| 9 | A | B | C | D | E | F | G | H | I | J | K | L | M | N | O | P | Q | R | S | T | U | V | W | X | Y | Z
INDEX



F   [1  2]  


FRAGMENTS OF UNBECOMING - "The Everhaunting Past: Chapter IV - A Splendid Retrospection"

(CD 2009 / Cyclone Empire Records)

Zawsze dziwiłem się logosom kapel, których odczytanie graniczyło z cudem - co też nimi kierowało przy tworzeniu tak pogmatwanych i trudnych do odczytania nazw? No cóż, może żeby utrudnić pracę recenzentom? Nazwę rozszyfrowaliśmy (FRAGMENTS OF UNEBECOMING) - możemy przejść do podania kilku informacji o kapeli. Istnieją od 2000 roku i jest to już czwarte wydawnictwo kapeli, oznaczone czwartym rozdziałem historii zespołu - ciekawe rozwiązanie. Muzycznie oscylują w konwencji szwedzkiego death metalu z niemieckim akcentem. Materiał zrealizowany poprawnie, bez zbędnych fajerwerków, jednak dość jałowy. Na płycie znalazło się 10 kompozycji, plus prolog i epilog. Utwory przeważnie trwają ponad cztery minut i momentami ten czas jest za długi, gdyż potrafią znudzić słuchacza. I te bębny? Koszmar, werbel brzmiący głucho i z dziwnym kartonowym pogłosem. Materiał utrzymany w średnich tempach z odrobiną melodii. W połowie płyty mamy chwilę wytchnienia na posłuchanie gitarowego numeru "A Raintime Illustration" - niestety, nie wnoszącego nic nowego do materiału. Na uwagę zasługuje "A Voice Says: ”Destroy!" - ciekawym, mocnym początkiem, który niestety traci w dalszej części utworu, a szkoda. Liczyłem, że etykietka przypięta przez wytwórnię kapeli będzie bardziej adekwatna, niestety nie do końca jest to prawda, szkoda. Liczę, że Niemcy nagrają bardziej spójny i melodyjny materiał.

ocena: 5/10
www.myspace.com/fragmentsofunbecoming
www.fragmentsofunbecoming.com
www.cyclone-empire.com
autor: Peter




FÄULNIS - "Gehirn zwischen Wahn und Sinn"

(CD 2009 / Karge Welten Kunstverlag)

Ostatnimi czasy zauważyłem pewną tendencję do powstawania u naszych zachodnich sąsiadów różnego rodzaju alternatywno-metalowych kapel. Nie można powiedzieć, by jakoś szczególnie zachwycały, ale za to nie posiłkują się ideologią emo i popowymi melodyjkami. FÄULNIS to także twór z tego kręgu, którego nie można jednak jednoznacznie zaliczyć ani do black metalu, ani post-alternative czegoś tam ;) Pierwsze, co rzuca się w uszy, to solidne brzmienie gitar i mocne, wyraziste bicia perkusji. Pierwszy z wymienionych instrumentów to taka oczyszczona wersja HELLHAMMER z domieszką melodyki KATATONII, drugi po prostu kładzie podwaliny pod nie przekombinowaną rytmikę, która nie rozpędza się przesadnie, wtórując dość smutnej, chorej i - a jednak! - dość emocjonalnej muzie. Wokali jest niewiele i częściej jest to wrzask lub deklamacja niż na przykład skrzek. Po dwóch dosyć prostych i miarowych utworach ("MorgenGrauen" i "Angstzustand") następuje nieco szybszy "Weisse Wande", który nie różniłby się od poprzednich, gdyby nie to, że operuje większą dozą melodyki charakterystycznej bardziej dla doom metalu, a nawet suicidal black metalu. Z lubością wręcz, gitarzysta (a jednocześnie również wokalista i klawiszowiec) Seuche improwizuje i nakłada kolejne ścieżki gitary, ale zaskakującym fragmentem tego utworu jest wyskakujący znienacka już pod koniec motyw krztuszącego się czymś wokalisty. Można jedynie domyślać się co "autor miał na myśli". Podpowiedź odnajdujemy w bogato ilustrowanej wkładce do płyty, bo obok zdjęć domów mieszkalnych, pustej klatki schodowej, mumii, stacji końcowej metra, leżącego na ziemi złomu i połamanych gałęzi drzew mamy też obrazek pociętych i pokrwawionych muzyków oraz brudnego zlewu. Wszystko jasne? Alles klar? ;) Bo zasadniczo FÄULNIS nie odchodzi daleko od całego depresyjnego nurtu post-black metalu, z tą różnicą, że od strony produkcyjnej brzmi naprawdę dobrze i nie powiela pewnych schematów. Muzycy posługują się nieco innymi środkami niż wielu ich kolegów, poszukują, a to ważne. Szkoda tylko, że czasem popadają w jakiś instrumentalny bełkot, np. w długim "Kopfkrieg", bo nic z tego nie wynika. Mimo to jestem pod wrażeniem inności tego, co oni sami nazywają "Sick Black Art", a co w rzeczy samej jest opowieścią o szarości naszego życia odartego z fantazji i zakładanych na co dzień masek.

ocena: 8/10
www.sickblackart.de
www.myspace.com/sickblackart
www.kargewelten.de
autor: Diovis




FOOL'S GAME - "Reality Divine"

(CD 2009 / Cruz Del Sur Music)

Aromat wybornej kawy sączący się z filiżanki, w ręku nowa płyta do odsłuchania (okładka dość stonowana) i chwila zastanowienia. Każdy nowy album jest dla mnie jak nie przeczytana jeszcze książka, która stanowi obietnicę niesamowitej "podróży". Wciągam więc w nozdrza zapach nowości, adrenalina zaczyna przyśpieszać pracę serca ... (któż nie zna tego cudownego uczucia?)... Popłynęły pierwsze dźwięki. Na wyprawę w nieznane porwała mnie pochodząca ze Stanów Zjednoczonych (Virginia) formacja FOOL'S GAME grająca metal / prog / rock ze swoim debiutanckim, jeszcze "gorącym" albumem "Reality Divine". Płyta skrywa w sobie 9 utworów (w "The Conqueror Worm" gościnnie wystąpił wokalista Tim Aymar (CONTROL DENIED, PHARAOH). Jeśli ktoś ma ochotę na podróż w czasie i przestrzeni, to z powodzeniem może ją odbyć właśnie dzięki zawartości tego krążka:) Jest to bowiem totalnie zakręcony bieg poprzez bez mała trzy dekady muzyczne. Charakterystyczne brzmieniowo dla metalu elementy przeplatają się z partiami lekko archaicznymi (w pozytywnym znaczeniu), jak by panowie z FOOL'S GAME mieli zamiar przenieść nas trochę w czasie w lata 70/80/90. W tej produkcji wyraźnie słychać elementy neo/prog/rocka i hard rocka. Atutem są ostre i melodyjne pasaże gitary elektrycznej - tu szacun dla Matta Johnsena (PHARAOH) - mającej solidne wsparcie w basie i sekcji perkusji oraz elektronicznych klawiszach. Samoistnie przychodzą na myśl RUSH, YES, DREAM THEATER ( i to słychać szczególnie intensywnie w kawałku "When the Beginning" ), a w mocniejszych akcentach IRON MAIDEN i SYMPHONY X. I to jest zdecydowany plus tego wydawnictwa. Interesująco wypadają chórki, wypełniające tło utworów ("Mass Psychosis", "As the Field...", "Sowing Dead Seeds"). Mniej przyjemnie dla ucha wypadł być może przypadkowy kobiecy vocal w "She Moved Trought", ale to kwestia gustu. W odsłuchu wkrada się jednak pewna dysharmonia jeśli chodzi o vocal wiodący. Mam dziwne wrażenie, że kiedy osiąga górne rejestry brzmi tak, jakby się "zderzył" ze studyjnym sufitem... Zdecydowanie lepiej wypada w dolnych partiach.

