnych zasadach, bez zaskakujących zmian i w jednej, prawie tej samej manierze. Jeśli na tym wydawnictwie mamy przekrój ich najlepszych lub najbardziej popularnych kawałków z wszystkich siedmiu płyt, to tym bardziej jestem o tym przekonany. Owszem, zdarzają się utworom tych Włochów jakieś rytmiczne łamańce, progresywno-metalowe zapędy, jednak zasadniczo to schematycznie zbudowana muzyka utrzymana w melodyjnym, powermetalowym stylu z za bardzo egzaltowanym moim zdaniem wokalistą. Nie piszczy co prawda, jak wielu "kastratów" z podobnych niemieckich kapel, ale jego głos w dwugodzinnej dawce doprowadza do stanu znużenia i przesytu. Przy tej okazji słów kilka o jego konferansjerce. Zarejestrowany koncert miał miejsce w rodzinnym mieście części muzyków tego bandu, czyli Pizie, więc dziwi mnie fakt, że Terence Holler zapowiada utwory tylko i wyłącznie w języku angielskim. Rozumiem, że "Livequake" zostało wydane z myślą o całym świecie, w którym ten język jest najbardziej zrozumiały i rozpowszechniony, lecz mimo wszystko trochę lokalnego patriotyzmu byłoby jak najbardziej na miejscu. Terence, który tak naprawdę nazywa się Mario Tarantola, nadrabia to jakimiś okrzykami w rodzaju "ELDRITCH loves you!", co pasuje tu jak pięść do oka. Zresztą symptomatyczne jest to, że nie tylko muzycy tego zespołu, ale również bardziej chyba znanych RHAPSODY i kilku innych używają z angielska brzmiących pseudonimów, tak jakby już na starcie byli skupieni bardziej na robieniu kariery niż na samej satysfakcji, że tworzą ciekawą muzę. To tak na marginesie, ale w powiązaniu z płytą koncertową, która jest jakimś tam podsumowaniem dotychczasowej działalności ELDRITCH ma według mnie sens. A już tak pisząc o samej muzyce, to koncertowe brzmienie, jakie tu słyszymy, niewiele różni się od studyjnego, chociaż czuć, że na przykład przy samych wokalach nie grzebano zbyt wiele, bo wkradają się fałsze, nierówne "chórki" i pokrzykiwania, którymi Terence Holler zachęcał w trakcie utworów do zabawy, moshowania pod sceną etc. W sumie pozycja dla zagorzałych fanów tego zespołu, takich dźwięków. Mogą ją zakupić także ci, którzy szanują takie kapele, jak FATES WARNING, THRESHOLD, NEVERMORE i mocny power metal.
ocena: 5/10
www.eldritchweb.com
www.myspace.com/neighborhell
www.limb-music.de
autor: Diovis


ENABLERS - "Tundra"
(CD 2009 / Exile On Mainstream Records & Rockers Publishing)
Lubię nowe wyzwania w świecie muzyki. Oznacza to, że coś wciąż się dzieje i nie mamy do czynienia z tak zwaną stagnacją na równie tak zwanej scenie. Do głównej "kwatery" Mrocznej Strefy przychodzą materiały różne i niekoniecznie tylko ciężkie, brutalne i bluźniercze. Również takie rzeczy, jak "Tundra" ENABLERS. Muzyka tu zawarta jest jak najbardziej gitarowa, niełatwa w odbiorze i ekstremalna na swój wyrachowany sposób. Spokojna, a przy tym pełna dysonansów, eksplodująca wewnętrznym niepokojem i wysublimowana jednocześnie. Pierwszy raz spotykam się z określeniem "spoken word / rock", bo też nieczęsto spotyka się coś takiego, jak mariaż poetyki przekazywanej przez deklamującego teksty wokalistę z muzyką. Owszem, mieliśmy THE DOORS, NICKA CAVE'a i jego THE BAD SEEDS oraz TOMA WAITS'a, ale wszędzie tam mieliśmy do czynienia z takim czy innym, ale jednak śpiewem. Tu emocje przekazane w tekstach są deklamowane, a muzyka stanowi ilustrację dźwiękową. To w sumie taka nowoczesna interpretacja wszystkich tych post-punkowych formacji z lat 80-ych pokroju THE FALL, SONIC YOUTH, JOY DIVISION czy OPPOSITION w oprawie nasyconej przytłaczającym, neurotycznym graniem spod znaku sludge-core'a, przestrzennością post-rocka czy różnymi wynalazkami Relapse Records. Ani krzty tu metalowych czy choćby metalicznych lub zmetalizowanych brzmień, a efekt jest hipnotyczny i wciągający swoim specyficznym klimatem. Sami widzicie, jak trudno wrzucić ENABLERS do którejś z szuflad i nawet wyznaczniki w postaci wspomnianych nazw nie są po prawdzie rzeczywistym odzwierciedleniem zawartości tej płyty. Na albumie "Tundra" wszystko pojawia się jakby w krzywym zwierciadle, bo nawet jeśli słyszy się rockowe brzmienia, jazzującą perkusję, sludge'owe ataki gitar czy bluesową skalę, to za chwilę następuje na tyle silna deformacja i zmieszanie dźwięków, że jedno słowo tylko może opisać ten pozorny chaos: ORYGINALNOŚĆ. Pierwszą płytę ENABLERS wydali kolesie z NEUROSIS... może to będzie motywacja, by spróbować "Tundry" na własne uszy?
ocena: 8/10
www.myspace.com/enablers
www.enablerssf.com
www.mainstreamrecords.de
www.rockers.pl
autor: Diovis