Podsumowując, muszę powiedzieć, że "podróż" była z gatunku tych, co to nie zapadają w pamięć zbyt długo, a pamiątki z niej lekkim kurzem się pokrywają... Zabrakło mi w tym albumie utworów, przy których słuchawki rozpalają się do czerwoności, a po plecach przebiega dreszczyk, zwiastujący coś wyjątkowego. Pewna jednostajność utworów przy paradoksalnie dużym potencjale muzyków, szybkim, dobrym tempie i nadmiarze efektów... Może to zamierzone posunięcie, ale mam wrażenie, że muzycy postawili bardziej na techniczny wyraz albumu, niż na konkretnie rozpoznawalny styl i szlif. No cóż... zapadła cisza, kawa przyjemnie pobudziła umysł, a po głowie krąży myśl, że wszystko ma swoje miejsce i swój czas... a panowie z FOOL'S GAME jeszcze pokażą na co ich stać.

ocena: 6/10
www.fools-game.com
www.myspace.com/foolsgameband
www.cruzdelsurmusic.com
autor: Luna




FUNEBRARUM - "The Sleep of Morbid Dreams"
(CD 2009 / Cyclone Empire)

Z nieukrywaną radością odnotowuję coraz to kolejne udane płyty kapel, które wskrzeszają grobowy klimat starego death metalu. Po DEATHEVOKATION i nie tak nowych, ale ostatnio działających pełną parą NOMINON i DIABOLICAL czas na działające już dekadę amerykańskie FUNEBRARUM. Formacja złożona między innymi z muzyków ABAZAGORATH i EVOKEN świetnie czai o co chodziło w kurewnie ciężkim death metalu, co przejawia się w zmasowanym ataku mocarnych riffów przeplatanych szybkimi blastami i grobowych wokalach. Pomimo wyraźnych nawiązań do całej masy kapel działających w pierwszej połowie lat 90-ych potrafili uzyskać nową jakość, nie pozbawiając całości dreszczu emocji, jaka towarzyszyła niegdyś maniakom przy poznawaniu coraz to nowych śmiertelnych tworów. Na "The Sleep of Morbid Dreams" można znaleźć echa dokonań BOLT THROWER, AUTOPSY, INCANTATION, GRAVE, ASPHYX, ACROSTICHON, DEMILICH, DEMIGOD, CARNAGE i wielu innych, a wszystko to brzmi stosunkowo świeżo nawet dla mnie, który tak bardzo smakował (i nadal tak czynię) w ciężkim jak diabli oldskulowym death metalu. FUNEBRARUM umie jak mało kto umaczać tworzone przez siebie dźwięki w gęstym jak smoła diabolicznym i funeralnym sosie, co w sumie nie powinno dziwić, bo nawet ostatnia dotychczasowa płyta EVOKEN zawiera dużo takich elementów, które zostały przeniesione na grunt nastawionej jeszcze bardziej na odtworzenie starego klimatu drugiej kapeli członków tej doom'owej legendy. Ta płyta jest cholernie równa i praktycznie nie ma tu słabych punktów i wymuszonych kawałków. Nowojorska scena metalowa wypuściła już wcześniej dwie legendarne kapele z nazwami na literę "I", a od tego roku można postawić z nimi w jednym szeregu właśnie FUNEBRARUM. Jeśli więc nie chcecie przegapić jednego z wydarzeń 2009 roku, tę pozycję po prostu musicie mieć w swojej kolekcji.

ocena: 9/10
www.funebrarum.com
www.myspace.com/funebrarum
www.cyclone-empire.com
autor: Diovis


FAKATERROR - "Fakaterror"
(Demo 2007 / własna produkcja zespołu)
No w końcu. Trochę to trwało, zanim panowie się "zebrali" i podarowali mi ten materiał do "obsmarowania". Przez to oczekiwanie prawie o nich zapomniałem hehe. Ale koniec końców, wszystko wróciło do obgadanej normy. Zacznę wedle pewnego dziennikarskiego schematu, czyli od przedstawienia szerszemu gronu tej kapeli. A mianowicie zespół FakaterroR powstał w 1997 roku w Bełchatowie. Pomimo dwunastu lat na karku niewiele zwojowali na polskiej scenie muzycznej, o ile w ogóle na jakiejkolwiek sławie im zależy. Ale jedno wiem na pewno - z takimi tekstami jak "Znajdzie się kij, na zachłanny żydowski ryj" na listach przebojów obok Dody ich nie znajdziecie. A muzycznie??? Zespół obraca się w rejonach metalu / hc / punka. Niby nic odkrywczego, ale coś w tym jest. Jeszcze gdyby panowie troszeczkę przyśpieszyli, wtedy byłoby bez pytań. A tak jest zbyt zachowawczo jak na mój gust. O rzekomych porównaniach do innych kapel pisać nie będę, ponieważ nic mi mądrego do łysej pały nie przychodzi. To z kolei należałoby do plusów zaliczyć. Ogółem nie jest źle. Można posłuchać, ewentualnie pośpiewać razem z wokalistą.
ocena: 6,5/10
www.fakaterror.pl
autor: Narmer


FETO IN FETUS - "Far From the Truth"
(CD 2008 / Redrum666)
Niektórzy nazywają takie dźwięki mianem konkretnego wygaru. Rzeczywiście, FETO IN FETUS nie cacka się i od pierwszej do ostatniej minuty napiera mocno brzmiącą mieszanką brutalnego death metalu i grind-core'a. No może poza krótkim wstępem w postaci fragmentu piosenki country ;) Ale to tylko preludium do wędrówki po tym, co najbardziej bestialskie i szalone w świecie death metalu i pokrewnych stylistyk. Tu i ówdzie przemknie grobowy klimat INCANTATION, łamańce rytmiczne w stylu DYING FETUS, jazda do przodu a la EXTREME NOISE TERROR czy industrialne przerywniki, ale tylko na chwilę, bo ci czterej muzycy z Ostródy i Morąga najbardziej uwielbiają blasty, mielące gitary, na zmianę growlowane i wrzaskliwe wokale oraz wymyślone przez siebie tytuły, które dają sporo do myślenia. Z szesnastu umieszczonych na płycie kawałków trzy noszą tytuły będące nazwami kapel ("Mayhem", "Disgust", "Deranged"), a kilka innych odnosi się do różnych zespołów lub kojarzy się jednoznacznie z tytułami utworów jeszcze innych formacji. Na przykład "Too Old, Too Cold" nie jest bynajmniej coverem DARKTHRONE ;). Muszę się przyznać, że mi taka koncepcja odpowiada, bo nie zwróciłem uwagi wyłącznie na muzykę i wypasione wydanie wkładki do płyty ;). Przyznam, że "Far From the Truth" jest dla mnie pozytywnym zaskoczeniem, bo pomimo różnych bezpośrednich odniesień do takich czy innych dźwięków wszystko jest ładnie poukładane. Drapie, gryzie i szarpie, ale daleko temu graniu do bezmyślności i kopiowania sprawdzonych wzorców. Brzmieniowo też jest bardzo dobrze, choć nie nagrywali w żadnym uznanym studiu. FETO IN FETUS może już teraz stawać w szranki z większością najlepszych czeskich i słowackich ekip, bo nie tylko w Polsce, ale i tam powinni spotkać się ze sporym zainteresowaniem. Grają po prostu typowo dla regionu Europy Środkowej, choć w globalnej wiosce, jaką jest nasza planeta, ktoś mógłby się pomylić i przyporządkować ten zespół do jakiegokolwiek innego miejsca na świecie. To w sumie dobrze świadczy o tej warmińskiej formacji i równie dobrze rokuje na przyszłość. Warto ich obserwować!