EMBRIONAL / EMPHERIS - "The Spectrum of Metal Madness"
(Advance-CD 2008 / Old Temple)
Jak by nie patrzeć, nasza podziemna scena metalowa ostatnimi czasy nie rozpieszcza fanów wysypem wyróżniających się kapel wnoszących coś nowego lub po prostu czymś się wybijających ponad wszechobecną przeciętność. Dlatego EMBRIONAL i EMPHERIS to na pewno takie elementy pozytywne w masie szarości, ale i one nie wypełzły znikąd tworząc swoją reputację szeregiem różnego rodzaju wydawnictw. Split obu tych formacji nie jest szczególnym osiągnięciem tak jednych, jak i drugich i od strony doboru materiału "żyje" sobie w zgodzie z obecnym trendem na nagranie materiałów, z czego premierowe kawałki autorstwa EMBRIONAL oraz EMPHERIS są tylko niedużym fragmentem, a pozostałe to covery. Wystarczy wspomnieć chociażby ostatnie nagrania STILLBORN i wszystko jest już jasne. Nie neguję jednak w żaden sposób ani tego pomysłu, ani całokształtu "The Spectrum of Metal Madness", bo to naprawdę bardzo dobra pozycja. Zaczyna EMBRIONAL. Zabrscy deathmetalowcy koszą równo szybkim i bezpośrednim "Homicide", by zaatakować zaraz potem diabolicznym i pokombinowanym "The Abyss of Human Soul". Tu po raz kolejny Ślązacy dowodzą, że ich mentorami są diaboliczne akty w rodzaju INCANTATION czy IMMOLATION. Pozostałe cztery numery na tym splicie są już wspomnianymi wcześniej przeróbkami. O ile "Buried By Time And Dust" MAYHEM to bardziej deathmetalowa wersja tej pieśni, a "Rotting" SARCOPHAGO brzmi bardziej ciężko i jeszcze mocniej akcentuje chory klimat oryginału, to już do "Land of Tears" wskrzeszonego nie tak dawno PESTILENCE muzycy EMBRIONAL nie wnoszą właściwie nic nowego. Może brutalniejszy jest wokal, a perkusista nie szczędzi nam blastów, ale zabieg wrzucenia tego właśnie numeru na ten materiał mija się moim zdaniem z celem. Na koniec pozostaje jeszcze "Śmierć i Zniszczenie" - instrumental złożony z różnych charakterystycznych deathmetalowych motywów. Zachowam się przewrotnie i pozostawię odkrycie co składa się na ten numer. Po śmiercionośnym ataku EMBRIONAL przychodzi czas na piewców oldskulowego thrash/black metalu z EMPHERIS. Znający ich poprzednie dokonania nie rozczarują się nowymi kawałkami, bo "Lovecraft" i "Black Pyramid" to solidna dawka pierwotnego thrash metalu z black'owymi akcentami. Nie należy tego jednak mylić z dokonaniami NIFELHEIM, WITCHMASTER czy BESTIAL MOCKERY, chociaż energia bijąca z tej muzy jest podobna. Narmer miał rację w recenzji ostatniego długograja tej warszawskiej ekipy, że tylko BLOODTHIRST ma w tej chwili szansę im dorównać w graniu takich, a nie innych dźwięków. Z kolei covery dorzucone na split świadczą o otwartości EMPHERIS na różne odmiany oldskulowego łomotu. Wyjątkowo udany numer "Assassin" z "jedynki" niemieckiego ASSASSIN oprócz swego oryginalnego thrash'owo-chaotycznego charakteru ma więcej death'owej mocy, punkowy "I Don't Believe In Miracles" z basistą Empherionem na wokalu ma niezły wykop, natomiast krótki cios w postaci "Atomic Nuclear Desolation" BLASPHEMY i standardowo zagrane "Slowly We Rot" OBITUARY można już jedynie odnotować, że tutaj są, aczkolwiek nie twierdzę, że są nieudane czy niepotrzebne. Co by nie pisać, macie tutaj ponad trzy kwadranse rasowej dźwiękowej destrukcji i możecie się nią napawać w dzień i w nocy.
ocena: 8/10 (Embrional), 7,5/10 (Empheris)
www.embrional.republika.pl
www.myspace.com/embrional
autor: Diovis


EMERGENCY GATE - "Rewake"
(CD 2009 / Silverwolf Productions)
Ten niemiecki zespół już raz popełnił falstart, gdy niedługo po jego zaistnieniu (wcześniej coś tam "dłubali", ale efektów audio praktycznie nie było) dostali ofertę od pewnego molocha wydawniczego, a po wydaniu albumu "Nightly Ray" przygoda z wielkim biznesem muzycznym się skończyła (w domyśle: płyta nie sprzedawała się w ilości zadowalającej wydawcę), do tego jeszcze wokalista Fabian "Cem" Kiessling zrezygnował z bycia częścią grupy. Reszta muzyków nie poddała się i po długich przygotowaniach wracają z jakże symbolicznie zatytułowanym albumem "Rewake". Nie mam pojęcia, jak się ma do debiutu, jednak brzmi zawodowo i w pewnych kręgach fanów może ostro namieszać. Pod warunkiem, że ktoś naprawdę lubi nowoczesny metal, w którym priorytetem jest melodyjność i ogólna lajtowość materiału wyjściowego. Owszem, to muzyka oparta na ciężkich gitarach, wszechobecnych solówkach, wrzeszczącym, growlującym i śpiewającym na zmianę wokaliście i czerpiąca z różnych szuflad, ale ekstremiści tylko skrzywią się z niesmakiem. Reszta niech lepiej się wsłucha, jak pieczołowicie dopracowano tutaj każdy szczegół. Z jednej strony EMERGENCY GATE czerpie garściami z energetycznego power metalu, z drugiej sięga po rozwiązania i melodykę rozpropagowane przez SOILWORK czy MERCENARY, ale nie brakuje też lekkich nawiązań do tak zwanego symfonicznego metalu (klawisze nie są jednak na "Rewake" dominującym instrumentem), a nawet znalazło się miejsce dla niespodziewanie spokojnego i w dużej mierze nie-metalowego kawałka "Remains" oraz balladowego "Lullaby" na sam koniec płyty. Ten przedostatni mógłby być bez problemu grany przez wiele stacji radiowych. Głównie oparty jest na partiach pianina, czystych wokalizach i jakiejś takiej nieokreślonej podniosłości. W większości pozostałych numerów jest już zdecydowanie więcej modernistycznego metalu, a że brzmienie tego albumu jest wręcz wyśmienite, to w sumie jest prawie że idealnie. Sam zdziwiłem się, jak gładko wchodzi w ucho ten materiał. Poniekąd komercyjny, a jak ciekawie skonstruowany i zagrany.
ocena: 8/10
www.emergency-gate.com
www.myspace.com/emergencygateonline
www.silverwolf-productions.com
autor: Diovis