ocena: 7,5/10
www.fetoinfetus.metal.pl
www.myspace.com/fetoinfetus
www.redrum666.net
autor: Diovis


FORGOTTEN SOULS - "Nine Syndromes"
(CD 2008 / własna produkcja zespołu)
Wcześniej nie zwróciłem uwagi na FORGOTTEN SOULS. Nagrali już trzy pełne materiały (o najnowszym, trzecim będzie mowa za chwilę), ale nie udało im się dotąd zaistnieć. Przy okazji "Nine Syndromes" taką szansę już mają, bowiem do całości podeszli bardzo poważnie i z pieczołowitością zabrali się za każdy detal. Dysk prosto z tłoczni, profesjonalna wkładka z symbolicznym front coverem, staranne podejście do tworzonej muzyki i tekstów, myśl przewodnia układająca się w pewien koncept, powierzenie promocji równie mało znanej, ale co ważne działającej solidnie firmie Nija Art. Mam nadzieję, że ten krążek trafi do kilku osób nie zamykających swoich oczu i uszu na rzeczy nieortodoksyjne i na ogół rzadkie na krajowym podwórku. FORGOTTEN SOULS zaczynało od gothic/doom'u czy death/doom'u, lecz "Nine Syndromes" pokazuje różnice, jakie z pewnością dzielą tamte nagrania od najnowszych. Krakowski band postawił na progresję, swoisty artyzm i idzie śladami grup u nas popularnych, aczkolwiek nieco pomijanych. Nie będę cytować tu fragmentów reklamy tego krążka, bo można się z nią zgodzić lub nie. FORGOTTEN SOULS na pewno opiera swoją muzykę na ciężkich gitarach, atmosferyczno-death metalowym rdzeniu, ale obleka to kosmicznymi brzmieniami klawiszy, dziwaczną rytmiką, blackmetalowymi klimatami i różnorodnymi wokalizami. Te ostatnie silnie odcisnęły się na tym, że nawet jeśli dźwięki nie należą do najbardziej odkrywczych, to obudowane growlami, skrzekami i śpiewami wnoszą dość świeżą jakość. Owszem, można by po raz kolejny przywołać tu konkretne nazwy, ale ogólnie inspiracje sięgają od NOCTURNUS, PHLEBOTOMIZED, naszego NOSTRADAMUS'a, poprzez późniejsze SACRIVERSUM, THY DISEASE, VESANIĘ, EMPEROR, ARCTURUS, FEAR FACTORY, aż po różne cyber-eksperymenty. Jeżeli kręcą Was takie hybrydy, jak te powyższe, to nie zawiedziecie się zawartością "Nine Syndromes". Co istotne, materiał brzmi bardzo przejrzyście, selektywnie, przestrzennie i mocno, co niby nie powinno dziwić w epoce przeróżnych oprogramowań na PC-tach, ale to kolejny dowód, że muzycy przyłożyli się, by nowy materiał jawił się jako coś zwracającego na siebie uwagę pod każdym względem, a nie tylko jakąś ciekawostkę i efemerydę. Trochę szkoda, że swojego potencjału nie wykorzystali całkowicie, bo brakuje mi tu zapadających w pamięć utworów lub choćby powalających fragmentów czy motywów. Wiem, że w cybernetycznej estetyce trudno o wyraziste melodie, oszałamiające gitarowe solówki, bo to nie ta konwencja, ale nie chciałbym, aby FORGOTTEN SOULS zapędziło się w przekombinowanie, tak jak na przykład przywoływana tu wcześniej VESANIA lub rozwijający się tylko do czasu THE KOVENANT. Warto by było wyciągnąć wnioski z tej lekcji i w przyszłości rozwinąć się jeszcze bardziej i wyraźniej. Bo pomysłów już teraz tej piątce nie brakuje. Zwłaszcza w łącznikach między utworami oznakowanymi kolejnymi literami ze słowa "Syndrome" czy w dużej mierze apokaliptycznym instrumentalu "Syndrome 7 - End".

ocena: 7/10
www.forgottensouls.pl
www.myspace.com/forgottensoulsmetalband
www.nija-art.pl
autor: Diovis


FARSCAPE - "For Those Who Love To Kill"
(CD 2008 / No Colours Records)
Brazylijskie FARSCAPE świadomie nawiązuje do stareńkich dźwięków spod znaku europejskiego thrash metalu. Już pierwsze kilka minut w postaci "Mercenary Love's House" i "Billy the Butcher" jest silnie naznaczone wczesnymi dokonaniami KREATORA'a (bardziej) czy DESTRUCTION (nieco mniej). W tym momencie od razu przypomina się historia SEPULTURY, która też w swoich początkach bardzo mocno inspirowała się tą szkołą grania thrash'u, dodając do tego południowoamerykański temperament, młodzieńcze profanowanie wszelkich świętości i spontan zastępujący umiejętności posługiwania się instrumentami. Lata minęły, a FARSCAPE próbuje podążać podobną drogą i czyni to - co warto podkreślić - tak, jak by te dźwięki były nagrywane przed około dwudziestoma laty. "For Those Who Love To Kill" to solidna dawka prostego i na ogół szybkiego miażdż-metalu bez tych elementów profanum, które charakteryzowały choćby SARCOFAGO. Brzmi to dość świeżo i szczerze, trochę przypominając dokonania innych, kultowych w pewnych kręgach brazylijskich formacji grających kilkanaście lat temu, jak FX czy CHAKAL, choć No Colours Records mogło zmontować nieco krótszy materiał, a nie na siłę upchać tu wszystko, co Brazylijczycy dotąd nagrali. Na tym krążku nagromadzono go po prostu za dużo - 15 numerów trwa ponad trzy kwadranse. Na początek idą cztery najświeższe numery nagrane pod koniec 2007 roku, co zresztą słychać, bo muzycy grają najrówniej ;) Nawet cover "Politicians" THE EXPLOITED został zagrany w drapieżnym "niemieckim" stylu i z punkową werwą. Z kolei trzy kolejne kawałki pochodzące z winylowego splitu wydanego w 2005 roku mają więcej tradycyjnego heavymetalowego sznytu z lat 80-ych, jednak raczej tego kojarzącego się z początkami naszego KAT-a niż na przykład z wczesnym IRON MAIDEN i SAXON. Poza tym, jeden z utworów z tej sesji, "666 On Your Grave", to ponownie czysty KREATOR z "jedynki". Brzmieniowo nieco odstają utwory numer 8-12, ale to demo z 2001 roku pt. "Doctrine Sickness", a więc żywiołowość zdecydowanie góruje nad techniką gry. Na zakończenie mamy koncertową kompilację pod wspólnym tytułem "Killers On the Stage", na którą składają się nagrane gdzieś w Brazylii trzy kawałki, w tym covery KREATOR'a ("Bone Breaker") i SACRILEGE (z tego co udało mi się usłyszeć, to "Sacrilege"). Tu w ogóle słychać, jak wiele ten zespół nadrabia ogniem i ma to swój specyficzny urok. Warto by jednak było, aby z tribute-bandu ekipy Mille Petrozzy FARSCAPE przeistoczyło się w przyszłości w coś nieco bardziej oryginalnego.
ocena: 6/10
www.farscape.kit.net
www.myspace.com/farscapekillers
www.no-colours-records.de
autor: Diovis


FAUNA - "Rain"
(CD 2009 / Aurora Borealis Records & Rockers Publishing)
O wyższości blackmetalowego "kultu", który często przejawia się bzyczącymi gitarami i syficznym brzmieniem nad konkretnym metalowym wykurwem dyskusje prowadzono w przeszłości często i gęsto. Nie mam zamiaru po raz kolejny wdawać się w nie prowadzący do nikąd dyskurs, bo każdy ma swoje zdanie jak powinien brzmieć tak zwany prawdziwy czy nieprawdziwy B.M. FAUNA zmierza niby sprawdzoną drogą, ale czyni to na swój sposób. Niektórzy powiedzą, że to mizantropia w czystej postaci. Albowiem wznowione przez Aurora Borealis Records demo "Rain" to materiał, któremu po części bliżej do dokonań dark ambientowego NORTHAUNT niż piwnicznych brzmień wszystkich post-BURZUM'owskich projektów. Przez pierwsze sześć minut słyszymy tylko delikatne uderzenia kropli deszczu i prawie niesłyszalny szum wiatru, a potem, przez kolejne kilkanaście - dźwięki akustycznej gitary. Nie przypadkiem kojarzy się z tymi spokojniejszymi fragmentami "Twilight of the Gods" BATHORY, choć sami twórcy pewnie stwierdziliby coś innego. W każdym razie wielu zrazi się tą płytą przez te plumkania już po kilku, a w najlepszym przypadku po kilkunastu minutach. Amerykański band założył, że to będzie ich droga i niech tak będzie. Jeden kolosalny utwór wypełnia tę srebrną blaszkę i dopiero gdzieś około dwudziestej drugiej minuty zostaje włączony gitarowy przester i bardzo wyciszona dotąd kompozycja zmienia się w dość standardowy, minimalistyczny i prymitywistyczny black metal, czasem szybszy, a czasem wolniejszy i operujący czasami środkami bardziej typowymi dla sludge-core'a. Od czasu do czasu odzywa się wokalista - w części akustycznej śpiewając, a w części black'owej ryczący i krzyczący. Minimalizm to zresztą słowo-klucz dla "Rain", bo jak na ponad godzinę muzyki niewiele tu improwizowania, a wszystko opiera się na bardzo powolnym kreowaniu specyficznej atmosfery kojarzącej się jednoznacznie z pustkowiem, naturą i pierwotnym wyglądem naszej planety, na której człowiek był li tylko intruzem. Takie podejście nie spotka się z zainteresowaniem mas, lecz mam wrażenie, że nie o to chodzi formacji FAUNA. Plumkają przeokropnie, tworzą trochę monotonnego hałasu, ale ma to swój urok i wdzięk. Ten album na siłę nie próbuje ścigać się z całą "konkurencją", nie rywalizuje też o miano największego "kultu". To po prostu jakaś tam wizja muzyków, której towarzyszy równie archetypiczna oprawa graficzna opierająca się na prostej symbolice i prawie niedostrzegalnych obrazkach. Tyle, że przy drugim, trzecim i piątym przesłuchaniu słuchanie tych nadzwyczaj przewidywalnych i nie zawierających "drugiego dna" dźwięków staje się nudne i w żaden sposób nie przyzywa do kolejnych prób podejścia, a tym bardziej odnajdowania czegoś nowego.
ocena: 4/10
www.katalatik.org/fauna
www.rockers.pl
autor: Diovis


FOREST OF SHADOWS - "Six Waves of Woe"
(CD 2008 / Firebox Records & Foreshadow Music)
Prawie cztery długie lata minęły od pierwszego długograja "Departure", a jedyny muzyk tworzący FOREST OF SHADOWS niewiele zmienił w formule granego przez siebie doom metalu. Dalej tworzy rozbudowane, z wolna rozwijające się utwory, w których główną rolę powierza klimatowi, a nie wirtuozerii. Z jednej strony wskrzesza tę atmosferyczną stronę TIAMAT ze środkowego okresu działalności, a z drugiej poszerza tę formę o patenty i smaczki znane z płyt powstałych w latach 70-ych, a określane mianem art rocka. Na przykład wstęp drugiego na płycie "Selfdestructive" przynosi brzmienie klawiszy kojarzące się z PINK FLOYD, a nieco dalej zahacza o KING CRIMSON, korzystając z sampli charakterystycznego dla tego zespołu w pierwszych latach jego działalności melotronu. Bez obaw - melodyka i melancholia bijące z tych sześciu długaśnych kompozycji to jak najbardziej doom metal, który swoje początki ma gdzieś w latach 90-ych i to właśnie w Skandynawii zadomowił się najlepiej. Wbrew więc pozorom, nie mamy tu do czynienia z utworami zmieniającymi się jak w kalejdoskopie, a pewnym rozwijaniem jednego motywu, poszerzaniem go o kolejne warstwy i ekspresją, która w odpowiednim momencie się uspokaja, po czym gwałtownie narasta i znów brzmi bardziej kojąco. Z początku dość sceptycznie odnosiłem się do porównań wydawcy, że "Six Waves of Woe" spodoba się fanom INSOMNIUM, a co za tym idzie także wczesnego AMORPHIS, które grały lub grają jednak bardziej żwawo, ale ładunek emocji jest dość podobny. Równo rozłożono akcenty akustycznej melodyki i jednostajnie grającej gitary rytmicznej, growle uzupełniają czyste wokalizy, choć akurat w tej kwestii trudno mówić o tym, że Niclas jest wybitnym śpiewakiem. Kwestia ta uległa istotnej poprawie w porównaniu z debiutem "Departure", choć chwilami mam wrażenie, że z kolei muzycznie mamy drobny, ale jednak regres. Im bliżej końca tej płyty, tym bardziej zachowawcze i przewidywalne są dźwięki. Impas i brak pomysłów jest szczególnie dostrzegalny w ostatnim numerze pt. "Deprived". W sumie szkoda, że taka to niezbyt udana płyta, bo zapowiadało się naprawdę nieźle.
ocena: 5/10
www.forestofshadows.com
www.myspace.com/forestofshadows
www.firebox.fi
www.foreshadow.pl
autor: Diovis