ETHELYN - "Traces Into Eternity"
(CD 2008 / Brewery Distro)
Powstały w 1995 roku w Opocznie zespół ETHELYN po upływie 13 lat raczy nas swym debiutem. Choć po prawdzie jest to materiał pierwotnie wydany przez zespół w roku 2004 w formie dema, który to dopiero po czterech latach doczekał się oficjalnego wydania przez Brewery Distro. Jak dla mnie posunięcie prawidłowe. Dlaczego tak sadzę?! Ponieważ materiał zawarty na tej płycie jest jak najbardziej "reprezentatywny", czyli nadajacy się do szerszego upublicznienia. I tak całkiem przy okazji umili nam oczekiwanie na nowy materiał NOMAD. Dlaczego pojawia się w tej recenzji NOMAD!? Nie, nie na zasadzie poszukiwania podobieństw, lecz ze względu na osobę Nameless'a, który to z niebywałą gracją smyra struny w tych zespołach. Jak już wspomniałem, podobieństw do "koczowników" tu nie uświadczymy. ETHELYN, mimo korzystania z podobnych składników, ma pomysł na siebie i zgrabnym kroczkiem dąży do wypracowania własnego stylu. Oczywiście odbywa się to dość wolno, ale takie są polskie realia, chłopaki zapewne nie mogą sobie pozwolić na poświęcenie całego czasu kapeli. Wróćmy jednak do muzyki. Na "Traces Into Eternity" znajdujemy kawał solidnego black/death metalu nie pozbawionego melodii. Te dziesięć utworów aplikuje się w niecałe czterdzieści minut z... lekkością. Całość jest zgrabnie zaaranżowana, mocno przyswajalna, nośna itp. itd. Jakoś mi nie wadzi :) Co osobiście dla mnie jest OGROMNYM plusem, ponieważ przy dzisiejszym zalewie "wartościowej muzyki" momentami nie wyrabiam. I choćby dlatego warto mieć ten album w swoich zbiorach. Szczerej muzyki nigdy za wiele!!!
ocena: 8/10
www.ethelyn.org
www.myspace.com/ethelynband
autor: Narmer


EVOCATION - "Dead Calm Chaos"
(CD 2008 / Cyclone Empire)
Może nie z ogromną niecierpliwością, ale na pewno z ciekawością czekałem na kolejne uderzenie Szwedów z EVOCATION. Pierwszy po powrocie do "żywych" i zasadniczo debiutancki album pt. "Tales From the Tomb" z 2007 roku narobił mi smaka i obok ubiegłorocznego krążka DEMONICAL oraz ostatnich produkcji ENTOMBED czy DISMEMBER wlał sporo nadziei, że tradycyjny szwedzki death metal powraca do siły sprzed dobrych kilkunastu lat. I nie omyliłem się, bo "Dead Calm Chaos" to kawał zacnie zagranego i opatrzonego świetnym brzmieniem oldskulowego death metalu, który odświeża sprawdzoną formułę tego grania. Ważne jest to, że nie jest to odsmażanie starych kotletów, a nowa jakość została oparta o wypróbowane wzorce. Album rozpoczyna się nieśpiesznie, prawie doom'owym intro "In the Reign of Chaos", po czym następują zróżnicowane w tempie killery "Silence Sleep" i "Angel of Torment", ten drugi z gościnnym udziałem legendarnego gitarzysty AT THE GATES, a obecnie THE HAUNTED Andersem Björler'em. W świetny sposób przemieszano w nich melodykę wspomnianego przed chwilą AT THE GATES, UNLEASHED czy CEMETARY (część muzyków EVOCATION kiedyś tam grała) z motoryką DISMEMBER i EDGE OF SANITY, co w połączeniu z "zapiaszczonym" brzmieniem gitar, cięższymi, prawie doom metalowymi motywami, konkretnymi wokalizami i udanymi, "śpiewnymi" solówkami jest prawdziwym miodem na uszy dla każdego fana "starej Szwecji". Kilka utworów oparto na niezbyt skomplikowanych liniach melodycznych, dzięki czemu pozostają na długo w pamięci. Takim przykładem jest "Protected By What Gods", które chwilami kojarzy się z wcześniejszymi dokonaniami PARADISE LOST (solówki!), nie tracąc przy tym śmierć metalowego pazura. Pozytywnych niespodzianek jest na tym krążku jeszcze więcej, bo w "Antidote" swój gościnny występ zaliczył sam Dan Swanö (a zarzekał się kiedyś, że nie będzie już growlował!), a na koniec, w "Razored To the Bone", ponownie pojawia się Anders Björler (końcówka tego numeru to bezpośrednie nawiązanie do twórczości MY DYING BRIDE). Zresztą całość jest ogólnie udana, przemyślana i utrzymana w duchu starych dobrych produkcji Thomasa Skogsberga i Sunlight Studio. Zalecane fanom takich rzeczy i wątpiącym w to, że można w takim graniu stworzyć coś świeżego.
ocena: 8/10
www.evocation.se
www.myspace.com/evocationswe
www.cyclone-empire.com
autor: Diovis