FORTRESS - "Toxic Thrash"
(Demo-CD 2008)
Nie ja jeden powątpiewam w to, że polscy fani metalu nie będą szczególnie zachwycać się młodymi krajowymi kapelami grającymi thrash metal, bo zalewa nas ogromna ilość grup zza granicy. Tak było swego czasu z heavy i power metalem, gdy wiele wartościowych formacji z lokalnego podwórka przepadło, wręcz przygniecione niemiecką czy skandynawską nawałnicą. Ale młodzi muzycy nie poddają się i na przykład taki FORTRESS debiutuje naprawdę solidnym thrash'owym grzańskiem w starym stylu. Już "Rat King" cofa słuchacza do połowy lat 80-ych, gdy liczyły się takie zespoły, jak SLAYER, EXODUS, KREATOR czy DESTRUCTION. Wiele mówiące są wokale z charakterystycznymi "kwiknięciami" w stylu Arayi czy Schmiera i cięte riffy niczym z "jedynki" EXODUS. Solówki są ciut "krzywe", ale entuzjazmu im nie brakuje, bo tak rzeczywiście grali ci, których czci się do dziś. Podoba mi się, że FORTRESS nie ściąga żywcem patentów ze starych płyt, a brzmi, jak gdyby wyssało tę muzykę z mlekiem matki. Tyczy się to zwłaszcza dwóch nowszych numerów zarejestrowanych na przełomie sierpnia i września 2008 roku: "Rat King" i "Justice Denied". Trzy pozostałe powstały niespełna rok wcześniej i pochodzą z debiutanckiego demo "Welcome To Insanity". Trochę inne są wokale (wówczas w grupie śpiewał wywodzący się ze środowiska heavy Tymek "Hellstorm" Jędrzejczyk) i sama muzyka, bo więcej tu heavymetalowych wpływów, jednak odnośniki do starej szkoły niemieckiego i amerykańskiego thrash'u są już słyszalne. Bardziej rwana jest rytmika, solówki szaleją, a młodzieńcza świeżość tylko to podkreśla. Po tym co dane mi było usłyszeć jestem ciekaw jak potoczą się dalsze losy FORTRESS. Oj, przydałby się u nas w Polsce jakiś znaczący młody band, który byłby w stanie przejąć pałeczkę po weteranach takiego grania. ocena: 7,5/10 www.myspace.com/fortresskill autor: Diovis
ocena: 7,5/10
www.myspace.com/fortresskill
autor: Diovis


F5 - "The Reckoning"
(CD 2009 / Silverwolf Productions)
Iluż to już znanym muzykom z szanowanych i popularnych (a nawet legendarnych) zespołów zdarzało się dłubać coś na boku w bardziej modnym i nowoczesnym stylu! Nawet basista BLACK SABBATH, Geezer Butler swego czasu stworzył G/Z/R, które nawiązywało do Panterowego stylu. Można by takich przykładów podać więcej, ale pewnie każdy z Was ma swoją wiedzę na ten temat... A czemu przytaczam tu właśnie ten fakt? Otóż, dobrze (prawie) wszystkim znany basista MEGADETH, David Ellefson od 2003 roku też majstruje w dotąd mało znanym F5. Sam jest pomysłodawcą tego zespołu, aczkolwiek "The Reckoning" nie jest debiutanckim albumem tej formacji. Tyle, że poprzednie materiały F5, krążek "A Drug For All Seasons" oraz koncertowe DVD "Live For All Seasons" zostały wydane głównie w Japonii i USA, a europejscy fani metalu zostali w pewien sposób pokrzywdzeni. Teraz, z pomocą niemieckiej Silverwolf Productions i promotora w postaci Gordeon Music, już takiego faux pas być nie powinno. Najnowsza płyta Mr Ellefson'a i spółki to nie tak znowu odległa twórczość od wspomnianego już MEGADETH, choć 11 wypełniających ją utworów zdaje się być bardziej przystępna i naznaczona z jednej strony bardziej siłowym graniem, a z drugiej - heavy/power metalowymi wpływami. Słychać tu mocno "amerykańskie" podejście do cięższego grania, w którym tak samo jak moc liczy się przebojowa linia melodyczna. Nic dziwnego, bowiem wokalista F5 Dale Steele jest obdarzony głosem stworzonym do śpiewania i za nic w świecie nie chce uciekać od tej maniery. Dlatego nawet mocne riffy nie brzmią tutaj zanadto ogniście i ekstremalnie. Na "The Reckoning" może dziwić też to, że wszystko wskazuje na rzeczywiście zespołową grę tych pięciu muzyków z Arizony. Z Davidem Ellefson'em na basie i również znanym z MEGADETH perkusistą Jimmym DeGrasso (grającym ponadto w całej plejadzie innych zestawień, ponieważ w jego CV widnieje współpraca między innymi z Alice Cooper'em, Litą Ford, WHITE LION, SUICIDAL TENDENCIES czy STONE SOUR) w składzie aż się prosi, by była to płyta akcentująca rytm, a tu niespodzianka, bowiem nikt za bardzo się nie wychyla. No, może gitarzyści ze swoimi rozśpiewanymi solówkami a la NEVERMORE... Dlatego szczerze mówiąc nie wiem czy F5 zabrzmi wystarczająco przekonująco tak dla fanów thrash metalu, jak i tych preferujących heavy/power metalowy nurt. Mimo wszystko jest to równy materiał, choć bez wyróżniających się pieśni i niestety taki, który do historii ciężkiego grania nie przejdzie. Niestety, ale posłuchać można, bo to tak czy siak zawodowy zrobiony kawałek muzy.
ocena: 6/10
www.f5theband.com
www.myspace.com/f5thebandaz
www.silverwolf-productions.com
autor: Diovis


FRONTSIDE - "Teoria Konspiracji"
(CD 2008 / Mystic Production)
Przez wielu wyszydzany, przez wielu uwielbiany, sosnowiecki FRONTSIDE prezentuje nam po raz kolejny symbiozę brutalności z melodią. Symbiozę tak idealną, że aż nierealną!!! Obecnie nikt w kraju nie ma startu do tej kapeli w dziedzinie hmm... metalcore'a. Dziwi mnie niezmiernie fakt, że ten zespół nie przebił się zbytnio za granicą. Przecież muzyka proponowana przez Demona i jego kolegów zdecydowanie "odróżnia" się od większości kapel wykonujących ten rodzaj muzyki. Zapewne po części jest to wina tekstów pisanych w ojczystym języku. Wiadomo jak jest ze znajomością polskiego za granicą. Co prawda zespół próbował i cudował również z anglojęzycznymi tłumaczeniami, ale moim zdaniem cały przekaz zdecydowanie tracił na mocy i wiarygodności. Ale koniec końców wszyscy sprawiają wrażenie zadowolonych. A o to w tej zabawie chodzi, granie ma sprawiać przyjemność. Na nowym materiale zatytułowanym enigmatycznie "Teoria Konspiracji" tę przyjemność możemy wnet po odpaleniu krążka wyczuć. Niesamowita pasja i przeogromne pokłady agresji "wybuchają" nam już w otwierającym album utworze pt. "Herezja Doskonała". Świetna technika i kompozytorskie wyczucie, plus genialne wokale Aumana to wizytówka tego utworu i niejako zapowiedz tego, co czeka nas dalej. "Świat Tyranów" oraz singlowy "Zapalnik" kontynuują kierunek obrany w pierwszym tracku. Jest wyczuwalne w powietrzu wkurwienie i przytłaczający ciężar. W "Uciec Przeznaczeniu" czeka nas zwrot akcji. Od tego numeru zaczyna się troszkę lżejsze granie. Ten sam kurs utrzymano w "Stąd Do Przeszłości" oraz w niebywale przebojowym "Moja Deklaracja Płonie". Jest to jeden z najbardziej hiciarskich utworów w całej karierze zespołu. Tylko "Nadchodzi Koniec" może się z nim równać. Następnie walec w postaci "I Ciągle Kroczę Ścieżką Ciemności", bodaj najcięższy utwór na płycie. Jego roboczy tytuł brzmiał "Beton", a więc jak najbardziej adekwatnie. I w taki sposób dochodzimy do PRAWDZIWEJ PEREŁKI - "Spłoniesz W Piekle"!!! Tego się nie da ot tak opisać!!! Musicie posłuchać, nie ma bata!!! Do tego rewelacyjny, gościnny udział Nergala, który idealną interpretacją wprowadził ten kawałek do samego tytułowego piekła. SAM MIÓD. Skoro o gościach mowa, na płycie udziela się jeszcze niejaki Pachu z HUGE CCM. Mi ta nazwa również nic nie mówi, tak że bracia i siostry bez obaw. Nie jesteście sami hyhy. Całe szczęście, że to nie jest koniec. Przed nami jeszcze cztery numery, które tylko utwierdzają mnie w przekonaniu, że to właśnie im należy się korona za album roku 2008. Dlaczego do tej pory nie padły żadne porównania z poprzednimi materiałami? Ponieważ takie manewry są zbędne. "Teoria Konspiracji" przewyższa wszystko co ten zespół spłodził do tej pory. AMEN!!!
ocena: 10/10
www.frontsiderocks.com
www.myspace.com/frontside666
www.mystic.pl
autor: Narmer


FALSE ICONS - "God Complex"
(CD 2008 / 13th Planet Records)
Część muzyków zadowala się uczestnictwem w jakimś projekcie, nagrywaniem w studiu z zespołem i graniem koncertów w roli muzyka sesyjnego. Są też tacy, którym na tym nie dosyć i pragną zrobić coś po swojemu, korzystając ze swoich doświadczeń i po części też z układów. Kimś takim jest John Bechdell koncertujący wcześniej jako klawiszowiec w tak znaczących kapelach, jak MINISTRY, KILLING JOKE, PRONG i FEAR FACTORY. Pod szyldem FALSE ICONS zebrał kilku muzyków i nagrał dla firmy wydawniczej 13th Planet Records stworzonej przez Ala Jourgensena (MINISTRY, REVOLTING COCKS) materiał o tytule "God Complex". Po raz kolejny można się przekonać, że nie tak daleko temu muzykowi od tego, czym nasiąknął przez ostatnie lata, bo ten album to w linii prostej dziecko industrialnego metalu i wspomnianych wcześniej formacji. Chwilami ma się naprawdę silne wrażenie, że słuchamy nieco odmienionych wersji utworów tychże zespołów. Rytmiczne, nieco mechaniczne granie, mocno pulsujący bas, lekko zdeformowane wokalizy, wszechobecne syntezatorowe szaleństwa, sample i odhumanizowany klimat przypominają rzeczonych artystów w prawie każdym detalu. Czy będzie to któryś z mocnych kawałków w rodzaju "The Wheel", czy bardziej przebojowy "Transform" z rytmiką electro, czy nieco bardziej pokręcone numery ("False Icons", "Deterioration"), zawsze wyczuwalny jest posmak twórczości MINISTRY, PRONG czy KILLING JOKE, a w mniejszym stopniu także FEAR FACTORY i STABBING WESTWARD. Nawet przejście przy tej okazji Johna Bechdella na pozycję wokalisty i gitarzysty nie zmienia faktu, jak bardzo pozostaje pod wpływem swoich dobroczyńców i mentorów. To zasadnicza wada tego krążka, chociaż w czasach, gdy tak niewielu sięga po takie środki przekazu, "God Complex" okazuje się całkiem smakowitym kawałkiem muzy z pogranicza industrialnego rocka i metalu.
ocena: 6,5/10
www.falseicons.com
www.myspace.com/falseicons
www.thirteenthplanet.com
autor: Diovis


FUCK THE FACTS - "Disgorge Mexico"
(CD 2008 / Relapse Records & Rockers Publishing)
Jedna z najbardziej aktywnych wydawniczo ekip na świecie ukrywająca się pod niepoprawnym politycznie szyldem FUCK THE FACTS właśnie powróciła do gry z ósmym bodajże pełnym albumem. Związani od jakiegoś czasu kontraktem z Relapse Records świetnie wpasowali się w profil wydawniczy tej amerykańskiej firmy. Przyznaję, że słabo znam twórczość kanadyjskiej kapeli (dziwne, bo przecież na ich koncie jest kilkadziesiąt pozycji różnej maści, ze wskazaniem na splity i epki), ale "Disgorge Mexico" przekonało mnie do nich na tyle, by poszukać czegoś, co nagrali w przeszłości. Reklamowe hasła straszyły terminem "hybryda metalu i hard-core'a", tymczasem zawartość albumu nieźle dorzuca do pieca i wcale nie jest to żaden przejaw przerostu krzykliwych wokali nad nijaką muzyką. W FUCK THE FACTS berło wokalistyczne dzierży kobitka imieniem Mel Mongeon i przy pierwszym spotkaniu trudno to nawet zauważyć. Nie "histeryzuje", lecz napiera ile fabryka dała. Po tylu koncertowych i studyjnych przygodach (nie mówiąc już o pokoncertowych ekscesach) aż strach pomyśleć, jak zdarty ma głos, ale na najnowszym krążku naprawdę daje radę. Brudne i chropowate brzmienie gitar, przesterowany bas oraz opętańcze partie perkusji świetnie uzupełniają wyczyny pani (panny?) Mongeon. "Disgorge Mexico" to pozycja przeznaczona głównie dla maniaków death/grind w stylu BRUTAL TRUTH, NAPALM DEATH i DYING FETUS, co nie przeszkadza Kanadyjczykom w szukaniu nowych, eksperymentalnych, lecz mieszczących się w szufladzie ekstremy form przekazu. Przejawem tychże poszukiwań są na przykład wręcz sludge-core'owe fragmenty niektórych utworów, sabbath'owski "La Culture du Faux" oraz bardzo złożony i obfitujący w zmiany tempa i nastrojów, ponad 9-minutowy "Golden Age", w którym nie brakuje wręcz doom metalowych akcentów. Dzięki temu zróżnicowaniu FUCK THE FACTS wciąż mieści się gdzieś w undergroundowym świecie metalu, ale może zainteresować też nieco szersze audytorium. Punkcik mniej daję za beznadziejną, nic nie mówiącą okładkę płyty.
ocena: 7/10
www.myspace.com/fuckthefacts
www.relapse.com
autor: Diovis


FEAR MY THOUGHTS - "Isolation"
(CD 2008 / Century Media Records & EMI Music Polska)
Niemcy z FEAR MY THOUGHTS najwidoczniej stwierdzili, że już nic więcej nie zdziałają w graniu mocarnego i melodyjnego death metalu w szwedzkim stylu wzbogaconym o stylistykę zbliżoną do NEVERMORE i zrobili sporą woltę. W każdym razie między poprzednim albumem "Vulcanus" a "Isolation" jest sporo różnic. Jedną z najistotniejszych zmian jest nowy wokalista Martin Fischer, który dysponuje charakternym głosem mającym już niewiele wspólnego z typowymi deathmetalowymi growlerami. Owszem, czasem ryknie, ale niezbyt często i bardziej dla oznakowania, że dany fragment ma agresywne przesłanie muzyczno-tekstowe. Warto też odnotować, że Martin zajął się nielicznymi, ale dobrze dopełniającymi całość partiami organów i syntezatorów. Muzyczne pozostałości "starszego" FEAR MY THOUGHTS to te szybsze, cięższe i bardziej metalowe kawałki, jak na przykład "The Hunted" czy "Pitch Black", choć nie w całości. W innych ścierają się ze sobą już głównie wpływy klasycznego i nowoczesnego metalu z lekkimi nawiązaniami do hard rocka i progresywnego rocka sprzed 30-tu i więcej lat. O dziwo większa część albumu jest dość spójna, nie sprawia kłopotu ze słuchaniem i opatrzona jest niebanalnymi refrenami, co jest oznaką dojrzałości i dużego doświadczenia. "Isolation" to płyta przede wszystkim do uważnego wsłuchania, a przoduje w tym kilka numerów. "The Blind Walk Over the Edge" zbliża się do tego co robi szwedzkie PAIN OF SALVATION i zwraca na siebie uwagę częstymi zmianami w ramach melodyki i rytmiki. Podobnie jest z "Creeping Lord". Z kolei w "Through the Eyes of God" obok prog-metalowego tworzywa wokalista i muzycy inspirowali się dość mocno FAITH NO MORE. "Death Chamber" to porcja niezwykle ciężkiego, wręcz wgniatającego w ziemię metalu, zaś wieńczące całość, połączone ze sobą kawałki "Burning the Lamb / "The Sacrifice" to śmiałe połączenie elementów melodyki grunge'u, mocy współczesnego metalu i klimatów art-rocka z lat 70-ych. Dla szukających nowego-starego w cięższej muzyce pozycja godna polecenia.
ocena: 7,5/10
www.centurymedia.com
www.fearmythoughts.com
www.myspace.com/fearmythoughts
autor: Diovis