EARTH CRISIS - "Breed the Killers"
(CD 2008 / I Scream Records)
Czegóż to się nie chwytają wydawcy, by zachęcić do zakupu pewną grupę odbiorców! Właśnie wznowiony przez I Scream Records debiutancki album EARTH CRISIS określono jako metal-core. Tak samo swego czasu wprowadzano w błąd mówiąc o FEAR FACTORY jako praojcach nu metalu albo wrzucając na przykład CHIMAIRA do jednego wora z metal-core'm. Nie słyszałem wielu kawałków pochodzącego z Syracuse (stan Nowy Jork) zespołu, ale nie sądzę, by kiedykolwiek byli skłonni do skrętu w stronę jedynie przewrzeszczanych form wokalno-muzycznych. "Breed the Killers" czerpie z klasycznego hard-core'a, a jednocześnie słychać tu echa PANTERY, MACHINE HEAD, SLAYER'a, a nawet (chwilami) starego, poczciwego BLACK SABBATH. Dobra, umówmy się, że jest to jakaś kombinacja core'a i metalu, ale nie w tym znaczeniu, w jakim funkcjonuje to ostatnimi czasy. Przecież kiedyś D.R.I. czy SUICIDAL TENDENCIES też to robiły i nikt (nawet pismacy-nieucy) nie uważa ich za odnośnik dla wszystkich tych klonów KILLSWITCH ENGAGE czy xxx. A wracając do "Breed the Killers", to intencja wydawcy, by wznowić ten debiutancki krążek jest jasna. $$$. EARTH CRISIS właśnie się reaktywowało i przeszło do dużej firmy, jest więc ku temu dobra okazja. Mimo to, wszyscy albo przynajmniej większość zwolenników motorycznego grania oraz wegańskiego ruchu straight edge powinno przysłuchać się temu materiałowi uważnie. Pod warunkiem, że go nie słyszeli wcześniej, ponieważ umieszczono tu tylko dwa dodatkowe nagrania, koncertowe wersje "No Allegiance" i "Standing Corpses". Warto też zwrócić uwagę, że w "One Against All" gościnnie wydziera się sam Rob Flynn z MACHINE HEAD, a produkcją oraz miksami albumu zajął się mistrzunio Andy Sneap, więc sound jest odpowiednio czytelny, a przy tym wgniatający w podłogę. Można kupić, ale nie trzeba.
ocena: 6/10
www.myspace.com/earthcrisis
www.iscreamrecords.com
autor: Diovis


EMPHERIS - "Regain Heaven"
(CD 2008 / Circle Of Pain Records)
Dzięki temu albumowi zespół EMPHERIS na wieki zapisał się w annałach polskiej sceny thrash/black metalu!!! Jedynie poznańskie BLOODTHIRST jest w stanie im zagrozić. Przynajmniej nie słyszałem o jakimś innym zespole w TAKI sposób łączącym oba te style. Niebywała wręcz chwytliwość przeplata się tu z rozrywającymi bębenki uszne thrashowymi riffami oraz z dusznym klimatem black metalu. Uwierzcie mi, to nie są jakieś drugoligowe popisy. Z całą pewnością stwierdzam, że ten zespół dałby sobie radę na "powierzchni" metalowej sceny. Pomimo łączenia tylu elementów muzyka nie traci swej przepięknej prostoty. Ilu z Was woli posłuchać muzyki wpadającej w ucho po, dajmy na to, dwóch przesłuchaniach niż arcytechnicznych wygibasów, w których to gubi się prawdziwy duch sztuki? Zapewne większość. Już widzę oczyma wyobraźni, jak napierdalacie łbami przy takich utworach jak "Flamethorns" czy "Bloodwrath". A z kolei taki "Serpent Fuckin' Hatred" dosłownie niszczy wszystko, co powstało w dziedzinie black/thrashu w tym roku!!! Chwytliwość wraz z jadem dały tu piorunujący efekt!!! Natomiast największa niespodzianka czeka nas na samym końcu "Regain Heaven". Mowa tu o "Symphony of Obliteration". Czegoś takiego ja się po tej kapeli nie spodziewałem!!! Otóż w tym utworze chłopcy zafundowali nam niemal doom metalowego walca ozdobionego partia skrzypiec!!! Gdyby ten numer zaśpiewano growlem, powiedziałbym, że to MY DYING BRIDE mniej więcej z okresu "As The Flowers Withers"!!! A tu kuku, to EMPHERIS. Właśnie, to EMPHERIS....
ocena: 9/10
www.circleofpain.pl
autor: Narmer


EARLY GRAVE - "Tommorow I Am You"
(CD 2008 / Rising Records)
Po tym, gdy ujrzałem zdjęcie tej czwórki Anglików, niemalże automatycznie, bez zastanowienia cisnąłem płytą jak najdalej od siebie. Wyobraźcie sobie jak straszliwą torturą musiało być samo zmuszenie się do pierwszego odsłuchania proponowanego przez nich albumu. Czy moja niechęć i obawy wynikające z kontaktu "wzrokowego" są w stu procentach uzasadnione?! I tak, i nie!!! Bowiem, ku mojemu przeogromnemu zdziwieniu, chłopcy łoją momentami (całkiem sporo tego jest!!) cholernie agresywnie i intensywnie. Ale najbardziej zadziwiło mnie brzmienie tych utworów, łudząco podobne do tego osiąganego przed laty przez tuzów szwedzkiego death metalu ze wskazaniem na ENTOMBED. Wierzcie lub nie, ale po pierwszych sekundach wyłączyłem odtwarzacz aby sprawdzić czy to aby jest właściwy album. Sadziłem, że nastąpiła jakaś pomyłka. Jednak myliłem się. To była ta płyta!!! Przyznam, że spodziewałem się jakiegoś emo-metalcore'a z włazidupnymi melodyjkami dla gównazjalistów. A tu ku mojemu zdziwieniu zaczęło się niebywale ostro. Lecz z upływem czasu przekonałem się, że tak różowo to nie będzie. A mianowicie dały o sobie znać w/w elementy bezwartościowe w przypadku czegoś, co chcemy nazwać death metalem. Owe eksperymenty pasują tutaj jak świni siodło. I w sumie jest to główny mankament tego albumu. Można było spokojnie podarować sobie tych wyciąganych na siłę melodyjek, przy których następuje ewidentne "zahamowanie". Jak na razie sprawiają wrażenie zagubionych, ale nie zaszkodzi poczekać do następnego albumu.
ocena: 5/10
www.myspace.com/earlygraveuk
www.risingrecords.org
autor: Narmer


EMPTY PLAYGROUND - "Empty Playground"
(CDR 2008 / własna produkcja zespołu)
Próby łączenia ekstremalnego metalu z industrialnymi elementami i samplami z różnych filmów podejmowały już przeróżne kapele: u nas na przykład MORD 'A' STIGMATA, a za granicami choćby ABORYM. Również debiutujący niedawno półgodzinnym materiałem poznański EMPTY PLAYGROUND podjął się tego zadania. Od samego początku "All I Have", aż po siódmy, bonusowy track na tej ep-ce "COHF" (poszukajcie w necie rozwinięcia tego skrótu ;) atakują nisko nastrojonymi gitarami, growlami i wrzaskami, fragmentami wyciągniętymi z horrorów i nie tylko (niektóre motywy były nadużywane już na innych wydawnictwach) oraz wysuwającą się czasem na pierwszy plan elektroniką i bitami rodem z jungle czy drum 'n bass. Sami określają to w biografii jako "ich unikatowy styl", chociaż byłbym nieco bardziej ostrożny z ferowaniem takich wyroków już po pierwszym materiale. Owszem, ten zespół ma swoją koncepcję, wciela ją w życie, kreuje pełen niepokoju klimat, napracował się przy złożeniu ciekawie zrobionej, 12-stronicowej wkładki, ale ja poczekam na kolejny zwrot akcji. Albo EMPTY PLAYGROUND okaże się jednorazowym wyskokiem i eksperymentem zrodzonym z potrzeby chwili, albo będziemy mieli do czynienia z nieobliczalnym i nowatorskim tworem, który wniesie do ekstremy wiele intrygujących rzeczy. Optuję za drugim rozwiązaniem, a na razie będę świadomie prowokacyjny i napiszę, że moim zdaniem to za dużo tu nu metalu i sampli, a za mało treści. Ale ocena jaka jest, każdy widzi. Na zachętę.
ocena: 8/10
www.emptyplayground.com
www.myspace.com/niemaboga
autor: Diovis


ESQARIAL - "Burned Ground Strategy"
(CD 2008 / Propaganda Promotions)
Wydawało się, że ESQARIAL nie zdoła już niczym zaskoczyć, tym bardziej, że od poprzedniej, nie tak znowu deathmetalowej płyty pod tytułem "Klassika" minęło już kilka lat i parę osób już myślało, że to koniec tej formacji. Ale gdzieś tak na początku lata otrzymałem promo z nowym materiałem, przesłuchałem i przekazałem komuś do zrecenzowania, a i tak płytka ostatecznie do mnie wróciła, bo nawet wśród zaufanych osób są ludzie niekompetentni... Wraz z upływem czasu muzyka dojrzewała, nabierała "mocy urzędowej" i została nawet wydana w gustownym digipaku. "Burned Ground Strategy" to płyta, powiedziałbym, bardzo rebeliancka i dowodząca tezy, że niektóre zasłużone zespoły wcale nie składają broni i wciąż eksplorują agresywne rejony ekstremalnej muzyki. Już drugi na albumie "Mors Tua Vita Mea" (pierwszy to krótkie intro pt. "Alarm!") to bezkompromisowy atak złożony z ciętych riffów, rozszalałych solówek i rozpędzającej się perkusji. Buńczuczne są także następne kompozycje, w których ESQARIAL mocno napiera: "Experiment Fear", "Devastated Harmony" i "Question of Honour". Albo mi się wydaje, albo gitarzyści stroją się niżej, przez co wrażenie ciężaru jest bardziej odczuwalne. Ten album nie jest tak przestrzenny i czysty brzmieniowo, jak "Discoveries", ale na pewno kontynuuje tradycję zróżnicowanych kawałków z tej płyty, jak i kolejnej, "Inheritance". W "Children's Crusade" i krótkim instrumentalnym "They're Coming..." pojawiają się tak charakterystyczne dla tej kapeli akustyki i kręcenie potencjometrem głośności przy gitarze, tu i ówdzie słyszalne są echa mistrzów z MORBID ANGEL, w paru numerach użyto nielicznych czystych wokaliz, zawsze jednak rozpoznawalny jest zapoczątkowany na debiutanckim albumie ESQARIAL "Amorphous" swoisty styl łączący brutalność z techniką wysokiej klasy i klasykę z nowoczesnością. Nikt, komu podobały się wymienione w recenzji deathmetalowe płyty tego zespołu, nie powinien czuć się zawiedziony.
ocena: 8/10
www.esqarial.com
www.myspace.com/esqarial
www.propaganda-promotions.com
autor: Diovis


EVISORAX - "Enclave"
(MCD 2008 / Anticulture Records)
Nic się nie zmieniło!!! Nic, kurwa, nic!!! Mimo takiego nalotu naszych rodaków na Anglię, oni nadal napierdalają grindcore'a he he. Ta nacja ma jakieś specyficzne uwarunkowania do grania w tym stylu. A może u nich radiowe listy przebojów podbijają kapele typu NAPALM DEATH? Nie wiem, ale ostatnimi czasy trafia do mnie grind tylko z Anglii. Stąd te moje prześmiewcze stwierdzenie na początku. A teraz proponuję popsioczyć chwilkę o panach z EVISORAX. Pierwsze co się rzuca w oczy, to fajna okładka. Naprawdę obrazek jest udany. Lubię te klimaty. O urodzie tych panów wypowiadać się nie będę. Ale za to o muzyce, niejako z urzędu powiedzieć cos muszę. Dostajemy tu czterema ciosami death/grindcore'a w jego najbardziej zwierzęcej postaci. Faktem będzie, że ta muzyka bardziej przypomina modne ostatnio SUICIDE SILENCE niż wspomniane wyżej NAPALM DEATH. Z tym, że u nich ten cały grind jest bardziej wyrazisty, co odzwierciedla doskonale utwór "Insidious". Poza tym niczym szczególnym się nie wyróżnia. Oczywiście posiada wszystkie znamiona muzyki ekstremalnej, których wymieniać nie muszę. Jakoś wielkiej kariery im nie wróżę. W większych wytwórniach są kapele, które prędzej dostana szansę koncertowania przed kimś dużym. Ale niekoniecznie są to kapele lepsze.
ocena: 6,5/10
www.myspace.com/evisorax
www.anticulture.co.uk
autor: Narmer