FRANKENBOK - "The Last Ditch Redemption"
(MCD 2008 / Prime Cuts Music)
Słyszałem w życiu już pewnie setki płyt, ale z czymś takim stykam się chyba po raz pierwszy. Australijczycy z FRANKENBOK nagrali bowiem koncepcyjny mini-album, na którym współgrają ze sobą tradycyjne utwory utrzymane w konwencji mocarnego thrash metalu i grania w stylu PANTERY oraz nadzwyczaj realistyczne i przekonujące nagrania powstałe jakoby w więziennej celi. Zresztą cała opowieść to taki swoisty moralitet traktujący o gościu, który prowadził życie popadając w konflikt z prawem, tracąc przy tym rodzinę, przyjaciół, a w końcu także wolność. Nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie wręcz naturalistyczna próba oddania tego, co dzieje się w jego psychice, co jest zdaniem niewdzięcznym i godnym zaawansowanej wiedzy psychologicznej. Historia zaczyna się od odkopywania zwłok, po czym następuje wyznanie "bohatera" w szybkim numerze "Dig". W konsekwencji koleś trafia za kratki i dostaje list od matki, w którym wyrzeka się swojego syna-potwora. Niezwykle wiernie odtworzone pismo znajduje się w pieczołowicie przygotowanej książeczce do albumu i najlepiej zobaczyć to na własne oczy. A sam kawałek, o którym mowa - "This Monster My Son" - to prosty, melodyjny i energetyczny thrash metal. Żeby pozostawić zainteresowanym dalszą część opowieści do poznania i odkrycia dalszych losów skazańca, wyjawię jedynie to, że w pierdlu przechodzi prawdziwe piekło (niezwykle wymowny i wypełniony dziwnymi odgłosami i chórami "The walls closed in, and the voices in my head were telling I'm guilty. Guilty. Guilty." oraz krótki, panterowsko-sabbathowski "The Other Side of Hell"), ale w efekcie otrzymuje drugą szansę na poprawę. Czy mu się to udaje, niech pozostanie zagadką. Wspomnę jeszcze na koniec o tytułowym numerze umieszczonym na płycie pod numerem 8. To ponownie smakowity kawałek metalu inspirowany w równym stopniu BLACK SABBATH, PANTERĄ, THE BLACK LABEL SOCIETY, jak i MACHINE HEAD.
"The Last Ditch Redemption" to wydawnictwo, które z powodzeniem łączy w pełni wartościową metalową muzykę i bardziej literacką zawartość. Próbę FRANKENBOK można określić jako nadzwyczaj udaną, pomysł i wykonanie zasługują na zainteresowanie tym mało znanym u nas, a działającym już od ponad 10 lat zespołem z dalekich Antypodów.
ocena: 8/10
www.frankenbok.com
www.myspace.com/frankenbok
www.primecuts.com.au
autor: Diovis


FLESH - "Worship the Soul of Disgust"
(CD 2008 / Pulverised Records)
Pete Flesh to postać kojarzona z MAZE OF TORMENT, DECEIVER czy THROWN. Od kilku lat tworzy głównie pod szyldem FLESH i jest to jego jednoosobowy projekt, do nagrania kolejnych płyt zaprasza natomiast sesyjnego bębniarza w osobie Flingana z DECEIVER. "Dodsangest" i "Temple of Whores" zapamiętałem jako kawał mięsistego death metalu w bardzo oldskulowym sosie. Po części szwedzkiego grania, ale z korzeniami także gdzieś na Florydzie i w Niemczech (kłaniają się thrashmetalowe inklinacje). W sumie podobnie jest z "Worship the Soul of Disgust", które wypełniają dźwięki kojarzące się z czasami, gdy światło dzienne ujrzały takie albumy, jak "Leprosy" DEATH czy "Altars of Madness" MORBID ANGEL. Tego ducha doskonale oddaje już otwierający płytę "Shatahan", w którym jest wszystko to, co cechowało tamtą szkołę death metalu - szybkie partie uzupełniają ciężkie gitarowe riffy, a stosunkowo chwytliwą melodykę dopełnia obskurność brzmienia. Zresztą Pete Flesh gra dość specyficznie, bo jego technika często może się kojarzyć z blackmetalowym stylem grania na wszystkich strunach. FLESH nie bawi się w wirtuozerskie solówki, a jednak mimo wszystko sporo dzieje się w ramach każdego z kawałków. Oldskulowy feeling wyczuwalny jest też w brzmieniu tego albumu, o czym zresztą już wspomniałem. O dziwo udało się to uzyskać w znanym dotąd z dość sterylnych i odhumanizowanych produkcji Abyss Studio. W dodatku jeszcze można tu znaleźć kilka zaskakujących dźwięków. Na przykład na początku "Shatahan" znienacka wyskakuje pianino, a na sam koniec tytułowego numeru mamy sampla ze starą radziecką piosenką. Oddzielną kwestią są teksty, które bywają obsceniczne i bluźniercze ("I Masturbate To Jesus Christ", "Sadistic Penetration", "Sluts And Whores"), ale bywają też prześmiewcze ("Fuck the Romantic - Fuck the Gothic"). Myślę, że FLESH mogę polecić zarówno zatwardziałym deathmetalowcom, miłośnikom starego thrash'owego łojenia (SLAYER, KREATOR, METALLICA, POSSESSED), ale też fanom klasycznego heavy, jak i na przykład MOTORHEAD. Ten zespół to takie ogniwo łączące staroświecki metal z tym wszystkim, co można wrzucić do jednego wora z napisem "retro". I niech będą to skojarzenia pozytywne.
ocena: 7,5/10
www.pulverised.net
www.myspace.com/peteflesh
autor: Diovis