EVILFEAST - "Funeral Sorcery"
(CD 2008 / Alles Stenar)
Opisywany krążek jest wznowieniem materiału dostępnego do tej pory tylko na limitowanej kasecie. "Funeral Sorcery" było nagrywane w 2005 roku i dobrze się stało, że dzięki Alles Stenar będzie teraz łatwiej dostępne. Muzyka i brzmienie są dość surowe, aczkolwiek wzbogacone o niezwykły klimat, który w prostej linii wywodzi się na pewno z dokonań BURZUM czy nawet FORGOTTEN WOODS, ale nie jest to, tak jak w wielu innych przypadkach, zwykłe kopiowanie twórczości niesławnego Counta Grishnakha. Tutaj ważne są nie tylko przekaz i sama forma, lecz na równi z nimi potraktowana jest mroczna atmosfera całości. EVILFEAST tym się różni od wielu "leśnych", jednoosobowych projektów, że ma do zaoferowania może nie przesadnie bogate aranżacyjnie utwory, aczkolwiek dzięki ich rozbudowaniu (od ponad 7 do prawie 14 minut) i przemyślanemu rozwijaniu tematów nie stają się nudne. Unosi się nad nimi aura tajemniczości, zamglonych okolic, opuszczonych miejsc, leśnych ostępów i cmentarnej posępności. Podobnie konstruuje swoje kompozycje chociażby XASTHUR, z tym, że GrimSpirit nie skupia się li tylko na kreowaniu depresyjnych stanów, bo potrafi też wpleść naprawdę szybkie i majestatyczne fragmenty. Tu nie ma stagnacji i monotonii, jeśli wiecie co mam na myśli. Trochę szkoda, że w tych szybszych momentach zdarza się dźwiękom zlewać ze sobą, a perkusja umyka gdzieś do tyłu i jest praktycznie niesłyszalna. Jeśli jednak nie zwracać zbytniej uwagi na te mankamenty brzmieniowe, to reszta jest naprawdę słuchalna. GrimSpiritowi udaje się zaskoczyć naprawdę melodyjnymi i pełnymi melancholii motywami granymi na klawiszach współgrających z partiami gitary. W czasach, gdy w Polsce praktycznie wszyscy starają się grać wypieszczony symfoniczny black metal taki materiał, jak "Funeral Sorcery" jest zachowaniem równowagi między szkołą surowego, norweskiego grania z początku lat 90-ych i ciekawymi pomysłami, dzięki którym black metal to nie tylko bzyczące gitary, skrzeczący wokalista i kartonowa perkusja. Ciekawostką na tej płycie jest użycie w dwóch numerach niemieckich tekstów ("Krone aus kalten Sternen" i "Im Schatten der Majestat des Eistodes"), co jest dość rzadką praktyką, jak chodzi o krajowe projekty metalowe.
ocena: 7,5/10
www.alles-stenar.com
autor: Diovis


EVILFEAST / MARBLEBOG - "Isenheimen" / "Abyss Calls..."
(Split-CD 2008 / Alles Stenar)
EVILFEAST powraca z powstałym na przełomie 2006 i 2007 roku materiałem, który dał możliwość pokazania się dzielącej ten split węgierskiej formacji MARBLEBOG. Ale o tym za chwilę. "Isenheimen" to trzy utwory stworzone przez GrimSpirita pomiędzy opisywanym w innym miejscu albumem "Funeral Sorcery" a najnowszym pt. "Lost Horizons of Wisdom". O rozwoju tego projektu świadczy większa dbałość o brzmienie, które jest bardziej przestrzenne i ukazujące więcej smaczków niż na poprzednim krążku. Już sześciominutowy instrumental "Dawn of Winter" to pomimo prostych środków (wszystko zagrane wyłącznie na klawiszach) interesująca ambientowa kompozycja wprowadzająca w klimat świata, w który nie ingeruje człowiek. Tu wszystko płynie swobodnie i spokojnie, by eksplodować atmosferycznym, blackmetalowym numerem tytułowym, pełnym majestatu i wzbierającej złości. Lodowato zimne partie gitar, wykrzykujący słowa opowieści wokalista, urokliwe klawisze i słyszalne bębny składają się na ten długi, ponad 12-minutowy utwór. Podobnie jest z 10-minutowym "My Journey Into Cold Infinity". Przepych łączy się tutaj z epickością, a surowo brzmiące gitarowe riffy wzbogacają ciekawe brzmienia klawiszy. Węgierska scena po dziś dzień jest dla wielu fanów zagadką. Pojedyncze nazwy pojawiają się i znikają, zamieszkując raczej podziemny świat metalu, dlatego też każde wydawnictwo z udziałem hordy z tamtego kraju wzbudza zainteresowanie wszystkich ciekawskich. MARBLEBOG ma już na koncie szereg samodzielnych i dzielonych z innymi ekipami kaset i płyt, a "Abyss Calls..." to jedno z nowszych dokonań dwóch potomków Huna Attili. Mózgiem projektu jest Gabor Varga i poza perkusją to on odpowiada za wszelkie wokale i instrumentarium. Na początek zapodają trochę przydługawe klawiszowe intro "Hiv a Melyseg" ("Abyss Calls...") z ciekawie wkomponowanymi dźwiękami granymi na instrumencie znanym u nas jako drumla, po czym następuje właściwa część materiału. "Kereses" ("Quest") to podobnie jak w przypadku EVILFEAST potraktowana formuła łączenia surowych i kreujących swoistą melodykę gitar z malowniczymi klawiszami, jednakże słuchając tego niekrótkiego, bo trwającego osiem minut utworu mam wrażenie, że gitara gra swoje, a perkusja albo zbytnio przyspiesza, albo zwyczajnie nie nadąża za riffami. Ten element jest zdecydowanie do poprawki, bo fani black metalu nie są głusi i nawet Fenriz, który świadomie gra prosto nie byłby zadowolony z poczynań Węgrów. MARBLEBOG nadrabia klimatem i jeśli już oceniać utwory z "Abyss Calls..." pod tym kątem, to jest całkiem, całkiem. Po "Kereses" następuje jeszcze jeden właściwy numer pt. "Ehredi!" ("Awake!"), w którym zwracają na siebie uwagę chwilami nadmiernie skrzekliwe, choć dopasowane do nastroju wokale, a na koniec mamy spokojny i niezwykle urokliwy instrumental zbudowany na kanwie akustycznych gitar i delikatnych klawiszy "Csendhajnal" ("Silencedawn"). W boju polsko-węgierskim nasz reprezentant jest odrobinę lepszy.
ocena: 7/10 (Evilfeast), 5/10 (Marblebog)
www.myspace.com/eminenceband
www.alles-stenar.com
www.myspace.com/marblebog
autor: Diovis