FIREWIND - "The Premonition"
(CD 2008 / Century Media Records & EMI Music Polska)
Ani się obejrzeliśmy, a nie tak znowu stareńki FIREWIND doczekał się już piątego długograja. Przy wsparciu wydawcy, posiadaniu w składzie utalentowanego gitarzysty Gusa G. (ex-DREAM EVIL) i własnym samozaparciu grają trasy koncertowe, sprzedają kilka ładnych kopii płyt i mają jako tako sporą ilość fanów. "The Premonition" nie jest żadną rewolucją, ani nawet ewolucją Greków, a właściwie grupy już bardziej międzynarodowej (np. perkusista Mark Cross udzielał się już w HELLOWEEN i METALLIUM). W dalszym ciągu jest to ten rodzaj tradycyjnego power/heavy metalu z poukładanymi w odpowiednim schemacie zwrotka - refren - solo - refren utworami, ładnie wyprodukowanego, melodyjnego i nie bawiącego się w eksperymenty i skoki w bok. Czy będzie to potężny "Into the Fire", czy żwawe "Heads Up High" i "Angels Forgive Me", czy chwytliwy, singlowy "Mercenary Man", czy też na wpół balladowy "My Loneliness", wszystko jest na swoim miejscu, aż do bólu ugrzecznione i podane na złotej tacy. Aż dziw, że z odtwarzacza nie wylewa się lukier ;) Bo pomimo, że to w końcu metal, są ogniste solówki, a wokalista nie używa falsetu, to "The Premonition" jest tak samo słodkie jak jego poprzedniczki. I ta płyta jest skierowana do właśnie takich fanów, co pójdą na koncert, pomachają dyńką lub pokrzyczą pod sceną, a potem wrócą do domu / pracy / szkoły i zajmą się grzecznie swoimi obowiązkami. W swojej rodzinnej Grecji, w Niemczech, Skandynawii, Japonii i w kilku innych miejscach przyjaznych takim dźwiękom jak zawsze znajdą poklask, u nas w Polsce - szczerze wątpię. Docenić jednak należy kunszt instrumentalny muzyków FIREWIND, nawiązania do klasyków metalu i ich lekkość grania niezobowiązującego power/heavy metalu, ale zganić ich trzeba za pasującą tu jak dziura w moście przeróbkę "Maniac" z soundtracku do "Flashdance", który w latach 80-ych był takim koszmarkiem o roztańczonej młodzieży i za byle jaką, nic nie mówiącą okładkę.
ocena: 6/10
www.centurymedia.com
www.firewind.gr
www.myspace.com/firewind
autor: Diovis


FACEBREAKER - "Dead, Rotten And Hungry"
(CD 2008 / Pulverised Records)
Ci Szwedzi to mają nosa. Skubańce wiedzą jak zrobić mi dobrze!!! Cholernie jebiący, niesamowicie chwytliwy death metal!!! Tak, tak, z tym mamy tu do czynienia. Jeśli chcecie, aby Wam delikatnie przybliżyć "co w trawie piszczy", to proszę bardzo!!! Podstawowe skojarzenia to SIX FEET UNDER oraz cała plejada gwiazd, starego, dobrego szwedzkiego metalu śmierci, tj. DISMEMBER, wczesny ENTOMBED, CARNAGE, GRAVE i takie tam. Co w porównaniu z drugą falą młodych szwedzkich zespołów takich jak VISCERAL BLEEDING, SPAWN OF POSSESSION czy AEON, wzorujących się na technicznym amerykańskim death metalu, wypada jedynie na plus. Poza wyżej wymienionymi dziadkami mało kto tak gra!!! Zresztą muzycy tworzący ten band do nowicjuszy nie należą. W ty miejscu wypada wspomnieć o wokaliście Robercie "Robbanie" Karlssonie i jego epizodzie w EDGE OF SANITY!!! Ale jakoś ten fakt nie wpływa korzystnie na karierę tej załogi, o ile na tak owej im zależy oczywiście. Dochodząc pomalutku do końca skieruję parę słów do fanów takiego oto łomotu. POWINNIŚCIE to sprawdzić!!!
ocena: 8/10
www.pulverised.net
www.myspace.com/facebreaker666
www.facebreaker.com
autor: Narmer


FEROSITY - "Overthrown Divinity"
(CD 2007 / Redrum666)
Cały pieprzony rok musieli czekać chłopaki z FEROSITY, aż ktoś życzliwy wyda im ten album. Co prawda materiał ten krążył w obiegu, ale wiadomo jak to jest bez oficjalnego wydawcy. W końcu dzięki chłopakom z Redrum możemy delektować się oficjalnym wydawnictwem tejże płyty. A więc tak, mamy tu do czynienia z death metalem. Z death metalem zagranym wedle sprawdzonych, amerykańskich hehe receptur. Oblany troszkę "sinisterowym" sosem. Tak mniej więcej to widzę. Starając się ocenić ten materiał pod kątem wąsko pojętego death metalu, warto by było zwrócić uwagę na naprawdę mięsistą produkcję. Jak dla mnie rewelacja. Nie spodziewałem się aż takiego "gniecenia". Należą się brawa. Druga sprawa - warsztat muzyków. Realnie i racjonalnie stwierdzę, że jest w porządku. Taki standard na tej scenie. Cieszy mnie fakt, że chłopaki nie komplikują na siłę swej muzyki. Nie wprowadzają nie zrozumiałych "smaczków", tak jak to mają w zwyczaju dzisiejsze kapele parające się tym szlachetnym gatunkiem. Dlatego też za całokształt daję mocną 7.
P.S. Na płycie mamy dodatkowo dwa numery live. W całkiem dobrej jakości. Warto to sprawdzić. POLECAM.
ocena: 7/10
www.myspace.com/ferosity
www.ferosity.com
www.redrum666.risp.pl
autor: Narmer


FLAGELLATION - "Incinerate Disintegrate"
(MCD 2007 / Last Entertainment Productions & Metal Mundus)
To jest chyba zespół działający z tak zwanego doskoku. Początki FLAGELLATION sięgają aż 1997 roku, wówczas powstało trzyutworowe demo i dopiero po wielu latach grupa odezwała się po raz kolejny, by w trochę zmienionym i poszerzonym składzie nagrać - można by powiedzieć, że kolejne demo. 20 minut muzy zawartej na "Incinerate Disintegrate" pozostawia bowiem niedosyt, bo niby ten materiał został wydany jako epka czy też mini-album, a tak naprawdę nie daje odpowiedzi na pytanie co ci panowie chcą uzyskać. Grają w wielu innych kapelach, a w swojej kolejnej właściwie nie określają się jakoś konkretnie. W jednej chwili łupią agresywny thrash metal, by za moment połamać rytmikę i grać jak rozwścieczony DREAM THEATER, a za moment zapodają kawał melodyjnego death metalu z symfonicznymi klawiszami. Miejscami jest to nawet interesujące (na przykład w trzecim na płycie "Threshold To Madness") i przykuwa silnie uwagę, ale za cholerę nie wiem dla kogo grają i czy nie mają przypadkiem zbyt wiele czasu, że postanowili coś nagrać, bo i tak ktoś to wyda. Nie wiadomo też, czy przypadkiem zajęcia w innych kapelach nie sprawią, że ponownie ślad po nich zaginie i odezwą się za x lat. Z jednej strony ten stuff to dowód na rzetelnie wykonaną robotę, ponieważ sound jest czytelny, opanowane instrumenty to ci panowie mają, ale z drugiej za dużo tu kombinowania i pewnego takiego kompromisu między tym co robią muzycy w innych zespołach. Jest tu sporo z progresywnego LOCH VOSTOK, a stąd niedaleko do UNMOORED, mocno odcisnęło się też udzielanie dwóch muzyków w innym, a gdzieś indziej opisywanym w dziale "Recenzje" MACHINERY, które też miesza prog-metal z innymi odmianami ciężkiego grania. Można więc powiedzieć lub raczej napisać, że czegokolwiek słuchacie na co dzień, to odnajdziecie to tutaj i docenicie w mniejszym lub większym stopniu solidną robotę, a równocześnie zadacie sobie to samo pytanie co ja - po cholerę oni nagrali te utwory?!
ocena: 5/10
www.lastentertainment.com
www.myspace.com/lastentertainment
www.flagellation.net
www.myspace.com/flagellationswe
autor: Diovis 

F   [1  2]