EMINENCE - "God of All Mistakes"
(CD 2008 / Locomotive Records & Mystic Production)
Gdybym nie przeczytał, w życiu bym nie pomyślał, że EMINENCE pochodzą z Brazylii. Brzmią bardzo amerykańsko. Ich muzyka to nowoczesny (post) thrash.. Muzycy zespołu przyznają się do fascynacji MACHINE HEAD, PANTERA, FEAR FACTORY i to w ich muzyce wyraźnie słychać. Nie ograniczają się jednak do bezmyślnego kopiowania wyżej wymienionych, jednak wpływ tych zespołów na twórczość EMINENCE jest zauważalny. Ich muzyka jest w pewnym sensie wypadkową ich inspiracji.. Na "God of All Mistakes" obecne są również death metalowe wpływy. Panowie w inteligentny sposób czerpią z różnych źródeł i tworzą nową, całkiem ciekawą formę. Brzmią zawodowo i dojrzale, co mnie zupełnie nie dziwi, gdyż obecni są na scenie od 1995 roku, a "God of All Mistakes" to ich trzecie wydawnictwo. Muza Brazylijczyków może się podobać. Jest ciekawie zbudowana i znakomicie wyprodukowana (Tue Madsen / Antfarm Studio). Osobiście taka muzyka to nie moja para kaloszy i choć cenię dokonania MACHINE HEAD, FEAR FACTORY, czy PANTERA to nie byłem nigdy ich wielkim fanem. Ten kto lubi te zespoły, powinien sprawdzić EMINENCE.
ocena: 7/10
http://www.myspace.com/eminenceband
http://www.eminence.com.br
http://eng.locomotive.es
serwer
autor: Diovis


ESOTERIC - "The Maniacal Vale"
(2 CD 2008 / Season Of Mist Records)
O ESOTERIC nie na darmo mówi się jako o jednej z podstawowych formacji grających ponure dźwięki spod znaku doom/death metalu. Do dziś z przyjemnością sięgam choćby po niezwykle pokrętną płytę "Metamorphogenesis" sprzed 9 lat. Angole nie zmienili się drastycznie przez te wszystkie lata. Może jedynie trochę oczyścili brzmienie, dzięki czemu słychać teraz więcej szczególików i cała ta przestrzenna natura ich muzyki ma tu swoje zastosowanie. ESOTERIC nie rozpieszcza swoich fanów częstotliwością wydawania swoich płyt, za to jak już zaatakuje, to bardzo solidną porcją. Tym razem jest podobnie - materiał zamyka się na dwóch krążkach, w skład płyty wchodzi 7 utworów, a całość trwa prawie 102 minuty. Czy to dużo, czy to mało? Dla fana bardzo wolnego, bardzo ciężkiego i chwilami zeschizowanego grania z opętańczymi wokalizami to wystarczająco. Dla niezwyczajnego tak silnych emocji już może to być zbyt wiele. Angielska formacja nigdy nie stosowała oczywistych patentów i tak też jest na "The Maniacal Vale". Na bazie jakiegoś motywu grupa improwizuje, by mogły narosnąć kolejne warstwy dźwięków, na które osadzone są następnie różne dodatki, psychodeliczne partie klawiszy, długie instrumentalne pasaże i wokale (najczęściej ryki i growle), a pod koniec, gdy z pozoru wszystko się rozjeżdża albo staje się bliska kakofonii, często następuje powrót do podstawowego motywu. Oj, ale lekko to na pewno nie jest! W "Beneath the Face" i "Caucus of Mind" ESOTERIC nawet się rozpędza i przez chwilę słyszymy szybką wersję ich demonicznego doom/death metalu. Zasadniczo jednak utwory najczęściej są utrzymane w wolnych tempach, duże znaczenie mają różne ambientalne, przestrzenne plamy dźwiękowe, bardzo istotne są też rozbudowane, czasem orientalnie brzmiące partie gitar i specyficzny, lekko odjechany klimat, a także gargantuiczne wręcz w swoim zmasowaniu aranże. Zresztą ten zespół ma już swój własny, bardzo rozpoznawalny styl grania, może chwilami nieco zbliżony do nieodżałowanych doom'owców z UNHOLY. Fani tego fińskiego bandu, jak również zażarci pasjonaci wydawanych co kilka lat kolejnych krążków ESOTERIC na pewno nie poczują się tym materiałem rozczarowani. Jednak zaznaczam - łatwizna Was nie czeka!
ocena: 8/10
www.esotericuk.net
www.myspace.com/esotericuk
www.season-of-mist.com
autor: Diovis


EBONY ARK - "When the City Is Quiet"
(CD 2008 / Ascendance Records & Mystic Production)
Wygląda na to, że trend na gotycko-metalowe granie z popiskującymi dziewojami za mikrofonem powoli odchodzi w zapomnienie. Sukcesu coraz bardziej popowego NIGHTWISH nikt raczej nie powtórzy, więc wiele zespołów z wokalistkami w składzie kieruje się w bardziej prog-metalowe rejony. Pojawiła się świetna formacja TO-MERA i dziesiątki już nie tak dobrych, zaś o niektórych z tych bardziej obiecujących pewnie nadal nie wiemy, bo jeszcze ich nie wyciągnięto na światło dzienne. Hiszpańska EBONY ARK może okazać się kolejnym miłym zaskoczeniem. Do tej pory wydawali swoje materiały samemu, a jak nadarzyła im się okazja wydania płyty dla holenderskiej Transmission Records (znanej z albumów m.in. AFTER FOREVER, AYREON czy EPICI), to firma zbankrutowała. "When the City Is Quiet" to już debiut w barwach nowego wydawcy Ascendance Records i przy odrobinie szczęścia mogą w końcu zaistnieć. Beatriz Albert i jej koledzy jeszcze nie do końca oderwali się od fascynacji WITHIN TEMPTATION, NIGHTWISH czy MORTAL LOVE, bo niektóre kawałki to takie gotycko-symfoniczne parafrazy utworów powyższych, ale starają się jak mogą, by wyjść poza ten kanon. Słychać to w partiach nisko strojonych gitar, poszarpanej tu i ówdzie rytmice, bogatości barw wokaliz (Beatriz wyciąga z siebie naprawdę różne tony i tonacje) oraz ciągotach do epickiego power metalu. Zaznaczam, że starają się, co nie znaczy, że zawsze im to wychodzi. Trzeba jednak przyznać, że EBONY ARK ma chwilami dar pisania niebanalnych melodii, a takimi przykładami są "If Only...", "Ecstasy", "So Close, So Far" czy "Sincerely". Niektórych zmęczy to po kilkunastu minutach, tym bardziej, że cała płyta nie należy do tych krótkich, bowiem trwa ponad 56 minut, ale warto dotrwać do prawdziwej perły w postaci tytułowego numeru, w którym mieści się całe spektrum gotyckiego, symfonicznego, progresywnego i powermetalowego grania, a i zamykający i przy tym jedyny zaśpiewany po hiszpańsku "A Merced de la Iluvia" to całkiem udany, pół-balladowy i pół-rockowy numer. Podsumowując, "When City Is Quiet" zdarza się jeszcze zbaczać na mielizny, ale kilka flag na maszcie tego muzycznego statku powiewa dumnie i na dobrą sprawę EBONY ARK nie musi się przed nikim wstydzić tej płyty.
ocena: 7/10
www.ebonyark.com
www.myspace.com/ebonyark
www.ascendancerecords.com
autor: Diovis


ELVIRA MADIGAN - "Regent Sie - Shedevils of Demonlore (of blood, crosses and biblewars) "
(CD 2008 / Black Lodge Records & Mystic Production)
Jednoosobowa orkiestra ELVIRA MADIGAN jest podobno obiektem szyderstw na różnych forach internetowych. Nie wiem, staram się unikać odwiedzania tych miejsc. Fakt, że opisywany przeze mnie na wirtualnych łamach Mrocznej Strefy album tego szwedzkiego muzyka z coverami sprzed kilku lat wzbudził we mnie mieszane odczucia, a mieszanie "kredkowatych" wokali z symfoniczno - bombastyczno - wirtuozerskim metalem może wprowadzić niezły zamęt u większości gawiedzi. Nie oznacza to jednak, że najnowszy krążek nagrany przez ten one-man band to kupa gumna i nic poza tym. Owszem, "Regent Sie" zahacza często o kicz, a forma chwilami góruje nad treścią, jednak uważam, że warto dać szansę tej opowieści z cyklu fantasy podzielonej na łączących się ze sobą 23 częściach, które trwają ogółem prawie 75 (!) minut. Słychać, że Marcus H. Madigan ostro przyłożył się do tworzenia tej epopei, przez trzy lub nawet cztery lata dopracowywał poszczególne elementy i starał się, aby brzmiało to najlepiej, jak tylko to możliwe. W tym ostatnim nie do końca wszystko wyszło tak, jak trzeba: automat perkusyjny puka czasem jak najęty, a dźwięki zlewają się ze sobą w tych szybszych partiach. ELVIRA MADIGAN niepotrzebnie zapędza się zbyt często w klimaty symfonicznego black metalu, bo o wiele więcej ma do powiedzenia jeśli chodzi o granie muzyki opartej z jednej strony o bardziej tradycyjny metal, a z drugiej o muzykę klasyczną i elementy folkowe. Daleko tu co prawda do THERION czy złowieszczego DEVIL'S DOLL (to też wyraźna inspiracja dla tego projektu), jednakże sporo fragmentów naprawdę przykuwa uwagę i budzi szacunek. Marcus wie jak posługiwać się gitarą, czerpie garściami z najlepszych wzorców i dobrze czuje się w różnych klimatach mieszając je i zmieniając co rusz w obrębie tego materiału, chociaż z drugiej strony nadal nie podobają mi się te wokale a la Dani Filth (już nieco lepsze są te czyste lub świetnie pasują do formuły deklamacje). Chwilami również i smyczki prosto z komputera są tworem wybitnie nieudacznym i nadmiernie plastikowym, ale pamiętajmy, że nie jest to produkcja powstała w jakimś topowym studiu nagraniowym. Dlatego mimo wszystko warto dać szansę tej płycie, ale majstersztyk to bynajmniej nie jest.
ocena: 6/10
www.blacklodge.se
www.elviramadigan.com
www.myspace.com/elviramadigan
autor: Diovis 

INDEX   E   [1  2   3]